VII
Droga do Jezna — Dęby — Rzeka Wierzchnia — Wieś Piekielany zupełnie litewska — Wieśniak litewski — Żyd poliglota — Jezno — Dawny pałac Paców — Kościół
Od stokliskich kąpieli do Jezna liczą jedną milę. Droga wiedzie przez cudny las dębowy do rzeki Wierzchniéj, którą się po raz drugi przebywa. Dąb słusznie nazwany królem lasów; nie dziwimy się, że syn lasu, starożytny Litwin oddawał dębom rodzaj ubóstwienia, a na konarach jego chętnie swe bogi umieszczał. Dąb to symbol siły, siły męskiéj, nieobcéj czułości i piękna, siły majestatycznéj, rycerskiéj, jaką dawny bojak miał za swój wzór i modłę. Dąb urąga się piorunom, żartuje z ciosów siekiery, trwałością swoją równa się żelazu, długowiecznością kilka pokoleń ludzkich przeżywa; ma z czego być dumnym, a jednak chętnie udziela swych opiekuńczych konarów na gniazdo drobnego ptaszka, nie lękając się, że go to upokorzy; w słotę rozwiesza swe opony nad podróżnym, a kiedy biją pioruny, nadstawia czoło na ich ciosy, aby te w niego raczéj uderzały, niż mają się pastwić nad pomniejszemi krzewy: to prawdziwie po męsku.
Tak poetyzując do pięknych dębów za Stokliszkami, w obawie, aby nie zbłądzić, pytaliśmy o drogę spotykanych wieśniaków. Litwini zaledwie mogli zrozumieć zapytanie, a jeszcze trudniéj im przyszło wyartykułować nazwisko rzeki Wierzchniéj, z powodu brzmienia ch, którego Litwin nie mając w swéj mowie zastępuje literą k, ilekroć mówi w jedném z narzeczy słowiańskich, po polsku lub po rusińsku.
Skręciwszy się równiną około jakiegoś opuszczonego folwarku, przebyliśmy po raz trzeci rzekę Wierzchnią i znowuśmy wjechali w las dębów i młodych zarośli. Fizjonomia okolicy jest dosyć niska, wzgórków niewiele; po prawéj naszéj ręce ciągną się łąki i pola, po lewéj las i zarośle — wciąż aż do wsi Piekielany.
Tutaj po raz pierwszy miałem zręczność obaczyć fizjonomię wioski czysto litewskiéj. Chaty wiejskie takie same jak pod Wilnem, jak u Czarnorusinów w okolicach Mińska, mają wszakże powierzchowność daleko porządniejszą. Odszczególnia je sposób krycia dachów słomianych, tak iż na każdém załamaniu dachu a czasem i na całéj jego powierzchni, kule słomy ułożone są w pewien rodzaj ząbkowania. Czy to obyczaj kraju, czy wynik jakiéj potrzeby, nie miałem czasu zgłębić lub się wypytać. Zwabiony gwarem dolatującym z karczmy w Piekielanach, wszedłem do niéj, dla rozpytania się o drogę. Tam siedziało kilku Litwinów, z czarką i lulką, tocząc huczny, niestety, niezrozumiały dla mnie rozhowor. Lud postaci dorodnéj i trzymający się prosto, rysów twarzy dosyć regularnych, w białych świtach, grzecznie przywitał przychodnia; lecz mało się nim troszcząc, ciągnął daléj swoję rozmowę. Mowa litewska w ciągłéj konwersacji dosyć jest dźwięczna. Po polsku mówią z trudnością, z omyłkami i ze szczególnym akcentem.
Za to Żyd w tutejszej stronie jest istnym poliglotą; zważcie tylko, ile on umie języków: w gronie swém rodzinném mówi zepsutą niemczyzną; modli się po hebrajsku, nieco rozumiejąc język swoich praojców; z panem po polsku, z kmiotkiem rozmawia biegle po litewsku; z żołnierzem lub urzędnikiem potrafi prowadzić wielkorosyjski rozhowor. Wszak to ni mniéj ni więcéj jak sześć języków ma w codzienném użyciu i nie przechwala się swą znajomością — jak gdyby wiedział zdanie Kopczyńskiego, że języki są tylko kluczem do nauk, lecz same naukami nie są.
