X

Podumał trochę Stefan Kotwica,

Spojrzał na wójta i resztę gości,

«Nie, panie bracie!... nie chcę szlachcica,

Nam nie potrzeba waszéj zacności;

My się na zięcia takiego piszem,

Co go zrodziła matka mieszczanka,

Co byłby w handlu mym towarzyszem,

Co by po towar jeździł do Gdańska,

Co by miał grosza swego dostatek,

Nie patrząc na to, co mu zostawię,

A na ratuszu u sądu kratek

Obok mnie zasiadł na rajców ławie.

A waszmość szlachcic — herbu Gryf pono;

Cóż mi z waszego Gryfa czy Smoka?

Masz chudą szkapkę, szablę stępioną:

Ot i dostojność wasza wysoka!

Pójdziesz na wojnę lub siądziesz w mieście

Na teściowego kawałku chleba;

Jeszcze by bracia rzekła nareszcie,

Że mi szlacheckich związków potrzeba!

A toż mi na co? — nie, panie bracie!

Nie waż mi więcéj wdzięczyć się do niej.

Lepszy cechowy przy swym warsztacie

Niż lichy szlachcic, co wiatry goni».

«Dobrze powiedział... czyta jak z księgi» —

Krzyknęli goście już podchmieleni,

«Wiwat Kotwica! mieszczanin tęgi,

Co tak dostojność mieszczańską ceni!»

Podano gościom miodu antały

I rozpoczęto huczne wiwaty;

Żalem i wstydem przejęty cały,

Rycerz Studzieński wyszedł z komnaty.

Zarzucił rysią delię na szyję,

Hełmem płonące czoło osłania

I na spłakaną w kącie Maryję

Rzucił boleśny wzrok pożegnania.