VII

Rano było duże i słońce stanęło już nad Pieninami, kiedy począłem schodzić wrębem do roztoki. Cierniste łożony i maliniaki tamowały mi drogę; suche, wysokie trawska oplątywały nogi. Rozsuwałem je rękoma, płynąc falisto, jak lis po stepowych burzanach.

Z pod nóg czasem wymknie się chruściel i, jak mysz, cicho po trawie zaszeleści, to przebudzona sarna wyskoczy z gibrzyny, spojrzy lękliwie dookoła i w paru wysokich susach niknie mi z przed oczu.

Długo tak szedłem, ścinając w pędzie leśne kwiaty i otrząsając z łodyg przejrzałe maliny. Wreszcie trafiłem na ścieżkę, wydeptaną przez dziki i stratowaną racicami tak, jakby tędy przegnał conajmniej sto par wołów. Codzień wschodem i po zachodzie słońca można było je tu napotkać, jak idą na żer do wsi i wracają — jeden za drugim...

Pomknąłem szybciej i niezadługo stanąłem na drodze kamienistej, wiodącej spadzisto na dół równolegle z szumiącą roztoką.

Idą wolniej, zrywałem maliny wiszące nade drogą. Wtem usłyszałem z bliska szczekanie psa i równocześnie słowa:

— Burek! pódź tu! Rozumiesz?

Mała psina przybiegła do mnie, zaskomliła radośnie i jednym susem wyprzedziła mnie o kilkanaście kroków, kładąc się pieszczotliwie u nóg swojego pana.

Ów „pan” siedział obok jezdnej drogi na wilgotnym trawniku i patrzył uparcie pod nogi.

Za zbliżeniem dojrzałem niewielkie źródło, które przykuwało jego oczy. Podniósł je na mnie, skorom stanął przed nim — i ujrzałem dwie maleńkie ziolonawe iskierki w zaszuszonej twarzy, umieszczone w zagłębiach pod bronzowem, świecącem czołem.

— Z daleka? — spytał.

— Z wichrów...

— Siądźcie.

Zapraszał mnie uprzejmie, jak w swoim domu, wskazując ręką zielony trawnik. Spocząłem bez wahania. Psina podsunęła się ku mnie z ucieszonem skomleniem.

— Pies, wicie, przeźry człeka odrazu — mówił wpijając we mnie przenikliwe oczka. — Dobremu rad, złego prześladuje. U ludzi nie tak.

— Nie wierzą se?

— A nie wierzą...

— Gdzieżeście się zabrali? — spytałem.

Namyślał się, co ma odpowiedzieć.

— O dyć, nika — mruknął po chwili. — tak se ta posiedzę, pomedytuję... Robić nima co...

— Z czegóż żyjecie?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

— Z tego, co świat nagodzi... — szepnął. — Dy dźwierzyna żyje po lasach, a wyżyje... Nie trapię się, bo niman o co.

— Gruntu nie macie?

— Co mi po nim. Telo z nim, co i bez niego...

— I jakże to?...

— A nijak!

Patrzymałem nań zdumiony. Świdrował mię oczkami, mrugając nerwowo. W kącikach zaciętych warg czaił się rozumny uśmiech, zrodzony z cichej rezygnacji.

— Na wiesnę jagody są i borówki — tłómaczył mi zwolna — latem zaś maliny, a pod jesień czernice i bukiew. To sie ta człek ożenie biedzie... Ino zima gorsza. Pokiela były kwiczole, to sie jadło...

— Teraz niema?

— Nie przylatują. Nie widać ich już bez trzy zimy.

— I tak żyjecie...

— A żyję, pokiela ino zdolę jeść, abo pokiela co najdę... Niektórym to sie ta i cnie takie życie. Jak i prefesorowi z Lubomierza...

— Cóż to za jeden?

— Dyć prefesór, taki wicie, co to dzieciska uczy...

— Ehem!

— On ta przyszedł do wsi, jak zwyczajnie biedny starowina. Juści gmina przyjęła go. Bedzie ta — pada — dzieciska w zimie poduczał i niech sie chowa do wóle Boskie...

— I chowa się?

