The Bodsworth Main

Na śniadaniu u dyrektora otrzymaliśmy następujące wyjaśnienia: Kopalnia the Bodsworth Main zatrudnia 3500 robotników i jest jedną z kilku kopalni, położonych w pobliżu, tworzących jedno akcyjne towarzystwo Doncaster Cool Mining Association. Wszystkie razem kopalnie te zatrudniają około 20 000 robotników. Przed wojną i rewolucją rosyjską miały się bardzo dobrze. Produkowały pewien specjalny rodzaj węgla, który się zwał „putiłowskim” i szedł całkowicie na użytek tej rosyjskiej fabryki45. Teraz, rozumie się, że ten eksport urwał się, gdyż putiłowskie fabryki leżą częściowo w gruzach lub stoją nieczynne. W czasie strajku węglowego rynki szwedzkie i norweskie zajęte zostały przez polski węgiel.

— Całe dla nas szczęście, iż węgiel ten jest tak lichy, że rynki te znowu do nas wracają! — powiedział mi otwarcie dyrektor. — Nie mamy jednak jeszcze dosyć zamówień, aby pracować w całej pełni. Robotnicy rzadko pracują wszystkie dnie w tygodniu. Wprowadzamy akord: robotnicy łączą się w grupy od 5 do 10 osób i biorą na wyrobienie działki, za które płatni są od tony. Pracują 7 i pół godziny dziennie, zarabiają od 2 funtów 10 szylingów (100 zł) tygodniowo do 3, najwyżej 5 funtów tygodniowo.

Kobiety nie pracują wcale w kopalniach, ani pod ziemią, ani na powierzchni. Chłopcy od lat 14 są przyjmowani na roboty i zarabiają około 1 i pół funta tygodniowo (60 do 70 zł pol.). Widziałem tych wyrostków wracających z kopalni, czarnych i znużonych. Używani są do robót lżejszych, pomocniczych.

Po śniadaniu wsiadamy do samochodu i jedziemy przede wszystkim do biblioteki robotniczej. Pokój dość duży i widny, pośrodku stoły, na nich gazety, tygodniki, miesięczniki... Wśród książek w szafach uderzyła mnie przewaga dzieł z historii Anglii... Ich może najwięcej i są najbardziej zużyte, nie mniej w każdym razie niż powieści i poezje. Pewna ilość dzieł ekonomicznych stoi osobno, wśród nich Kapitał Marksa46, ale... znać, że nie bardzo czytany. Bibliotekę prowadzą sami robotnicy. Na biblioteki oraz inne urządzenia społeczne, jak kluby, teatry, towarzystwa, sportowe itd., daje pieniądze rząd z funduszu otrzymanego przez obłożenie każdej tony węgla podatkiem jednego penny47, co daje 500 000 funtów szterlingów rocznie. Podatek ten jest już pobierany pięć lat i będzie pobierany jeszcze pięć; on to pozwolił stworzyć w środowiskach robotniczych całą sieć instytucji kulturalnych! — tłumaczył nam Mr Hodges.

Pokazują nam piękny plac na football, tenis oraz doskonały cyklodrom48. Opodal widać nieduży domek zarządów sportowych. Sama biblioteka mieści się w wielkim Domu Ludowym, w którym prócz sali dla gry w bilard, szachy oraz domino jest wielka sala teatralna i taneczna. Właśnie na ścianie tej sali wisi wielkie ogłoszenie wzywające publiczność do udziału w balu mającym się tutaj odbyć za tydzień na rzecz jakiejś chrześcijańskiej organizacji filantropijnej. Sala może pomieścić 1200 ludzi. Pod sceną bardzo dowcipnie urządzony skład na krzesła. Sala wysoka, widna, ale bez galerii. Otwór dla projekcji kinematograficznych na parterze w ścianie, naprzeciw sceny. Wszystko bez przepychu, ale czyste, jasne i solidne.

Stąd jedziemy do Klubu Robotniczego, który znajduje się gdzie indziej i utrzymuje ze składek członkowskich. Ma członków 700. Mieści się w prywatnym domu, wynajętym. Dom bardzo piękny, z wielkimi lustrzanymi oknami przez całą ścianę, w cudownym ogrodzie; ma kwiaciarnię, oranżerię, gdzie ogrodnik oczyszczał właśnie z zimowych prochów winne latorośle... Dużo kwiatów; dzikie wino pnie się po ścianach, glicynie zwisają z balkonu... Na nasze spotkanie wychodzi gospodarz klubu, robotnik, wesoły, gruby pan, coś w rodzaju tego, który przywitał nas na wstępie w Doncaster. Wchodzimy do bufetu, gdzie stoi i siedzi gromadka robotników. Jedni grają w sali obok w bilard, inni w oszklonym wykuszu przy stolikach piją piwo i stukają dominem. Mają również bibliotekę i czytelnię. Urządzają zabawy i inne imprezy dochodowe, które wraz z dochodami ze sprzedaży trunków nie tylko pokrywają dość wysoką dzierżawę pałacu i ogrodu, lecz dają znaczną resztę, obracaną na zasiłek dla innych instytucji kulturalnych robotniczych. Nadwyżka ta sięga 500 funtów rocznie (22 000 zł). Przy klubie jest księgarnia. Projektują zamianę sąsiadującego z ogrodem zapuszczonego jaru na wielką pływalnię.

