VI
Kościół był poklasztorny, ogromny i wspaniały, cały wewnątrz pokryty freskami, dziwnie tylko cichy i pusty. Pleśń czuć było wśród murów.
Ksiądz odprawiał cichą mszę przed bocznym ołtarzem, dziad kościelny służył mu do mszy.
Wielkie drzwi były otwarte na rozcież, wpływało nimi słońce, a czasem wpadały ze świergotem wróble i wieszały się na gzymsach lub ołtarzach.
Winciorkowa klęczała przed ołtarzem i zamodliła się głęboko.
Cicho było zupełnie; czasem tylko dzwonek zadźwięczał, czasem głos ministranta się rozległ, a czasem potężny, basowy głos księdza zabrzmiał jak krzyk i znów była cisza, i ledwie dosłyszalne szemranie modlitw, i szelest przewracanych kartek mszału, i dalekie, dalekie, głuche echa wsi drgały pod nawami.
Pod koniec mszy tylko ciężkie westchnienia Winciorkowej coraz częściej rwały tę ciszę głęboką i jak jęk huczały po kościele. A ona się modliła gorąco, kładła w tę modlitwę wszystko: wiarę całą, siły, nadzieję, życie całe; łzami oblewała zimną posadzkę, czołgała się do stóp krzyża, żebrała litości i zmiłowania.
Podczas ostatniego dzwonienia na „Baranek Boży” kura, leżąca obok niej dotychczas spokojnie, rzuciła się gwałtownie i pomimo nóg związanych tłukła się po posadzce i uciekała.
Złapała ją zaraz Winciorkowa i po skończeniu mszy poszła do zakrystii.
— Czekać! Zaraz — burknął ostro ksiądz.
Stała wpatrzona z pokorą w księdza, wolno rozbierającego się z szat kościelnych.
— Chodźcie za mną!
Przez puste, odrapane, porujnowane korytarze wiódł ją do swego mieszkania; głuchy odgłos kroków po zzieleniałej, starej posadzce biegł za nim echem.
Chmary gołębi uciekały przez powybijane okna, do których zaglądały zielone gałęzie świerków.
Ksiądz pogwizdywał na ptaki, a Winciorkowa z nabożną tkliwością spoglądała na przegniłe, pozacierane oblicza świętych zakonników, malowane po ścianach, na resztki malowideł widne między żebrami sklepień i rozmyślała, co mu powie:
— Można powiedzieć... przecież ksiądz... powiem, jak na spowiedzi, to nie wyda...
I tak chciała już wypowiedzieć swoje udręczenia, że pochylała się, aby go ująć za łokieć i pocałować, ale ksiądz nie zauważył jej ruchu, szedł prędko i pogwizdywał, a za nim zaczęły podfruwywać gołębie i siadać mu na głowie i na ramionach.
— Loboga! A tam Jasiek zamiera! — rozjęczała się jej dusza.
— Co wam potrzeba? Tylko prędko — zawołał, otwierając drzwi do mieszkania. Była to dawna cela przeora, tak cała pokryta malowidłami, że wyglądała jak kaplica.
Ksiądz siadł do śniadania i słuchał.
Winciorkowa opowiadała bezładnie, przerywała, aby księdza objąć za nogi, to żeby go w łokieć pocałować, to żeby tchu złapać i nie stracić wątku opowiadania.
— ...Jak na spowiedzi mówię... święta prawda... ciągał ją ano do stodoły... na rozpustę... a przecież była z nim już po zmówinach180... chłopak pedział: „puść...”, a tamten go jeszcze lachą bez łeb... to i chwycił za widły... same już wlazły... co miał robić...
Płacz nią zatrząsł, aż się o drzwi oparła, a potem mówiła twardo, ze srogością:
— Kobietą jestem, a zrobiłabym to samo... trzy roki więzienia... to ino przez złość... bo nie winien... postawił świadków, że go chłopak chciał zabić... jego była prawda na wierzchu... taki ciarach... taki pisarek... taki zbój i rozpustnik... to ino ciągła obraza boska... a chłopak je w kreminale!... Jezus!... Jezus!... taki wstyd... taki wstyd... a przecie jego ociec nie był byle kto... znali go, że uczciwy człowiek, a dziaduś byli jaże we Francji... a teraz chłopak za zbója, za złodzieja uważany...
— Czego chcecie? — zapytał miękko.
— Jest u mnie, taki chory... umiera prawie... Nikto nie wie, że jest u mnie, ochraniam, jak mogę. Ojcze duchowny, jak na spowiedzi mówię...
— Dobrze, dobrze. Nie bójcie się... — zamyślił się chwilę. — Zaraz tam przyjdę, idźcie naprzód, nikt nie będzie wiedział o tym... No, marsz, a zabierzcie sobie tę kurę... głupia...
Winciorkowa w dyrdy181 pobiegła do domu i zanim jako tako wyporządkowała izbę, przyszedł ksiądz.
Wpuściła go do alkierza, a sama z godzinę klęczała przed obrazami w pierwszej izbie, zanim wyszedł od chorego.
Był bardzo wzruszony.
— Nie bójcie się, chłopak wyzdrowieje... trzeba mu tylko lekarstw...
— Ale skąd i jakich? A może ojciec duchowny napisałby do japteki.
— Ano, dobrze, zaraz pojadę do miasta; przyjdźcie w południe do mnie, to już będą.
Winciorkowa aż dygotała z rozrzewnienia i wdzięczności, chciała ucałować jego nogi, ale ją odepchnął:
— Nie bądź głupia! Jezusa ano ułap za święte nóżki i podziękuj!
— Jakbym zwiosnę miała w syrcu! — szeptała do Tekli po wyjściu księdza.
I po tylu dniach dręczących ciemności zaczęła w chałupie świtać nadzieja.