ROZDZIAŁ VI
Pokój był szary i smutny od dnia rozdeszczonego i mgieł, co jak pasma dymów wciskały się do mieszkania, osnuwając ściany i sprzęty popielną, lepką i zimną przesłoną. Deszcz brzęczał po zapoconych szybach i był jedynym głosem, szemrzącym nieustannie w zmartwiałej ciszy.
Joe siedział przy łóżku Zenona razem z doktorem, który co chwila badał puls śpiącego i niecierpliwie spoglądał na zegarek.
Milczenie stawało się już niewypowiedzianie nudne i senne.
— Ciekawym, jak jeszcze długo potrwa ten sen? — szepnął doktor.
— Najdłużej z pół godziny.
— Trzy dni i trzy noce to sen wprost niepojęty!
— Dla medycyny!
— Dla nikogo! — odparł z naciskiem, podnosząc dumnie głowę.
Joe uśmiechnął się ze słodką, lecz zabijającą pobłażliwością.
I znowu zapadła cisza i przydławione zniecierpliwienie. Doktor patrzył w okno, na szklane, skośne włókna deszczu, trzepiącego w czarne, pochylone drzewa. Joe siedział nieruchomo, z przymkniętymi powiekami, a chodzący w drugim pokoju Mr Smith zaglądał co chwila przez rozchylone portiery, aż wreszcie wsunął się cicho i rzekł lękliwie.
— Trzeba, aby zapomniał; to go najpewniej uleczy...
— O czym mam zapomnieć? — ozwał się naraz Zenon, otwierając oczy.
— O własnej chorobie! — pośpieszył z odpowiedzią Joe, biorąc go za rękę.
— Jak to, ja jestem chory? — Zdumienie go ogarnęło.
— Już przeszło wszystko, nie sil się na przypomnienie, nic strasznego.
— Ależ niczego sobie nie przypominam.
— Omdlał pan widocznie z przepracowania! — szepnął Mr Smith.
— Nie, nie, Mr Smith żartuje — zaprzeczał energicznie Joe.
— Omdlałem? Kiedy? — usiłował nawiązać porwane przypomnienia, snujące się po mózgu.
Ale znalazł się nagle w ciemni. Nikłe błyski wymknęły mu się ze świadomości jak ratunkowe sznury z rąk tonącego. Spojrzał na Joego i zadrżał. Usiłował powstać z pościeli, chciał krzyknąć. Pragnął coś powiedzieć i pozostał zesztywniały, z wyciągniętą ręką... Z pustym dźwiękiem na zbielałych wargach... Z przewróconymi oczami... Porażony do rdzenia jego stalowym hipnotyzującym wzrokiem, rozprężył się naraz i padł uśpiony.
— Będziesz spał do rana mocno i spokojnie. Obudzisz się zdrowy. Nic już nie pamiętasz i o niczym, o niczym! — sugerował mu z siłą, czyniąc nad nim długie, usypiające ruchy rąk.
Doktor chciał protestować, ale było już za późno. Zenon zapadł w kamienny sen, głuchy na wołania i próby budzeń.
— Tylko mnie słyszysz i mnie rozumiesz, i mnie odpowiadasz! — szeptał mu Joe, naciskając mu palcami skronie i oczy.
— Chciałem, aby wypoczął nieco i pożywił się; jest straszliwie wyczerpany — tłumaczył się doktor.
— Czekałem na jego przebudzenie, aby go uśpić zaraz, zanim zdoła się w nim rozbudzić świadomość. Potem byłoby za późno, już by nikt nie spętał rozbudzonej myśli.
— A czyż można ją tak uśpić, że przebudzony nie będzie pamiętał o niczym?
— Ale można ją wyrwać i zatracić w niepamięci.
— Ciekawy, ale wątpliwie skuteczny eksperyment!
— Konieczny dla jego ocalenia i najpewniejszy! — rzekł twardo.
Przeszli do drugiego pokoju. Doktor jeszcze obmacał puls, zmierzył temperaturę, zajrzał śpiącemu w przewrócone białkami oczy i wyszedł, a Mr Smith, zamknąwszy za nim drzwi, szepnął trwożnie:
— Co mu się stało? Czy to wpływy Daisy?
