VI

Za trzy dni o północy, na kształt bladych cieni,

Zeszli się znów Litwini trwożni, przerażeni:

Bo przed strasznym zjawiskiem nieziemskiego świata

I w najmężniejszym sercu święty strach kołata,

Każdy żegna się z życiem: bo któż zgadnąć zdoła,

Kogo krwawe bożyszcze przed ołtarz powoła?

Czyje piersi rozpłata święcona siekiera?

Więc się każdy z Litwinów jak na śmierć ubiera;

W lnianych szatach, z orężem od srebra i złota,

Co kto miał, co kto lubił za swego żywota,

W to się wszystko przystroił. Rzędami stanęli

Mężowie jak do boju, a niewiasty w bieli,

A dziewice zielono z wieńcami na głowie,

Kapłani przyszli z harfą i z lirą starcowie.

Margier w bobrowym szłyku79 a w żelaznej zbroi,

Wsparty na dzielną włócznię, nieruchomie80 stoi;

Choć mu tajemnych myśli nie wyczytać z twarzy,

Pewno, że nie o sobie, lecz o Litwie marzy;

Chętnie dostojną głowę pod topór położy,

Pyle tylko nad Litwą uśmierzyć gniew boży,

Byle Poklus ujęty, kiedy krwią opłynie,

Wyrwał mordercze żądło krzyżackiej gadzinie.

Zna, że ze swoją twierdzą i z pierśmi mężnymi

Chroni jak mur od Niemna macierzystej ziemi,

Czuje dobrze, że tarcza w jego rękach święta,

Pod nią litewskie strzechy, pod nią niemowlęta,

Pola chlebem zasiane i rodzinne bogi,

Spoczywają spokojne, wolne od pożogi —

Więc pyta sam u siebie i wyroki bada:

Kto jego tarcz udźwignie? kto mieczem zawłada?

Kto czujniej będzie pełnić nadniemnowe straże?

A zresztą gotów na śmierć, jeśli Poklus wskaże,

Gotów umrzeć za Litwę, lub dać własne dziecię.