Księga II
Zmilkli wszyscy i twarze obrócili bacznie,
Więc ojciec Enej z łoża górnego tak zacznie:
«Niewymowne, królowo, wznawiać każesz rany.
Jak trojańskie dostatki i tron opłakany
Wywrócili Danaje; jam widział klęsk mrowie,
W nich udział miałem wielki. Kto, głosząc to w słowie,
Z Mirmidonów, Dolopów lub wojska Ulissa
Łzę by wstrzymał? Z niebiosów noc mokra już zwisa.
Schodzące gwiazdy radzą snem siły odświeżyć —
Lecz gdy pragniesz tak poznać wypadki mych przeżyć
I krótko znoje Troi usłyszeć ostatnie,
Choć duch wzdryga się wspomnieć, głos z płaczu się zatnie,
Zacznę:
Wojną złamani, losem starci w sile
Danajów wodze, kiedy już zbiegło lat tyle,
Konia-górę, Pallady sztuką wsparci bożą,
Budują, z jodeł ściętych żebra mu ułożą;
Udają ślub za powrót — ta wieść się rozszerza.
Wtedy garść wybranego przez losy żołnierza
W głąb pusty wsadzą chyłkiem, wnet bok mu olbrzymi
I brzuch cały mężami wypełnią zbrojnymi.
Jest blisko wyspa Tened, słynąca wprzód chwałą
I skarby, gdy się państwo Pryjama trzymało —
Dziś wydmy w niej i przystań dla łodzi zdradliwa,
Tam zgraja ich na pustym się brzegu ukrywa.
My sądzim, że do Micen z wiatrem odpłynęli;
Cała Teukria po długim się smutku weseli.
Otworzą bramy; chętnie doryckie172 obozy
Lud zwiedza, brzeg opuszczon ogląda bez zgrozy:
Tu Dolopy, tam miejsce Achilla namiotów,
Tu floty port, tam szereg się zbiegał, w bój gotów.
Część dziwi dar złowieszczy, poświęcon Minerwie
Rumaka kolos. Pierwszy Tymetej się zerwie,
Wieść w mury go i w zamek doradza wysoki —
Bądź ze zdrady, bądź Troi tak chciały wyroki.
Lecz Kapys i ci, którzy dojrzalszą myśl mieli,
Zdradzieckie dary Greków w dno morskiej topieli
Stoczyć każą i żary podłożyć ogniska
Albo, wiercąc brzuch, zbadać kryjówki głąb z bliska
Niepewny lud w przeciwne dwie dzieli się strony.
Wtem pierwszy, z wielką rzeszą mężów, zapalony
Laokon z wysokiego zamczyska zbiegł śmiele
I z dala: — »Co za zgubny szał, obywatele!
Wierzycie, że złość wroga nad wami nie zwisa,
Że bez zdrady dar Greków? Tak znacie Ulissa?
Albo siedzą w tym drzewie Achiwi ukryci,
Lub mury nam machina ta zdradnie podchwyci,
Szpiegując z góry domy i gród; zresztą kto wie,
Jaki fałsz w niej; koniowi nie wierzcie, Teukrowie!
Ja lękam się Danajów, chociaż niosą dary173!«
Rzekł i włócznię ogromną w bok groźnej poczwary
I w pogięty od spojeń brzuch z potężną mocą
Ciska — utkwiła, ciężko drgając: zachrobocą
I wydadzą jęk wklęsłe brzuszyska jaskinie.
Gdyby nie wyrok bogów i płochość jedynie,
Skłoniłby nas, by zbroczyć kryjówkę żelazem:
Stałabyś, Trojo, z zamkiem Pryjama zarazem!
Wtem młodzieńca, związawszy mu dłonie za plecy,
Z krzykiem wielkim przed króla wiedli niedalecy
Pasterze. On, nieznany, w ich ręce zdradziecko
Sam się oddał, by w Troję wprowadzić czerń174 grecką,
Ufny w duszy, na dwoje się godząc pochopnie:
Czy znajdzie zgon niechybny, czy zdrady swej dopnie.
Ciekawie zewsząd Trojan młódź śpieszy bezwąsa
I w tłoku na wyścigi z jeńca się natrząsa.
Poznaj więc Greków zdrady i z jednego zbrodni
Sądź o wszystkich.
Gdy bowiem bezorężny ów tułacz przychodni
Zmieszan stanął i okiem zmierzył Frygów wojsko:
— »Jakaż ziemia dziś, jaka — rzekł — będzie mi swojską
Mórz fala? Ja nieszczęsny! Któż pomoc dziś da mi?
Wśród Greków miejsca nie ma dla mnie, a i sami
Dardanie wrodzy śmierci mej chciwie żądają«. —
Te jęki zmiękczą serca, pomruk między zgrają
Ucichnął. Każem mówić: z jakiej krwi zrodzony?
Co niesie? Więźniem będąc, co ma do obrony?
On, zbywszy się bojaźni, nareszcie to wyzna:
»Całą prawdę ci powiem, królu. Ma ojczyzna,
Nie przeczę, w Argos: stamtąd przodkowie są tędzy
To pierwsze. Gdy nieszczęście przywiodło do nędzy
Synona, kłamcą przecież nie zrobi na włosek!
Może doszło twych uszu z dalekich pogłosek
Coś o mianie Belidy, sławie Palameda175:
Z fałszywych go donosów Pelazgów176 czereda
Bez win, dziko, iż wojnę tę ganił sobaczą,
Skazała na śmierć — teraz zabitego płaczą.
Jemu, iż nas ród zbliża oraz towarzyska
Zażyłość od lat pierwszych, w te obozowiska
Ubogi rodzic przydał. Póki królów godło
Nosił i w radzie znaczył, i mnie też się wiodło,
Miałem imię; lecz skoro on, z Ulissa winy
(Znaną głoszę rzecz) ziemskie opuścił krainy,
Znękan, życie pędziłem w cieniu, wśród łez wiela,
Gniew żywiąc z niewinnego doli przyjaciela.
Szalony, nie taiłem, że gdy los mi zdarzy
Zwycięsko w Argos wrócić, do swojskich ołtarzy,
Mścić się będę; tem srogim gniew wzbudził177. Zza kulis
Zło pierwsze odtąd wyszło, odtąd zawsze Ulis
Nowymi straszył pozwy178, pogłoski sąsiadom
Sprzeczne rzucał, na przebój szedł, winy swej świadom,
I nie spoczął, aż pomoc Kalchasa179 w tej drodze...