— Nie wiem... Boję się, że tak... Sprawa zupełnie zagadkowa... Sam nic nie wiem i niczego nie rozumiem... Ale będę nad nim czuwał ze wszystkich sił... Posiedzę przy nim do rana.
Mr Smith zakręcił się po pokoju; obejrzał swoim taksatorskim, głodnym wzrokiem wszystkie obrazy, popieścił lubieżnymi palcami brązy i, przysunąwszy się krętym, kocim ruchem, zapytał pokornie:
— Czy naprawdę występujesz z naszego kościoła?
— Wszak napisałem wam o tym wyraźnie i stanowczo.
— Zrywasz z nami na zawsze?
— Nie zrywam, tylko odtąd idę swoją własną drogą.
— Proszę cię w imieniu całej braci, abyś szedł z nami.
— Po co, gdzie, dokąd? — odrzekł niecierpliwie, prawie z gniewem.
— Ty wiesz, któryś razem z nami wznosił świątynię...
— Tak, ale przejrzałem i wychodzę na światło.
— Runie, jeśli ją przestaniesz podtrzymywać.
— Niechaj runie wszystko, co samo nie stoi, czego nie wspiera potęga własnej treści. Byliście mi etapem w ciężkim pochodzie ku prawdzie. Jestem wam za to wdzięczny, ale muszę iść dalej koleją swego przeznaczenia.
— Pogardę czuję w tobie — szepnął ze smutkiem.
— Nie, mam tylko dosyć wirujących stołów, pukań, zagrobowych bełkotów i tego kręcenia się wśród kurzawy głupich faktów! Wasz spirytyzm jest tylko wulgarnym i dzikim fetyszyzmem sił przypadkowych i zjaw halucynacyjnych, jest wiarą ślepych i słabych. Stworzyliście kościół, w którym króluje medium, mniej lub więcej oszukujące; kościół, który nie wiedzie do niczego, nic nie rozjaśnia i nikogo nie zbawia!
— Zali nie byłeś jego apostołem? — jęknął Mr Smith.
— Wczoraj jest tylko cieniem na jaśni dzisiaj, marzącego o jutrze...
— Zali nie pracujemy dla jutra?
— Nie, świat gnije w zbrodni i hańbie, a wy żebrzecie o zmiłowanie u mar struchlałych i pragniecie cudów jedynie na karm114 dla rozgorączkowanych wyobraźni. Jutro, wytęsknione przez miliony, nie wstanie z tego, bo to tylko poniżający strach przed nieznanym. Nie zbawia się jękiem ni łzami... Zły świat należy zdruzgotać i rozwalić do fundamentów, aby nowy mógł powstać z ruin. A trzeba go stworzyć czynem, czynem woli, spotężnionej łaską. Kto jej nie osiągnie, nawozem jest tylko dla przyszłych pokoleń... Kto chce być, musi zabić własnego trupa; aby się mógł stać, musi zwalczyć życie i samego siebie. Nieśmiertelność płynie przez wszystko nieskończoną rzeką, ale nieśmiertelna jest tylko wola, prześwietlona łaską i powracającą tęsknie do Niego. Mówię za wiele i za mało równocześnie; daruj, streszczę się. Oto rozeszły się nasze drogi na krzyżowym rozstaju. Przy rozpiętym drzewie niechaj pozostaną trwożni i słabi, niechaj oczekują zmiłowania. My pójdziemy w otchłanie!
— Pycha jest wiarą twoją! — rzekł drżąco i wyszedł.
— Nie... Nie... — szeptał Joe, pogrążając się w zadumie.
Zmierzch zaczął z wolna zapadać, turkoty ulic milkły, oddalały się; światła jęły błyskać w mgłach przez nieruchome, oprzędzone w szarość drzewa.
Zenon spał snem równym i mocnym. Przygaszone, lękliwe światełko przy jego łóżku żarzyło się złotym brzaskiem w ciemnościach, a reszta mieszkania zanurzała się w grubym, nieprzeniknionym mroku.
