SCENA DRUGA
Tamże. Ulica w pobliskości bramy.
Sycyniusz i Brutus wchodzą z Edylem.
SYCYNIUSZ
Każ im się rozejść, już go nie ma w mieście.
Nie posuwajmy się dalej. Stronnicy
Jego ze szlachty krzywo na nas patrzą.
BRUTUS
Pokazaliśmy im, co możem; teraz,
Dopiąwszy swego, trzeba nam się wydać
Pokorniejszymi naprzeciw tych panów,
Niżeśmy byli przed dopięciem.
SYCYNIUSZ
Każ się
Rozejść ludowi: powiedz mu, że jego
Wróg już ustąpił i że jego prawa
Znów odzyskały moc.
BRUTUS
Rozpuść ich zaraz.
Edyl wychodzi. Wolumnia, Wirgilia i Meneniusz wchodzą.
Oto nadchodzi jego matka.
SYCYNIUSZ
Zejdźmy
Jej z drogi.
BRUTUS
Czemu?
SYCYNIUSZ
Oszalała, mówią.
BRUTUS
Już nas spostrzegli; idźmy swoją drogą.
WOLUMNIA
Ha, to wy! Niech was kaźń niebios przywali
Za wasze dzieło!
MENENIUSZ
Ciszej, ciszej!
WOLUMNIA
Gdybym
Mogła płacz wstrzymać, usłyszelibyście...
Lecz posłuchajcie i tak.
do Brutusa, który chce odejść
Zostań.
WIRGILIA
do Sycyniusza
Zostań.
Czemuż nie mogę tak samo powiedzieć
Do mego męża!
SYCYNIUSZ
Azaliż196 jesteście
Męskiego rodu?
WOLUMNIA
Tak, głupcze. Ot głupiec!
Czyliż to ojciec mój nie był mężczyzną?
Mamże się tego rumienić? — Nikczemny,
Lisi wyrodku, tyżeś to się ważył
Wygnać człowieka, który w sprawie Rzymu
Orężem swoim więcej zadał ciosów,
Niżeś ty twoim językiem słów spłodził.
SYCYNIUSZ
O dobre nieba!
WOLUMNIA
I to szlachetniejszych
Ciosów niżeli ty słów, z dobrem Rzymu.
Słuchaj no: ale nie, poczekaj jednak:
Chciałabym, żeby mój syn był w Arabii
I miał przed sobą całe twoje plemię,
A w ręku swój miecz.
SYCYNIUSZ
Cóż by stąd wynikło?
WIRGILIA
Co? Położyłby on od razu, pewnie,
Koniec twojemu pokoleniu.
WOLUMNIA
Temu
Gniazdu bękartów! Tak szlachetny człowiek,
Za tyle zasług!
MENENIUSZ
Dajcie pokój, idźmy.
SYCYNIUSZ
Żałuję, że tak nie skończył, jak zaczął,
I że związawszy tak chwalebny węzeł
Sam go rozwiązał potem.
BRUTUS
Żałujemy.
WOLUMNIA
Żałosne dusze! A któż to, jeżeli
Nie wy, podbechtał przeciw niemu motłoch?
To bydło, które o jego wartości
Tyle jest w stanie osądzić, ile ja
O niezbadanych tajemnicach niebios.
BRUTUS
Prosim, was, panie, pozwólcie nam odejść.
WOLUMNIA
Proszę cię, panie, odejdź. Spełniliście
Czyn bohaterski, triumfujcież teraz;
Ale pomnijcie, że jako Kapitol
Przenosi197 czołem niskie strzechy Rzymu,
Tak syn mój (mąż tej szlachetnej niewiasty,
Co ją widzicie tu) przenosi duchem
Wszystkich was w rumel wziętych.
BRUTUS
Dobrze, dobrze:
Już idziem.
SYCYNIUSZ
Czegóż tu stoim, u licha,
Za cel przekąsów szalonej niewiasty?
Idźmy.
WOLUMNIA
Zabierzcie z tobą modły moje.
Trybunowie odchodzą.
Rada bym, żeby bogowie nie mieli
Nic do czynienia więcej, jeno spełniać
Moje przekleństwa! Gdybym tych nędzników
Raz na dzień tylko mogła mieć przed sobą,
Pozbyłabym się wnet tego ciężaru.
Który mi tłoczy serce.
MENENIUSZ
Obeszłyście
Się walnie z nimi, i słusznie: a teraz
Podobaż się wam spożyć w moim domu
Małą wieczerzę?
WOLUMNIA
Gniew jest moją karmią198:
Sama się trawię i głodową śmiercią
Umrę z sytości. Pójdź, córko; zaniechaj
Tych niedołężnych, nadaremnych żalów;
Rozpaczaj tak jak ja, na wzór Junony
Wrąc gniewem. Pójdź, pójdź.
MENENIUSZ
Hańba ci, o Rzymie!
Wychodzą.