Zapamiętałem ciekawą w swoim rodzaju, suchą, ale majestatyczną polną gruszę, niedaleko od wsi Piekielan, któréj konary przybrały zupełny kształt dębu. Natura tutaj tak ulubiła kształty wielkiego króla puszczy, że i na innych drzewach typ jego odbija. Gdzie jest ten typ tajemniczy, w ziemi czy w powietrzu? na jakiego olbrzyma lasów zapatrzyłaś się rosnąc, skromna córka litewskiego pola? musiałaś widzieć w nim twój ideał doskonałości i wedle jego kształtów rozwijać twoje miększe i kruchsze konary. Jego ścięła siekiera rolnika — tyś pozostała i uschła; ale pozostały na tobie twój szlachetny wyraz wywoła zawsze rodzaj uszanowania dla twych ostatków.
Wiorstę jaką od wsi Piekielan ciągną się pola gliniaste; zboża piękniejsze niż gdzie indziéj; ale pod Jeznem lekkie dodanie piasku znowu jawnie postrzegać się daje.
Jezno, małe miasteczko niepospolicie od razu imponuje swym widokiem: wieżyce kościoła i ogród dawnego Paców pałacu, gęstemi niebotycznemi drzewami zarosły, każą daleko czegoś więcéj oczekiwać od mieściny, niż jest w istocie. Cmentarz położony przed miasteczkiem, zwraca naprzód uwagę dwoma kaplicami i kilku pięknemi nagrobki. W liczbie innych zasługuje na uwagę krzyż oczepiony mnóstwem świecidełek, blaszek, obrazków i posążków, jako „Pamiątka wistawiona za dusza Adama Wołatki”, jak opiewa napis na blasze do krzyża przybitéj. Czy budowę podobnego krzyża należy przypisać po prostu fantazji artysty, czy miejscowemu obyczajowi, nie miałem czasu w téj chwili wybadać. Spotykałem wszakże w innych miejscowościach trockiego powiatu podobne krzyże, oczepione w obrazki, posążki, szkiełka i różnokolorowe blaszki. Takie same krzyże mają się licznie znajdować przy drogach na Żmudzi.
Stajemy w Jeźnie — nad jeziorem tegoż nazwiska. Okolone kilkudziesięciu drewnianemi chatami, słomą krytemi, na obszernym placu, zieloną trawą porosłym, który może się rynkiem miasta Jezna nazywa (nie wiémy, ale nie chcielibyśmy ubliżać miejscowéj etykiecie), wznoszą głowy trzy murowane budowle: kościół, karczma i ruiny pałacu Paców, niegdyś posiadaczów kilku wsi w téj okolicy.
Dwupiętrowa, dosyć wygodna, murowana karczma, swym frontem ku kościołowi i ruinom pałacu zwrócona, dała mi możność z górnych swych okien zdjąć widok tych obojga. Na téj pracy przesiedziawszy chwilę i pokrzepiwszy się skromną podróżną przekąską, poszedłem zwiedzić zwaliska Pacowskiego pałacu, który koleją czasu był własnością Pęczkowskich, a po ich eksdywizji (w 1834) został własnością dwóch czy trzech dziedziców.
„Wart Pac pałaca, a pałac Paca!” głośne jest przysłowie na Litwie, które nie wiemy do jakiego pałacu mogło się stosować. P. Wejnert, badacz starożytności warszawskich, twierdzi, że do gmachu będącego w dawnéj stolicy Polski — insi, że do budowy będącéj w Wilnie — nam się wydaje, że najstosowniéj do Jezna. I zaprawdę majestatyczny to był pomnik dawnego możnowładztwa. Pałac zbudowany we trzy skrzydła, z rodzajem fosy i bramy, dzisiaj nieistniejącéj — uczynił mi dalekie przypomnienie zamku nieświeżskiego. Zawierał, jak wieść niesie, tyle sal, ile miesięcy, tyle pokojów, ile tygodni, tyle okien, ile dni w roku. (Wiadomo, jakeśmy polubili symbolikę, dzięki jezuitom, w drugiéj połowie XVII w.) Lewe skrzydło owego murowanego kalendarza, dotąd zamieszkałe przez jednego z kolokatorów, zawiera cały labirynt korytarzy i kilka pokojów; jeszcze w niektórych z nich dają się widzieć freski alegoryczne. Prawe skrzydło przed kilku laty od piorunu zgruchotane, posłużyło na ściany do obory111.