Joe pozamykał drzwi, pospuszczał story u okien i długo stał w najgłębszym skupieniu, w niemej modlitwie, jaką odprawiał zawsze przed seansem. Aż wreszcie poszedł do pierwszego pokoju i usiadł na podłodze obok kominka, wspierając się grzbietem o ścianę — w głębi, przez pootwierane drzwi i rozchylone portiery, widniał słaby zarys śpiącego.
Przysiadł na podwiniętych nogach, by się zapaść w siebie i rozdwoić, by się wyłonić na zewnątrz sobowtórem i ujrzeć siebie poza sobą — nie zrywając jedni, rozszczepić się i być tej jedni dwiema tożsamościami; podwoić się w rozdwojeniu, nie przestając być sobą. Były to wstępne praktyki Joego, prowadzone z żelazną konsekwencją pod wpływem i kierunkiem Mahatmy.
Wnet znieruchomiał i jakby zastygał. Mimo męki tej pozycji skurczonej nie poruszył się jednak ni razu, nie zadrżał z bólu; przemagał z wolna ciało, zabijał wrażliwość i krzepiąc się cierpieniem znoszonym bez drżenia, ściągał rozproszone myśli w jeden punkt, w jedno przerażające mocą pragnienie je zamykał: ujrzenia samego siebie.
Daremnie rozedrgane życiem przypomnienia jakieś budziły się w głębi mózgu; daremnie tłumny szereg obrazów, zdarzeń, zarysy twarzy, dźwięki głosów wydzierały się zgiełkiem na pole świadomości, obsiadając mu duszę zjawami prawie widzialnymi — zabijał je, spychając na samo dno zapomnienia. Ogarniał siebie coraz potężniej, krzepnął, popadając w świadomie wywoływaną katalepsję.
Otwarte szeroko oczy patrzyły nieruchomo, szkliście, a czujnie, napięte strasznym oczekiwaniem widzenia.
Parł się z wolna z siebie, wydzierał z więzów ciała, smagał z nieubłaganiem własnego trupa. Szponami woli wyłupywał z siebie własną duszę, stwarzając z niej drugi — swój własny, tylko przez siebie widziany i czuty — byt.
Godziny płynęły wolno, cicho, niepostrzeżenie; przesuwały się, jak sen nocy po oślepłym zwierciadle. Stawały się, nie będąc. Przychodziły z nieznanych głębin i marły niezapamiętane — wydzwaniał je zegar, gdy już ich nie było i jeszcze nie nadchodziły. Stwarzały wszystko same, nie stając się niczym, znaczyły swój ślad błędny tęsknotą i rozmarzeniem, czasem łzami, a niekiedy śmiercią...
Miasto spało ciężkim snem spracowanych kamieni, spowitych w niepokojące marzenia. Głucha noc patrzyła ślepą twarzą w ostygły świat.
Zenon spał bez przerwy. W mieszkaniu leżało odrętwiałe, senne milczenie; tylko niekiedy ciemność i cisza przemawiały nikłym cieniem nieopowiedzianego, szemrały dawno pomarłe dźwięki i barwy... Jakieś utajone trwożnie życie poczynało się zjawiać... Martwe zdawało się żyć... Ściany szeptały, brązy śpiewały żałośnie jakby jękiem dusz, błądzących koło swoich cielesnych awatarów. Twarde mahonie podnosiły tęskny głos, a z muszli, leżących na kominku, promieniowały roztęsknione szumy mórz dalekich, obszarów pławiących się w słońcu, emanacje rozkołysanych głębin — życie inne, życie rzeczy wszelkiej drgało w ciemnościach.
...W cieniach zawsze się kryją straszne zjawy, noc ma wieczną swoją tajemnicę.
Samotność i cisza odkrywa niekiedy nieznane łono, stare zwierciadła zaczynają przemawiać, pokazując to wszystko, co się w nich niegdyś jawiło.
Wszystko, co jest, ma swoją duszę, poślubioną milczeniu i tajemnicy...
Joe siedział wciąż w najwyższym, prawie skamieniałym napięciu woli. Był już tylko snem, poczynającym samego siebie poza sobą...
