XXIX
Pierwsze dni w tym „porządnym domu” czułem się trochę nieswojo. Krępowały mnie nadzwyczajne panujące tutaj „obyczaje”, czyli raczej nieobyczajność. Po kilku jednak dniach stałem się śmielszy i brałem powoli udział w orgiach, jakie się tutaj często po nocach odbywały pod wytrwałym kierownictwem starszej siostry.
Szwagier „Cwajnos” uznał za potrzebne dać mi odpocząć. Przez ten czas słuchałem za to jego fachowych wykładów. I przyznać muszę, słuchałem ich z większą uwagą, aniżeli kiedyś tam w jeszywecie.
Przy wykładzie przybierał minę surowego profesora, co go czyniło prawie śmiesznym, jeżeli nie karykaturalnym. Nie spostrzegając jednak tego, przyjmował odpowiednie pozy i z wielką znajomością rzeczy pokazywał mi, jak się należy brać do dzieła, jaki użytek robić z tego lub innego instrumentu, jak zrywać kłódkę, jak pracować wytrychem itd. itd.
Częściowo mogłem praktykę przeprowadzić już tam, na miejscu. W tym celu dawał mi wytrych i zamykał przede mną drzwi. Po kilkakrotnej próbie wywiązałem się z egzaminu jak najlepiej. Profesor był ze mnie zadowolony.
W przeciągu zaś kilku lekcji doskonale już opanowałem „gryf”104, jak operować tak mało skomplikowanymi wytrychami, jakimi są wytrych pojedynczy i „maskas”105.
— Pamiętaj — mówił — że dobry złodziej powinien umieć dokonać wszelkiej kradzieży, poczynając od najmniejszej, a kończąc na ogniotrwałym pudle. Grunt, byś potrafił z początku władać szabrem106 i skluczyć107 zwykły zamek, do czego służą „pojedynczy” i „maskas”. Później łatwiej już będzie poznać wszelkie inne, jak patentowe, angielskie, francuskie itd. A co najważniejsze, to pamiętaj, byś nie był „kapusiem”. Wiedz też o tym, że hint jest najgorszym naszym wrogiem. Gdy nawet bierze u nas blat108 to i wówczas mu nie ufaj. Ty nie patrz na to, że pije razem z nami. On jest dobry do czasu. Dziesięć razy tobie sfolguje, gdy zaś za jedenastym nie dasz mu w łapę, już cię „lignie”109 i wpakuje do „kicia”. No powiedz — zaśmiał się — ty jeszcze nie wiesz, co to jest więzienie, lecz ja już je znam dobrze. Niech je cholera weźmie, br-br-br.
Otrząsał się przy tym, jakby go dreszcze przeszły.
Zawahałem się, czy mam mu odpowiedzieć, że ja to niby już nie frajer jestem, bo siedziałem „w kiciu”.
Po namyśle opowiedziałem o swoim zajściu. Zdziwiłem się jednak, gdy zauważyłem, że zamiast pochwały, jakby cień rozczarowania przebiegł mu po twarzy. Przyglądał mi się uważniej i rzucił niechcąco, że wolałby widzieć mnie jako frajera.
Przyznałem mu słuszność. Zrozumiałem bowiem, iż zależało mu na tym, by jego pomocnicy jak najmniej byli znani policji.
Po przejściu teoretycznego kursu czekałem z niecierpliwością, a zarazem lękiem, kiedy zostanę wezwany do współpracy i wykazania się w praktyce.
Długo nie czekałem.
Pewnego dnia z rana „Cwajnos” kazał się przyszykować. Napomknął przy tym, że na jednej z paradnych ulic jest „robota”. Zabraliśmy potrzebne statki110 i udaliśmy się na miejsce. Czas pewien spacerowaliśmy przed dużą, czteropiętrową kamienicą. Mistrz co chwila spoglądał na zegarek niecierpliwił się. Widocznie coś „nie sztymowało”111.
Jego niewyraźne zachowanie się poczęło też działać na mnie. Serce biło gwałtownie i nie mogłem zebrać myśli. Było to pierwsze świadome przygotowanie się do kradzieży, którą miałem właśnie popełnić pod kierownictwem i za wskazówkami „Cwajnosa”.
Przed oczyma znów stanęła cała moja przeszłość. Matka, ojciec, cheder, opiekunka, pobyt na wsi, pierwsza miłość i więzienie, wreszcie piekarnia stryja... historia ze świniami... Kto wie, gdyby nie te ostatnie, możliwe, iż dalej mieszałbym spokojnie otręby. Czułem teraz, że schodzę zupełnie na złą drogę i źle czynię. Ja, w którym matka pokładała tyle nadziei, upadłem teraz tak nisko... Wyrzuty sumienia zaczęły nurtować w głębi duszy, wołać wielkim głosem, bym zawrócił, póki jeszcze czas.
