V
— Wszystko razem dowodzi, że to są najszlachetniejsze na świecie kobiety! — Tak sobie wytłumaczył w kilka godzin później ich zachowanie dziwne. Uspokoił się zupełnie, bo wiedział, że był kochany i że żadne przeszkody nie leżą na drodze do zupełnego szczęścia.
Olkowskiego w domu nie było, natomiast zastał list od panien, które wczoraj spotkał z Lilą; zapraszały go w imieniu ojca, aby zechciał z nimi spędzić dzisiejszy wieczór wigilijny. Przeczytał go, schował do kieszeni i zapomniał o nim zaraz. W mieszkaniu było dziwnie zimno, pusto i brzydko, ale że nie miał gdzie iść, zaczął chodzić po pokoju i rozmyślać o Lili.
— Kocham cię! — powtarzał jak echo i rozpłomieniał się, wyciągał ramiona, jakby chciał objąć tę drogą, ukochaną istotę, ale równocześnie jakiś ciemny niepokój przenikał mu serce, przyćmiewał wewnętrzne płomienie; stawał na środku pokoju bezradnie, oglądał się dokoła, słuchał, jakby chcąc się dowiedzieć, skąd pochodzą te dziwne dreszcze obawy, dlaczego są w nim teraz, w takiej chwili? Nie znalazł w sobie odpowiedzi, ale czuł coraz silniej, że przez tę jasność miłości, przez to jej promienne, słodkie „kocham cię” przenika coś niewytłumaczonego, podobnego do głuchej jeszcze obawy, a pełnego udręczenia bolesnego. Mrok cicho się zwiewał z pól zaśnieżonych i okrywał miasto szeroką mgłą, gdy znalazł się na ulicy.
Miasto cichło i niemiało z wolna, w powietrzu mroźnym czuć było jakiś nastrój uroczysty. Z okien biły radosne światła zapalonych choinek, przez zamarzłe szybki wydzierały się w świat radosne głosy. Nad rzeką zajrzał przez małe, nisko nad ziemią położone okienko do wnętrza jakiejś izby, na której środku stał stół jasno oświecony i otoczony całą gromadą ludzi jedzących kolację.
Cofnął się prędko. Uśmiech politowania przemknął mu po ustach, poszedł dalej, ale przyszło mu na myśl, że pierwszą wigilię spędza nie w domu, lecz wprost na ulicy.
— Głupie przesądy! — szepnął. — Gromadzą się w imię pełnej miski! — dodał z ironią i zaczął pogwizdywać, tłumiąc żal, bijący mu się przez serce.
Poszedł na rynek i wolno obchodził wszystkie jego cztery boki, patrzył z ironią na przysłonione firankami okna, poza którymi czerniały profile ludzi i skąd biły gwary rozmów i smugi świateł.
Mróz brał coraz siarczystszy.
Niebo skrzyło się i migotało blaskiem gwiazd, a gdzieś spoza lasów wschodził blady sierp księżyca i świecił coraz jaśniej. Długie sople, wiszące u dachów, połyskiwały fosforycznie, a cynkowe dachy kościoła świeciły roztopionym srebrem. Jedną połową rynku rząd wysokich, kamienic kładł błękitnawy, ogromny cień na puszysty, świeży śnieg, leżący na bruku.
Zakrzewski przyjrzał się wszystkim domom po kolei, zajrzał w boczne uliczki i poszedł do cukierni, ale cukiernia była zamknięta. Nie wiedział teraz, co z sobą zrobić, dokąd iść, zaczynała mu ciężyć samotność i jakaś ostra tęsknota do domu, do gwaru i ciepła szarpnęła nim. Poszedł do Szalkowskich, bo mieszkali najbliżej; dopiero kiedy się z nią witał, przypomniał sobie, że dawał niegdyś Lili uroczyste przyrzeczenie unikania ich domu. Byli oboje, ona leżała na kanapie z papierosem w ustach i bawiła się z psem, była w szlafroczku porozpinanym i w pantoflach, a on w kuchni razem ze służącą robił kolację; ukazał tylko głowę przez drzwi i nie podając ręki, bo trzymał oprawianą rybę, zawołał:
— Dobry wieczór. Miał pan doskonały pomysł, przychodząc do nas, bo Hela tak się nudzi, że miałem iść na miasto i sprowadzić kogo do towarzystwa.
— Zje pan z nami kolację, prawda? Musi pan z nami zostać, bo ja się śmiertelnie nudzę!
— Ja tylko na chwilę wpadłem do państwa, bo nie mam czasu — tłumaczył się.
— Pomówimy później. Siadaj no pan bliżej, o tutaj! — zepchnęła nogą pieska i nie podnosząc się z kanapy, wskazała miejsce przy sobie.
Usiadł na krześle w pewnym oddaleniu i patrzał na nią ciekawie.
— Boisz się pan przy mnie siadać; to ciekawe, jak Lili pana wytresowała!
Zaczęła się śmiać, podając mu papierosy, a gdy wziął i zapalił, zakrzyczała:
— Jak to! a mnie pan ognia nie da?
Z zapaloną zapałką pochylił się nad nią, podając; wtedy ona pochwyciła go wpół i posadziła przy sobie.
— Siedźże pan tutaj, gdzie ja chcę. Todziu, daj nam herbaty!
Gdy Todzio wkrótce przyniósł herbatę i podał pokornie, rzuciła mu rozkazująco:
— A śpieszże się z kolacją. Czegóż patrzysz? Może się boisz, że Zakrzewski chce mnie bałamucić75! To się po nim nie pokaże — dodała ze śmiechem, ściskając mu rękę.