Otulała go cisza mrących z wolna godzin. Nie wiedział o niczym — zapatrzony w głąb strasznego pożądania. Jego zgięta i we czworo złożona postać zaczynała się wyłaniać z nocy fosforescencyjnym115 obrazem; jaśniał jakby obsypany błękitnawym brzaskiem. Oczy mu gorzały zastygłą strugą sinego światła, a z palców zaciśniętych, z włosów, ze wszystkich stawów wydzielał się pył świetlany — promieniował cały!
Naraz drgnął w sobie i jakby jeszcze natężył marzenie... Oto zamajaczył przed nim cień jakiś, w czarnej otchłani zawirował mgławy i rozpryśnięty zarys. Chwiał się płomieniem. Stawał się z wolna... Przyjmował kształt ludzki i nieruchomiał. Zaczął widzieć kogoś, siedzącego naprzeciw i zapatrzonego przed siebie...
Zrozumiał, że stał się ten cud upragniony, widział już bowiem siebie, siedzącego na podwiniętych nogach, skupionego i nieruchomego — takiego samego i tego samego. We własne oczy patrzył i we własną twarz, jakby zwierciadlane odbicie oderwało się i siadło naprzeciw niego.
Zachwiał się naraz. Jakaś mgła przysłoniła mu świadomość na mgnienie, tak że gdy się znowu podniósł w sobie, nie mógł zrozumieć, gdzie jest, którym jest z tych dwóch rozszczepień...
Podniósł się nagle z ziemi pod wpływem świętej radości cudu. Ten drugi on podniósł się również. Stali naprzeciw siebie z tym samym cichym, szczęsnym uśmiechem, z tym czuciem siebie.
Każdy ruch duszy, każda myśl i każde drgnienie czucia było w nim podwójne i tożsame, rozdzielone, a jedno.
„To ja tam jestem, ja!”, myślał, czuł raczej, pochylając się naprzód — sobowtór uczynił toż samo i z tym samym uczuciem zdumienia...
Posunął się do siebie o krok jeden i przystanął; tamten również. Zajrzeli sobie w oczy i długo, mocno, do najtajniejszych głębin patrzyli — z tym uczuciem trwożnego podziwu, z jakim człowiek spogląda w siebie niekiedy. Bo nie ma nic bardziej przerażającego nad osuwanie się świadome w przepaście własnego ja.
„I gdzie ja jestem?”. Spostrzegł nagle wiecznie czuwającą myślą, że cały pokój widzi równocześnie z dwóch przeciwległych sobie punktów, że rozpatruje siebie z dwóch przeciwnych stron, czując siebie w obu zjawach z jednaką mocą i zupełnością.
Przymknął oczy, aby ciszej i radośniej śnić ten cudowny sen o sobie. Pogrążał się w marzenie niewyrażalne zgoła, w marzenie o marzeniach.
Niekiedy powracał z nieśmiertelnych krain tęsknoty jak ptak, znużony samotnym lotem w bezmiarach. Krążył nad życiem i odlatywał strwożony w nowe otchłanie snów o snach.
Niekiedy otwierał oczy, przyglądał się sobie z uśmiechem niewysłowionej tkliwości, z uśmiechem nadludzkiego szczęścia i znowu śnił nieśmiertelność.
Niekiedy zaś całą pamięcią ciała powracał na ziemię, przypominał sobie życie i wszystko ogarniał — a wtedy to drugie jego ja unosiło się przed nim, krążyło z wolna i nieustannie po mieszkaniu, zajmowało się czymś nie bardzo rozumianym przez niego, czymś błahym, pewnie życiowym, bo on, spostrzegając ten swój awatar życiowy, szeptał prawie rozkazująco:
— Idź, myśli moja... Stawaj się życiem... Wypełniaj konieczność i przeznaczenie... Idź... Ja wracam do Niego...
I pochylał się roztęskniony w ramiona nieskończoności, padał w tajemnicze, samotnie królujące Milczenie.
Noc już dochodziła swego kresu; pokój napełniał się z wolna szarym świtem, jakby popielnym brzaskiem rozwianych w pył, pomarłych godzin ciszy. Z mroków poczynały się leniwe zarysy sprzętów...
