SCENA II

Sala w Pałacu księcia Lancaster.

Wchodzą: Jan z Gandawy i księżna Gloucester.

JAN Z GANDAWY

Co w żyłach moich płynie krwi Gloucestera,

Groźniej od twoich podnieca mnie krzyków

Przeciw rzeźnikom krwawym jego życia,

Ale gdy kara w tego leży ręku,

Który był pierwszym czynu tego sprawcą,

Sąd naszej skargi zostawmy niebiosom,

A Bóg, gdy kary godzina dojrzeje,

Na grzeszną głowę ciśnie piorun zemsty.

KSIĘŻNA

Braterstwo w sercu twym tak słabo gore?

Miłość nie znajdzież ognia w krwi twej starej?

Jednym z Edwarda siedmiu jesteś synów,

Tych siedmiu naczyń jego krwi kosztownej,

Siedmiu gałązek na pniu jednym wzrosłych.

Kilka z nich prawem natury już uschło,

Nóż przeznaczenia już kilka z nich uciął,

Ale mój Tomasz, życie me, mój Gloucester,

Jedno naczynie krwi Edwarda pełne,

Pękło i wszystek drogi płyn zeń wyciekł.

Na pniu królewskim kwitnąca gałązka

Odcięta, liście jej zielone uschły

Zazdrości ręką, morderców toporem.

Krew wasza spólna i w tym samym łonie,

W którym się twoje kształtowały członki,

On życie dostał: choć żyjesz, oddychasz,

W nimeś zabity17 i w niemałej części

Na śmierć ojcowską dajesz przyzwolenie,

Gdy na śmierć brata patrzysz obojętnie,

Który był żywym ojca wizerunkiem.

To nie cierpliwość, Janie, ale rozpacz.

Znosząc pokornie mord twojego brata,

Wskazujesz drogę do własnego życia,

Uczysz morderców, jak cię mają zarżnąć.

Co u pospólstwa cierpliwością zwiemy,

W szlachetnych piersiach bladym jest tchórzostwem.

Cóż jeszcze dodam? By siebie ocalić,

Jeden masz środek: śmierć Gloucestera pomścić.

JAN Z GANDAWY

Niebios to sprawa, bo nieba namiestnik,

Bo pomazaniec boży czyn nakazał.

Jeśli to grzech jest, niech niebo go pomści;

Ja gniewnej ręki podnieść nie potrafię

Przeciw bożemu pełnomocnikowi.

KSIĘŻNA

Gdzież więc, niestety, skargi me zaniosę?

JAN Z GANDAWY

Do tronu Boga, słabych wdów obrońcy.

KSIĘŻNA

Więc tam je złożę. Bądź zdrów, stary Janie!

Ty do Coventry śpieszysz, by być świadkiem

Boju Hereforda z okrutnym Mowbray’em.

O, bodaj wszystkie męża mego krzywdy

Siadły na włóczni naszego kuzyna

I pierś przeszyły rzeźnika Mowbray’a!

Lub, gdy bez skutku pierwsze będzie starcie,

Grzechy Mowbray’a niech tak na nim ciążą,

Że spienionego złamią grzbiet rumaka,

Rzucą go w szrankach pod nogi Hereforda,

Na łup mu dadzą nędznego zbrodniarza.

Bądź zdrów! Twojego brata niegdyś żona,

W smutków i zgryzot towarzystwie skona.

JAN Z GANDAWY

Bądź zdrowa, siostro! Śpieszę do Coventry.

Tak mnie, jak ciebie, niechaj Bóg pocieszy!

KSIĘŻNA

Czekaj: gdzie padnie żal, tam podskakuje,

Nie dla lekkości, lecz przez zbytek wagi.

Żegnam się z tobą nim zaczęłam mówić,

Bo się nie kończy smutek, choć się zdaje

Już wyczerpany. Poleć mnie pamięci

Edmunda Yorka. Tak — otóż i wszystko —

Ale nie, czekaj, nie odjeżdżaj, błagam,

Chociaż to wszystko, nie śpiesz się tak przecie,

Bo może sobie jeszcze co przypomnę.

Proś go — ach! O co? Proś go, by mnie raczył

Samotną w Plashy co prędzej odwiedzić.

Ale cóż biedny starzec tam zobaczy?

Puste pokoje, mury bez obicia,

Chwasty na dworcu, bez służby przedsienia,

Na powitanie tylko me westchnienia.

Więc mnie pamięci tylko jego poleć;

Niech nie przyjeżdża na jęk i szlochania,

Jedyną czeladź mojego mieszkania.

Samotna umrę w samotnej komnacie.

Po raz ostatni żegnam cię, mój bracie.

Wychodzą.