VII

W początkach adwentu226 o szaréj godzinie,

Do naszéj chałupy zeszła się gromada,

I wkoło zasiadłszy przy ciepłym kominie,

Ten szczepie łuczywo, ten wzdycha, ów gada,

Mój ojciec przy oknie, w płóciennéj opończy,

Sieć wiąże na rybę i pacierz swój kończy,

A był to czas mroźnéj zamieci i słoty —

Wiatr silny — aż ściany łamią się i trzeszczą,

A wicher śniég skręca i składa w sumioty,

I świszcze w kominie piosenkę złowieszczą —

Wtém drzwi się rozpadły: któś zziębły, wąsaty,

Przy szabli i w burce wtoczył się do chaty.

Przeraził nas wszystkich ten napad znienacka,

Wiadomo, jak w wojnie żołnierze zuchwali;

Czy szajka westfalska, czy sotnia kozacka,

Zrabuje, spustoszy; a może i spali. —

«Niech będzie pochwalon!» — zawołał przybyły,

— «Na wieki i amen» — odrzekła gromada. —.

Ot jakoś nieznacznie przybyło nam siły:

«Kto chwali Chrystusa, kto tak do nas gada,

Nie może być rabuś — rzekł ojciec spokojnie —

Ot dzięki Ci Boże, są wieści o wojnie!» —

I zatknął u pasa święcone paciórki —

A żołnierz śniég otrząsł z kaszkieta i burki,

I z lodu ocisnął namarzłe wąsiska,

— To Stefan — to brat mój — z pochmurném obliczem,

Podbieżał do ojca, kolana mu ściska,

I wita się z nami — my bieżym i krzyczym:

Witamy, ściskamy radością wzruszeni,

«No cóż tam? Jak idzie? Jak się wam powodzi?»

Tysiące zapytań jak z procy kamieni

Rzucają z pośpiechem i starzy, i młodzi.

«Źle idzie — rzekł Stefan — skończyła się praca,

Już nasze rojenia minęły, uciekły,

Już Francuz w cieplejsze krainy powraca,

Przemarzły, przelękły, pobity i wściekły,

Bóg z niemi — mój ojcze! Ja u was w gościnie,

Konika popasę i ruszam z kopyta;

Za Wisłą, za Niemnem, na cudzéj krainie,

Być może, że słońce nam jeszcze zaświta;

O wtedy to z hrabią rachunek uczynim —

On stchórzył na polu, gdzie ogień się krzesze,

Porzucił nas wszystkich, co byliśmy przy nim,

Zapragnął Paryża i powiózł depesze.

I żołd nasz zagarnął na domiar swéj zbrodni.

Ej hrabio, nie ujdziesz pałasza lub kija!

My tutaj krew lejem i głodni, i chłodni,

A wasze w Paryżu gdzieś winko popija!

Jedź z Bogiem, pij z Bogiem wesoły i zdrowy,

Nie zginiem bez ciebie, kochany sąsiedzie,

Nas wzięto po pułkach — a szlachcie z Podkowy

Ze strzelbą czy z lancą niezgorzéj się wiedzie,

Bo Pan Bóg nad nami litować się raczy.

Zwyczajnie jak wojna — wszelako się zdarzy.

Piotr został raniony od piki kozaczéj,

Jan krzyżyk otrzymał za wzięcie bagaży,

Franciszek w szpitalu, bo rąbał się szczérze,

(Nie lękaj się ojcze, nie będzie kaleką),

Mikołaj kapralem przy głownéj kwaterze;

O reszcie ja nie wiém, bo pułki daleko.

Dziś idziem do Niemiec, choć pędzą za nami,

Posłyszycie wkrótce nowiny rozgłośne,

A śladem za wieścią my do was, my sami,

Z jaskółką, z bocianem powrócim na wiosnę».