Jeszcze senny ruch budził się w odrętwiałym domu. Życie codzienne przytomniało po ciężkim śnie odpoczywania. Zjawiały się pierwsze, nieśmiałe głosy dnia; jakiś poranny wiatr z szumem otrząsał zimną rosę z drzew pokurczonych, ulice poczynały bełkotać głucho. Dzień spadał na budzących się jak głodny wilk i porywał w drapieżne pazury trudu krwawego.
Tylko Zenon spał wciąż, a Joe siedział pod ścianą na podwiniętych nogach, zesztywniały, z szeroko otwartymi oczyma, ale w zupełnej katalepsji.
Dopiero ostre i gwałtowne dzwonienie u drzwi wejściowych wyrwało go nagle z odrętwienia; porwał się na nogi.
Malajczyk stał w progu, zakłopotany wielce.
— Czego chcesz? Mówiłem ci, abyś czekał na mnie w domu!
— Miss Daisy kazała mi obudzić pana i powiedzieć, że Mr Zenon ma już dosyć snu i że trzeba go zostawić samego.
— Spotkałeś ją na schodach? — Zdumiony był tym szczególnym nakazem.
— Przychodziła na górę... Kazała mi iść — tłumaczył się lękliwie.
— Dobrze. Naszykuj kąpiel, zaraz przyjdę.
Zdumiał się jeszcze więcej, ujrzawszy Zenona, siedzącego na łóżku i zgarniającego palcami rozsypane na kołdrze fiołki.
— Dawno nie śpisz?
— Przed chwilą się przebudziłem. Kto to przyniósł i rozsypał?
— Właśnie o to samo chciałem cię zapytać.
— Śniło mi się, że Daisy rzuciła we mnie pękiem kwiatów. Śniło mi się przed chwilą, że, przebudziwszy się, myślałem, iż to sen: te kwiaty.
— Nie, to są rzeczywiste kwiaty, jakiś tajemniczy aport! — szepnął, pomagając mu zbierać fiołki, bo pełno ich było na łóżku, świeżych, wonnych jeszcze, rosą błyszczących, tak iż napełniły mieszkanie wiośnianym aromatem.
— Jak się czujesz?
— Zupełnie dobrze. Ale co mi się stało właściwie? Bo nic nie pamiętam.
— Ależ prawie nic, omdlałeś na ulicy... To wszystko.
— Omdlałem? Dziwnie nic nie mogę sobie przypomnieć... Mam jakieś przypomnienia w sobie, ale tak zamglone, że nic dojrzeć nie mogę. Czuję tylko ich ruch zgiełkliwy i niepokój... Otacza mnie mrok... A teraz te fiołki...
— Są od niej!
— Była tutaj, była u mnie? — wykrzyknął zdumiony.
— Zwykły aport. Nie potrzebowała przychodzić aż tutaj, aby ci je rzucić na piersi.
— Być może, ale nie bardzo wierzę w te cudowne aporty.
— Cuda się z tobą dzieją, cuda stają się dokoła ciebie, ty zaś nic nie spostrzegasz, jesteś ślepy na światło — mówił z pewną goryczą.
— Prawda, że ze mną dzieją się rzeczy nadzwyczajne, niewytłumaczone...
Przypomniał sobie naraz jakieś rozproszone strzępy zdarzeń i uczuć.
— Czuwałeś dzisiaj w nocy nade mną? Bo coś sobie przypominam.
— Byłem przy tobie, byłem... — drgnął nagle i rzucił się gwałtownie w tył, bo oto znowu ujrzał samego siebie stojącego naprzeciw.
— Co ci się stało?
— Nic... Nic... Powiedz mi, gdzie ja jestem? — wyszeptał trwożnie, śledząc to drugie swoje ja, również pochylone nad Zenonem i szepczące mu do ucha.
— No, tutaj, przy mnie... Nic nie rozumiem... — zaniepokoił się jego wzburzeniem.