I Klub, i Dom Ludowy były otoczone całym szeregiem domów i ulic o jednostajnym, ale miłym wyglądzie, wyciągniętych wśród pól i ogrodów długimi sznurami. Były to domy robotnicze. Od pierwszego rzutu oka dostrzec można różnicę w kształcie i typie rozmaitych kompleksów.

— Są stare, przedwojenne, i nowe. Od czasu wojny nasze towarzystwo wybudowało 4000 nowych domów. Każdy dom zazwyczaj ma ogródek, kwietnik przed domem i warzywnik oraz ptaszarnię za domem. Każdy dom zawiera zwykle dwa mieszkania 4-pokojowe, choć są domy jednomieszkaniowe z 6 i 7, nawet 8 pokojami, zależnie od wielkości rodzin i zamożności robotników! — objaśniał nam Mr Hodges, wioząc nas samochodem po gładko wycementowanych ulicach. — Przed wojną domek pojedynczy kosztował nas 250 funtów; oddawaliśmy je na własność robotnikom, którzy płacąc tygodniowo 6 szylingów (mniej niż pół funta), spłacali w ciągu 18 lat wartość domu kompanii i stawali się prawnymi posiadaczami domów. Obecnie koszta budowy wzrosły do 500 funtów i robotnicy nie są w stanie wypłacać odpowiednich sum. Przeszliśmy wyłącznie do systemu dzierżawnego. Robotnik za mieszkanie 4-pokojowe z łazienką i kuchenką płaci 15 szylingów tygodniowo, a bez łazienki 11 i pół szylinga tygodniowo. W czasie strajku nie płacili nic, obecnie muszą spłacać zaległości, wnosząc tygodniowo o pół renty więcej.

Poprosiłem, żeby mi pokazano mieszkanka najuboższe, średnie i najlepsze. Wszystkie były tego samego typu i zupełnie podobne do widzianych już przeze mnie w Londynie. Nieduża sionka, z niej wejście do największego pokoju, służącego zazwyczaj za jadalnię i bawialnię. Duży, ładny kominek, urządzony tak, że można w nim gotować na wstawionej pod płytki okap żelaznej kuchence. Pośrodku stół, wkoło krzesła i fotele, kredens z porcelaną i szkłem. W kilku mieszkaniach widziałem pianino. Wszędzie uderzała mnie ogromna ilość mebli, gracików, luster, sztychów i obrazów na ścianach, rozmaitych „cacek” na stolikach i półkach. Pokoje, w ogóle nieduże (3 × 3 lub 3,5 × 4 metry), wydawały się wskutek tego jeszcze ciaśniejsze, ale robiły wrażenie zamożności, nawet pewnego komfortu. Za to sypialnie, których bywało dwie i trzy, angielskim obyczajem świeciły nagimi ścianami i nie miały mebli. Po środku stało zazwyczaj jedno dwuosobowe łóżko i nic więcej; czasem z boku jakiś tapczanik, widocznie dla młodszych dzieci. Sypialnie rozmiarami znacznie ustępowały jadalni. Dookoła łóżka ledwie można było przejść. Wszędzie w oknach firanki, kwiaty w doniczkach i w wazonikach. W większych mieszkaniach prócz łazienki była mała pralnia i zmywalnia dla naczyń z zawsze gorącą wodą, ogrzewaną przez kuchenne palenisko. Wszędzie, rozumie się, wodociągi, kanalizacja, elektryczność...

W paru wypadkach trafiliśmy właśnie na posiłek rodziny; z ciekawością rzuciłem okiem na stół: ryba, jarzyny, mięso, biały chleb, masło, ser... Nie były to bynajmniej rodziny najzamożniejsze. O jakimś odżywianiu się „kartoflanymi obierzynami” — trudno było nawet pomyśleć.

Kiedy teraz, pisząc te słowa, zastanawiam się nad wszystkim, co widziałem, dochodzę do przekonania, że różnice nasze z Anglią w produkcji węgla zachodzą głównie... w dziedzinie socjalnej. Węgiel mamy nie gorszy, wydobywamy go w podobny, a nieraz w lepszy sposób niż Anglicy, lecz sortujemy go i przewozimy — daleko gorzej. Przede wszystkim ilość siły w sortowniach angielskich o wiele jest większa i staranniejszy podział na gatunki węgla wcale nie składa się w złoża, lecz z sit idzie wprost do kolejowych wagonów. Staranniej również jest od naszego oczyszczany; kiedy mi pokazano odrzucane na bok, bezużyteczne śmiecie węglowe, ze zdziwieniem znalazłem wśród nich dużo kawałów węgla, prawda, że przerośniętego opoką, lecz u nas uchodzącego w handlu za węgiel „średniej wartości”. Brak zupełny kamieni w węglu angielskim podnosi ogromnie jego wartość ciepłodajną i czyni zeń towar pierwszorzędnej jakości. Na to, aby tych kamieni było mało, potrzebna jest mądra handlowa przezorność kierowników i bystre oko oraz zręczna ręka robotnika. Anglicy są dobrymi kupcami i dla doraźnego zysku nie poświęcają nigdy źródeł stałych dochodów, dlatego kamieni do węgla nie mieszają, a robotnik angielski, dobrze odżywiony, wypoczęty, wygodnie mieszkający i oddychający w czasie roboty możliwie czystym powietrzem, może dłużej od innych robotników zachować „bystrość oka i zręczność ręki!”. W tym też jest mądre i ludzkie wyrachowanie!...

Dwie wizyty w Niemczech