XI

«Ależ trzeba nieszczęścia! wszak mówiłem o tém,

Żem niegdyś krzyż drewniany postawił nad błotem,

Jak tarczę od szatana — ot niszczał leciuchno,

Podgnił, upadł na ziemię, rozbił się na próchno,

I już trawa zarosła na ubitéj drodze,

Gdzie, bywało, wieczorem pomodlić się chodzę.

Więc znowu Boże odpuść! byłem w sidłach diabła —

Mój topor się potrzaskał — i ręka osłabła,

Nie miałem sił na nowo odbudować krzyża,

A już czułem jak starość, jak śmierć się przybliża,

I zapragnąłem śmierci — nie sposób żyć dłużéj —

Kiedy już drżąca ręka do pracy nie służy,

Kiedy nie mam siekiery — ej, nie przeżyć wcale!

Czém ja kłodę rozrąbię? czém źwierza powalę?

Wszak już i głód dokucza — już niedźwiedź kudłaty,

Co mi służył na odzież, podarł się na szmaty,

Cóż począć? śmierć nadchodzi — ot, szepcąc pacierze

W mojéj dębowéj klatce do śmierci przeleżę —

Więc powlokłem kościska w wypróchniałą jamę;

Lecz tu poczęły dręczyć okropności same,

Tutaj czarna tęsknota do świata i ludzi,

Tu pragnienie rozpali, tu się głód obudzi,

Szatan po zgniciu krzyża ufny swéj potędze,

Przeszkadzał mi modlitew i wyśmiewał nędzę,

W oczy mi się naigrawał — to wychodzi z błota,

To huczy w oczerecie, to dziko chychota133,

To wejdzie mi do serca i tam ślad swój znaczy

Ponuremi myślami grzechu i rozpaczy, —

Gdy ja myślą o Bogu chcę pokrzepić ducha,

On mi ogień sumienia pod sercem rozdmucha,

I krew mi przypomina albo ryczy wściekle:

»Żegnaj się, czy nie żegnaj, obaczym się w piekle!«

Och! wtenczas, jaśne pany, ucierpiałem dosyć.

»Nie! — rzekłem — niepodobna takich mąk przenosić,

Czyż zniosłem tyle pokus i prac nadaremno,

Aby w końcu duch czarny wziął górę nade mną?

Nie zdołam mu się oprzeć, ratuj Matko święta!

Bo w téj puszczy przed śmiercią szatan mię opęta

I weźmie duszę moją. — Wyjdę z tej gęstwini134,

Niech się już sądom ludzkim zadosyć uczyni.

Może kiedy mię spotka zasłużona plaga135,

Szatan się ułagodzi albo Bóg przebłaga«; —

I wziąłem moją zgniłą, podartą sukmanę,

Pożegnałem pasiekę i pszczółki kochane,

I płacząc po mym lesie, i klnąc moją dolę,

Poszedłem, by jakkolwiek wybłąkać się w pole». —