Lecz po cóż próżno skargi niewdzięczne rozwodzę
I zwlekam? Gdy równymi są u was Achiwy
I dosyć wam to słyszeć, w zgon wiedźcie straszliwy:
Chce Itak180, nie poskąpią Atrydzi181 nagrody...« —
Więc chciwie go badamy, by wyznał powody,
Nie sądząc, by w tym podstęp tkwił, zbrodnia i zdrada
On dalej drżącym głosem tak chytrze powiada:
— »Często Grecy, długimi znużeni bojami,
Porzucić chcieli Troję i cofnąć się sami.
Obyż to uczynili! Lecz często ich zima
Na morzu, często Auster182 odstraszy i wstrzyma.
Szczególnie, gdy już pobit klonowymi belki
Stał rumak, całe niebo burz orkan skrył wielki;
Trwożni ślem Eurypila po Feba wyrocznie.
On z przybytku te słowa odnosi niezwłocznie:
Krwią dziewicy, Danaje, wichryście zbłagali183,
Pierwszy raz w kraj iliacki przychodząc z oddali;
I dziś wojsko bez dani z krwi Greka nie ruszy
Z powrotem. — Kiedy głos ten w pospólstwa wpadł uszy,
Ścierpły serca, dreszcz zimny z tak strasznych wyzwolin
Wszedł w kości: kogo los chce i żąda Apollin?
Wtem Itak z wrzawą ciągnie Kalchasa, wróżbitę,
W sam środek; jakie bogów wyroki są skryte,
Wypytuje... Mnie podstęp sztukmistrza już wtedy
I srogą przyszłość licznej głos wróżył czeredy.
Dziesięć dni milczy wieszczek i ukryty w domu
Nie chce głosem swym śmierci zwiastować nikomu;
Wreszcie, złaman natręctwem Ulissa krzykacza,
Z umowy rwie milczenie i mnie w zgon przeznacza.
Przyklaśli wszyscy; czego dla siebie się bali,
To znieśli, gdy w jednego nędzarza los wali!
Już nastał dzień okropny: w ofiarne obrzędy
Krupy, sól i opaski gotują mi wszędy...
Uszedłem śmierci — wyznam — i zerwałem pęta,
W bagniem krył się184 w noc, kędy trzcina rozrośnięta,
Czekając aż odpłyną, jeśli płynąć mieli.
Żadna mi się nadzieja ujrzenia nie ścieli
Ojczyzny, drogich dziatek i miłego ojca!
Zapewne mą ucieczkę mszcząc, srogi zabójca
Za winę jej — tych biednych nasyci się zgonem...
Więc na bóstwa, dla których nic nie jest tajonem,
Na wiarę cię, gdy jeszcze została wśród ludzi
Niewzruszona, zaklinam, niech litość twą zbudzi
Ból taki — nad niewinnym się lituj nędzarzem!«
Wzruszeni łzami, trwogę porzucić mu każem
O życie; pierwszy Pryjam ciasne mu okowy185
Zdjąć zleca, przyjaznymi tak ciesząc go słowy186:
— »Ktokolwiek jesteś — Grajów straconych zapomnij,
Naszym będziesz, lecz na me słowa najprzytomniej
Odpowiedz: kto ten kolos stawił187? Kto dał plany?
W jakim celu? Z religii czy w bój on stawiany?« —
Rzekł; Pelazga188 podstępny i krętych sztuk majdan
Znający, do gwiazd ręce wzniósł, wolne od kajdan:
— »Wami, ognie wieczyste, waszym bóstwem — rzecze —
Świadczę się, wy, ołtarze i przeklęte miecze,
Com was uszedł, opaski, którem niósł w zgon krwawy:
Wolno mi Grajów święte połamać ustawy
Wolno ich nienawidzić i skryte knowania
Wyjawić — ni ojczyzna, ni prawo nie wzbrania.
Ty jeno spełń, coś rzekła, i daruj mnie zdrowiem,
O Trojo, jeśli prawdę, gdy wielką rzecz powiem!
Nadzieja cała Greków w tej wojnie — Pallady
Pomocą stała zawsze. Gdy wylan na zdrady189
Tydydes190 i Ulisses, wynalazca zbrodni,
Do świętych jej przybytków wtargnęli niegodni;
Gdy po straży wycięciu ich złość się nie sroma191
Na święty porwać posąg krwawymi rękoma,
Dziewicze jej opaski kalając zuchwale:
Zaraz chwiać się poczęła i chylić w swej chwale
Ufność Greków, moc prysła, gniew gnał ich bogini.
Pewnymi znaki Pallas wiadomym to czyni:
Ledwie posąg stawiono w obozie, straszliwa
Z jej oczu światłość błysła, wnet słony pot spływa
Przez członki i (dziw!) trzykroć podskoczy wspaniała,
Krągłą tarczę swą dzierżąc i włócznię, co drgała...
Wnet Kalchas radzi statki powrotną gnać drogą,
Bo miecze Greków zburzyć Pergamu nie mogą,
Jeżeli nie powtórzą wróżb w Argos i sami
Nie wrócą bóstwa, które krągłymi łodziami
Uwieźli. Więc się z wiatrem do Micen puścili,
Gotując broń i bogów192; w niespodzianej chwili
Wrócą morzem. Tak wróżby im Kalchas wykłada.
Gmach193 ten z jego namowy wznieśli, by Pallada
Dań wzięła za zniewagę posągu sromotną.
Za rozkazem Kalchasa na kolos ten potną
Wielkie dęby, z ich belek on w niebo wyrasta,
By nie mógł być przez bramy wprowadzon w mur miasta
I, jak dawniej, pobożny naród mieć w obronie,
Bo gdyby dar Minerwy święty wasze dłonie
Zgwałciły, wtedy zguba wielka — która, oby
Nań spadła! — państwu Priama dzień ześle żałoby;
Gdy zaś w gród ręce wasze go wwiodą dostojnie,
Pod greckie mury Azja przyjdzie w wielkiej wojnie
I na wnukach się naszych ta wróżba wykona!«
Tym zaklęciom i sztuce tej kłamcy Synona
Uwierzylim; łzy zdradne zwątliły nam serce,
Których Tydyd ni Achil laryski w szermierce
Zmóc nie mógł, ni lat dziesięć, ni okrętów tysiąc!
Lecz większy i groźniejszy dziw zdołał się sprzysiąc
Na zgon nędznych i z nagła lęk w piersiach nam wznowi.
