Nowe Miasto
Kościół i klasztor ojców kapucynów taki sam zupełnie w stylu i wewnętrznym urządzeniu jak na Miodowej w Warszawie.
Na dużym rynku przed kościołem już masę stolików zastaliśmy i kipiące samowary. Kilka drobnych kompanii także odpoczywało.
Po obejrzeniu kościoła, niezmiernie czysto utrzymywanego i pełnego kwiatów na ołtarzach — idę na herbatę. Przy sąsiednim stoliku lokują się woale; dwa się rozsłoniły nieco, ale akurat nie z mojej strony. Ofiaruję im swoje usługi, bo po przeciągłym akcencie poznaję, że to nie warszawianki. Podziękowanie — ale nie korzystają z mojej ofiary, tylko za grzeczność płacą mi cytryną do herbaty. Juźci, że przyjmuję z wdzięcznością, staram się zawiązać rozmowę — nie idzie.
Trzydniowy pieszy spacer zrobił swoje, że nie wiem o czym mówić.
Poszedłem zwiedzić klasztor. W korytarzu pociągam za drewnianą, w formie krzyża rączkę od dzwonka. Otwiera mi jakiś kulawy chłopak. Pytam się o Ojca Prokopa. Prowadzi mnie na pierwsze piętro. Czystość wszędzie panuje zdumiewająca.
Trochę niepewny, staję przed niskimi drzwiami, nad którymi wypisano: „J. S. V. Procopus”. Każę się pytać czy wejść można — i otrzymawszy twierdzącą odpowiedź — wchodzę.
Cela jest kwadratowa o bielonych wapnem ścianach i prostej, sosnowej podłodze.
Widzę przede wszystkim ubóstwo i brak najpotrzebniejszych sprzętów. Prosty tapczan, nakryty grubą szerścianą derą, służy za łóżko i stoi pod ścianą, nad nim krzyż czarny wisi, i już nic więcej nie widzę, bo mi wzrok więzi starzec siedzący w niskim, drewnianym fotelu, pomiędzy dwoma oknami. Przenikać mnie się zdają duże, szarawe źrenice, o niezmiernie głębokim spojrzeniu, a ta długa, ascetyczna głowa, pobielona nieco siwizną, pomarszczone czoło i twarz surowa, jakby zastygła w zmarszczkach długich i ostrych, onieśmiela mnie nieco. Pierwsi cenobici34 chrześcijaństwa musieli mieć ten sam wyraz ascetyzmu spokojnego i mądrości.
Przedstawiam się w kilku słowach. Następuje kilka chwil milczenia, w których czuję na sobie ten poważny i badawczy wzrok starca, a oprócz tego spostrzegam dwie wielkie księgi, oprawne w pergamin, leżące na stołku trzcinowym, i kilka kartek jakiegoś rękopisu, o bardzo ostrym i bujnym charakterze pisma, a potem słyszę przyciszony, ale melodyjny głos, zapraszający mnie bym usiadł.
Przysunąłem krzesełko i usiadłem na wprost.
Rozmowa, którą niżej przytaczam, nie jest literalnym powtórzeniem, lecz streszczeniem; nie jest dosłowną co do formy, ale dosłowną w treści.
— Cóż tam w świecie słychać, cóż w literaturze? Bo my tutaj echami się tylko karmimy... — pyta, a ja widzę, że ma bardzo miły i dobry uśmiech.
Opowiadam mu i mówimy o różnych kierunkach panujących w literaturze i nauce, i o tej reakcji na korzyść katolicyzmu i wiary, jaką czuć wszędzie.
— Musiało koniecznie przyjść do tego. Tym lepiej dla tych, którzy prędzej przejrzą. Co to są za legendy o Matce Boskiej, które napisał pan Gawalewicz35?
Opowiadam treść niektórych, słucha uważnie i rzecze:
— Tak, to jest najczystsza, jaką znam, poezja uczucia. W tym się najlepiej wypowiada dusza ludu naszego. Bardzo rzeźwiący znużonych strumień...
I patrzy się przed siebie głęboko, a potem powraca do celu mojej pielgrzymki, o której mu zaraz z początku nadmieniłem.
— Myśl bardzo dobra, tylko nie powinno się zrażać i sądzić tej masy z jej niektórych wybryków, nieuniknionych w takiej licznej podróży, z jej szorstkości, z grubych słów, i z prostoty obyczajów, ani z jednostek złych, jakie się wszędzie znaleźć muszą. Trzeba zajrzeć głębiej, w serca. Jakież dotychczas wrażenie pan wyniósł?
— Bardzo głębokie. Uwierzyłem przede wszystkim w ich głęboką wiarę.
— Jest tam wiara głęboka i serca niezepsute jeszcze zarazą. Są to najmędrsi z mądrych — wierzą. Nie pytają, nie wątpią, nie dociekają — tylko wierzą. W tym jest ich siła i szczęśliwość.
— Zazdrościłem im dzisiaj tej zdolności wierzenia i tej mocy, jaką czerpią z wiary.