— Weź mnie za rękę... Mocno trzymaj... Silniej... — Jęknął żałośnie, padając na krzesło; z zamkniętymi oczyma, na wpół przytomny, długo siedział bez ruchu w najstraszniejszej trwodze, że, skoro otworzy oczy, znowu siebie ujrzy.
— Czy sami jesteśmy? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
— Ależ najzupełniej, nikt nie wszedł.
— Przejrzyj mieszkanie, proszę cię. — Strach dygotał mu w głosie.
— Zapewniam cię, że prócz nas nie ma nikogo więcej.
Otworzył wtedy oczy i ze strachem przyczajonym rozglądał się dokoła.
— Strasznie czuję się zmęczony i senny — rzekł po chwili.
— Co ci się stało?
— Zdawało mi się przez chwilę, że ktoś wszedł tutaj — wstrząsnął się nerwowo, rozglądając się po pokoju — ale, jeśli będziesz mógł, jedź dzisiaj do Bartelet Court. Tam czekają na ciebie z upragnieniem.
— Z pewnością pojadę. Wczoraj nie mogłem przyjechać za tobą, późno było i...
— Wczoraj! Trzy dni temu byłem... Przypomnij sobie... Przypomnij... — powtórzył mocno, uderzając w niego stalowymi oczyma.
— Trzy dni... Więc ja cały ten czas byłem bezprzytomny... Nie mogłem wtedy pojechać do Betsy, bo... Tak, wiem już... Pamiętam...
Zerwał się, olśniony przypomnieniami. Mrok się w nim rozdarł, tak że nagle ujrzał to wszystko, co przeżył i widział.
— Pamiętasz teraz? — pytał cicho, chcąc mu wydrzeć tajemnice.
— Wszystko, wszystko...
— Opowiedz kolejno, mniej się zmęczysz... — podsuwał mu podstępnie, nie zdejmując z niego oczu hipnotyzujących.
— Nie, nie mogę, nie... — bronił się zajadle, bo naraz zabrzmiało mu jakby tuż nad uszami: „Bądź bez trwogi, milcz”.
— Jeśli to tajemnica, nie żądam jej... Ale jeszcze ci raz powiem: strzeż się Daisy, ona stanie się twoim nieszczęściem — szepnął groźnie.
— To będzie, co przyjdzie... Niechaj się stanie, co się stać ma... Nie w mojej mocy odwrócić przeznaczone — odparł z nieoczekiwaną stanowczością.
— Daruj, ale musiałem spełnić swój przyjacielski obowiązek.
— Nie żal, ale wdzięczność mam tylko dla twoich ostrzeżeń.
— I niczego się nie lękasz? — zapytał jeszcze.
— Nie wiem; zdaje mi się, że zamarła we mnie sama możność obawy.
Joe uścisnął mu rękę i odszedł w milczeniu.
— Niechaj się stanie, co ma się stać — szepnął sam do siebie z jakąś cichą i zupełną determinacją.
Nie bronił się już i nie wydzierał przeznaczeniu. Poczuł nagle w głębiach swej istności — jakby w rdzeniu duszy — że musi być posłuszny; więc pochylił się kornie przed Nieznanym i czekał na wyrok bez drżenia.
Pamiętał teraz wszystko i w najdrobniejszych szczegółach, lecz się nie dziwił niczemu ani się nie przerażał, ani nie chciał zrozumieć otaczających go tajemnic.
Nawet mu na myśl nie przychodziło pytanie: „Dlaczego? Kto?”.
Zdawał się trwać jak człowiek zabity w bitwie, ściśnięty w szeregi i porwany wichurą żywych, który idzie razem ze wszystkimi. Patrzy, spostrzega, coś czyni bezwiednie, coś nawet myśli automatycznie — a gdy się rozerwą szeregi, pada martwy.
Czuł się tylko dziwnie słaby fizycznie i tak roztkliwiony, że, odczytując listy Betsy, rozpłakał się nad jej troskliwością.
— Biedne dziecko! — rozmyślał o niej ze współczuciem bardzo silnym, nie wiedząc sam, dlaczego się nad nią lituje.