Idąc za tym wołaniem, chciałem już czmychnąć gdziekolwiek i uciekać jak najdalej. Lecz w tym decydującym momencie zaatakowały już siły inne, siły złe i te po krótkiej walce zwyciężyły. Moja wola, jak zahipnotyzowana owca przed wilkiem, ścisnęła się w sobie, gdy tylko pokazały się na miejscu oczy matki i oczy kochanki — nęcące swą przepastną głębią i wróżące bezkresną słodycz...
Ona zapewne teraz niecierpliwie wygląda za okno, oczekując mego powrotu... a może tylko obfitego łupu?... Myśl sprzeczną podpowiedziała odpowiedź. A zresztą po co ja tak łamię głowę, co tam będzie. Czyż nie jednaki koniec czeka tak mnie... jak... i...
Wyrwało mnie z tych rozmyślań zakaszlanie wspólnika, który tuż za mną kroczył. Obejrzałem się. Mrugnął na mnie znacząco, bym skręcił za nim. Dojrzał bowiem przed sobą kogoś z hintów i nie chciał, żeby go tu zauważono.
Za chwilę weszliśmy w jakiś korytarz i dalej po schodach na drugie piętro. Tu pociągnął mnie wspólnik za sobą, pokazując mi jakieś drzwi. Spojrzałem. Napis: „Inżynier budowniczy S. P.” Wspólnik zaglądał przez dziurkę od klucza, po czym zawrócił, pociągając mnie za sobą.
— Słuchaj, a uważaj dobrze — rzekł do mnie półszeptem, gdy wyszliśmy na ulicę. — Masz teraz okazję, by wykazać swe zdolności i dobrze też zarobisz. Pamiętaj dobrze o tym, co ci teraz powiem. Drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do pięciopokojowego mieszkania. Właścicielem jest bogaty inżynier, stary kawaler. Uważaj! Co rano, punktualnie o godzinie dziewiątej wychodzi on do swego biura na odległą ulicę. W domu nikt wtedy nie pozostaje, tylko za jakąś godzinę, może półtorej, przychodzi starsza kobieta i już gospodaruje tam po całych dniach. Zrozum, że ja już parę skoków zdarłem, chodząc tu, by wystawić tę robotę i wypatrzyć taką chwilę, kiedy go będzie można najlepiej „zrobić”. Po dłuższych obserwacjach doszedłem do przekonania, że tylko zaraz z rana. A jak nie rano, to już nigdy... Więc słuchaj! Zaraz on wyjdzie z domu do biura. Ja go znam dobrze. Odprowadzę go do samego biura. A ty tam wtedy wpadniesz na śmiałego112. Nie masz się co obawiać. Grunt być śmiałym, a reszta się już sama ułoży.
Tu spojrzał na zegarek, przy czym pociągnął mnie do muru, jakby chciał mnie ukryć.
— Uważaj! — ciągnął wytrwale. — Za piętnaście minut będzie już dziewiąta. On też się zaraz pokaże. A ja go będę miał na oku, jak się tylko oddali od domu. Nie trać ani chwili. Każda sekunda jest droga i może tu zaważyć. Spokojnie, cichutko otwórz drzwi tym oto wytrychem. Uważaj, za daleko do zamka nie wsuwaj. Patrz, tu jest znak, a przy przekręceniu podnieś go trochę w górę. Mogę ci też, brachu, i to jeszcze powiedzieć, że zauważyłem, że „dziubuś”113 też się tu kręci. Cholera go wie, skąd mógł wywąchać tę robotę. Ja już od dwóch miesięcy tu spekuluję, a nikomu słówka nie pisnąłem. Wstyd, gdybyśmy dali sobie sprzed nosa zabrać majątek. Mówię ci, że majątek...