— Dyć chowa. Bez zimę, pokiela uczy, żywią go, wicie, z koleje, z każdego numeru. Co im ostanie od jedzenia, to mu w garczkach donoszą, i żywi sie ta. W lecie zaś nikt o niego nie dba, bo dzieciska pasą, nie trza go.

— Płacy nie dostaje?

— Skąd, kie go nie trza... Żyje ta jagodami czem zdole; grzybów uzbiera w lesie, bukwi, mrówek... Ale se krzywdzi. Zeszliśmy sie we wrębie, to opowiadał, że bieda na niego...

— No, wierzę!

— Ale biedy takiej nima, nie wierzcie. Ino to wicie, nie wezwyczajone, to sie mu ta i cnie... Schodził on kawał światu — dodał po chwili — za morzem był i wszędy. Padają, że siedmioma językami gada, ale ja temu nie wierzę.

— I tu trafił na swoje nieszczęście...

— Ja medytuję — przerwał — że nieszczęściów nima, ani szczęściów...

— Ino?

— Ino są jakiesi płanety: złe i dobre. Ale złych jest więcy... musi być więcy...

— Czemu?

— Bo sie ludziska skarżą, a to niedobry znak...

Przysunął się ku mnie i gorączkowo począł mówić. Oczka mu błyszczały, jak dwie na słońcu krople.

— Trojakie są złe płanety, trojakie... Jedne chodzą po niebie, drugie ziemią, a trzecie po ludziach... Te najgorsze, co po ludziach chodzą... Wierzcie mi!

— E, bajecie...

— Ja wam baję? — zastrząsł się nerwowo. — Popatrzcie się! — wskazał źródło, bijące w górę. — Ta woda była drzewiej hań w górze, nade drogą i płynęła z boku. Teraz zeszła tu na dół, ka widzicie, i bije prościutko do góry... Wiecie, czemu tu zeszła? wiecie?

— No?

— Bo przysła na nią płaneta... Śmiejcie sie, a ja wam gadam, że tak.

Nastało milczenie. On z miłością oczka nieduże utkwił w wodzie, a potem kiwał głową, jakby jej żałował.

— Musiało się jej cosi stać, musiało... — poszepnął z cicha. — Abo kto napluł jej w oczy, abo co, że sie ozgniewała i uciekła na dół... Wierzcie mi — dodał głośno — że i woda ma takie samo czucie, jak człek, abo i drzewo. Okaliczcie smreka, to zapłacze na was śluzami smolnemi, abo uschnie do znaku...

— Ależ to co innego!

— To samo, panie, to samo...

— Ta wasza płaneta... hm... jakaż ona jest?

— Moja płaneta... moja płaneta! — powtórzył, a oczy mgłą mu zaszły. — Jaka ona jest?... Żeby ja to mógł wiedzieć! Nikt z nas nie wie, czy zła, czy dobra... Nikt nie wie.

Nie zrozumiał widać pytania. Milczałem jednak, szanując jego oryginalny światopogląd, i przypatrywałem się mu, gdy pochylił głowę, zamyślony, a oczka małe utopił w bijącem źródle.

— Często tu bywacie? — spytałem.

— Prawie codzień. Ciągnie mnie, wicie, to źródło...

Gdy podniósł głowę, dostrzegłem nagle dziwne podobieństwo jego oczu z bańkami świetlnemi, tworzącemi się na bijącem źródle.

— Ale, ale! Napijcie sie te wody — prosił — nimam co inszego... Śmiejecie sie — dodał poważniej — a ja wam pedam, że ta woda ma dwojakie dobro: Jak kto pojedzony, to budzi apetyt... jak kto głodny, to sie mu jeść odniechce. Tego pierwszego toch jeszcze nie próbował; drugi zato próbuję codzień...

— To wasza płaneta...

— Nie tu ona siedzi — zamruczał. — Nie tu!... Ka ja pódę, tam ona ze mną. Pódź Burek, pódź... Ostańcie zdrowi.

Powlókł się w górę do wrębu... Pies niecierpliwy wyprzedził go i wpadł w wysoką trawę, szukać jakiego pożywienia.

A ja długo siedziałem przy źródle, medytując nad „płanetami” tych ludzi...