Laokon, losem wybran kapłan, Neptunowi
Przed ołtarzem wielkiego powalić miał wołu,
Gdy z Tenedu, przez głębie spokojne, pospołu
— Strach wspomnieć! — dwa wężyska olbrzymimi skręty
Burzą morze i suną na brzeg wysunięty.
Wzniesiona ponad nurty pierś i krwawa grzywa
Nad falą świeci, reszta głąb morza przepływa,
Kłębami wijącymi ciężki czyniąc wymach.
Ze szumem nurt się spieni, gniew w obu olbrzymach
Krwawymi bystrych oczu ogniami połyska,
Migoce język, z sykiem liżący skraj pyska.
Pierzchamy, bladzi z lęku; węże niby strzała
W Laokona uderzą i naprzód dwa ciała
Synów jego skrętami oplótłszy dziecięce,
Krępują, biedne członki żrą, miażdżąc w paszczęce;
Potem jego, gdy w pomoc nadbiega z pociskiem,
Chwytają, cielskiem wokół okręcając śliskiem.
Dwakroć brzuch, dwakroć szyję spowiwszy morderczo
Łuskatym grzbietem, łbami jeszcze w górze sterczą!
Ów razem dłońmi przerwać usiłuje węzły,
Ze wstęgami w krwi czarnej i jadzie ugrzęzły,
Razem wrzask rzuca w niebo, słyszany z daleka:
Tak ryczy byk, gdy zranion od ofiar ucieka,
Niepewne z karku śmierci strząsnąwszy narzędzie.
A smoki oba, pełznąc w świątyni głąb, w pędzie
Uciekają, gdzie srogiej Trytonii194 jest wieża,
Pod stopy jej się kryjąc i obwód puklerza.
Więc piersi wszystkich nowy owłada wskróś przestrach:
Głoszą, że pomstę, w boskich zawartą rejestrach,
Za zbrodnię wziął Laokon, iż świętość buńczucznie
Znieważył i w grzbiet konia grzeszną rzucił włócznię.
Wołają, by do miasta wieść dziw i zmyć plamy
Modłami do bogini.
Dzielim mury, warownie miasta otwieramy.
Do dzieła rwą się wszyscy, podkładają kręgi
Pod nogi zwierza, inni karkiem powróz tęgi
Naprężą; sunie w mury machina przeklęta,
Ciężarna bronią. Chłopcy wokół i dziewczęta
Śpiewki nucąc, radośnie trącają powrozy...
Ona wchodzi, w głąb miasta pełznie pełna grozy.
Ojczyzno! Ilium święte! Z wojennego dzieła
Sławne mury Dardanów! Czterykroć stanęła
W bram progu i czterykroć w niej bronie zachrzęsną...
Ze szałem naglim, zdjęci ślepotą nieszczęsną,
I dziw zgubny na święte wciągamy warownie.
Na wróżby usta wtedy otwiera wymownie
Kassandra, z woli boga niesłuchana zawsze195.
My świątyń szczyty w mieście, nędzni, na najłzawsze
Zdani jutro — w zieleni stroim powijadła...
Tymczasem gwiazdy zeszły, noc z morza zapadła,
Ziemię, niebo i zdrady Greków gęstym mrokiem
Spowijając; Teukrowie w milczeniu głębokiem
Spoczną w murach; znużonych sen ciężki owładnie.
A już, w szyk wiążąc statki, Argiwów huf zdradnie
Od Tenedu szedł, w cichej poświacie księżyca
Do znanych dążąc brzegów; wraz płomień rozświeca
Łódź królewską. Zrządzeniem losów bronion rzadkiem
Ukrytych w brzuchu Greków z kryjówki ukradkiem
Puszcza Synon; ci z konia w blask niecony łuną
Wystąpią, raźno z dębu wydrążeń się zsuną:
Tessander, Stenel — wodze i Ulisses srogi,
Spuszczeni liną, Toas, Akamas bez trwogi,
Neoptolem, Machaon, pierwszy w zemście ślepej
Menelaus, i sam zdrady wykonawca Epej196.
Napadną gród, snem zmorzon i winem; straż w bramach
Mordują, przez wyłomy, otwarte na zamach,
Przyjmują druhów wszystkich, szyk łączą zdrad świadom.
Był czas, kiedy sen pierwszy znużonym gromadom
Zaczyna się, najmilszy dar z niebiańskich kwater,
Gdy oto w śnie, przed okiem mym smutny bohater
Hektor stanął, łzy hojne zlewały mu oczy:
Jak ongi, ciągnion wozem; dokoła go broczy
Kurz krwawy, od przekłutych nóg rzemienie biegą.
Ach, jakiż był! Jak bardzo odmienny od tego
Hektora, co w Achilla zbroi wraca żwawy,
Lub fryskie ognie miota na Danajów nawy!
Zmierzwiona broda jego, w krwi skrzepłej kędziory,
Pierś rany kryją, które, staczając bój skory,
Pod murem wziął ojczystym; przez hojnych łez nawał
Ze smutkiem tak do niego jam mówić się zdawał:
»O światło Troi, Teukrów nadziejo jedyna,
Jakaż cię, o Hektorze, wstrzymała kraina?
Skąd idziesz? iż gdy tyle wsiąknęło w walk pole
Krwi bratniej, po tak ciężkim wojsk, miasta mozole,
Znużeni znów cię widzim? Co twarzy świetlany
Odjęło uśmiech? Czemu oglądam te rany?« —
On nic; próżnych mnie pytań nie wstrzyma przewłoką,
Lecz ze dna piersi mężnej westchnąwszy głęboko:
— »Uciekaj — rzekł — bogini synu, z ognia fali!
Wróg dzierży mur, w gruz Troja wyniosła się wali.
Dość ojczyzna ma z Priamem! Gdyby ludzka siła
Zbawić mogła Pergamon, ma dłoń by zbawiła!
Dziś tobie Troja święte powierza penaty197,
Weź je w drogę za druhów, na gród im bogaty
Miejsca szukaj, ogromne przebywając morze!«
Tak rzekł, Westę zabiera, opaski jej boże —
I wieczny ogień niesie od przybytków wnętrza.
Tymczasem w murach wrzawa wre coraz gorętsza
I coraz bardziej z dala, choć między drzew szczyty
Dom Anchiza rodzica w cień chowa się skryty,
Wrzask dobiega, szczęk broni po domach i sadach.