Frontowa wystawa cała w ruinie świeci się jeszcze szczątkami gipsowych herbów, wpośród których zaledwo rozeznać można rodowitą Paców Gozdawę. Sufita i sklepienia w środkowéj części gmachu opadły; tylko drzwi i ramy okien z ciężkich brył marmuru misternie wyciosane, okazują się w całéj swéj dawnéj postaci. Na ścianach ruin wypłowiałe freski, trudne do rozpoznania, dają gdzieniegdzie domyślać drzew i ludzkich postaci. Na drugiém piętrze gipsowe, malowane, na pół opadłe wyobrażenia świętych Dominika i Franciszka oraz ukrzyżowanie Pańskie, wskazują miejsce kaplicy. Podziemne lochy i piwnice zapadły. W komnatach pańskich, w górném piętrze, na gruzach młode brzozy porosły, a na frontonie pałacu i lewym jego bastionie, bociany uwiły gniazda.
Tylko lipy, topole i klony pańskiego ogrodu, pamiętające stare czasy, olbrzymio się rozrosły: bo też natura nie przeżywa swojego czasu, jak wszelka ludzka idea.
Ze ściśnioném sercem poszliśmy obejrzeć kościół; ale przybywszy w porze dnia, kiedy był zamknięty, i nie wiedząc, jak dalece na miejscową uprzejmość liczyć można, obeszliśmy go tylko dokoła i przepisaliśmy napis na tablicy kamiennéj wmurowany. Nie mogąc się tedy z czytelnikiem podzielić owocem własnych poszukiwań, musimy na niewidziane opisać ów kościół według kronik, o których się rzekło112.
Świątynia w Jeźnie założona przez Stefana i Krzysztofa braci Paców w 1654, (a raczéj ze zboru helweckiego przerobiona113, konsekrowaną była w sierpniu 1670 przez Kazimiérza Paca biskupa żmudzkiego, pod wezwanie św.św. Michała Archanioła i Jana Chrzciciela. Hojnie, jak przystało na rękę możnowładców, uposażona, posiadała majątek ze wsią Sabowo i wieś Andruszce, a w kapitałach na swe roczne potrzeby, licząc na dzisiejszą monetę rubli srebrnych 1348 na wino, organistę i szpital. Zdobią kościół piękne, dziś ręką czasu nadpsute malowidła alfresko na sklepieniu i arkadach wyobrażające św.św. Apostołów i Ojców Kościoła. Zresztą zwracają tu uwagę: ambona pięknéj rzeźby i wyzłacana, marmurowe stągwie i posadzka z fals marmuru. W sklepieniach pod kościołem jest sześć trumien rodziny Paców, których tu były rodzinne groby; ale dziś zwierzchność kościelna nie umié z pewnością oznaczyć, czyje ciała z rozkazu władzy zostały pogrzebione, a czyje kości tu spoczywają, oprócz Teresy z Radziwiłłów Pacowéj pisarzowéj litewskiéj zmarłéj w 1780 roku, któréj napis na trumnie szczęśliwym trafem ocalał.
Oto jest wszystko, co kronika miejscowa zanotowała o tutejszym kościele, a co my w stanie jesteśmy podać naszym czytelnikom.
Dzwonnica posiada trzy wielkie dzwony i czwartą sygnaturkę; największy z nich noszący nazwę Krzysztofa a ważący 40 pudów114, ozdobiony rozmaitemi skrętami kwiatów, zasługuje na szczegółowe opisanie ze względu na piękność swojego kształtu jako i z powodu legend wokoło niego popisanych. Najwyżéj umieszczony napis jest apostrofą do samego dzwonu: „Laude Deum, plebem voca, congrega clerum, defunctos plora” (Chwal Pana, zwoływaj lud, zgromadzaj duchowieństwo, opłakuj umarłych). Kolejno idzie mały obrazek Najświętszej Panny, z taką do niéj modlitwą:
«O Maria, flos virginum,
Velut rosa, vel lilium,
Funda praeces ad Filium
Pro salute fidelium».
(O Maryjo, kwiecie dziewic, jako róża lub lilija, zanieś prośbę do Syna o zbawienie wiernych). Następuje obrazek św. Krzysztofa i podpis fundatora dzwonu: „Ab Illus. Dno Christophoro Pac Cancler. M. D. L. Anno Dni MDCLXXVI” (Przez oświeconego pana Krzysztofa Paca kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego, roku Pańskiego 1676).
Żegnaj mi, liche miasteczko, smutna pamiątko zgasłéj wielkości ludzkiéj! Żegnam cię łzą, od jakiéj miłośnik starych pamiątek na widok ich opuszczenia wstrzymać się nie może, lubo zresztą nie żałuję owych zgasłych potęg rodowych u nas. Użyły one i nadużyły i życia, i swobody, w kraju, co się niebacznie dał im u siebie rozwinąć. Zamarły dla bardzo prostéj przyczyny, bo już zużyły swój element życia.