III

W jednej z górskich parafji wysypała się z rannej mszy przed kościół gromada ludzi. Idę między nich, a znajomi ściskają mi ręce i witają serdecznie.

— Cóż tu u was słychać? — pytam, odwzajemniając pozdrowienia.

— Zawdy jedno, panie: bieda i bieda... Inszego nie usłyszycie.

— Ona to — dorzucił drugi — pcha się drzwiami i oknami do chałupy, że się nieporada ognać...

— Nie puszczać! — mówię.

— O, panie! Dyć sie człek broni, jak może, ale ręce ustają i rozumu nie starczy... Zatkasz jedną dziurę, to się druga otworzy — i tak zawdy.

— Hej! — potwierdziła gromada.

Zasępienie w twarzach, w oczach turbacja. Czynią smutne wrażenie zegnanych na rzeź owiec.

— Jezusie drogi! zmiłuj się nademną... — jęczy kobieta jakaś sucha, jak szczypa, i wyciąga ręce do drzwi kościelnych.

— To, wicie, komornica biedna, hań z Koninek — objaśnia stojący obok mnie gazda. — Biedactwo miało ino zagon ze ziemniakami, nic więcy, i przyszły dziki te nocy zwyczajnie z lasu i przewróciły do imentu...

— Bedzie ta kopać biedna! Mocny Boże... — litowały się kobiety, poprawiając na ramionach chustki.

— Żeby też kto te dziki od nas wyprowadził — gwarzyli między sobą — toby sie mu gromada złożyła...

— Dyć tu był raz jakiś wędrowny. On by je był wywiódł — objaśniał leśny — hale cóż, kie sie bał hrabiego na się ozgniewać.

— To niech polują na nie, abo co! — rzuciła gniewnie jakaś gaździna. — Przyjdą zbiórki, to pilnuj noc po nocy, boby ci wszystko do znaku zjadły. Że też to na świecie nikoguteńko nima, coby się tem zajął!.. Dość nieurośnie, bo kany? to jeszcze dziki zepsują. Kielo bied na świecie, to sie wszystkie do nas zwaliły... Laboga! Cóż się to dzieje?

— Moiściewy! — tłómaczy jej kumoszka z gorzkim uśmiechem. — Już to tak bedzie... Darmo! My świata nie naprawimy...

— Są ludzie, którzy myślą o jego naprawie — wmieszałem się.

— Bóg im pomóż! — podniosły w górę oczy. — Ale, nim słonko zejdzie, rosa oczy wyje.

— Lepiej zdać się ze wszystkiem na Pana Boga i czekać końca... — ozwał się z przekonaniem Król, zwany także Munarchą.

— Tak, tak — potwierdził przechodzący obok organista. — Kogo Pan Bóg stworzy, tego nie umorzy...

— Nadzieja w Bogu... w torbie ser! — szepnął za nim złośliwy „kumotr z nad miedze”.

— Włóczy się psiamać ścierwo bieda sobacza... — klął pocichu zdecydowany pesymista od urodzenia i spluwał raz po razu.

Z furtki kościelnej wyszedł ksiądz wikary. Lud cisnął mu się do rąk, całując ze wszystkich stron.

— Czemuż nie idziecie do domu? — spytał.

— Dyć, jegomościu, nima po co, bo tam bieda...

— A cóż tu wystoicie?

— Tak se ta pogwarzemy i poradzimy się...

— Sami?

— Jak nima kota, to i myszy rządzą... — zamruczał z przekąsem stary gazda.

— Dyć pono mają dawać zapomogi... jegomościcku kochany! — woła płaczliwie niska kobiecina.

Ksiądz się zatrzymał.

— To jeno biednym komornikom...

— Dyć my wszyscy biedni, jegomościu! — zawołali.

— Niema nic do gęby...

— A na sobie nie urwiesz...

— Hej!...

Ksiądz odszedł, a oni się rozgwarzyli nanowo, podzieleni na mniejsze i większe gromadki. Nie śpieszyło im się do domu. Po co? Wiedzieli, że to samo zawdy zastaną: płacz i zgrzyt... Tu przynajmniej ulżą sobie w pogwarce wspólnej, a widmo troski ciągłej na chwilę ich odejdzie.

Słońce potoczyło się wyżej. Kościelny ostatni opuścił kościół i pozamykał drzwi — a oni stali gromadami, rozgwarzeni, na przedkościelnym kamieńcu. Wreszcie, wygadawszy wszystko, co im ciążyło na sercach, a było tego niemało, poczęli się rozchodzić i tracić. Każdy wpadł po drodze na niedużą chwilę do sklepu, do Kółka, by zborgować mąki lub kaszy. Ale najwięcej ludu cisnęło się do Abrama, który handluje „kukurzycą”. Niejeden wysunie worek z za pazuchy, by nasuć weń jakiego ziarna, „bo też ta dzieciska czekają... a przykrzy im się, przykrzy!...”