XV

Niech ci powiedzą dziejowe karty,

Niech powié starzec na kiju wsparty,

Te straszne hufce jaką szły drogą,

Budząc po kraju nadzieję z trwogą?

Gdzie ich zwycięstwo, gdzie była klęska?

Spytaj Możajska, spytaj Smoleńska,

Spytaj u ognia, śniegu i wody,

Gdzie się podziały owe narody?

Na bojowiskach spytaj się kości,

Spytaj u Chwały, co w niebie gości.

Z tęsknotą w sercu, z raną na czole,

Janek podzielał z panem niedole;

Chrobrze, cnotliwie i nieszczęśliwie

Wiodło się obu na własnéj niwie.

Panu pod Moskwą, gdy bitwa pała,

Kula armatnia ręce urwała;

Uniósł go Janek z pobojowiska,

Czuwał, dopóki życie odzyska.

A potém niosąc służby ochocze,

Czuwał w szpitalu całe półrocze.

Gdy nieco zdrowia dano kalece,

Janek w troskliwéj miał go opiece:

Na lichym wózku, w chłopskiéj odzieży,

I pan, i sługa nędzarze szczerzy,

Jeden i drugi jak grób ponury

Jechali kryć się w karpackie góry;

A silna pogoń gnała ich w tyle...

Od wsi Jankowéj tylko dwie mile;

Ale zmykając co bliższą drogą,

Ani na chwilę zboczyć nie mogą.

Tylko gdzieś w karczmie na pół spalonéj

Spotkali człeka z tamtejszej strony;

Ten opowiedział wiernie Jankowi:

Że wszyscy żywi, że wszyscy zdrowi,

Tylko że ojciec jego już w grobie,

Tylko że matka jęczy w chorobie,

Tylko że w wiosce, niedawnéj chwili

Wrogowie kilka domów spalili,

Tylko się jakaś pobrała para,

Tylko runęła dzwonnica stara;

A co do reszty — łaskawe nieba:

W Jankowéj wiosce wszystko jak trzeba.

Janko na wojnie miał widok mnogi

Codziennych śmierci albo pożogi;

A serce jego, które niemało

Ciężkich zawodów w życiu doznało,

Stało się twarde, płakać nie może;

Tylko zawołał: «Boże mój, Boże,

Bądź wola Twoja zawsze i wszędzie!

A ja mówiłem, że już tak będzie!

Ojciec nie żyje, a matka kona —

Już wioska dla mnie jakby stracona!...

Och! gdyby do niéj choć na godzinę,

Błogosławieństwo przyjąć matczyne,

Widziéć grób ojca, znajome lice45,

I rumowisko staréj dzwonnice46!

Lecz nié ma czasu!» — Ruszyli daléj;

Pan słabnie w drodze; już pogoń wali.

Bohaterowie z Wagram, z Madrytu,

Dzisiaj strąceni ze sławy szczytu,

Zranieni w ciele, zwątpiali47 duszą,

Z dworku do dworku tułać się muszą,

Gdzie tyle ofiar boleśnych ginie,

Wędrować muszą po żebraninie.

Przywędrowali w karpackie góry:

Świetny dwór pański dzisiaj ponury

Swego dziedzica żałośnie wita:

Droga zarosła, brama rozbita,

A na dziedzińcu głuche milczenie,

W komnatach śmierci wilgotne tchnienie,

A hufiec pański zbrojny i strojny

Legł w różnych stronach dalekiéj wojny.

Pan tylko z Jankiem zostali sami,

Z pogadankami, ze wspomnieniami;

Tylko w ich duszy zostały bole:

Rany na ciele, chwała na czole.