XXVI
Każdy patrzył tu na mnie jak na wilka. Na ulicy wytykano mnie palcami. W miasteczku zaraz po moim przybyciu zawrzało jak w ulu. Różni znajomi pod pretekstem jakiego bądź interesu, często gęsto zaglądali do nas, byle tylko mnie oglądać. Ojciec przyjął za zasadę każdemu z osobna opowiadać o swoim nieszczęściu. Co gorsze, w domu pilnowano mnie na każdym kroku, bym czego — jak oni mówili — nie ściągnął. Przy wspólnym stole do obiadu zabronili mi siadać, gdyż tak postanowił ojciec.
— Nie chcę go widzieć na oczy — mówił.
Spożywałem więc mój posiłek w kuchni. Macochy, pomimo iż starała się być dla mnie dobra, nienawidziłem. Zresztą przyczyny tego nie zdołałem wytłumaczyć. Nieprzyjazne względem niej uczucie powstało samorzutnie. Ta obca mi kobieta zajęła miejsce ubóstwianej matki — tu chyba trzeba szukać początku.
Brat i siostra patrzyli na mnie, jakby wątpili, czy rzeczywiście ja jestem ich rodzonym bratem.
Począłem stronić od wszystkich. Większą część dnia spędzałem sam. Lubiłem jeszcze też zachodzić do pokoju, gdzie leżała mała siostrzyczka. Tam, przy jej kolebce spędzałem nieraz po kilka godzin. Kochałem ją całą pełnią braterskiego uczucia. Ta bowiem jedna nie umiała jeszcze nienawidzić.
Na mieście zupełnie się nie pokazywałem ze wstydu. Dawni moi koledzy stronili ode mnie. Życie takie stawało się nieznośne. Toteż coraz częściej zastanawiałem się nad tym, jakby tu co ukraść i uciec. Lecz mieli mnie zawsze na oku.
Pewnego dnia zauważyłem, jak mi się zdawało, że nie zwracano na mnie uwagi, po cichutku prześlizgnąłem się do pokoju, gdzie w komodzie zwykle były przechowywane pieniądze.
Zanim wszakże tam zdążyłem wejść, głuchoniema służąca takiego narobiła hałasu, iż musiałem co rychlej znikać. Nie przypuszczałem, że nawet ona jest zdolna do sprawowania nade mną nadzoru.
Upłynęło kilka tygodni. Ojciec po dawnemu był dla mnie nieprzejednany.
Postanowienie zrealizowania kradzieży i ucieczki coraz bardziej się we mnie potęgowało. O niczym innym nie myślałem. Czekałem tylko sposobności, wreszcie pewnej soboty postanowiłem ponownie spróbować szczęścia.
Wybrałem sobotę, gdyż wiedziałem, iż w ten dzień ojciec nie nosi przy sobie pieniędzy. W tym zaś wypadku miałem jeszcze i tym ułatwioną orientację, iż w piątek wieczorem udało mi się podejrzeć, jak ojciec, przebierając się, wsunął portfel pod materac.
„Teraz albo nigdy” — pomyślałem.
Gdy tylko ojciec wyszedł, nie tracąc ani chwili, wsmyknąłem się do sypialni. Wyciągnąłem z kryjówki portfel. Tak był wypchany, iż ojciec wiązał go nawet sznurkiem. Powziąłem zamiar, by tylko część z tych pieniędzy sobie przywłaszczyć. W tym celu zabrałem się do rozwiązywania sznurka. Wtem usłyszałem czyjeś kroki. Schowałem portfel pod marynarkę i skierowałem się ku drzwiom. Zetknąłem się w nich z głuchoniemą służącą. Narobiła znów takiego hałasu, iż co rychlej rzuciłem się do ucieczki w stronę drzwi wiodących na ulicę. Lecz o zgrozo! Te same się otworzyły i stanął w nich ojciec.
Ojciec wybierał się do bóżnicy, lecz chwilę zabawił przed domem. Słysząc zaś krzyk służącej, pospieszył do wnętrza i mnie właśnie przydybał na gorącym uczynku.
— Co tam masz? — zapytał.
I nie czekając na odpowiedź, sięgnął za marynarkę i wyciągnął portfel. Widząc obiekt mej kradzieży, zbladł. Wreszcie chwycił mnie drugą ręką za kołnierz i unosząc w powietrze, wniósł w głąb mieszkania. Tu cisnął na podłogę i oddychając ciężko, stał dłuższą chwilę nade mną, milczący i groźny, jakby namyślając, się, czy już ma mnie stratować jak robaka. Leżałem skulony u nóg jego, nie śmiąc się ruszyć. Wszyscy domownicy skupili się wokoło i nie śmieli przerwać tej złowrogiej ciszy. Nareszcie ojciec, chwytając się za głowę, odzywa się do macochy:
— Patrz — mówił, wskazując na portfel. — O Boże, zgubiłby nas na wieki! Ja go zabiję! — krzyczał i rzucił się na mnie.
