IV

Po starych dobrych czasach — ot przyszedł wiek nowy,

Nastały czarne lata na szlachtę z Podkowy,

Przeminął czas sejmików, jak mija sen marny,

Zahardział224 pan starosta niegdyś popularny,

Zostaliśmy magnatom niezdatni i biedni,

Minęła łaska pańska, minął chleb powszedni:

Tam grad pola wybije, ówdzie chata spłonie,

Trudno już było wyżyć na naszym zagonie,

Gdzie się nowe kłopoty zjawiały co chwilę,

Gdzie czynszmi obłożono we dwójnasób tyle, —

Gdzie nie bacząc na starca lub niewiastę chorą,

W dzień świętego Marcina225 okna ci wybiorą. —

Ej te nieszczęsne czynsze! Jakby kość do gardła,

Przez nie to w rok po ślubie żona mi umarła,

A gdyśmy wieźli trupa, to pachołek pjany

Konia mi spod śmiertelnéj wyprzągł karawany.

Znosili twardą biedę Podkowianie starzy,

Gniéw trząsł się na ich wąsach i zmarszczkach na twarzy,

Nieraz pobiec do zamku i rąbać się chcieli,

Do boku! Och! Na teraz szkoda karabeli!

Szkoda poczciwéj broni! — Choć cię w sztuki potną,

Cierp szlachto podkowiańska zelżywość sromotną.

Pan starosta, co naszéj urągał się biédzie,

Rozumiał, że na niego śmierć nigdy nie przyjdzie,

Śmierć przyszła swoją drogą — pan leży w kościele.

On wiele uszczęśliwił i ukrzywdził wiele,

Niech mu Bóg dobrotliwy jego win nie baczy,

Niech mu jedno nagrodzi, a drugie przebaczy.

Źle nam było pod koniec — lecz gniéw nastał boski,

Gdy syn jego, pan hrabia odziedziczył wioski:

Sam z człekiem i nie gadał, a dworskie kozaki

Krwawo i łzawo szlachcie dali się we znaki —

Szlachta lubi polować, a tuż las graniczy,

Biada, jeśli ze strzelbą spotkał cię leśniczy,

Biada, jeśli dziewczęta niebaczne, bo młode,

Zerwą kwiatek na łące lub w lesie jagodę,

Biada, jeżeli trzoda za rzeczkę choć wbieży,

Nie unikniesz pogróżek, gwałtów i grabieży, —

Kiedyśmy szli do hrabi skarżyć się na zgraję,

Psami szczwały nas z zamku francuskie lokaje;

A pan, jeśli do niego docisnąć się zdarzy,

Obelgą cię nakarmi lub czynem znieważy.

Myślisz — hrabia co bronił swe lasy i pasze,

Wzajemnie kiedyś miedze uszanował nasze?

Gdzie tam! — konno, ze psami, z harapem u pasa,

Co dzień po naszych łąkach i pastwiskach hasa,

Nasze zboże tratuje, poniewiéra marnie,

Lub na naszych owieczkach zaprawia swe psiarnie.

A jeśli się pożalisz, to cię sfuka o to:

«A milczéć mi! zuchwała, niewdzięczna hołoto!

Jeżeli wam niedobrze na tutejszéj stronie,

Precz mi z mojego gruntu! Ja odejść nie bronię!»

Próżno się człowiek modli i litości czeka —

Wciąż jedna sprawiedliwość i jedna opieka.