Tu mocno mi ścisnął rękę, której przez cały czas rozmowy nie wypuszczał ze swych rąk i chwilę się zamyślił, po czym ciągnął dalej:
— Pamiętaj i o tym, tam są dwa wchody: jedne drzwi, które ci wskazałem, prowadzą do środka przez kuchnię. A jeszcze są tam drzwi z ulicy, które też prowadzą do pokoi. Na wszelki wypadek otwórz i tamte. Zrób sobie drogę. Gdy usłyszysz, że ktoś się zbliża z drzwi frontowych, uciekniesz tylnymi i odwrotnie. Pamiętaj też pilnie, że w sypialnym pokoju stoi biurko. Przeszukaj je dobrze. Zawsze tam są pieniądze i może biżuteria. Z szaf, co lepsze futra, garnitury spakuj. Zresztą wszędzie przeszukaj dokładnie. A co jest cennego, drap i więcej nic. Tak — westchnął. — Szkoda, że ja sam nie mogę tam być. Jeden obraz tam jest o wielkiej wartości. Ale ty się na tym nie znasz. Trudno, a ja muszę jego pilnować. Może kiedy114 ja sam jeszcze tam wpadnę.
Nagle szarpnął mnie i mruknął przez zęby:
— Jazda, już można!
I prędko się ode mnie oddalił. Stałem chwilę. Widziałem, jak jakiś starszy jegomość wyszedł z tego domu, wywijając laską, a wspólnik podążył za nim.
Przez cały czas wykładu serce waliło mocno, tak że teraz nie byłem zdolny ogarnąć myślą wszystkich jego przestróg i uwag. Wszak jedno tylko uświadomiłem sobie, że każda minuta tu droga i że trzeba działać. Za chwilę niepostrzeżenie wsunąłem się na korytarz.
Już stałem przy drzwiach i sięgnąłem po wytrych. Wtem usłyszałem kroki, zbliżające się z trzeciego piętra. Ktoś schodził po schodach. Uczyniłem wszystko, co leżało w mojej mocy, aby nie zdradzić swego zdenerwowania i udałem, że idę na trzecie piętro.
Jakiś chuderlawy, wysoki jegomość przeszedł koło mnie i zatrzymał się chwilę. Miałem też wrażenie, że zdradziłem się ze swymi myślami. Poszedł dalej. Zawróciłem, gdy usłyszałem, że zszedł na dół. Zbliżyłem się znów do drzwi. Instynktownie rozglądałem się, chwytając najmniejszy szmer u dołu. Ruch uliczny doleciał mnie jakby z innego świata. Począłem nerwowo palcami majstrować przy zamku.
Drzwi były otwarte.
Myśli o wielkich pieniądzach, które tu na mnie oczekiwały i o nagrodzie kochanki dodawały mi odwagi.
Wszedłem do kuchni i wreszcie dotarłem do sypialnego pokoju. Posadzka, przez którą szedłem, wydawała mi się bagnem, w którym utkwiły moje nogi. Dławiło mnie coś w gardle. Patrzyłem po obrazach i nie mogłem oczu od nich oderwać.
Zdawało mi się, że ci ludzie patrzą na mnie groźnie i lada chwila zejdą ze ścian, by się rzucić na mnie. Zawahałem się chwilę. Trwało to jednak ułamek sekundy. Zrozumiałem, że za daleko posunąłem się już, że o zawróceniu teraz bez łupu nie może być mowy.
Przystąpiłem do rabowania.
W rogu sypialnego pokoju ujrzałem przymocowaną do ściany kasę. Stanąłem przy niej bezradny. Zdziwiłem się, że wspólnik mi o tym nie wspomniał. Przerzuciłem tam także rzeczy, których bym i tak nie mógł zabrać. Sam nie wiedziałem już, po co to robię. Byłem jakby w gorączce. Zapomniałem, gdzie się właściwie znajduję. Z szafy wyrzucałem na rozłożone prześcieradło futra, garnitury, co mi tylko w ręce popadło.
Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że kradnę w tej chwili. Zapomniałem też objaśnienia wspólnika, co należy szukać. Czyniłem to wszystko popychany jakąś nadludzką mocą. Jakby moja wola zupełnie tu nie istniała.
Naglę poczułem jakby czyjś wzrok utkwiony we mnie. Twarz moja płonęła, wargi drgały nerwowo. Przyłożyłem rękę do czoła i błędnymi oczyma wodziłem wokoło.
— Co to?...
Zaledwie o trzy kroki ode mnie stał ten sam jegomość, którego wspólnik odprowadził. Uśmiechał się zjadliwie, patrzył na mnie zdziwiony. W prawej jego ręce spostrzegłem rewolwer.
— Stać i nie ruszać się z miejsca, bo zabiję jak psa! — krzyczał groźnie.
Stałem, patrząc na niego, nie mniej niż on zdziwiony. Ręce bezwładne opuściłem, duszno mi się stało. Poczułem, że wszystka krew napływa mi do mózgu. Z oczu ciekły łzy.
