IX
Nie było jeszcze nikogo w domu.
Stara zapaliła światło i starannie pousuwała z alkierza wszelkie ślady pobytu Jaśka. Czuła się o tyle spokojną, że krzątając się około gospodarstwa, odmawiała dawnym zwyczajem pacierze.
Tekla siedziała u siebie, wołała jej przez sień, ale nie przyszła.
— Pewnikiem śpi — pomyślała, zaglądając do jej izby. Tekla nieruchoma, wpatrzona w ogień, siedziała z dzieckiem na ręku.
— Co to wam?
— Ano, ledwie już zipie... musi być — kona... — szepnęła.
— Jezusie Nazareński!
A dziecko już konało; sine, wyprężone, nagie leżało na jej kolanach, z trudnością rzężąc i co chwila biło rękami powietrze jak ptak tonący; ogromny ogień na kominie okrwawiał jego brzuch rozdęty i chude nóżki, zwieszające się bezwładnie.
— Już mu się tylko pacierz należy! — szepnęła Winciorkowa ze współczuciem.
— O moje dzieciątko kochane, o moja kruszyno! — wyłkała z płaczem Tekla, ogarniając dziecko rękami, jakby w obronie przed śmiercią.
Winciorkową omroczył ten widok, bo pomyślała o Jaśku, że może i on tam w dole czuje się tak samo.
Nie mogła lecieć do niego, bo mogli przyjść lada chwila, więc z niecierpliwością, coraz bardziej denerwującą, oczekiwała.
Co chwila wybiegała przed dom, patrząc na drogę.
Noc była jakaś posępna i duszna, bez gwiazd, wiatr wilgotny zawiewał z łąk i muskał jej twarz rozpaloną, zgorączkowaną oczekiwaniem... Tłukła się wprost po izbie z udręczenia. To siadała na progu i zapadała w półsen pełen czuwania, w jakąś martwą ciszę zmęczenia.
Na wsi cicho było, tylko Tekla ryczała wciąż płaczem, a chwilami rozlegał się jej rozpłakany, monotonny głos:
— Już ty mnie sierotą ostawisz, już ty sobie idziesz do Jezusiczka, na niebieskie pokoje... na radowanie... o Jezu! Jezu! Jezu!...
A od karczmy lały się przyciszone odgłosy muzyki i skłębione, głuche odgłosy tupotów i krzyków, a chwilami gdzieś z pastwisk dalekich, gdzie na noc wypędzano konie, migotał brzask ogni i leciał smutny, bezdźwięczny śpiew.
Winciorkowa przesiedziała na progu do świtania z tym ciągłym, niepokojącym uczuciem, że zaraz przyjdą.
Ale nie przyszli.
Muzyka w karczmie umilkła, śpiewy scichły, noc jakby zapadła w głuchy sen, a potem zaczęły piać kury coraz gęściej na północ, a i na odmianę, bo przed świtaniem ustał wiatr i zaczął kropić drobny, ciepły deszcz.
A ona wciąż czuwała na progu, była zdrętwiała z chłodu i trwogi, nie obcierała nawet łez, które od czasu do czasu perlistymi zdrojami płynęły z oczów i zastygały na poczerwieniałej z zimna twarzy. O świcie miała tyle tylko sił, że uklękła przed domem i wpatrzona w zorze blade, co z trudem przeciskały się przez gęste, brudne chmury, modliła się żarliwie.
Tekla z okrzykiem wypadła z izby.
— Umarło! Umarło! Ratujta, ludzie! Loboga, ratujta! — I w tym przerażeniu bolesnym chwyciła nagie dziecko na ręce i chciała z nim lecieć na wieś po ratunek.
Ledwie poradziła ją wstrzymać Winciorkowa, zajęła się zmarłym dzieckiem, a Tekla skuliła się przy kominie i płakała głośno, spazmatycznie.
Winciorkowa tak tym była zajęta, że ani spostrzegła, jak już o dobrym dniu dom otoczyli chłopi, a do środka wchodzili strażnicy z wójtem i sołtysem na czele.
— Jasiek Winciorek u was jest?
— To go sobie szukajcie — odparła zimno.
— Prowadźcie! Gdzie on jest?
— Pod fartuch go schowałam, bo to maluśkie dzieciątko jest! — wykrzyknęła z nienawistną ironią i najspokojniej w jakiejś niecce zaczęła myć dziecięcego trupka.
Ale naraz Tekla zerwała się i ze szczapą w garści rzuciła się na chłopów:
— Czego tu chceta! Wy psy wściekłe! Oddajta mi męża, oddajta mi dziecko! Ażebyśta pod płotem pozdychały! Ażebyśta się pierwszą strawą potruły za moje sieroctwo i umęczenie.
Obezwładnili ją rychło, bo darła się do bicia, i poszli szukać Jaśka po domu i po zabudowaniach.