Otrząsnąłem się ze snu, szybko wbiegłem na dach
Najwyższy i tam stojąc, wytężyłem uszy:
Tak gdy wśród szału wichrów w zasiewy pól ruszy
Pożar lub bystra rzeka, ze stromych gór rwąca,
Stłacza pola, plon bujny, trud wołów roztrąca,
Strzaskane ciągnie bory, ze skalnych igliwi
Nieświadom pasterz grzmotom dalekim się dziwi —
Odkryty wtenczas podstęp, Danaów mi zdrada
Wiadoma! Już Dejfoba198 dom wielki w gruz pada
Pod kłębami płomieni, najbliższy już płonie
Ukalegon199, sygejskie jaśnieją z łun tonie200,
Krzyk mężów się rozlega i głuche trąb dźwięki.
Broń w szale beznadziejną porywam do ręki,
Chcę zebrać oddział w bitwę i w zamek z druhami
Wbiec szybko, dzika wściekłość i gniew w sercu gra mi,
Pędząc naprzód — myśl: pięknie lec201 z orężem w ręku!
Wtem Pantus, strzał uszedłszy greckich, pełen lęku
Otriada, kapłan Feba, ocalenia szuka,
Świętości, zbite bogi202 i małego wnuka
Ciągnąc z sobą i pędem biegnąc na wybrzeże:
— »Jak rzeczy stoją, Pancie? Jakie zajmiem wieże?« —
Ledwom rzekł, on odpowie, jęcząc z głębi łona:
— »Ostatni wszedł dzień, doba klęsk nieunikniona
Dardanii: była Troja203, Ilium i bez miary
Chwała Teukrów! Zły Jowisz do Arg wszystkie dary
Odwrócił; Grek płonący gród zajął w uciesze.
Koń-góra, w środku miasta stojąc, zbrojnych rzesze
Wyrzuca, Synon pożar szerzy ponad Troją
Z szyderstwy204, inni w bramach otwartych wszerz stoją,
Tysiące, jakie jeno z Micen przyszły kiedy!
Przesmyków ciasnych ulic inne znów czeredy
Strzegą zbrojnie, żelaza zjeżony rząd błyska,
Ścieśniony, na mord gotów; straż ledwie zamczyska
Przy bramach ślepym bojem swe dłonie mozoli!«
Po tych słowach Otriady i z niebianów woli
Rwę się w płomień i bitwę, gdzie pomsta straszliwa,
Gdzie hałas i wrzask w niebo bijący przyzywa.
W księżyca bladym świetle poznani, tymczasem
Rypej, Epyt waleczny, Hypanis z Dymasem
Kupią się przy mym boku, wraz i Koreb młodzian,
Mygdonides205: on w dniach tych do Troi niespodzian
Wszedłszy, ślepą miłością Kassandry zapłonie
I jako zięć Pryjama stał w Teukrów obronie —
Nieszczęsny, iż swej lubej, wieszczym zdjętej szałem,
Nie słuchał!
Gdy ich w szyku na boje rwących się ujrzałem,
Tak zacznę: »O młodzieńcy, waleczne daremno
Serca, gdyście w bój srogi gotowi biec ze mną
Niezłomnie — jaki rzeczy stan, widzicie sami:
Ze świątyń i ołtarzy, świecących pustkami,
Uszły bóstwa, przez które stał tron nasz i sejmy,
Gród w ogniu! Umierajmy i runąć w bój śmiejmy!
Pobitym ufność jedna: nie żywić nadziei206!...«
To gniew młodzi w szał zmienia. Jak wśród leśnych kniei
We mgle szarej żarłoczne wilki, które sparła
Moc ślepa głodu, w norach zaś ich suche garła
Wyciągają szczenięta — przez strzały, przez wroga
Na pewną śmierć kroczymy, gdzie ściele się droga,
Środkiem miasta; noc mroczna roztacza w krąg cienie...
Kto klęskę onej nocy, kto śmierci zniszczenie
Wypowie albo łzami dorówna zła miary?!
Władnący lat tak wiele — w gruz pada gród stary!
Po drogach, w progach domów i na świątyń stopnie
Rzucone tu i ówdzie, zsiniałe okropnie,
Leżą ciała; i nie sam lud Teukrów w krwi kona:
Raz po raz zwyciężonym moc wraca do łona
I ginie Grek zwycięski; okrutny się ciska
Płacz wszędy, lęk i zgonów licznych widowiska!
Pierwszy z Greków, w pośrodku kolumny wojsk srogiej.
Za bratnie szyki biorąc nas, nadszedł Androgej
Nieświadom i przyjaznym tak słowem zachęci:
— »Śpieszcie męże! Jakimże jesteście dziś zdjęci
Lenistwem! Inni łupią, roznoszą na grzbiecie
Płonący gród; wy z łodzi dopiero idziecie!« —
Rzekł i w mowie, nie słysząc słów pewnych, się zaciął,
Poznał nagle, że w środek wpadł swych nieprzyjaciół:
Wstecz cofnął krok wraz z głosem, zdumiony niezmiernie.
Jak jeśli niespodzianie kto, wchodząc na ciernie,
Zdepce węża, z wielkimi od strachu oczyma
Ucieka, a gad z gniewem grzbiet modrawy wzdyma:
Tak Androgej uchodził, drżąc na całym ciele...
My w gęstwę rot orężnych uderzamy śmiele;
Nieznających miejsc, trwogą owładniętych, społem
Ścielimy: los się z pierwszym sprzymierza mozołem.
Skrzepion w duchu zwycięstwem Koreb wojowniczy
— »O druhy, gdzie nam pierwsza fortuna — zakrzyczy —
Wskakuje ocalenia szlak pewny, bez ujmy
Tam idźmy: zmieńmy tarcze, w Danajów się strójmy
Oznaki; kto u wroga pyta: moc czy zdrada?
Broń dadzą sami!« — Rzekłszy to, szyszak nakłada
Włosisty Androgeja, tarcz o zdobnej blasze
Przywdziewa i miecz grecki do boku przypasze;
Toż Rypej, Dymas, cała młodzieńców mych zgraja
Wesoło czyniąc, w łupy się świeże uzbraja.
Kroczymy wśród Danajów, od bóstw opuszczeni,
I wiele bitew pośród ślepej nocy cieni
Zwodzimy, wielu Greków wpędzamy do piekła:
Część ich pędem na brzegi znajome uciekła
Do łodzi, część zaś w trwodze haniebnej się skłębi
W krąg konia, w znanej brzucha znów kryjąc się głębi.
