II

Nad Sandomierzém poranek płynie —

Ale tak cicho, tak głucho wszędzie,

Że w całém mieście, w całej krainie,

Z żadnéj się piersi głos nie dobędzie —

Tak głucho w mieście w porannéj chwili,

Że ci co bramy zamkowéj strzegą

Mogliby słyszeć szelest motyli

I liczyć bicie serca własnego. —

Jeden głos tylko, jeden ślad ludzi, —

Dzwonek kościelny milczenie budzi. —

Rój Domiénika zakonnych braci156

Niedawno jeszcze w tych stronach gości,

A już sercami narodu włada;

Już lud cudowne rzeczy powiada:

O białych szatach, świętéj postaci,

Nauce, cnotach i pobożności.

I teraz nawet Pańscy kapłani,

Gardząc odważnie postrach157 powszedni,

Co się wokoło rozchodził wszędy,

W bezludném mieście zostali jedni

I w swoich celach modłom oddani,

Sprawują śmiało święte obrzędy. —

Dzwonią na jutrznię — i całą rzeszą

Na ranne modły do chóru śpieszą —

Każdy z różańcem, z księgą, schylony,

Z okiem pobożnie utkwioném w ziemi,

Młodsi po przedzie, starsi za niemi,

A daléj, starzec, ich przełożony. —

Imię mu Sadoch — i lat już wiele,

Jak nosi szatę swego zakonu,

Jak niesie modły do niebios tronu,

I ostrą włosień158 nosi na ciele. —

Z młodu wiódł żywot nie mniéj surowy,

Bo dzieląc Jacka z Czesławem trudy159,

Przebiegał boso pogańskie ludy,

I szczepił u nich krzyż Chrystusowy. —

A choć mu teraz prace i lata

Zbieliły brodę, zorały czoło,

Gotów by jeszcze pobiec wesoło,

Ogłaszać wiarę na krańce świata. —

Ale starszyzna wolą niepłonną160

Dała mu w rządy karność zakonną. —

Czterdzieści dziewięć zakonnych celi,

Tyleż w nich braci — w ustawach ściśli,

Może ni jednéj światowéj myśli,

Może jednego grzechu nie mieli —

Bo pod świętego starca rozkazem,

Zajęci pracą swojego stanu,

W postach, modlitwie, ostréj pokucie,

Tłumili każde ziemskie uczucie,

A duch każdego był świętym w Panu.