XIX
W miesiąc od wyjścia Janek szczęśliwy
Już był na wzgórku rodzinnéj niwy;
I jako pielgrzym, kiedy postrzeże
Jerozolimskie najświętsze wieże,
Upada na twarz — jakowaś siła
Janka na ziemię jakby rzuciła.
Zaśmiał się, krzyknął, łzy słodkie roni:
«Otoż i wioska! otoż i oni!
Otoż ja przy nich! otom u celu!
O dobry Boże! o Zbawicielu!...»
Podniósł się, spojrzał z twarzą żałośną:
«Gdzież nasza chata? tam drzewa rosną!
Ojciec już umarł, umarła matka...
Ależ brat starszy! ależ gromadka!...
A gdzież kaplica? gdzie chatka stróża?...
Gospoda nowa... a jaka duża! —
Konie się pasą — niedzielna pora,
A gdzież jest biały konik Hrehora54?
Musiał go przedać — źle zrobił... szkoda:
Żwawy był konik... a krew’ nie woda...
Skąd się tu wzięły te nowe grusze?
Dawniéj nie było — pamiętać muszę:
Tam stała dawniéj ponad mogiłą, —
Cóż się tam zawsze ptastwa gnieździło!...
Biedny ja człowiek!... Boże kochany!
Jakież tu zmiany! jakież tu zmiany!
Gdzie stary olszniak? pod samym wjazdem
Kto zrąbał olchę z bocianiem gniazdem?...
A jakie zboża! patrzéć żałośnie;
Toż to, bywało, w człowieka rośnie55!...
Strumień powężał56 — błoto na drodze...
O nieszczęśliwy! co ja znachodzę!
Gdzie moja wioska, drzewka i strugi?...»
Janek się zachwiał — i po raz drugi
Upadł na ziemię, płacząc boleśnie:
«Och! dusza moja tutaj nie wskrześnie!»