Niestety! Dłoń wbrew bogom nie zdziała nic sama!
Oto z włosem rozwianym dziewicę Pryjama,
Kassandrę, tłum z Minerwy święconych wlókł stoczy.
Ona próżno wznosiła w niebo skrzące oczy —
Oczy tylko, bo drobne dłonie gniotą pęta!
Nie zniósł Koreb widoku, wnet rozpacz zawzięta
Rzuciła go w sam środek zbrojnych, na zgon ślepy.
Biegniem wszyscy z nim, w gęste wpadając oszczepy:
Tu strzały wpierw z wysokiej wierzchołka świątyni
Tłum naszych nas zasypie i srogą rzeź czyni
Dla zbrój kształtu, widokiem grzyw greckich omamion.
Potem Grecy, gdy dziewkę wyrwalim im z ramion,
Z wrzaskiem gniewnym wkrąg biegną: Ajas pełen chwały,
Dwaj Atrydzi wraz, razem Dolopów huf cały:
Tak z przeciwnych stron wichry, gdy burza rozmota
Ich pęta, rwą w bój raźnie, Zefir obok Nota
I Eura207 zaprząg; trzeszczą lasy w srogim sporze,
Trójzębem wzrusza Nerej208 spienione z dna morze! —
Tamci też, których w mrocznej nocy, pośród cieni
Zdradą płosząc, po mieście gnalim, połączeni
Nadchodzą, pierwsi zmianę włóczni i puklerza
Poznają, głos odmiennym ich brzmieniem uderza.
Wnet tłum stłoczył nas: pierwszy tam Koreb, cios wraży
Z Peneleja209 prawicy wziąwszy u ołtarzy
Pallady, runął; bierze Rypeja śmierć krwawa,
Co prawym był wśród Teukrów i pilnie strzegł prawa:
Inaczej sądzą bogi; — pod druhów padł groty
Hypanis wraz z Dymasem; i ciebie tarcz cnoty
Nie broni, Pancie, ani tiara Apollina!
Was, szczątki Ilium, płomię, co z ruin się wspina,
Za świadki biorę, iżem ni ciosów, ni grotów
Danajskich się nie chronił i umrzeć był gotów,
Gdyby losy tak chciały! Uchodzim zatraty;
Wraz Ifit, Pelias ze mną; z tych Ifit już laty
Podeszły, Pelias z rany Ulissa przystawa.
Pod Pryjama dom głucha wnet woła nas wrzawa.
Tu bitwę srogą widzim, jakby mordu szałem
Nie huczał gród, nie ginął nikt po mieście całem:
Tak Grecy prą na dachy, rozpętan Mars warczy,
Oblega wejście zewsząd spiętrzony dach z tarczy
Tkwią drabiny w mur wsparte tuż przy samej bramie:
Pną się Grecy, tarcz wznosząc ponad lewe ramię
Przeciw strzałom, za gzymsy chwytając prawicą;
Dardanie zasię wieże rwą, dachy rozchwycą
Pałacowe: — takimi, gdy widzą zgon bliski,
W ostatniej walce bronić się myślą pociski!
Ozdoby przodków stare, wyzłacane tramy!
Toczą; z mieczem dobytym u wewnętrznej bramy
Czuwają inni tłumnie, na wszystko gotowi.
Powziąłem chęć biec w pomoc króla pałacowi,
Wesprzeć mężów, pobitym otuchę wlać w łona.
Był próg, skryty dla oka, i furtka tajona
Między gmachy Pryjama: opuszczone w tyle
Podwoje; tu, gdy państwo szczęsne wiodło chwile,
Nieraz szła Andromacha210 z Astianaksem rada,
Bez sług, dziecię do teściów prowadząc i dziada.
Wstępuję na szczyt dachu najwyższy, gdzie z góry
Pociski próżne Teukrzy miotali na mury.
Wnet wieżę, co nad dachy się strome wysoka
W gwiazdy spiętrza, skąd Troja widoczna dla oka,
Wszystkie łodzie Danajów i obóz ich cały —
Tam, gdzie górne wiązadeł spojenia się chwiały,
Żelazem rąbiąc wokół zrywamy z wysoczy
I pchniem w dół; ona z nagłym łoskotem się stoczy
I szeroko na szyki danajskich rot przednie
Upada — lecz prą inni; tymczasem nie rzednie
Grad głazów i strzał różnych.
W przedsionku samym Pyrrus211, na schodów krawędzi
Błyskając miedzią w słońcu, oręża nie szczędzi:
Tak wąż, jadem opity, którego wpierw zima
Śpiącego kryła w ziemi, na światło pierś wzdyma,
Zbywszy skóry — i pełen młodzieńczej ponęty,
Wygiętym grzbietem, w tyle oślizgłe gnąc skręty,
W słońcu wstaje i język drgający wychyla.
Razem groźny Peryfas i giermek Achilla,
Woźnica Automedon, z całą Scyrów zgrają212
Pod dach wchodzą i ogień na szczyty miotają.
On wśród pierwszych, porwawszy za topór, przełamie
Dębowy próg, zawiasy wyrywa wnet w bramie
Spiżowej, potem belkę wyciąwszy, ku tyłom
Wgiął wrota i ogromny otworzył w nich wyłom.
Głąb się domu z długimi krużganki odsłania,
Błysną Pryjama, starych królów pomieszkania
I widać szereg zbrojnych, stojących za progiem.
Wraz tylny dom wśród jęków zamieszaniem srogiem
Napełnia się, po krańce sklepionych sal wnętrza
Od płaczów grzmią niewieścich; krzyk do gwiazd się spiętrza;
Dokoła trwożne matki zbiegają gmach wielki,
Ramiony213 obejmując całują bram belki.
Prze Pyrrus z mocą ojca, ni wrót go wierzeje,
Ni straż wstrzyma; pod częstym taranem się chwieje
Bramica, z zawias zdarte podwoje upadną.
Dan sile wstęp. Tnąc pierwszych, gromadą bezładną
Wtargną Grecy, od wojów wnet cały gmach pełny:
Nie tak, tamy zerwawszy, pian brudnych śląc wełny,
Wre potok, krusząc złomy spotkanych skał wszędzie,
Przez pola wali w szale, przez wszystek łan w pędzie
Na falach niosąc stada z resztkami ich obór.
Krwawego Neoptola, Atrydów, wojsk dobór
Wiodących w dom — Hekubę i Pryjama z bliska
Widziałem, jak krwią broczył swe święte ogniska.