— Szukajcie wiatru w polu! szukajcie! — wołała za nimi.
Juścić, że nie znaleźli, a odchodząc zapowiedzieli starej, że skoro chłopak się zjawi, ma dać znać sołtysowi.
— Juści! juści! W dyrdy polecę do sołtysa i zaraz go wam wydam! — wołała za nimi, odprowadzając ich oczami aż do karczmy, do której wszyscy weszli.
Ale mimo to nie pobiegła do dołów, bo się obawiała, że może ją kto szpieguje, nie poszła przez dzień cały, pomimo że się na dobre zachmurzyło i smutna szarość zalała świat.
Dopiero o dobrym zmroku zabrała garnczek z jedzeniem i chyłkiem pobiegła.
Nachyliła się nad otworem dołu i zaczęła niespokojnie wołać:
— Jasiek! Jasiek!
Nie odzywał się, zsunęła się do środka, odszukała go rękami i z trwogą niezmierną potrzęsła.
— To ty, matko!
Przebudził się z ciężkiego snu.
— Podnieś się ździebko.
— Byli?...
— Byli, ale dopiero rano. Nie przychodziłam, bo się bojałam, że w dzień łatwiej może kto wypatrzyć...
— Już tu w południe była Nastka.
— Niechaj jej Pan Jezus da zdrowie!
Podsunęła mu garnczek, wsadziła w rękę łyżkę i pojadał sobie wolno.
W dole ciemno było jak w grobie i stęchłe, przegniłe powietrze ciężyło na piersiach. Deszcz pluskał monotonnie i przez otwór nie zakryty zacinał do środka i sączył się po ścianach.
— Jakże ci?
— Lepiej. Czekałem tak was, że aże myślę, pójdę albo co!
— Ani mi się rusz krokiem! — zawołała przestraszona.
— A juści, przecież ciągle tu leżał nie będę.
— Wyzdrowiej tylko...
— To pojedziemy! — szepnął cicho, jakby do siebie.
— Pojedziemy. Jużem wszystko obmyśliła.
Namacała jego głowę, przycisnęła ją do swojej piersi i obcierając mu twarz i głaszcząc szeptała:
— Nie bój się, będzie nam tam dobrze...
— To gdziesik za morze, co?
— Za morze podobno, za morze — powtórzyła wolno.
— Grunty dają darmo...
— Darmo pono i z lasami, i z lewentarzem...
— A choćby i nie dawały, to sobie kupimy...
— Juści, ale zawżdy lepiej dostać, co dają, a za to, co mamy, można by dokupić więcej...
Starą zmorzył sen, umilkła na chwilę.
Bór niedaleki szumiał głucho, jakieś ptaki krzyczały, a deszcz wciąż monotonnie pluskał, jakby ta noc szara i mętna płakała po dniu wczorajszym.
— Ino mi żal, że to, co dziedziczka obiecała Nastce, jak za mąż pójdzie, to nic nie weźmie, bo przecie ślubu tu brać nie możem, a potem wziąć to bydlątko za morze!
Mówił wolno, ale stara już nie słyszała, zmogło ją zmęczenie i ukołysała cisza, spała oparta plecami o ścianę dołu. Jasiek przykrył ją kożuchem swoim i chwilę jakby czuwał nad nią, ale i jego sen wkrótce zmorzył.
Noc płynęła, deszcz ustawał, natomiast podnosił się wiatr i przewalał się po polach, i świstał w otworze dołu. A potem wyłaniał się z ciemności świt i zapłakanymi, zrudziałymi od zórz oczami rozwidniał świat i zaglądał do dołu, do śpiących przy sobie ludzi.
Pierwszy ocknął się Jasiek i zaraz obudził matkę.
— Idźcie już, bo was kto zobaczy. Ale, Nastka mi mówiła, że kiedyś dziedzic powiedział, że kupiłby łączkę, bo mu się wrzyna w jego pole. Może byście poszli do dworu, co? Zawsze lepiej zapłaci niż chłopi.
— Prawda, a że też mnie to do głowy nie przyszło. A to ze dwa roki temu to nawet dziedzic przysyłał z tym ekonoma...
— I trzeba to wszystko duchem robić... — powiedział energicznie.
— Niech ino Herszlik przyjdzie, on przeprowadza ludzi...
— Prawda, sam widziałem. A jakby nie przyszedł do niego żaden...
— Mówili w karczmie, że za dwa tygodnie wychodzą ludzie z Woli...
— Za dwa tygodnie! To ja już będę całkiem zdrowy! — wykrzyknął wesoło.
— Zajdę tu do ciebie wieczorem.
— A idźcie do dziedzica abo i do księdza po to lekarstwo, ino go dużo przynieście, to prędzej wychoruję — mówił energicznie, prawie rozkazująco, aż stara zatrzęsła się z radości, że jej parobek kochany już tyle sił ma w sobie.