Todzio wyszedł, a pomiędzy nimi zapanowało kłopotliwe milczenie. Szalkowska trzymała go za rękę i patrzała w niego swymi sennymi, hipnotyzującymi oczami. Patrzyła długo, czekała, żeby przemówił; ale Leon nie wiedział, co mówić: bał się okazać śmiesznym, nie chciał i nie mógł z nią flirtować, bo kochał Lili, a przy tym trochę się jej bał, bo wywierała ona na niego dziwny urok. Ciągnęły go te wielkie oczy, obiecujące tak wiele, kusiły go jej pełne, zmysłowe usta i te wspaniałe kształty. Mocny zapach perfum, jakich używała, odurzał go i rozdrażniał.
— Dlaczego pan mnie unika, co? — zapytała prosto.
— Ja? Ależ nigdy nie unikałem pani, dlaczegóżby? — czuł się mocno pomieszany.
— Byłam zła na pana, ale za dzisiejsze przyjście wszystko panu daruję. No, niech pan przeprosi mnie.
Podała mu obie ręce do pocałowania, ale on nie pocałował, tylko uścisnął mocno. Wyrwała je gniewnie i podniosła się z kanapki, zapaliła świece przed tualetą76 i najspokojniej, jakby nikogo nie było w pokoju, rozpuściła włosy, które ją okryły niby płaszczem, i zaczęła się czesać.
— Do widzenia pani! — zawołał porywczo, widząc, że sobie z niego nic nie robi.
— Jak to, już pan ucieka?
— Ja nie mam czasu, a przy tym nie chcę pani przeszkadzać. Skinął głową i szedł do drzwi.
— Odchodzi pan, czyżby się pan mnie bał? — zawołała za nim ironicznie.
— O, pani dla mnie nie jest niebezpieczna — odpowiedział zirytowany, odchodząc.
Już był w pustym, zastawionym koszami z garderobą pokoju, przez który się przechodziło do sieni, gdy usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi i szept:
— Panie Leonie!
Zatrzymał się zdziwiony, ale już nie miał czasu odezwać się, bo mu jakieś namiętne, gorące usta zawisły na ustach.
— Dlaczego mnie unikasz? Kocham cię, słyszysz?... Czy nie widziałeś tego? nie czujesz?... Chcesz, to rzucimy tę budę i wyjadę z tobą do innego towarzystwa... Musisz być moim, tylko moim... kocham cię!
Szeptała urywanie, namiętnie i obsypywała gradem pożerających pocałunków jego twarz, głowę, szyję, ręce. Nie opierał się jej wcale i zaczął oddawać pocałunki. Był tak onieprzytomniony, że kilkakrotnie wśród szeptów mówił do niej: „Lili!”. Nie słyszała tego, porwana szaloną burzą namiętności.
Wyrwał się wreszcie z jej ramion i uciekł.
Długo stał na ulicy; dopiero mróz przyprowadził go do równowagi i oprzytomnił.
I zalał go wielki żal do siebie, do własnej słabości; wstyd mu było, że dopuścił do takiej sceny. Złość go opanowała. Wytarł twarz jak najstaranniej i chusteczkę odrzucił od siebie ze wstrętem, i usiłował myśleć o Lili, tylko o Lili; ale pomimo to czuł ciągle pocałunki tamtej, paliły go usta, wstrząsał się w denerwującym dreszczu.
— Co robić? Dokąd pójść? — myślał, przypatrując się oknom, które po kolei ciemniały.
Naraz trzasnął w palce i poszedł śpiesznie do Korniszona.
Korniszon mieszkał w gmachu poklasztornym, rozsypującym się w gruzy. Klasztor stał nad rzeką, w wielkim, na pół umarłym ogrodzie, otoczonym wysokim murem, jeszcze dobrze zachowanym.
Zakrzewski przez otwór, który pozostał po bramie, wszedł do ogrodu. Ciszej tu było niż na ulicy; wiatr nie szczypał w twarz, wielkie drzewa, pokryte osędzielizną77 niby puchem, skrzyły się w świetle księżyca i stały w sennej ciszy, kładąc wydłużone, fantastyczne cienie na śniegi. Obszedł ogromny, z czerwonej cegły kościół, podparty potężnymi szkarpami78, i zapuścił się w długie, czarne korytarze, pocięte smugami księżyca, które wlewały się przez wąskie, zakratowane okna i lśniły na wydeptanej, czerwonej posadzce z cegły. Cisza gnębiąca panowała w całym gmachu. Czasami zadrżał odgłos pękających od mrozu płotów lub nietoperz przewinął się z łopotem nad głową, albo śnieg zsunął się z dachów i fontanną białej kurzawy dzwonił po oknach. Wielkie, ascetyczne twarze mnichów, pokryte szronem, wychylały się czasami ze ścian w jaśniejszym rozblasku i jakby goniły oczami przechodzącego.
Przyśpieszył kroku, bo pootwierane drzwi do pustych cel wionęły na niego grobową atmosferą, a przy tym usłyszał niewyraźne, splątane dźwięki śpiewów, płynące z mieszkania Korniszona, położonego w końcu korytarza.
Pchnął niskie, zielone drzwi i znalazł się w wielkiej, sklepionej izbie.