Pięćdziesiąt łożnic, wnuków nadzieje tak duże,
Bramy w złocie tonące — w zdobycznej purpurze —
Runęły; łupią Grecy, gdzie płomień ustawa!
Pewnie dola Pryjama obejdzie cię krwawa:
Gdy ujrzał klęskę miasta, wśród bitew pożogi
Strzaskane drzwi i w gmachu tłoczące się wrogi,
Na drżące z wieku barki z wolna starowina
Odwykłą kładzie zbroję, do boku przypina
Miecz próżny i w tłum wrogów bieży, by lec społem
Ze swymi. W środku domostw pod niebem stał gołem
Ogromny ołtarz; nad nim, pochylony laty,
Wawrzyn cieniem swych liści osłaniał penaty.
Tu Hekuba i córki przy ołtarzy zrębie,
Jak czarną zawieruchą spłoszone gołębie
Tłoczą się, próżno bogów ściskając posągi.
Gdy Pryjama w zbroicy spostrzegła, jak ongi
Za młodych lat: »O mężu! jakaż złość zaciekła
Skłania cię brać tę zbroję? Gdzie pędzisz? — wyrzekła,
Nie takich to obrońców ciężka wzywa pora
Na nic dziś dłoń samego się zdała Hektora...
Pójdźże tutaj, ten ołtarz śmierci nas odejmie
Lub umrzem razem!« — Rzekłszy to, starca uprzejmie
Na tronie poświęconym przy sobie sadowi.
Wtem oto Polit, wyrwan z ręki Pymisowi
Syn Pryjama, przez strzały, przez wrogów rój tłumny
W głąb pustych sal mknie między krużganków kolumny
Ranny; za nim, krwią dysząc, pędzi Pyrrus z bliska,
Już dłonią go dosięga i włócznią naciska
Ów, zbiegłszy przed twarz ojca, z jękiem niepowszednim
Runął i we krwi hojnej życie oddał przed nim.
Tu Pryjam, choć już śmiercią zagrożon dokoła,
Powstrzymać oburzenia i głosu nie zdoła:
»Za zbrodnię — krzyknął — twoją, za bezwstyd, dłoń boska
(Jeśli w niebie jest słuszność, co o to się troska)
Niech dzięką i nagrodą cię godną uwieńczy,
Kiedyś sprawił, żem ujrzał zgon syna młodzieńczy
I mordu krwią zbroczyłeś ojcowskie me lica
Nie takim, kłamnie przez cię głoszon za rodzica,
Był Achil dla mnie, wroga, lecz święte czcząc prawa
Proszących, martwe ciało Hektora oddawa
Na pogrzeb, mnie odsyła bez szkody w kraj miły«.
To rzekłszy, starzec włócznię niezdatną bez siły
Wyrzucił: ona próżno w spiż dźwięczny uderza,
Odbije się i zwiśnie z naczółka puklerza.
Tedy Pyrrus: »Więc pójdziesz w poselstwie me zbrodnie
Pelidzie głosić, o tym, jak działa wyrodnie
Neoptolem — z nim sobie do syta pogawędź!
Teraz giń!« — To wyrzekłszy, nad ołtarza krawędź
Drżącego, co się ślizga w obfitej krwi syna,
Przyciąga, lewą rękę w kędziory mu wpina,
Prawą w bok po rękojeść lśniący wbija brzeszczot.
Takim był kres Pryjama, wśród takich go pieszczot
Los zgładził: Troi pożar i Pergam w ruinie
Ujrzawszy, ziem i ludów potężny pan ginie,
Król Azji; leży wielki trup nad brzegów skałą,
Odcięta z barków głowa i bez nazwy ciało.
Natenczas srogi przestrach i mnie się udziela.
Zdrętwiałem, drogi obraz wstał mi rodziciela,
Gdym ujrzał, jak rówieśny mu król ciężką raną
Wyzionął życie; Kreuzęm wspomniał214 zaniedbaną,
Łupiony dom i Julus w myśl przyszedł mi mały.
Rozglądam się, czy jakie gdzie resztki zostały?
Pierzchli wszyscy, w posokach swe ciała, znużeni,
Waląc w ziemię lub w morze huczących płomieni...
Sam już byłem, gdy w dali, gdzie świątynia szara
I próg Westy, kryjącą się córkę Tyndara215
Spostrzegłem. Przy pożodze, co jasny blask przędzie,
Tu i ówdzie się błąkam i rzucam wzrok wszędzie.
Ona Teukrów zawistnych dla zburzenia Troi,
Kar Danajów i gniewu małżonka216 się boi
Zdradzonego; klęsk Troi i kraju współwinna,
Siedzi skryta za ołtarz, posępna Erynna217.
Gniew spłonął w piersi mojej, zapragnę gorąco
Skarać zbrodnie, ojczyznę pomścić padającą.
— Więc ona ujrzy Spartę i Micen swych niwy,
Królowa będzie triumf obchodzić szczęśliwy,
Małżonka, dom, rodziców i dziatki zobaczy
W Iliadek rzeszy, w tłumie fryskich posługaczy,
Choć Pryjam padł od miecza, choć Troja w pożodze,
Dardański brzeg tak często krwią pocił się srodze?
O, nie tak! Bo, choć nie ma głośnego nazwiska
Kobiety kaźń i chwały zwycięstwo nie zyska,
Zgładzę winną i chwałę wezmę, gdy czyn skarcę
Niegodny, a wywarłszy pomstę na zbrodniarce,
Gniew ukoję i braci nasycę popioły218!...
Tom ważył i już biegłem, szalejąc na poły,
Gdy z bliska, nigdy przedtem tak widna dla oczu,
Wśród nocy w czystych świateł mi błyska przezroczu
Miła matka, blask bóstwa odkrywszy i lico
Jak wśród niebian — i dłoń mą ująwszy prawicą,
Tak słodkim ust różanych głosem zastanowi219:
»Synu, cóż za ból źródło dał temu gniewowi?
Przecz szalejesz? Gdzie troska o nas? Nie chcesz dociec,
Co porabia Anchizes, sędziwy twój ociec,
Tam zostawion? Czy żyje Kreuza małżonka
I dziecię Askań? Wkoło nich zewsząd się błąka
Czerń greckich wojsk i gdybym nie miała ich w pieczy,
Zmiótłby ich pożar, wrogich wytępił rój mieczy!
