IV

Przed pięćdziesięciu czy więcéj laty,

Żył w jednéj wiosce młodzian bogaty,

Młody, wesoły — jeden z tych ludzi,

Którego serca nic nie wystudzi,

Co go nie stworzył Bóg na pieszczocha,

Co kiedy kocha, to szczerze kocha,

Co to do pracy rwie się ochotnie,

Co to przy pługu z rozkoszą potnie16,

A kiedy hula, to z całéj duszy,

Którego serce wszystko poruszy,

Co gotów stawić we dnie i w nocy

Pierś do uścisku, dłoń do pomocy.

Więc wszyscy brata widzieli w Janku;

A on zajęty był bez ustanku,

Temu, owemu, czy to, czy owo,

Jakąś gromadzką sprawą wioskową.

Kochał swą wioskę, chlubił się wioską,

Kochał rodziców duszą synowską,

Kochał swe pola i sianożęci,

Kochał rzeczułkę, co tam się kręci,

Kochał swe lasy i dymy chatnie17,

Dla parobczaków miał serce bratnie,

Kochał na zabój dziewczęta młode,

Kochał kaplicę, cmentarz, gospodę.

I z tą miłością rodzonéj ziemi,

Dobrze mu było między swojemi:

Bo jakoś zawżdy18 na sercu gracko,

Dolę, niedolę dzieląc gromadzką;

Żyć ze wszystkimi, czuć bratnią spójnię,

To jakoś serce bije podwójnie.

Bywało, we wsi śmierć kogoś bierze —

Janek jak dziecko spłacze się szczerze,

W obcym człowieku, co zszedł ze świata,

Jakby utracił ojca czy brata;

On dół wykopie, trumnę wyciosa,

Żałobną pieśnią grzmi pod niebiosa,

A jeśli krewni nie dość bogaci,

Jeszcze, bywało, za pogrzeb płaci.

Za to gdy we wsi jakaś hulanka,

Za siódmą górą posłyszysz Janka:

To hucznie śpiewa, to w taniec ruszy,

Gromadzka radość tak mu do duszy.

On na weselach za drużbę stanie,

On piérwszy oracz na dworskim łanie,

Przodowy kosarz na sianożęci,

Nigdy mu nie brak siły i chęci.

No! a na świecie różnie się plecie:

Czasem do bitwy przychodzi w lecie,

Zwłaszcza — że wioska ustronna, mała,

Na spornych gruntach jakoś leżała.

Więc cudzopaniec19, w dogodnéj porze,

Łąkę przekosi, grunta przeorze,

Wpuści dobytek20 w niwę wioskową:

Groźba za groźbę, słowo za słowo,

Krzywda widoczna, a sprawa prędka,

To się i pobić przychodzi chętka.

No! różnie bywa — któréj niedzieli,

Ten się podchmieli, drugi podchmieli,

Słówko za słówko, krew’21 silniéj bije,

Jakoś przychodzi grzmotnia na kije;

A drugi siedząc, niedługo duma,

Żal mu sąsiada, żal pana kuma,

Więc do pomocy! i z drugiéj strony

Znowu się zjawi gość nieproszony,

I dwie gromadki starym zwyczajem

Gdzieś przy gospodzie grzmocą się wzajem.

Na taką grzmotnię, w lichéj godzinie,

Niech no się tylko Janek nawinie

I rzutem oka niech no wybada,

Że tam chcą skrzywdzić jego sąsiada:

To własne życie już mu nie w cenie,

Choć na dziesięciu wpada szalenie,

A słabej stronie dając pomoce,

Potężną ręką jak cepem grzmoce,

I póty grzmoce daléj a daléj,

Aż przeciwników z nóg nie obali:

Piersi do piersi, a ramię w ramię,

Aż nim ich kije w trzaski22 połamie.

Słowem, czy w zgodzie, czy to we zwadzie,

Janek był pierwszy w całéj gromadzie.