Korniszon, Olkowski i Feluś siedzieli przed ogromnym piecem z zielonych kafli, w świetle wielkiego, wesoło trzaskającego ognia, wybijali takt kijami i śpiewali, a przed nimi na ławce stała butelka wódki, chleb, kilka wędzonych śledzi i kartofle pieczone.
— Jak się masz, dziedzic? Ha! ha! ha! Wódzia jest, kartofle są, śledzie także, a jakże! Biba79 wigilijna jak się patrzy! Siadaj — wołał Korniszon, usiłując się podnieść.
— Siadaj! Trochę sobie pijemy, trochę śpiewamy kolędę z żałości, trochę gadamy i dobrze nam. Olkowski, nalej sznytki80, za zdrowie dziedzica wypijemy i zaśpiewamy jaki chórek.
— Aha! Wódki już nie ma! Ha! ha! — śmiał się nieprzytomnie Olkowski, pokazując pod światło pustą butelkę.
— Felek, psiatwarz! Składka, panowie! Co tam! raz pijem i raz żyjem! Co łaska, panowie, do motii81.
— Mam pół rubla, bierz pół rubla! Tak, przepiję pół rubla, tak, utop się! — mruczał pijanym głosem Feluś i po dziesiątce wykładał pieniądze na ławkę.
— Zakrzewski, postaw pan za mnie, bo groszem nie śmierdzę.
— Jak ochota, to niech diabli pół rubla wezmą, tak, po pańsku, tak!
— Ano dobrze, mam dwa ruble, macie wszystko, niech diabli wezmą.
— A toś nasz, mój królu złoty! Daj pyska, to mi szlachcic prawdziwy! Zastaw się, a postaw się! Pijaństwo urządzimy jak się patrzy. „Wina, wina, wina dzban, to mi radca, to mi pan!”82 — zaśpiewał nagle. — Olkowski, psiatwarz, a leć no po sznapę83, a śpiesz się, a przynieś na przekąskę parę szkieł piwa84.
— Zaczekajcie, zaraz przyjdę z paliwem! — zawołał Korniszon, wychodząc z Olkowskim.
Powrócił po chwili z wielką żerdzią i zaczął ją toporkiem rąbać.
— Ja kochanemu proboszczowi nieco płotek rozgradzam, bo za wysoki, mógłby przy przełażeniu podrzeć sobie kapotkę. Ale, psiatwarz, jedną żerdkę na dzień, ani mniej, ani więcej; u mnie wszystko musi być systematycznie.
Umilkł, nakładając w piec drzewa. Feluś w swojej manszestrowej85 almawiwie, której nigdy prawie nie zdejmował, siedział zapatrzony ponuro w ogień, czasem pociągnął się za nos, powiedział bezwiednie: „Tak”, zrobił jaki szeroki, patetyczny ruch ręką i milczał. Zakrzewski rozmyślał o Szalkowskiej, spacerując po izbie, która niegdyś musiała być klasztornym refektarzem86 lub paradną87 do przyjęć salą, bo ilekroć ogień strzelił bujniej na izbę snopami czerwonych promieni, w żebrach sklepienia ukazywały się resztki fresków, jakieś głowy brodate, aureole złote, kawałki purpurowych płaszczów i żółto malowane piekło, z którego zostały w całości tylko ręce potępionych, wyciągające się z zielonawych płomieni, to znowu kawałki tłumnych procesji, resztki białych mnichów ze złożonymi rękami.
— Zakrzewski! ostrożnie, bo tam moje malunki na podłodze.
Zakrzewski obszedł wielkie płótno, pozszywane z prześcieradeł, rozciągnięte na podłodze, na którym Korniszon malował tzw. „wolną okolicę”, i powrócił do pieca.
— Wiesz, Korniszon, bałbym się tutaj mieszkać.
— I!... Jak się człek przyłoży, to mu i w piekle niezgorzej. Nie kosztuje ta ubikacja ani grosza, a swoboda jest: choćby strzelaj, nikt nie usłyszy. A przy tym opał nie jest drogi... i stróżowi co wieczór dychy płacić nie potrzeba. A z tymi to się już poznałem! — zawołał ze śmiechem, wskazując freski. — Zlatują mi ciągle na kołdrę, łuszczą się sieroty z zimna. A czasem to sobie rozmawiamy, psiatwarz! Niedawno jakoś, w przeszłym tygodniu, byłem nieco „wstawiwszy”88; poszedłem wcześniej spać, obudziłem się nad ranem, księżyc świecił wprost w okno, jak teraz... naraz słyszę śpiew. Ki diabeł? myślę sobie i słucham. Śpiewają w korytarzach! Myślę sobie: Kos z Felusiem i Olkowskim idą do mnie w odwiedziny pod dobrą datą. Podniosłem się trochę i patrzę na drzwi... Otwierają się... wchodzi cała procesja... mnichów! Zemdliło mnie trochę. A oni idą i śpiewają, i śpiewają... Jeszcze pamiętam słowa i melodię: Laudate, pueri, Dominum! Laudate!89
Zaczął śpiewać przyciszonym, grobowym głosem.
Zakrzewski wstrząsnął się nerwowo i spojrzał nieśmiało na freski.