Ni wrogiej Tyndaryjki, Lacenki220 ty nie gań,
Ni Parysa! Dla bogów, dla bogów zabiegań
Niechętnych — można Troja w gruz pada od posad:
Spojrzyj — bowiem ja wszystek skłębionej mgły osad,
Co wzrok twój ludzki tłumi i chmurą w krąg mroczy
Wilgotną, wnet rozproszę; — ty słuchaj ochoczy
Słów matki, jej rozkazom powolne daj ucho:
Gdzie domy roztrącone, walące się głucho
Głazy widzisz, kurzawę kłębiącą się w dymie
Tam Neptun, z posad samych wzruszone, olbrzymie
Trójzębem tłucze mury i miasto od proga
Wywraca. Skajską bramę dzierży Juno sroga,
Pierwsza w szale — i z łodzi sprzymierzone roty
Zakuta w spiż przyzywa...
Na szczycie zamku, patrzaj, odziana w blask złoty
Z Gorgoną dzika siedzi Trytońska Pallada.
Sam ojciec Grekom męstwa i mocy dokłada
Niezłomnej, sam śle bogów przeciw Troi znakom.
Uciekaj, synu, na trud nowy się nie łakom,
Ja, bliska zawsze, ojców cię wrócę krainie!«
Rzekła i gęstym nocy mrokiem się owinie.
Bóstw wielkich, wrogich Troi, twarze dzikie srodze
Ukażą się mym oczom.
Ujrzałem całe Ilium, tonące w pożodze,
Neptuna gród, płomieńmi w przepaści dno niesion:
Tak pośród gór wysokich, kiedy stary jesion,
Podcięty już żelazem siekiery, częstymi
Ciosami walą chłopi — on jeszcze olbrzymi
Sterczy w niebo, drżąc wstrząsa liściami korony,
Aż wreszcie, z wolna rany ciężkimi zmożony,
Z ostatnim jękiem pada, od skały oddarty...
Zstępuję za boginią przez żar, wroga warty,
Uchodzę; miecz się cofa, uchyla pożoga.
Skorom doszedł nareszcie do samego proga
Starego domu, rodzic, którego ja chciałem
Najpierwej w górach ukryć przed klęski nawałem,
Przedłużać życia nie chce po upadku Troi
I znosić dni tułaczych. — »Wy, o drodzy moi —
Powiada — którym w mocnym uderza krew tętnie,
Wy chrońcie się ucieczką!
Gdyby chcieli niebianie, bym żył, tak doszczętnie
Nie psuliby tych siedzib; aż nadto mi dosyć,
Żem jedną rzeź i grodu szturm musiał przenosić.
Tak, o, tak — pożegnawszy, zostawcie me ciało —
Śmierć znajdę, serce wroga będzie litość miało.
Łup wezmą, brak pogrzebu nie trudno przeboleć
Od dawna, zbrzydzon bogom, przez ziemską gołoledź
Próżno wlokę krok, odkąd król niebian i ziemi
Wichrem zawiał i żary mnie dotknął swojemi221«.
Tak spierał się, daleki od wszelkich ugłaskań;
Na próżno my, łzy lejąc, ja, Kreuza i Askań
Błagamy z całym domem: niechaj nie dozwoli
Wszystkim ginąć, tak twardej poddając się doli.
Odmawia, w jeden zamiar i miejsce myśl wwierci.
Do broni znów się zrywam nieszczęsny, chcę śmierci,
Bo jakąż radę, jakąż zostawiał los drogę?
»Jak to, ojcze? Tyś myślał, że ruszyć się mogę
Bez ciebie? Z ust ojcowskich złe padło to zdanie?
Gdy z miasta nic już nie chcą zostawić niebianie,
Ty ze serca dorzucić w ginącą chcesz Troję
Twych i siebie — na zgon ten otwarte podwoje!
Syt krwi Pryjama, przyjdzie tu Pyrrus zabójca,
Co syna przed rodzicem, przed ołtarzem — ojca
Morduje. — Na toż, matko, przez ogień, przez strzały
Wyrwałaś mnie, bym wroga w mej cieniach powały,
Askania, ojca, żonę zobaczył na oczy,
Jak jedno w krwi drugiego przy zgonie się broczy?
Broń, broń dajcie! Pobitych ostatni dzień woła!
Oddajcie mnie Danajom, znów stawię im czoła,
Idąc w bitwę! Nie zginiem dzisiaj niepomszczeni!« —
Znów więc miecz przypasuję, do tarczy rzemieni
Lewicę wkładam, chcąc już wyruszyć zza proga —
Lecz ściskając me nogi, w sieni żona droga
Wstrzymuje mnie, małego Jula wznosi do mnie:
— »Skoro już na śmierć pewną chcesz odejść niezłomnie
I nas zabierz; gdy jaką nadzieję masz w broni,
Ten najpierw dom osłaniaj; kto Jula osłoni
Małego? Komu ojciec zwierzon, żona komu?« —
Tym krzykiem napełniała całe wnętrze domu,
Gdy nagle dziwne znaki z nieba się pokażą:
Między dłońmi rodziców i smutną ich twarzą,
Nad samą oto Jula główeczką, widomie222
Leciuchne światło rzuci nieszkodliwe płomię,
Dotykiem miękkim liżąc skroń i bujne włoski...
My włos płonący, pełni bojaźni i troski,
Strząsamy, wodą święte chcąc gasić żywioły,
Lecz ojciec Anchiz oczy podniesie wesoły
Razem z dłońmi i głosem w nieb gwiezdne bezedna:
— »Jowiszu wszechpotężny! Gdy prośba cię zjedna,
Spójrz na nas, choć raz tylko, gdy znaczym coś cnotą,
Daj wróżbę, znak ten potwierdź, błagamy cię o to!«
Ledwo wyrzekł to starzec, gdy z trzaskiem bez zwłoki
Zagrzmiało z lewej strony i z niebios przez mroki
Gwiaździca jasna z świetlnym ogonem upadła...
Ujrzelim ją, jak lecąc nad dachu wiązadła
Najwyższe, w gór idajskich223 ukryła się lesie
Znacząc drogę, bo z długiej się bruzdy podniesie
Jasne światło, a pola zadymią od siarki.
Natenczas zwalczon rodzic podźwignie swe barki,
Wielbi bogów i świętej da pokłon komecie:
— »Już idę bez odwłoki, gdzie jeno wiedziecie!
Ojczyste bóstwa, brońcie mi domu i wnuka!