On ciekawie obserwował mnie długą chwilę i rzekł:
— No, panie złodzieju, trudno, nie udało się, rozpaczać nie ma tu co. Cóż robić, nieszczęście chodzi po ludziach. Przepraszam, że przeszkodziłem w pracy — tu ukłonił mi się nisko. — Proszę teraz pofatygować się i z powrotem porozkładać i porozwieszać wszystko na swoje miejsce, tak jakby tu nigdy nic nie zaszło.
Widząc zaś, że drżę na całym ciele i nie ruszam się z miejsca, dodał mniej już szyderczym tonem:
— Nie, panie złodzieju, wam złego tu nic nie zrobię, gdy odpowiecie prawdę na moje pytania. Jak będziesz, kawalerze, kłamał, to przymuszony będę cię oddać w ręce policji.
Zrobiłem ruch, jakbym mu się chciał rzucić do nóg i prosić o łaskę, gdyż widziałem się już wrzucony do więzienia i wyobraziłem sobie „korydorszczyka”, który na nowo mnie rozbiera. Chciałem go błagać o ratunek.
Powstrzymał mnie ruchem ręki.
— No, no, widzę, że odgadłem, że jeszcze nie jesteś zupełnie zepsutym chłopcem i mogą jeszcze z ciebie być ludzie. No, powiedz więc, kto cię tu posłał. To twój pomysł nie jest, by mnie okraść. Gadaj prędzej, kto cię tu posłał? Tylko prawdę mów!
Milczałem jak mur. Wpatrywał się we mnie tak bystro, że musiałem głowę opuścić, a gdy widział, że nie odpowiadam, wyciągnął zegarek.
— Kawalerze, widzę, że uparcie milczysz, co? Żal ci wydać kamratów? Patrz — dodał — za dziesięć minut, jeśli nie powiesz, zawołam policję. Tam już ci gębę otworzą. A tymczasem proszę ułożyć wszystko na swoje miejsce. Później porozmawiamy o tym.
Myślałem: czy to możliwe, żeby ten człowiek, którego chciałem okraść, mnie uwolnił? Nie dowierzałem mu zupełnie. Jednak zdziwiło mnie to, że do tego czasu jeszcze się na mnie nie rzucił i że tak łagodnie, choć szyderczo, rozprawia ze mną. Widząc zaś, jak rewolwer włożył do kieszeni, przyszedłem znów trochę do siebie, a nerwy powoli uspokoiły się i zacząłem na zimno rozmyślać, co tu też mam mu „zalewać” na swoje usprawiedliwienie. O wydaniu wspólnika nie mogło być nawet mowy. Raczej umrzeć, a tego nie zrobić. Myśleć o tym nie chciałem. Co by Hanka wtedy powiedziała?
Tak mniej więcej myślałem podczas wypełniania rozkazu. Tu muszę przyznać, że pomimo dobrej chęci z mojej strony, nie potrafiłem ułożyć dużo rzeczy na właściwym miejscu. Przy tej czynności kroczył on za mną krok w krok. Widząc zaś moją niepewność, rzekł żartobliwie, podnosząc na mnie wzrok, w którym mimo wszystkiego mieszał się brak zaufania, a zarazem uczucie strachu.
— Jak widzę, masz słabą pamięć. No więc pomogę ci, kawalerze. — Pokazywał mi przy tym, gdzie co należy ułożyć. A gdy już skończyłem, zagadnął mnie: — Czy już wszystko w porządku?
— Jeszcze nie — odparłem i wyciągnąłem z kieszeni portfel, który zabrałem z zamkniętej szuflady biurka. Na widok portfela zbladł i odebrał mi go z ręki. Sam nie wiem, co tam takiego było, że widok portfela go tak wzruszył. Zauważyłem też, że przez cały czas trzymał prawą rękę w kieszeni. Widać chciał mi dać do zrozumienia, że nie zapomniał o ostrożności i przestrzec, żebym nie próbował czasem uciekać.
Następnie rozkazał, abym dobrze przeszukał swoje kieszenie, czy czasem czegoś jeszcze nie zapomniałem wyłożyć. Uczyniłem to. Gdy już wszystko było skończone, znów wziął się do mnie, by mnie wybadać. Starał się przybrać groźną minę i rzekł:
— Teraz porozmawiamy, kawalerze. A najpierw powiedz i pokaż, jak ty tu wszedłeś i czym otworzyłeś drzwi i biurko, a później będziesz rozmawiał na ten temat dalej.
Chcąc nie chcąc, wskazałem, czym i jak drzwi otworzyłem. Obejrzał też wytrychy na wszystkie strony.
— Doskonały pomysł — mruczał pod nosem.