— Doskonale pamiętam, przechodzili koło mnie... głowy wygolone, twarze blade, oczy zamknięte... ręce złożone... w białych habitach z czarnymi szkaplerzami90 na piersiach!... Czekam, aż przejdą, trę oczy, zamykam... otwieram, a oni wciąż idą... idą... i śpiewają! Spociłem się do siódmej skóry, psiatwarz! Nieznacznie chciałem zobaczyć, dokąd idą, oglądam się, a oni chodzą tylko dokoła mego posłania. Spałem przy ścianie... macam... ściany nie ma!... Jezus Maria! zaczęły mi zęby kłapać... Miałem przy poduszce flaszuchnę gorzałki, było tego z pół kwarty91... muszę mieć wódkę, bo jak wstaję, to mnie zawsze mdli coś w żołądku... Wyciągnąłem ją w największym strachu, przewróciłem, łyknąłem raz i drugi dla kurażu92... zamknąłem oczy i... obudziłem się w południe, psiatwarz.
— Pierwszy atak delirium tremens93, tak. Utop się, aby nie powiedziano, żeś się zapił.
— A rano nie było żadnych śladów, nic? — pytał poruszony opowiadaniem Zakrzewski.
— Nic, pustą butelkę znalazłem pod oknem, a siebie w środku siennika.
— Halucynacja, tematem były te freski, a przyczyną wódka.
— Jak chcesz, dziedzicu, ale ja doskonale widziałem i pamiętam... Olkowski wali. Panowie, do porządku, bo sznaps idzie! Dawajże, mazgaju! Tęsknimy, wyglądamy, a ty jak mucha w smole się ruszasz!
Odebrał wódkę, odkorkował, obejrzał i oddał.
— Nalewaj sznytki, Olkowski! Zrobimy cacany chórek, panowie. Tylko się pilnujcie taktu, bo będę grzmocił.
Wziął kieliszek, w drugą rękę pogrzebacz do dyrygowania i zaczął śpiewać ochrypłym, przepitym głosem:
— „Pije Kuba do Jakuba, Jakub do Michała!”
— Chlust! Tryknijmy się!
Trącili się i wypili.
— Olkowski, nalej sznytki!
Wypili znowu i śpiewali od początku; Zakrzewski tylko nie śpiewał; był jakiś smutny i znużony.
— Gdzież twoja Ofelijka, Hamleciku?94
— Cicho, Feluś! „A kto nie wypije, tego we dwa kije!”. Źle, Feluś, fałszujesz jak pies.
— Olkowski, nalej sznytki. Zacznijmy na nowo, no, raz... dwa, raz... dwa...
A kto nie wypije — tego we dwa kije!
Łupu-cupu po kożuchu, tego we dwa kije!
— Dziedzic się nudzi. Olkowski, dawaj szkło.
— Głupiś, Korniszon, dawajcie wódki; niech tam diabli wezmą resztę!
— Mądre słowo. Pij, bracie, psiatwarz, a poznasz słodkość! Lili wyda ci się aniołem, a życie specjałem. Pij, Olkowski, pij, bracie, a będzie ci się zdawać, że jesteś kochankiem Szalkowskiej, że masz fajgla95, że jadłeś przez cały tydzień obiady, że grywasz bohaterów! Pij, Feluś, pij, bracie kochany, mój królu złoty, psiatwarz, a twoja almawiwa grzać cię będzie jak futro i utopisz się w żarciu, a piciu, a kochaniu, a szczęśliwości! Pijmy! Pijmy, panowie! Patyk złamany reszta! Co tam będziemy myśleć: będzie co jeść czy nie będzie; uda się spektakl czy nie uda; kocha nas kto czy nie kocha; umrzemy czy nie umrzemy! Pijmy słodkość, bracia, psiatwarz, i tyle...
Zakrzewski siedział pod ścianą na sienniku Korniszona i błędnymi, sztywnymi oczyma wpatrywał się we freski, które z wolna światło księżycowe powlekało skrzącą, zielonawą patyną niby mgłą rozdrganych pyłów świetlistych, poza którymi te malowane postacie zdawały się poruszać, żyć... aureole świeciły jakimś fosforycznym blaskiem, oczy zdawały się patrzeć w niego, a całe te tłumy chwiały się i z wolna szły ku niemu w blaskach księżyca...
Strach przezwyciężył odurzenie, nie żegnał się z nikim, tylko śpiesznie poszedł do domu.
Obudził się bardzo późno.
Olkowski, jakiś zielonoblady, siedział na swoim sienniku z głową w dłoniach.
— Kiedyś pan powrócił?
— Nie wiem. Obudziłem się w klasztornym korytarzu, może przed pół godziną. Zimno mi i coś dziwnie słabo, głowa mnie strasznie boli...
Zakrzewskiemu zrobiło się wstyd wczorajszego wieczora.
— Piłeś pan herbatę?
— Ba, herbaty nie ma, a ja nie mam ani grosza.
Leon sięgnął do kieszeni, ale również nie znalazł nic.
Ubrał się śpiesznie i pobiegł do Lili; nie przyjechały jeszcze; dotknęło go to bardzo przykro. „Dlaczego tak długo siedzą?” — myślał, ściskając głowę, bo go bolała; jeść mu się zachciało.
Poszedł do Korczewskich. Pili herbatę, siadł z nimi i pił, ale myślał z przerażeniem, że nie ma już pieniędzy; strach i wstyd go ogarniał.
— Afisz już mamy, jutro możemy na wieś jechać z biletami.
— Dobrze; zamówił pan już konie?
— Zamówiłem, tylko trzeba zapłacić z góry, bo inaczej nie chcą! Podłe Żydy! — zaklął Korczewski, chodząc po pokoju ze szklanką herbaty w ręku. — Musi mi pan pożyczyć pięć rubli na furmankę; z kosztów to się panu wróci.