— Nie tylko zazdrościć, ale płakaćby należało po takiej stracie — rzekł twardo.
Nie odpowiedziałem nic, bo mnie przesączać zaczęła gorycz jakaś.
— Naprawdę, to wy w nic nie wierzycie ani w Boga, ani w ludzi, ani w ducha, ani w materię. Oślepili się sami i krzyczą, że nic nie ma, bo oni nie widzą. O głupstwo smutne! Obłąd zuchwały kretów!
— Ojcze — powiadam — czy ojciec myśli, że to bez śladu przychodzi? Że jest rozkoszą nie widzieć i nie mieć nawet myślą się gdzie zaczepić.
— Wiem i tym więcej mi żal cierpień poniesionych na próżno.
Przechylił nieco głowę i gładził nerwowo długą, srebrzącą się brodę, potem zażył tabaki z czarnej tabakierki z prześliczną emalią Wniebowzięcia Matki Boskiej na wierzchu i mówił długo, a kończył następującym:
— Źródło nieszczęść jest w nas, w rozumie naszym, a źródło spokoju i szczęścia tam! — i wskazał chudą ręką Chrystusa rozpiętego nad łóżkiem.
— Idźcie pić do źródła prawdy i dobra, a odzyskacie samych siebie, znajdziecie to, czego nigdzie nie znajdziecie. „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście, a ja was ochłodzę” — mówi Pismo Święte. Po cóż więc szarpanie się, walki, gubienie dusz swoich i cudzych, kiedy szczęście przed nami, cel widoczny, a życie tak krótkie?
Milczeliśmy długo, ja przeżuwałem te słowa, tchnące powagą wiary głębokiej, a Ojciec Prokop patrzał znowu w ten wizerunek Chrystusa na ścianie i poruszał nieznacznie ustami jakby w modlitwie, a w końcu zapytał:
— Gdzie pan będzie drukował te wrażenia?
— W „Tygodniku Ilustrowanym”.
— Niech wam Bóg błogosławi i dopomaga w dobrym — życzę wam z całego serca, a panu życzę sił i wytrwania. Pijcie z tego źródła, tam jest pokrzepienie i tam szczęśliwość!
Podniosłem się do odejścia.
— Nie zatrzymuję, bo czas na moje pacierze; do chóru nie chodzę, bo moje nogi już na nic.
Pocałowałem go w rękę na pożegnanie, bo mnie ujął tą swoją jasną, czcigodną starością, a on pocałował mnie w głowę i zrobiwszy znak krzyża świętego nade mną, szeptał coś niedosłyszalnie.
Wyszedłem i stanąłem zaraz w korytarzu, aby zreasumować wrażenie, ale ta twarz pogodna przez poznanie tkwiła mi w mózgu, i ciągle słyszałem ten głos głęboki, mówiący mi:
— Pijcie z tego źródła, tam pokrzepienie i tam szczęśliwość!...
Szedłem wolno korytarzami, a ze ścian patrzały na mnie wypełzłe twarze Ojców: widziałem brody siwe, oczy przygasłe, rysy surowe, ciała ascetyczne, dusze pełne zaparcia się i poddania; widziałem w brązowych ramach sceny malowane naiwnie, a pełne porywającego uczucia, gdzie zrazu wychylają się dusze proste i zmęczone, tragiczność walk z samym sobą, ofiary z życia, zgiełkliwe sceny mordów, gdzie zabijani mieli uśmiech niewysłowionej szczęśliwości, gdzie byli asceci-filozofowie, dusze szczytne w abnegacji, serca płonące tylko jednym uczuciem, uniesienia ekstatyczne, uśmiechy boskie surowością i dobrocią, wyrazy cierpień bez nazwy. Papieże, kardynałowie, biskupi, prości mnisi, dobrodzieje zakonu w stalowych zbrojach, istnienia złamane i w ciszy cel szukające zapomnienia. Hekatomba ofiar i poświęceń. Cały korowód dusz, cienie ciał dawno rozpylonych we wszechświecie — wszystko to zdawało się poruszać, zstępować z tych płócien, snuć się w świetle korytarzy i cicho śpiewać hymny, przesnuwać się obok mnie i szeptać, wskazując krzyż rozpięty wprost okna:
...Tam pokrzepienie i tam szczęśliwość!...
Kiedym schodził, usłyszałem z chóru zakonnego łagodnie brzmiące tony hymnu, śpiewanego przez Ojców. Poszedłem do ogrodu i wchłaniałem nie tylko piękno przyrody wiosennej, ale i ten spokój, jaki tam panował, tę ciszę, aż jakąś słodką życia odosobnionego i poświęconego jednej idei, ciszę serc, które wierzyły i w odosobnieniu od świata znalazły królestwo zapomnienia.
Siedziałem długo pod jabłoniami, co różowe płatki kładły u stóp, i wsłuchiwałem się w te delikatne, konające szmery śpiewów, i odnajdowałem w sobie jakieś pragnienie bardzo dawne i bardzo silne — samotności i odpocznienia. Pomyślałem wtedy, że taki klasztor byłby ukojeniem i szczęśliwością dla wielu dusz chorych i znużonych, byłby przystanią cichą dla wykolejonych i połamanych kołem losu.