Następnie rozkazał, bym usiadł przy stole, na krześle, naprzeciw niego, co też wstydliwie uczyniłem, domyślając się, że dopiero zacznie się nudne badanie.
— Skąd ty jesteś? — zapytał po chwili milczenia.
— Z miasta Łodzi — skłamałem.
— Rodzice twoi czym się trudnią?
— Nie mam rodziców, jestem sierotą.
— A co tu robisz w tym mieście i kto cię tu przywiózł, abyś kradł? Gadaj mi zaraz!
— Sam przyjechałem, aby odnaleźć familię, która tu miała mieszkać.
Przy tym opowiedziałem mu zmyśloną, smutną historię, której już nie pamiętam, bym mógł ją dokładnie opisać. Dość, że poczułem, że moje opowiadanie zrobiło na nim wrażenie. Zamyślił się bowiem nieco. Wtedy jakaś kobieta weszła. Domyśliłem się, co to za kobieta.
— Dzień dobry! Co, pan inżynier w domu? — spytała zdziwiona. — Ja naprawdę zlękłam się, zastając drzwi otwarte. Myślałam, że broń Boże, złodzieje już tu gospodarują...
Na mnie patrzyła zdziwiona. Pewno mój zewnętrzny, przestraszony wygląd dał ku temu powód.
— Mogę pani przedstawię gościa — rzekł inżynier, śmiejąc się. — Choć nieproszony, ale za to dość miły.
Przy tym opowiedział, co ja za jeden.
— Co pani powie na to — ciągnął triumfującym tonem. — Rano, gdy wyszedłem z domu, by się udać do biura, coś mnie tchnęło już przy samych drzwiach, by zawrócić. No i moje przeczucie mnie nie zawiodło. Oto kogo zastałem — pokazał palcem na mnie — w najlepsze, przy opróżnianiu szaf. Był tak pochłonięty swoją pracą, że nie słyszał nawet, gdy tu wszedłem. No i przeszkodziłem człowiekowi w pracy.
Śmiał się teraz wesoło, a nawet prawą rękę wyciągnął już z kieszeni. Kobieta patrzyła na mnie chwilę przestraszona i zagadnęła:
— Co pan myśli z nim zrobić? Trzeba zatelefonować na policję — dodała.
Inżynier zaprzeczył ruchem głowy i odparł:
— Po cóż policję? Ja wolę widzieć złodzieja w domu niż naszą rosyjską policję. Dopiero gdyby oni tu przybyli, to mogłoby naprawdę coś zginąć.
— Panie inżynierze — prosiła baba — pan zawsze lubi żartować... Ot, kto to słyszał coś podobnego? Siedzi sobie złodziej przy panu inżynierze, jakby jakiś porządny człowiek. To naprawdę nie do pomyślenia...
Przy tym załamała ręce, jakby z rozpaczy. Jeszcze więcej kobieta lamentowała, gdy inżynier rozkazał, by mi podano poczęstunek. Sam nalał mi kieliszek wina i kazał wypić, jak się wyraził, dla odprężenia nerwów. Poczęstunku nie przyjąłem.
Słuchając tego wszystkiego, doznałem różnych uczuć. Zdawało mi się, że ten okrutny człowiek tylko bawi się ze mną jak kot z myszką, a lada chwila rzuci się na mnie, by mnie zabić albo oddać w ręce policji. Nie mogłem zrozumieć, do czego on właściwie zdąża.
Wtem niespodzianie stanął i przybrał groźną postawę, groźniejszą niż przedtem. Myślałem, że teraz już koniec ze mną.
Był to człowiek w sile wieku, dobrze zbudowany, tak że dałby mi na pewno radę. Mimo woli też zerwałem się ze swego krzesła i stanąłem w pozycji obronnej. Mierzyliśmy się oczyma krótką chwilę, po czym zbliżył się bardziej do mnie. Prawa jego dłoń znowu spoczywała w kieszeni i rzekł stanowczymi tonem:
— Dosyć tej komedii! Powiedz, kto cię tu przysłał. Jak nie, to źle będzie z tobą.
W ręku jego zabłysnął rewolwer.
Daremnie bym silił się opisać tu mój strach, którego się wtedy najadłem. Jednakże nic nie pomogło. Wspólnika nie wydałem. Prawdopodobnie dlatego tylko, że strach odjął mi mowę.
Widziałem już siebie leżącego martwym na podłodze. Wtem poczułem, że uchwycono mnie za kołnierz i bez oporu z mojej strony popchnięto w stronę drzwi. Nie wiem sam, jak się to stało, że znalazłem się na ulicy.