XVII
Tak Janek przeżył i stał się stary,
Z jedném uczuciem, z duchem ofiary.
Lecz w przeznaczeniach jego żywota:
Samo sieroctwo, sama tęsknota.
Biedny pan jego spoczął w mogile;
Janko, co nad nim czuwał lat tyle,
Co własne życie wlewał mu w łono,
Z których go zda się duchem spojono,
Ciężko zaniemógł; — już się zdawało,
Że duch opuści znękane ciało:
Bo już na pana swego pogrzebie,
Janko pochował połowę siebie,
Połowę myśli i całą wolę,
Jak niedołężne stał się pacholę.
Jak zielsko chmielne, wyciekłe, chore,
Gdy mu odejmą jego podporę,
Chwieje się, pada, blednieje, ginie,
Tak zatęsknione po swéj tyczynie!
Tyka wspierała gałązkę chorą,
Janek dla pana sam był podporą:
Więdnieje dręczon boleścią srogą,
Że nieść ofiary nié ma dla kogo,
Że już nikogo nié ma na świecie
Karmić i niańczyć jak małe dziécię!
Po osłupiałéj Janka postaci,
Można by sądzić, że rozum traci:
Wybladły na kształt nocnego stracha,
Sam z sobą gwarzy, rękami macha,
Udaje bitwę, szykuje roty,
Śpiewa piosenkę dawnéj ochoty,
Niby wystrzela — i marzy Janek
O czarnych oczach młodych Hiszpanek,
O piękném niebie tamtejszej strony —
I znowu inną myślą wiedziony,
Idzie na atak, prowadzi więźnie,
Woła o pomoc, że w śniegach grzęźnie,
Niby to wiezie pana w podróży,
Niby to panu w chorobie służy,
Albo prowadzi orszak grobowy...
Wtedy się skarży na boleść głowy,
Że tam szum jakiś, cóś jęczy, brzęczy...
I już nastawał moment szaleńczy,
Gdzie nić rozumu w prężonym nerwie
Już się na zawsze starga i przerwie.
Ale w tym szumie, jęku i brzęku,
Inszy nerw życia drgnął pomaleńku,
Cóś jakby szelest daleki drzewa,
Cóś jakby piosnka, co słowik śpiewa;
Ale ten szelest, czy piosnki nuta,
To cóś dawniejsza, cóś niepopsuta,
Cóś taka sama, jak to bywało
Echo w powietrzu rodzinném grało.
«Tak... to powietrze rodzinnéj niwy,
A to skowronek, zwiastun życzliwy,
Tam szelest sosny, tam polnej gruszy,
A tam od łąki rożek pastuszy,
A tam ze zbożem skrzypią woziska,
A tam szczekają znajome psiska,
Tam wóz plebana turkoce drogą...
Boże mój Boże! jakże mi błogo!
Jakiś Ty dobry, Ojcze i Panie,
Za te rodzinnych dźwięków przysłanie!»
Uklęknął Janek, łzami się zalał, —
Już jego biedny rozum ocalał:
Miłość swéj wioski i swojéj strony
Wróciła wskrzesić duch przygnębiony,
Zagrała w piersiach na dawną nutę,
Pokutnik skończył swoję pokutę.
Już pan nie żyje — któż mu zabroni
Wrócić na starość do swéj ustroni?
Ludzie się dziwią, skąd taka zmiana?
Skąd ta przytomność niespodziewana?
Skąd taki spokój na Janka twarzy?
Czemu sam z sobą teraz nie gwarzy?
W końcu się czując zdrowszy i żwawszy
Zniknął, nikogo nie pożegnawszy;
Myślą, że poszedł po żebraninie,
I pamięć o nim we dworze ginie.