— Pięć rubli? Wie pan, nie mam ani grosza... Tak jakoś się stało, że... — zamilkł nagle, wstyd go zdławił, bo Korczewski spojrzał na niego nieco drwiąco.
— Ja również nie mam; kupiłem płótna, bo prześcieradeł nie starczyło; będzie z nich pokój francuski, a musimy mieć dwie zmiany. Kupiłem farb, kupiłem sznurów, Korniszonowi musiałem coś dać naprzód. Mam zaledwie parę kopiejek. Co tu zrobić?
Oglądał po kolei to sprzęty, to garderobę swoją i żony, ale odwrócił się z niechęcią.
— Psiakrew, nie ma nawet co zastawić.
— Józio wczoraj zastawił obrączki nasze, żeby wykupić afisze!... raz... dwa... — szepnęła Korczewska cicho i robiła w milczeniu swoją nieśmiertelną szydełkową serwetę.
— Gdyby pan chciał, pogoda taka piękna, to poszlibyśmy pieszo do pierwszych kilku dworów... — zaczął nieśmiało Korczewski.
— Dobrze, wszystko mi jedno. Ostatni raz przecież.
— Bo widzi pan, jak tylko co sprzedamy, to wynajmiemy sobie furkę na wsi i dalej już pojedziemy.
— O której godzinie jutro?
— Najpóźniej trzeba wyjść o dziewiątej.
— Dobrze. Do widzenia.
Na ulicy sięgnął po zegarek, żeby zobaczyć, która godzina. Było już południe, a jemu przyszło na myśl, że przecież może ten zegarek zastawić, że może dostać za niego kilkanaście rubli. Poszedł do Jańcia, bo ten najlepiej umiał załatwiać podobne operacje.
Jańcia nie zastał. Była tylko Gałkowska, która z okręconą głową wałkowała jakieś ciasto i rozkładała je na łóżku i na koszu.
— Jańcio zaraz przyjdzie, niech pan poczeka — szepnęła i nie zważając na niego krzątała się dalej koło obiadu, który skwierczał na małym, żelaznym piecyku, rozpalonym do czerwoności.
Swąd z rozpalonego tłuszczu rozchodził się po całym pokoju, nadzwyczaj małym i brudnym, w którym do tego panował niechlujny nieład włóczęgowskiego życia.
Zakrzewski siadł przy stole, zarzuconym szminkami, pudrem porozsypywanym, niemytymi talerzami i szklankami, kawałkami chleba, pokapanym stearyną, bo świecę się przylepiało wprost do stołu. Siedział i czekał coraz niecierpliwiej; niepokój nim podrywał, spoglądał na zegarek, podnosił się, przypatrywał się pustej, zaśnieżonej ulicy, po której kilka świń spacerowało z powagą; wzdychał, zapalał papierosa po papierosie, a ciągle myślał: „Dlaczego ona nie przyjechała?”.
— Co panu jest? — zapytała go ze współczuciem.
— Nic... nic! Bo widzi pani, niespokojny jestem o Lili, pojechały na wigilię, miały powrócić w nocy, a nie ma ich i dzisiaj — mówił gorączkowo.
— Po cóż się mają spieszyć! Tam im jest bardzo dobrze... — powiedziała zimno, akcentując ostatnie słowo.
— Tak, pewnie, ta siostra gospodyni ich ma być bardzo porządna kobieta.
Gałkowska zaczęła się śmiać cicho, obrzydliwie i długo, aż jej sinawa twarz pokryła się krwawymi plamami.
— Z czego się pani śmieje? — zapytał porywczo.
— Śmieję się z tej siostry gospodyni, która ma wąsy, brodę i majątek pod miastem...
— No tak, mówiła Lili, że ten majątek jest niedaleko pod miastem.
Nie zrozumiał jej.
— Jakże pan spędził wczorajszy wieczór? — zagadnęła spokojnie.
— Jak można najgorzej.
— Bardzo dobrze panu. Zupełnie pana nie żałuję, bo po co się pan marnuje w teatrze? — pytała, krając ciasto na makaron. — Z miłości, nieprawdaż? — dodała.
— Pani wiesz...
— Wiem znacznie więcej jeszcze; wiem i to, że pan jesteś młody, szlachetny, uczuciowy i bardzo niedoświadczony, bardzo wierzący ludziom, pięknym słowom, słodkim spojrzeniom, przysięgom, słowem, temu, czemu najmniej można wierzyć.
— Nic pani nie rozumiem! do czego pani zmierza? — zapytał.
— Ja? Do niczego, mówię ot to, co mi życzliwość podyktowała. Żal mi po prostu pana.
— Dziękuję pani za współczucie i żeby uspokoić pani dobre serce, powiem otwarcie, że już tylko dni kilka przedziela mnie od wyjazdu z teatru. Jadę zaraz po benefisie.
— Dobrze pan robi, bardzo dobrze. Przejrzał pan nareszcie, to i lepiej. Być tak oszukiwanym nikczemnie, to nawet trochę śmiesznie — ciągnęła ciszej.
— Kto jest oszukiwanym? Kto oszukuje? Mówże, pani, na Boga! — zawołał.
— Przecież całe towarzystwo wie, ba, całe miasto mówi 0tym...
— Ale o czym? Błagam panią, mów!...
— A choćby o tym, że Lili wcale nie pojechała na familijną96 kolację do siostry gospodyni...