W tym jednak momencie stanęła między ojcem a mną macocha. Zaczęła mu perswadować. Ja ze swej strony zebrałem się na odwagę i zacząłem się tłumaczyć, że chciałem wyjąć tylko kilka rubli, a resztę odłożyć. Nic nie pomogło.
Ojciec był święcie przekonany, że chciałem go zgubić przez kradzież całej zawartości portfela, a więc dziesięciu tysięcy rubli, które przygotował na wykupienie kilku wagonów cukru i mąki.
Między mną a ojcem stanęła ściana raz na zawsze nie do przebycia.
Skończyło się na tym, że ojciec mnie tak obił, że kilka dni kurowałem się w łóżku. Był nawet doktor zawezwany. Słyszałem, jak ten wyrzucał ojcu:
— Jak można tak skatować dziecko...!
Groził nawet, że gdy to się powtórzy, wytoczy ojcu sprawę.
Ojciec usprawiedliwiał się uniesieniem. Wszak kradzież tych pieniędzy groziła mu ruiną, cóż więc dziwnego, że się zapomniał.
— Zresztą diabli go nie wezmą — zawyrokował.
W końcu, chcąc raz skończyć przykrą dla niego rozmowę, odpalił:
— Jak ma być złodziejem, to wolę widzieć go w grobie...
Po tym zdarzeniu w miasteczku znów zawrzało jak w ulu. Nowina ta była niepowszednia. Każdy tłumaczył to na swój sposób. Większość mnie potępiała. Byli wszakże i tacy, co mi współczuli. Mówili: „Biedny sierota, ojciec, mając młodą żonę, chce się pozbyć dzieci”.
Znalazł się nawet śmiałek, który powtórzył to ojcu w oczy. Nie zdążył tego jednak dokończyć, bo już został wyrzucony za drzwi.
Co do mnie, to w ogóle nie rozumiałem, co się z ojcem dzieje... Ten człowiek herkulesowej siły, zwykle łagodny i potulny, nigdy tak się nie unosił jak teraz. Pomimo wszystko, czasem żal mi było ojca. Bunt się jednocześnie we mnie rodził z powodu tej zmiany. Więc wszystko zło przypisywałem zawsze uśmiechniętej, pięknej macosze. Jej widok mimo woli wywoływał we mnie drgania nerwów, nieprzychylny skurcz twarzy. Czułem instynktownie, że ta kobieta mnie nienawidzi, chociaż nie daje tego po sobie poznać. Możliwe, że zbyt srogo ją osądziłem. Straciłem matkę! Przez tę zaś kobietę miłość ojca.
W owym czasie ojciec budował nowy, murowany dom. Zaniechałem swych planów. Myśli zwróciłem w innym kierunku. Postanowiłem zdobyć zaufanie ojca. Starałem się być użyteczny.
Będąc fizycznie silnie zbudowany, wziąłem się do pracy. Pomagałem przy budowie. Woziłem cegły, dźwigałem ciężary, kopałem.
By wykazać poprawę i skruchę, uczęszczałem na nabożeństwa. W sobotę zaraz po obiedzie zabierałem się do bóżnicy. Tam zagłębiałem się w Talmudzie, dla pozoru wszakże... W rzeczywistości zaś na wzór dawnej nauki w jeszywecie chowałem w Talmudzie jaką bądź książkę beletrystyczną lub inną. I wtedy tylko zaprzestawałem tej lektury i zaczynałem śpiewnym głosem recytować ustępy świętej księgi, gdy wierni zaczynali się zbierać na przedwieczorną modlitwę.
Przychodził i ojciec. Spostrzegłem nieraz, iż patrzy na mnie ukradkiem i twarz jego wówczas nieco się rozpogadzała. Jeszcze wyraźniej mogłem to zauważyć, gdy wokół mnie tworzyło się liczniejsze grono brodaczy, którzy w skupieniu mnie słuchali.
Pragnąc go jeszcze bardziej umocnić w jego zaufaniu, co dzień w czasie przerwy między modlitwą przedwieczorną a wieczorną, to jest zanim na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, co stanowiło zwykle około godziny, siedziałem w wielkim skupieniu nad wieczną księgą.
Wszystko jednak na nic. Wysiłki moje nie przyniosły pożądanego skutku. Ojciec, jak i przedtem, patrzył na mnie z pogardą. W domu stale mnie napiętnowali. Robotnicy, zatrudnieni przy budowli, na mój widok uśmiechali się dwuznacznie i ironicznie. W miasteczku wszyscy ode mnie stronili, jakby od trędowatego.
Taka sytuacja stała się wprost nie do wytrzymania. Cóż dziwnego, iż coraz częściej wracała uporczywa myśl o ucieczce.
Ale jak to wykonać, gdy tak jestem pilnowany, a po wtóre miałem tę sprawę z pieniędzmi. O ile pierwsze dało się pokonać, to bez tych ostatnich, rozumiałem, daleko nie zajdę.
W takim położeniu przetrwałem do Nowego Roku.