II

W tydzień — znów dziady społem; król z senatorskiém kołem,

Wysiada przed kościołem.

Idzie, gdzie dwaj żebracy, za nim niosą dworacy

Dwa bocheny na tacy.

Król z uśmiéchem na twarzy obu biédnych nędzarzy

Własnoręcznie obdarzy.

Szczudło, co chwalił Boga, dostał bochen piéroga, —

Bułka cienka175 i droga.

Kostél z królewskiej chwały wziął chléb czarny i mały,

Ciężki jakby ze skały.

Szczudło w rogu cmentarza tylko pacierz powtarza,

Na podarek nie zważa.

Oparł ręce u kija, wzrokiem niebo przebija,

Mówi Zdrowaś Maryja!

Kostél, chwalca królowy, nie raz z bułki razowéj,

Szedł po rozum do głowy:

Skradł się cicho i zaczém, Szczudło modli się z płaczem,

Zmienił bułkę cichaczem.

Szczudło w rogu cmentarza ciągle pacierz powtarza,

Zamiany nie uważa.

Po mszy świętéj, po sumie176, modląc się, jak kto umie,

Ludzie wychodzą w tłumie.

Mniej już ludu co chwila, każdy gdzieś się posila,

Rzekł Szczudło do Kostyla:

«Czas nam użyć swobody, weźmiem chleba i wody,

Siądziem wedle gospody177.

Zjemy obiad żebraczy, niech Bóg nagrodzić raczy,

Naszych dobrych wspieraczy!»

Dobył chléb zza pazuchy, czarny, ciężki i suchy,

Aż się sypią okruchy.

«No, syć się Bożą chwałą (rzekł mu Kostél zuchwało),

Patrz, co mi się dostało!

Ja za królewskie zdrowie, mam bułkę co się zowie,

Jadam jako panowie».

Szczudło spójrzał przez ramię, chléb swój suchy rozłamie:

«Boże! czy wzrok mój kłamie?!

Cóż to? skąd się to wzięło? Opatrznościż178 to dzieło?»

Z chleba złoto sypnęło!

Bo król hojny w potrzebie, wdzięczen pochwał dla siebie,

Zapiekł złoto we chlebie!

Ze dwie garści niemałe, by okazać swą chwałę.

Że ma serce wspaniałe.

I Kostéla nędzarza, co na Boga nie zważa,

Własnoręcznie obdarza.

Lecz Pan Bóg przeinacza, On podarek bogacza

Swemu chwalcy przeznacza.

Więc się Szczudło rozczula, choć chromieje i kula,

Szedł dziękować do króla.

Król krzyknął: «Precz beznogu! do kościelnego progu,

Dziękuj tam Panu Bogu!»

Bo wstyd się w oczach zdradza, że nie królewska władza,

Lecz Pan Bóg wynagradza.