— Tylko gdzie, do kogo?! — krzyknął uderzony tymi słowami jak batem.
— Podobno do hrabiego. Wiesz pan, ten, który jej wciąż kwiaty przysyła.
— Nieprawda! Kłamiesz, pani! To nikczemność tak spotwarzać czystą dziewczynę, to podłość!
Syczał z oburzenia i gniewu, posiniał, zaciskał pięści i patrzył na nią takim nienawistnym wzrokiem, że odsunęła się za piecyk.
— Nie krzycz pan i nie wymyślaj, bo nie jestem pańską służącą! To, co powiedziałam, wiedzą wszyscy; możesz się pan spytać Korczewskiej, a powiedzą pewnie więcej...
— Co więcej? Mów pani, ale uprzedzam, że Lili jest moją narzeczoną.
— Bardzo mi przyjemnie... pan się unosisz... ja z życzliwości dla pana mówię...
— Niech panią najjaśniejsze pioruny spalą z taką życzliwością! — krzyknął wściekły, nie umiejąc już panować nad sobą, i wybiegł na ulicę.
— Nędznicy! nędznicy! — myślał z rozpaczą i gniewem. — Lili! jego Lili! a ludzie szakale! I pomiędzy taką zgrają żyć musi jego słodka dziewczyna!
Poszedł śpiesznie do jej mieszkania.
— Jeszcze nie przyjechały. Czemu siedzą tak długo, czemu? — myślał wciąż w kółko i chodził bezmyślnie po mieście cichym, jakby wymarłym.
A gdy po nabożeństwie dzwony uderzyły i lud tłumnie wylał się z kościołów, i zaczernił po placach i uliczkach, Zakrzewski, nie chcąc się spotkać z nikim, uciekł do parku. Chodził tam samotnie i rozmyślał o Lili.
— Nędzna potwarz, nikczemne oszczerstwo! — Myślał o słowach Gałkowskiej, ale te słowa gryzły go boleśnie i budziły jeszcze niejasne, głuche podejrzenia, których na próżno chciał się pozbyć. Znał ją całych sześć miesięcy, znał każdą jej myśl, każde uczucie, całą głęboką szczerość i prostotę jej natury; wiedział, że to była dusza tak czysta, jak te śniegi, na które w tej chwili patrzył; wiedział, że ona nie ma tajemnic przed nim, bo tajemnic w swoim życiu nie ma żadnych; znał z opowiadań matki prawie każdy tydzień jej krótkiego życia; wiedział wszystko, a pomimo to podejrzenia, jak śliskie, zimne węże, wiły mu się przez serce.
Te roje wielbicieli w każdym mieście, których zresztą zawsze mają młode i przystojne aktorki, z których razem z nią się wyśmiewał, te bukiety, jakimi ją zasypywali, owacje, jakie jej urządzali, te listy miłosne, które razem czytywali, bawiąc się przy tym wyśmienicie — o tym wiedział; wiedział, że to wszystko ześlizgiwało się po jej duszy jak rosa po szkle, bez śladu. Tak, wiedział, a pomimo to podejrzenia jego nie były mniejsze, lecz rosły z przerażającą szybkością.
— Wiem niby wiele, ależ ileż może być rzeczy, których nie wiem! których moja ślepota nie widziała, moja ufność nie przypuszczała nawet! — myślał, szczękając z bólu zębami.
— Cóż to za medytacje? Dzień dobry panu!
Drgnął gwałtownie, podniósł głowę. Stały przed nim strojne, piękne, uśmiechnięte doktorówny, z życzliwością, wyciągając do niego ręce.
— Głowa mnie bolała, wyszedłem się przejść — tłumaczył się niechętnie.
— Szczęśliwy ból, bo nam pana da w niewolę, z której nieprędko wypuścimy.
— Dlaczego to pan wczoraj nie był łaskaw przyjść do nas?
— Musiałem być z kolegami, a potem, potem...
— Szkoda, bo czekałyśmy na pana do dziesiątej; ale dzisiaj zabieramy pana natychmiast do nas na obiad. Niech się pan nawet nie próbuje wyrwać! — mówiła ze śmiechem młodsza, niebieskooka blondynka, w błękitnym kaftanie, obłożonym białym futrem, i zaglądała mu bardzo życzliwie w oczy.
— A przy tym mama dosyć ważny interes ma do pana — dodała starsza, ubrana zupełnie czarno, co przy czarnych włosach, woalce i śniadej cerze sprawiało wrażenie żałoby.
Opierał się trochę, ale poszedł i usiłował być rozmownym, uprzejmym i nadskakującym pannom, co im się bardzo podobało, bo miały na niego pewne zamiary. Doktor, człowiek bardzo dobry, przyjął go z serdecznością.
Otoczyła go tak miła atmosfera, że czuł do nich wdzięczność, iż nie traktują go jako aktora-włóczęgę, ale jako człowieka ze swojej sfery. A przy tym byli tacy dobrzy, uprzejmi, dyskretni, uprzedzający; salon, do którego przeszli po obiedzie, miał eleganckie meble, puszyste dywany i lśnił pewnego rodzaju wykwintem, którego nie mogło być u kolegów, a do którego tęsknił bezwiednie. Jakieś kwiaty pachniały bardzo mocno w żardynierce97 przy fortepianie, na którym blondynka wygrywała cały swój repertuar, a potem brunetka śpiewała kilka piosenek, w rodzaju Dziewczę z buzią jak malina98, olśniewając nie tyle głosem, ile doskonale uwydatnionym biustem i palącymi oczyma.