Niedługo to jednak trwało, ustępując miejsca niewytłumaczonemu niepokojowi i zdenerwowaniu. Nie potrafił myśleć o niczym i nie był w stanie zająć się czymkolwiek. Zrywał się co chwila z miejsca, bo zdawało mu się, że go ktoś woła w przestrzeni, że musi gdzieś biec... Coś robić... Z kimś się spotkać... Przypomniał sobie jakieś pilne sprawy i zapomniał o wszystkim, bo ten nawołujący głos brzmiał w nim coraz wyraźniej. Ale kto wołał i gdzie? Nie mógł zrozumieć.
Stawał bezradnie, nasłuchując w skupieniu najgłębszym.
Tak, był już zupełnie pewny, że woła go jakiś głos przytłumiony, daleki, że ktoś na niego czeka i myśli o nim...
Tysiąc razy rzucał się wytężoną, szukającą myślą w próżnię odgadywań i tysiąc razy opadał, zniechęcony daremnym wysiłkiem.
— Kto mnie woła? — pytał głośno z najwyższym zniecierpliwieniem.
Odpowiedzi nie było, ale i to wołanie głuche nie ustawało ani na mgnienie, drgało mu w sercu jak daleki, daleki krzyk tęsknoty.
Chwilami słyszał tak wyraźnie, jakby ktoś wołał za oknem, przez ścianę lub na korytarzu; ale pod oknami drzewa szumiały rozkołysane i szczebiotały tylko zziębłe ptaki, a na korytarzach było prawie pusto.
Wracał do mieszkania, rozdrażniony coraz więcej i tak znużony wysiłkami daremnych odgadywań, że położył się w końcu na otomanie i zasnął.
Przeszło południe i zmrok już zapadał, gdy się przebudził.
— Pójdź! — zabrzmiał mu głos jakiś nad uchem.
Śpiesznie się podniósł i rozglądał nieprzytomnymi oczyma po pokoju. Nie było nikogo. Mrok się już rozpościerał gęsty, szare, smutne tumany przysłaniały wszystko, meble zaledwie widoczne były w zarysach, a zwierciadła szarzały jak mętne tafle lodowe.
Jeszcze słuchał tych mrących w ciszy dźwięków, gdy nagle zwierciadło zamigotało błyskawicą — w lustrzanej głębi poczęło się coś dziać, gąszcze drzew i kwiatów wyłaniały się jakby z przesłonecznionych mgieł.
Obejrzał się trwożnie. Pokój ciemniał z wolna i zapadał w noc, ale tam, za zwierciadlaną powierzchnią, w dziwnej, rozbłyskującej jaśni, wychylała się jakby wizja podzwrotnikowego lasu. Wyniosły tłum palm pierzastych osłaniał nieskończoną drogę jakby tunel zielony. Przysunął się bliżej, nie mogąc oderwać oczu, bo z tych głębin, wprost ku niemu, nadchodziła Daisy.
— Pójdź!
Widział poruszenie jej ust i przyzywające, rozgorzałe oczy.
Zadrżał do głębi. Rozpoznał głos i poszedł — jakby wprost przed siebie — do niej. Poszedł jakby w tę głąb zwierciadlaną, straciwszy świadomość, co się z nim dzieje, ale z tym radosnym drżeniem, że odnalazł wreszcie poszukiwaną.
Przeszedł jadalnię ciemną, niby przez zwały nierozpoznanych rzeczy, wpatrzony wciąż w Daisy, zbliżającą się ku niemu.
Oprzytomniał naraz, znalazłszy się w oranżerii.
Tak, Daisy tam czekała na niego przy fontannie z kwiatem magnolii w ręce. Bagh tuliła się miłośnie do jej kolan, zaglądając w oczy.
— Jestem! — szepnął, stając przed nią.
— Ma pan oporną duszę.
Spojrzał na nią, nie rozumiejąc.
— Dawno pragnęłam pana ujrzeć, dawno już przyzywałam.
— Słyszałem, nie wiedząc, kto mnie woła!
Fontanna szemrała cicho, rozpryskując rosisty pył na kwiaty migdałów, które jak różowy obłok wznosiły się z zielonych głębin gąszczów. Mocne, przenikające zapachy kwiatów przepełniały oranżerię.
