X

«Tak przeżyłem na puszczy całe lat trzydzieści:

Prędko w myśli podumać, wygwarzyć w powieści,

Ale przeżyć nieprędko! mocna dusza człeka,

Z wyniszczałego cielska niełatwo ucieka!

Na pracy i pokucie, na głodzie i zimnie,

Kiedy wszystko starzało, umiérało przy mnie.

Gdy dęby, które pomnę58 z zieleniuchném czołem,

Poschły i poginęły — a ja nie zginąłem.

Nieraz sosnę, co była świadkiem mojéj pracy,

Wypróchniła zgnilizna, podgryźli robacy59,

A mój robak, co trupa wietrzył już z daleka,

Dotąd się spragnionego żéru nie doczeka.

Już oniemiały język przyschnął mi do gardła,

Mój się topor wyszczerbił, siermięga podarła,

Cóż począć — myślę sobie — zgon idzie powoli,

Lecz trzeba żyć dla pracy, dla pokuty gwoli60,

Nie rzucę cię sam przez się, mój dobry pszczelniku61,

Siekiera się jakkolwiek zostrzy na kamyku,

A zakrwawiony łachman niech już w kącie leży,

Bo mi kudłacz zabity dostarczy odzieży.

Nie trzeba było szukać, bo nieraz otwarcie

Przychodził straszny niedźwiedź wydzierać mi barcie,

I cóż państwo powiécie — ot, zajdę mu drogę,

I kijem lub toporem na śmierć go przemogę!

Nie nosiłem na piersiach jak ty, książę, zbroi,

Nieraz mię okaleczył... lecz to się zagoi,

Nieraz w szponach niedźwiedzich jak przyczaję ducha,

Ów mię łapą potrąci, obwącha, posłucha,

A sądząc, żem nieżywy już zemsty nie szuka.

Och, człowiek odziczały62, to przemyślna sztuka...

Co to wam opowiadać? bo któż mi uwierzy?

Jakem ja się przyczajał do ptastwa63 i źwierzy,

Jakem dostrzegł z daleka, jak nacierał z bliska —

Ściągnąć orła z obłoków, źwierza z legowiska,

Zdławić łosia w objęciach — na co tu narzędzie?

Głód rozumu nauczy i siły dobędzie!

Co rok gdy śnieg wypadnie w jednostajnéj porze,

Kréskę na moim dębie wyciosam na korze —

I tak znaczyłem lata — ej, niemałe dzieło

Nim się dwadzieścia karbów na korze wycięło!

Czas płynie — a ja ufny w Najwyższéj opiece,

Modlę się, zbiéram roje albo barci klecę —

Moje pszczółki kochane znały moję64 władzę,

Wyjdzie rój — ot, i czeka, nim go nie osadzę —

Wiedziały, że wsadzone rękami mojemi,

Czy wysoko na drzewie, czy nisko na ziemi,

Znajdą dobrą sadzibę — czy karmu niewiele,

Od starych miód podetnę, a młodszym udzielę, —

I tak co rok, a co rok.

Od ziarnka do ziarnka

Mnożyła się i ręką szła mi gospodarka —

W lat dwadzieścia i kilka — w szérokim zakresie,

Trzy kopy65 moich barci naliczyłem w lesie».