Pił likier jakiś, palił cygaro, pił czarną kawę, przyrządzoną przez doktorową, która mu półgłosem dawała życzliwe rady, żeby rzucił teatr i powrócił do domu, i gdy jej w rozrzewnieniu likierowym powiedział, że zrobi to za dni kilka, to nie tylko go po matczynemu ucałowała i przytuliła do wezbranej radością piersi, ale i ofiarowała gościnę u siebie na czas dłuższy, aby mógł przyjść do równowagi, co go tak rozrzewniło, że całował przez kilka minut jej piękne, białe ręce, a potem, powróciwszy do salonu panien, pił znowu likier z doktorem i patrzył bezmyślnie na blondynkę, która rozłożyła przed nim album i pokazywała różne chwały rodzinne99.
Nie wiedział dobrze, co się z nim dzieje; rozmarzyło go ciepło, likiery i ten ból, który pomimo wszystkiego przeorywał mu serce. Czasem bezwiednie spoglądał na zegarek, ale wtedy panny zaklinały go, aby pozostał; więc siedział, starając się być najprzyjemniejszym towarzyszem i odpowiadając ze szczerością na życzliwe zapytania doktora, tyczące się jego rodziców, majątku itp.
— Musi pan w pewnej sprawie dopomóc! — zaczęła doktorowa, ujmując go pod ramię i prowadząc znowu do drugiego pokoju, w którym na wielkim stole leżało kilkanaście mniejszych i większych paczek.
— Z inicjatywy moich dziewczynek grono osób zrobiło małą składkę na rzecz pańskich towarzyszów100. Nie ma w tym nic ubliżającego. Są w chwilowej potrzebie, więc złożyliśmy tutaj najpotrzebniejsze dla nich rzeczy. A że nie chcemy żadnych podziękowań, przykrzejszych, co prawda, dla nas niż dla nich, więc posyłamy bezimiennie. Dla każdego w osobnej paczce. Biedni, doprawdy, ludzie! Opowiadano nam o nich bardzo smutne rzeczy.
Zakrzewski ocknął się dopiero i śpiesznie oglądał kartki z nazwiskami, poprzylepianymi do paczek. Odetchnął głęboko, bo swojego nie znalazł; ale nazwisko Lili, które ujrzał na mniejszej od innych paczce, przykuło mu oczy dłużej.
— Tej pannie posyłam trochę mniej! — zauważyła doktorowa z dyskretnym uśmiechem.
Spojrzał na nią pytająco, nie śmiąc się odezwać.
— Bo podobno... ktoś się nią opiekuje dosyć gorliwie, więc musi jej na niczym nie zbywać. Te panie umieją sobie radzić! — wzruszyła pogardliwie ramionami.
— Pani dobrze wie, że się nią kto opiekuje? — zapytał cicho, tak cicho i złowrogo, że doktorowa spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Przecież to powszechnie wiadomo, że hrabia!... Chodźmy do salonu.
Ale się odsunął gwałtownie, twarz mu pobladła z silnego wzruszenia, całą siłę woli zużywał na to, żeby nie uderzyć doktorowej krzesłem, którego poręczy trzymał się kurczowo. Wreszcie przez zaciśnięte zęby syknął:
— Pani!
Skłonił się sztywno i szedł ku drzwiom, ubrał się szybko w przedpokoju i zanim ona mogła zrozumieć, co się stało, był już na ulicy i biegł do Lili.
Jeszcze nie przyjechała.
Wrócił do domu. Olkowski leżał na sienniku i błędnymi oczami patrzył w sufit. Usta miał spieczone, twarz zielonawą i z daleka już zionął gorączką.
— Chory jestem, daj mi pan pić. Tak mnie głowa boli... boli... boli... — jęczał cicho.
Łzy płynęły mu po twarzy, nie obcierał ich, bo nie miał sił.
Zakrzewski podał mu szklankę wody, a że Olkowski ciągle się dopraszał o więcej, postawił mu całą konewkę, z której chory pił ustawicznie, a sam położył się na łóżku i najregularniej co godzinę wychodził zobaczyć, czy Lili przyjechała. Nie zastawszy jej, powracał, kładł się znowu i czekał...
Powróciwszy o zmroku, zastał Szalkowskiego, który był jakoś mocno wzburzony i nie witając się zaczął z miejsca:
— Ja mam do pana wielki żal, mogę powiedzieć, pretensję, powinien bym nawet żądać od pana satysfakcji101 — mówił podniesionym głosem, stukając kijem o podłogę.
— Cicho pan bądź, widzisz, że Olkowski chory — rzekł Leon zimno.
Przypuszczał, że Szalkowski widział wczoraj wszystko i przyszedł robić awanturę, ale było mu to obojętnym w tej chwili; położył się na łóżku i patrzył w sufit.
— Przepraszam, bardzo przepraszam — szepnął Szalkowski, zniżając głos.
— Słucham pana! Mogę panu dać satysfakcję choćby w tej chwili.
— Ale cóż znowu! Panie Leonie, ja przyszedłem tak po przyjacielsku się poskarżyć, bo mam do pana żal, że pan Helence zrobił taką wielką przykrość wczoraj. Obiecał pan, że pan przyjdzie; czekała prawie do rana, a pan był u Korniszona. To się nie godzi tak zapominać przyjaciół. Helenka aż płakała ze zmartwienia, ona ma dla pana wiele życzliwości, wiele, jakby to powiedzieć, sympatii... i bardzo...