— Pamięta pan? — zapytała, dotykając jego ręki.
— Wszystko...
— Kto tam był ze mną, jest Jego!
— Jestem twój, pani, twój! — powtórzył, chyląc przed nią głowę.
Uśmiech — jak radosna błyskawica — rozjaśnił jej twarz bladą. Oczy strzeliły potężnym płomieniem, a purpurowe usta zaszemrały:
— Więc niechaj się stanie. Czy tak?
— Co się ma stać! Tak, tak myślałem, tego pragnę.
— I jesteś gotów?
— Choćby na śmierć! — zawołał namiętnie, zapominając o całym świecie. Utopił w niej całą duszę.
Patrzył w nią pokornie, niewolniczymi oczyma oddania i zależności, czując, iż jest związany z jej duszą na zawsze, że jeśli ona powie: „Umrzyj!”, to spełni ten nakaz z rozkoszą.
Ujęła go za rękę, wiodąc w zaciemnioną głąb, pod bambusowe krzewy. Tam usiedli. Pantera patrzyła na nich zielonymi, stróżującymi oczyma.
— Mam kilka słów do powiedzenia, kilka ważnych słów.
— Czekałem na nie z utęsknieniem...
— Jeżeli chcesz, możemy pojechać na ten słoneczny brzeg, o którym niegdyś opowiadałeś... Parę tygodni... Przepadniemy dla ludzi... Będziemy śnili nadludzkie szczęście...
— To droga, wykreślona wtedy na mapie, tam wiodła?
— Do wykradzionego od życia szczęścia wiodła! — szepnęła.
— Nie mogę się przebudzić! — ozwał się, ściskając sobie głowę.
— Zginiemy na kilka tygodni, ale potem pamięć tego czasu musi w nas umrzeć... Będziemy dla siebie tak obcy i dalecy jak dotychczas.
— Jakże pamięć szczęścia może w nas umrzeć!
— Chcesz? — zapytała znowu, zaglądając mu z bliska w twarz.
Pochwycił jej ręce i przycisnął do ust.
— Mów do mnie, obudź mnie. Niech uwierzę, iż to nie sen, błagam cię... — szeptał nieprzytomnie i gorączkowo.
Wpatrzyła się w niego rozgorzałymi jak płomienne otchłanie oczyma. Stała się jak kwiat cudny, rozkwitły nagle przepychem barw i dyszący upajającymi aromatami — usta jej drgały, aż, nachylając je prawie do jego ust, szepnęła:
— Tylko sen możemy śnić razem; życia nam nie wolno.
— I kiedy się ma to stać? — pytał z lękiem, że wnet się rozwieje wszystko.
— Może dzisiaj jeszcze... Może jutro... Nie wiem, ale kiedy nadejdzie ta chwila, zjawię się przed tobą i ty...
— A ja pójdę za tobą! O Daisy! O Daisy! Ja śnię rzeczy nieopowiedziane...
— Będziemy śnili o sobie... Prześnimy nasze dawne istnienia i awatary.
— Słowa twoje mnie budzą, zmartwychwstaję w tobie...
— Bom jest tobą; jak kwiatem jest jego aromat!
— Musiałem cię już dawniej kochać, dawniej i zawsze...
— Bo zawsze byłam przy tobie i zawsze byłam twoją duszą...
— Wiem... Przed czasami... Przed istnieniem... Musiałem być słońcem i zgasłem, utonąłem w bezmiarach twojej źrenicy świętej.
— Pójdziesz ze mną? — wsparła oczy swoje na jego oczach nieruchomych.
— Choćby w śmierć! Kochasz mnie? — zamierał z nadludzkich wzruszeń.
Ale Daisy porwała się z miejsca, bo pantera podniosła się nagle i, wsparłszy się łapami o basen fontanny, zaczęła ponuro wyć. A jemu się wydało, że spoza strug wody wychyla się smutna i groźna twarz Bafometa, rozbłysła krwawymi oczami.
— Idę w wieczny sen o tobie! — majaczył, padając na ławkę.