W zakrystii spostrzegłem dwie opętane; przyszły do spowiedzi, były przytomne i klęczały zatopione w modlitwie. Ujrzałem tylko sine, opuchłe twarze i wyraz okropnego zgnębienia w zalanych łzami oczach.
Nie widziałem już ich potem więcej.
Nowe Miasto jest przede wszystkim niechlujnym i obszarpanym miasteczkiem. Zakład leczniczy wcale mnie nie olśnił. Młody park rzadki, a drzewa sadzone na zboczu wzgórza — mizerne, o wyglądzie jak gdyby im właśnie było potrzeba hydropatii. Budowle ciężkie i bez śladu jakiego bądź piękna w liniach. Długa weranda przeznaczona na koncerty albo widowiska, a służąca zwykle do spacerów w dni słotne — razi brzydotą i łataniną, a niżej, za domem dyrektora zakładu, błotniste łąki nie dyszą wcale aromatami. Czuję, że nie wytrzymałbym tutaj tygodnia, bo zjadłaby mnie nuda i brzydota otoczenia. Może i dlatego tak mi się nie podobało to dzieło rąk ludzkich, że miałem oczy i mózg olśnione przepychem królewskim pól i lasów.
Zastałem już braci szykujących się do odejścia. Odszukałem woale i poszliśmy razem, niezmiernie spadzistą i krętą drogą, biegnącą wykopem do Pilicy.
Park z prawej strony wznosi się po wzgórzu i biegnie nad Pilicą. Była już siódma po południu. Upał się skończył i chłód szedł od tej masy drzew i od wód. Przeszliśmy Pilicę płynącą szeroko i pełną mielizn, i tratew na prądzie.
Z mostów bardzo ładne widoki na park, kościół parafialny stojący na szczycie i zakład leczniczy; drugi brzeg płaski, zarosły lasami, nuży jednostajnością.
Zaraz za rzeką skręciliśmy na prawo, na boczną drogę ciągnącą się przez chude, zaniesione miejscami piaskiem pastwiska, a potem już tylko szli okropnie piaszczystą drogą przecinającą sosnowe zagajniki i resztki wysokopiennych lasów. Część cięższych wozów poszła szosą; mamy je spotkać dopiero pojutrze w Wielkiej Woli.
Znać na wszystkich porządne zmęczenie; sześć mil zrobionych dzisiaj daje się i mnie uczuwać.
Woale mówią monosylabami i idą jakąś twardszą ścieżyną leśną, a ja drogą, bo mniej czuję twardość korzeni, i żeby zabić czas, staram się odgadnąć twarze z profilów, słabo rysujących się przez zasłony, chcąc je dla siebie streścić i zamknąć w jakiej definicji.
Pierwsza, najwyższa wzrostem, ma chód powolny i nieco pochylony, zmęczenie pewne w liniach postaci i wyraz ust pełen cichego smętku, i te oczy ogromne, których spojrzenie pamiętałem, zatopione w rozmarzeniu, uśmiech niezmiernie dobry a zagadkowy smutkiem, głos przeczysty o jakichś łzawych akcentach i powagę wyniosłości naturalnej duszy, która się tutaj źle czuje.
Tak, ta to uosobienie Melancholii.
Druga to Sprzeczność; widzę to w każdym ruchu, słowie i linii postawy. Sprzeczność bardzo miła i czynna, ale wiecznie stojąca w miejscu jednym przez ciągłe zwroty i kasowniki wewnętrzne.
Ta trzecia to stanowczo Zaduma. Idzie prawie automatycznie i ma linię ciała tak prawidłowo falującą w ruchu spokojnym jak grecka kanefora. Głowę trzyma prosto; przysiągłbym, że jej szeroko otwarte oczy nie widzą nic na zewnątrz; jest zapatrzona w siebie.
Milczeliśmy i cisza była coraz większa naokoło.
Szmery, jakby nocy rozsypującej z wolna cienie i szarość, drżały w powietrzu razem z echami śpiewów kompanii idącej już daleko przed nami. Dziwna, że tak późno, ale kukułka zaczęła kukać w gąszczach i gdzieś, znad Pilicy dolatywało gwizdanie kosów.
Te trzy jasne postacie zaczął przysłaniać mrok i jakby rozwiewać ich kontury; zaczęły przybierać jakieś widmowe kształty i mętnieć, i jakby się zlewać z głębią leśną majaczącą tylko mgłami zarysów i pełną takich stopionych w mroku linii.
Nie mówiliśmy nic, bo tak dobrze śnić marzenia niezupełne w ciszy nocnej, płynące szlakami zórz, które się złociły jeszcze nad lasami, obwijać się myślą o drzewa, kłaść na gałęziach szemrzących cichą pieśń nocy, kołysać się w mgłach przejrzystych i mieć duszę nabrzmiałą melancholią tej ciszy i pełną olśnień, i widzeń snu czarodziejskiego.