VIII

Już północ. Lud w podziemie zebrał się gromadnie,

Milczy, jak wobec — śmierci, i stos łomów kladnie,

A wróżka je zapala i kropi oliwą.

Krwawe blaski po ścianach odbiły się żywo,

Zaiskrzyły w pancerzach, co noszą mężowie,

Zaświerkały w koralach na niewieściej głowie,

Zajaśniały na twarzy siwego brodacza,

I czarny cień rozliczne gromady otacza;

A tu cisza, jak w grobie... ledwie posłyszycie

Huk płomieni, trzask polan i serc trwożne bicie,

Wtedy wróżka obrządek rozpoczyna wieszczy:

Skinęła na kapłanów — i sto trąb zawrzeszczy;

Plączą się w jeden rozgwar najsprzeczniejsze tony

I rożek chrapowaty, i flet wypieszczony,

A wszystko przeraźliwe, gwarliwe, niestrojne,

Aż od echa zadrgało sklepienie spokojne.

A nad wszystkimi wrzaski, nad wszystkie rozgwary,

Przemaga krzyk natchniony czarodziejki starej;

Na oczach ociemniałych błysnął wyraz wściekły,

Włosy się najeżyły, a usta zapiekły;

Nie nie widzi, nie słyszy, chyba w głębi ducha,

Tylko ostatkiem głosu straszną pieśń wybucha.

Skinęła — ustał rozgwar — znów cisza grobowa.

Stos pali się powoli — już tylko połowa;

Ogień jaśniej i równiej oświeca sklepiska.

Wróżka garśćmi żywicę do płomieni ciska;

Wybuchnął żwawszy ogień, dym rozwiał się smolny,

I zagrzmiało z daleka — przestrach mimowolny

Ogarnął serca Litwy, upadli na twarze.

Marti trąbom na nowo odezwać się każe,

I mierzonymi takty z całej siły krzyczy:

„Poklusie! czarnych piekieł boże tajemniczy!

Ubłagany, czy groźny, w płomieniu, czy w gromie,

Wpośród twojego ludu objaw się widomie,

Powiedz: za co nam pomstę zapowiadasz nieba?

Jakiej dla cię ofiary, czyjej krwi potrzeba?

Wskaż na kogo uderzyć, daj mordercze hasło!”

Umilkła... dopalone ognisko przygasło;

Więc bierze garście siarki i na węgle rzuca,

A jak gdyby wołanie zerwało jej płuca,

Padła pierśmi na ziemię i w prochu się tarza,

A ze stosu, co płonie, węgli się, rozżarza,

Buchnęły kłęby dymu, buchnął płomyk sini,

I trupi blask uderzył po ciemnej jaskini.

Znowu grom wstrząsnął gmachem z potęgą olbrzymią...

Cudo!! z siarczystych kłębów, co ze stosu dymią,

Ukazało się bóstwo! tak straszliwej twarzy,

Jak tylko senna zmora w gorączce wymarzy!

Postać naga, koścista, włosata, brodata,

A ze źrenic spojrzenie, jak płomień wylata,

A na czole, na ustach i na wzdętym łonie,

Trzęsie się dzika groźba, gniew straszliwy płonie.

Była cisza: bo ludzie upadli bez siły,

Zdaje się, wszystkie piersi oddech przytaiły.

Tylko Margier nie klęknął, choć twarz jego pała,

Choć znaczno, że bożyszcze na serce mu działa,

Nie spuścił nawet oka — oczami mężnemi

Zmierzyli się bóg piekieł i bohater ziemi.

Ale ognik siarczysty gaśnie, dogorywa,

I nadziemskie widziadło z dymem się rozpływa,

Wróżka powstaje z ziemi i ogień roznieca;

Poklus zniknął z podziemia — tylko twarz kobieca

Pobladła, posiwiała, jakby konająca;

Zwraca się ku ludowi — i z piersi wytrąca

Słowa ciche, powolne, jak gdyby kaskada,

Jak strumyk, co do Wilii z gór Ponarskich spada:

„Poklus objawił wolę... drzyj, książę Margierze!

Nad baszty twego zamku wnet chmura się zbierze:

Chowasz dziecię z krwi obcej, co Litwę wyniszcza

Własna krew przygotuje płomienia i zgliszcza,

Które dom twój zagubią — zagubią cześć bożą,

Wrogom bramę do Litwy na oścież otworzą.

Nie ukoisz inaczej wyroków srogości,

Chyba krwią pacholęcia, co w twym domu gości.

I nie dalej, jak jutro w północnej godzinie

Niech krew młodego jeńca na ołtarz popłynie,

A ciało jego spalić w ofiarnej pożodze,

A proch rzucić na wiatry przy rozstajnej drodze!”

Tak mówiła wróżbiarka znękana i blada,

Słania się wysilona i na ziemię pada.