Wasz znak to — gród nie darmo pieczy u was szuka.
Ustępuję, i z tobą, synu, pójdę wszędzie!«
Tak rzekł, a już wśród murów w głośniejszym zapędzie
Szedł płomień, coraz bliżej żar toczą pożogi.
— »Nuże więc! Na me plecy wsiadaj, ojcze drogi!
Sam podstawię me barki, nie czując mozołu.
Cokolwiek będzie, jedna nas groza pospołu
I jeden triumf złączy. Niech Julek nie zwleka
Towarzyszyć mi; żona w ślad pójdzie z daleka.
Wy, słudzy, zauważcie dobrze, co wam powiem:
Jest wzgórze poza miastem, otoczon pustkowiem
Cerery chram, zaś obok cyprys, wśród szarugi
Wydarzeń pieczą ojców chronion przez czas długi:
W to jedno miejsce zejdziem się z różnych dróg wielu
Penaty święte w dłonie przyjmij, rodzicielu!
Mnie, który z takiej bitwy i rzezi tu gonię.
Nie godzi się ich dotknąć, póki żywe tonie
Nie obmyją mnie«.
To rzekłszy, na me plecy i na kark szeroki
Z płowego lwiska skórę ścielę bez odwłoki
I ciężar podejmuję; prawicę dziecina
Julek chwyta i krokiem biec drobnym poczyna,
Zaś z tyłu żona idzie. Pod mroków nawałem
Przem naprzód, a mnie, co się strzał dotąd nie bałem
Miotanych, ani Grajów kupiących się z bliska,
Na wietrzyk, na dźwięk każdy pierś trwogą się ściska
I lękiem: drżę o druha i ciężar pospołu.
Do bram już się zbliżalim, już koniec mozołu
Zdał się bliskim, gdy nagle wiatr, zda się, przyżenie
Gromadnych odgłos kroków, a rodzic przez cienie
W dal patrząc: — »Synu — krzyknie — w nogi! Są w pobliżu,
Płonące widzę tarcze i jasny błysk spiżu!«
Tu zlękłemu sam nie wiem już jaki gniew boży
Zmieszany odjął rozum; bo gdy wśród bezdroży
Błąkam się, z drogi znanej zbiegając ukosem,
Żona Kreuza wydarta mi nieszczęsnym losem.
Czy stanęła, zbłądziła, czy siadła w uboczu
Znużona — nie wiem, odtąd straciłem ją z oczu.
Straty mej nie dostrzegłem, zmieszan, aż do chwili,
Gdyśmy w stary Cerery chram święty wstąpili.
Na wzgórzu tam, gdy cała się zeszła drużyna,
Jej brakło; druhów, męża zawiodła i syna.
Kogom z ludzi nie skarżył, z bogów — zdjęty szałem?
Lub co w grodzie zburzonym sroższego widziałem?!
Askania, Anchizesa i Teukrów penaty
Zwierzam druhom i kryję w stok jaru szczerbaty,
Sam wybieram się w miasto, w broń świetną się zbroję,
Zamierzam wznowić trudy, znów całą zbiec Troję
I na wszelkie przygody narazić się śmiało.
Mur miasta najpierw zwiedzam i bramę sczerniałą,
Skąd wyszedłem — ślad każdy mnie w drodze zatrzyma
Rozglądam się wśród nocy bystrymi oczyma:
Lęk wszędy, sama cisza myśl trwożną przestrasza.
Badając, czy nie weszła w domowe poddasza,
Biegnę tam: Grecy, wpadłszy, dzierżyli gmach cały!
Żarłoczny zaraz ogień z wichrem pod powały
Toczy się, bucha płomień, szaleje pożoga!
Zbiegam, do zamków Priama przybliżam się proga:
Wśród pustych już krużganków w Junony świątnicy
Feniks224 i Ulis srogi, wybrani strażnicy,
Zdobyczy strzegli; zewsząd tam znoszą skarb Troi:
Z płonących sal wydarte, ze świętych podwoi
Ołtarze, kotły złotem zdobne i dostatek
Szat złupionych; chłopięta i trwożny rój matek
Stoi wkoło.
Odważyłem się nawet, przerwawszy milczenie,
Wśród ulic na głos Kreuzy przyzywać przez cienie;
Daremnie po imieniu raz wraz jej wzywałem.
Wśród szału błądzącemu po mieście w krąg całem
Nieszczęsna mara tylko i cień Kreuzy miły,
Większy od znanej ujrzę, zjawisko z mogiły:
Zdrętwiałem, włos się zdębi, głos w gardle mi skona.
Natenczas, kojąc troski, tak ozwie się ona:
— »Dlaczego puszczasz wodze smutkowi, co boli,
O słodki mój małżonku! Nie bez bogów woli
To się stało; nie możesz brać Kreuzy z tych błoni
Ze sobą — tego wielki Olimpu król broni;
Tułaczy trud cię czeka, aż przez wielkie morze
W Hesperii wnijdziesz ziemię, gdzie żyzny łan orze
Lud Lidii225 i kraj wstęgą Tybr cichy przerzyna:
Tam radość, tron cię czeka, królewska dziewczyna
I gody. Łzy za Kreuzą miłą otrzyj z twarzy!
Ja siedzib Mirmidonów, Dolopów ołtarzy
W Greczynek służbie mymi nie ujrzę oczyma,
Dardana i Wenery synowa...
Mnie wielka bogów matka226 w krainie tej trzyma.
Bądź zdrów i wspólną miłość dziecka chowaj ze mną!«
Rzekła, z płaczem chcącego rzec wiele daremno
Porzuciła i w lekki obłoczek się skryje.
Po trzykroć chciałem objąć ramiony jej szyję,
Po trzykroć mara pierzchła z dłoni, co ją łowi,
Wietrzykom lekkim równa i lotnemu snowi.
Tak wreszcie z końcem nocy odwiedzam swych znowu
Tu z podziwem oglądam zbiegłe do parowu
Ogromne mnóstwo druhów, tak mężczyzn, jak kobiet:
Na tułaczkę zebrany tłum, tylą klęsk pobit.
Zewsząd zeszli się z mieniem, na każdą przygodę
Gotowi iść, gdziekolwiek ich morzem powiodę.
Już Jutrzenka nad Idy szczytami się schyli,
Prowadząc dzień; Danaje w krąg zbrojnie dzierżyli
Bram progi — żaden promyk nadziei nie płonie:
Uszedłem i wraz z ojcem w gór zbiegłem ustronie».