— Głupiec — rzucił mu na odpowiedź Leon wychodząc.
Nie wrócił zaraz, bo poszedł na drogę, którą wracać miały; zrobił kilka wiorst na próżno i dopiero powrócił, przysięgając sobie, że już więcej nie pójdzie.
Podczas jego nieobecności przyniesiono paczkę dla Olkowskiego, a dla niego list od doktorowej, w którym były takie ustępy:
„Chciałabym być siostrą miłosierdzia dla pańskiej duszy, chciałabym, abyś się wyspowiadał przede mną! O, proszę wierzyć, że bardzo mocno uczułam pańskie wyjście... Co to było?... Biedna dusza, potrzeba ją otoczyć miłością, aby mogła zapomnieć ran... Nie pamiętamy już przykrości, jaką pan nam wyrządził, odchodząc bez pożegnania. Na pańską intencję smażymy dzisiaj pączki; dziewczynki moje same to robią. Będą wieczorem i Walewscy” itd.
List podarł.
— Idiotka! — mruknął i zapadł w dawne wiry marzeń bolesnych o Lili.
Olkowski zaś pomimo gorączki z ciekawością otworzył paczkę; była w niej herbata, tytoń, gilzy102, wędliny, chleb, strucel103 z makiem, dwie koszule, trochę innej bielizny i dwa ruble. Obejrzał to wszystko, porozkładał na kołdrze i cichym, przejmującym głosem zaczął śmiać się i krzyczeć.
— Hebesy! ha! ha! ha! Połcie świńskie!... ha! ha! ha! Filantropy104, ha! ha! ha! Bydło bezimienne! ha! ha! ha!
Brzmiał ów śmiech tak ostro i nieprzytomnie, że aż Leon spojrzał na niego i patrzył ze zdumieniem, bo Olkowski tymi przysłanymi rzeczami zaczął rzucać w ścianę przeciwległą, rozbijać o piec, tłuc o sprzęty... Mało mu było tego, bo się zwlókł z barłogu i w koszuli, chudy jak szkielet, z oczami nieprzytomnymi, chwiejący się, darł, kopał, miażdżył i rozdzierał to wszystko, co mu przysłano.
— A dziadowizna105, a żebractwo, a hołota! a podli, podli! — krzyczał coraz głośniej i coraz zapamiętałej niszczył wszystko.
Wyczerpany wreszcie z sił, upadł na środek pokoju, śmiał się i krzyczał na przemian ogromnym, nieprzytomnym głosem.
Zakrzewski siłą go zaprowadził na barłóg, ułożył, pookrywał; leżał przez chwilę spokojnie, ale że choroba robiła zastraszające postępy, stracił zupełnie przytomność i zaczął się zrywać, chciał uciekać z krzykiem, to rzucał się do okna, aby wyskoczyć, tłukł i rozbijał się o podłogę, darł koszulę albo leżał cicho, bezwładnie jak drewno i jęczał ciężko, z oczami utkwionymi nieruchomo w jeden punkt.
Zakrzewski się nim zajął, ale nie wiedział, co robić, a że przy tym sam był do najwyższego stopnia zdenerwowany i nie miał pieniędzy, więc siedział przy nim bezradnie i czekał rana. Ale noc szła strasznie wolno, wlokła się nieskończenie, po tysiąc razy patrzył przez okno na schmurzony, poświstujący wichrami świat i po tysiąc razy z rozpaczą widział jednaką wciąż ciemność i pustkę na ulicach; myślał już chwilami, że dzień nigdy nie nadejdzie.
Olkowski leżał już zupełnie cicho, nie krzyczał, nie rzucał się nawet, był zupełnie bezprzytomny, spieczonymi ustami poruszał bezustannie, ale bezdźwięcznie, a z otwartych szeroko oczów wypływał od czasu do czasu strumień łez i zasychał na poczerniałej, chudej twarzy.
Jak tylko świt się zrobił, Leon sprowadził doktora, który krótko zadecydował, że to najzwyczajniejszy tyfus, jeśli nie zapalenie mózgu, i wkrótce przysłał ludzi, którzy zabrali chorego do szpitala.
Zakrzewski, przemęczony tylu wrażeniami, poszedł spać, ale już o dziesiątej obudził go Korczewski, który przyszedł powiedzieć, że czas już iść z benefisem.
Leon pomimo znużenia wstał i ubierał się śpiesznie.
— A to co? Któż poniszczył to wszystko? — zawołał Korczewski, patrząc na podłogę pokrytą szczątkami.
— Olkowski z taką radością przyjął dary publiczności, że zostały tylko szczątki.
— Idiota, jak Pana Boga kocham! Pieniądze nawet podarł!
— No, więc cóż! Podobało mu się, to i podarł. Czy przysłali i wam?
— Przysłali. Bardzo porządni ludzie.
— Pan wziąłeś?
— A dlaczegoby nie! Mój królu złoty! My nie mamy, a oni mają, więc bierzemy, to takie proste. Nie widzę w tym nic ubliżającego. Jest u mnie paczka dla Lili, bo one nie wróciły jeszcze, a mieszkanie zamknięte.
— Byłeś pan u nich dzisiaj? — zapytał żywo.
— Stamtąd idę właśnie.
— Jestem gotów, możemy iść. Ma pan bilety i afisze?
— Mam wszystko.
Korczewski przeżegnał się na szczęście i poszli.