SPRAWA V

Ciż sami, Bartłomiej i Dorota wychodzą ze młyna.

BARTŁOMIEJ

Witam was, moje dzieci, cegos to ządacie?

JONEK

Oto tu, Bartłomieju, państwo młode macie,

Które was psysło prosić na swoje wesele.

Ja, jako pierwsy druzba, do nóg wam się ścielę,

Byście swoją osobą udazyć ich chcieli.

Psytem, byście swą zonkę i córeckę wzięli,

Pokorniuchno uprasam.

Kłania się.

BARTŁOMIEJ

Toć ty, wej, dziewecko,

Nasego Pana Pawła zostanies zonecką?

Winsuję, zyjcie zgodnie w małzeńskiej psyjaźni,

Zawse bes pseciwności i bes zadnej kaźni;

Zyjcie w tym stanie, który nam Pan Bóg spoządził,

Kiedy samemu cłeku źle być sądził.

Więc nie męza, nie brata, ani tes drugiego

Jadama utwozył mu do zycia wspólnego,

Ale mu zonę z jego uformował ziobra,

Boć to zła zec jednemu zyć, a dwojgu dobra.

Zyj więc scęśliwie, paro, z dusy zycę tego!

PAWEŁ

Kłania się.

Dziękujemy Wasmości.

BARTŁOMIEJ

Do Zosi.

A ty kochas jego?

Powiedzze, nie wstydź no się, bo to bes miłości

Za nic małzeńskie śluby.

PAWEŁ

Sroma się31 Wasmości.

Nie chce, wej, gadać.

DOROTA

Mówze.

PAWEŁ

Nie bądźze tak płochąm.

BARTŁOMIEJ

Jakze, cy kochas Pawła, Zosiu?

ZOSIA

Wstydząc się, z prędkością.

I toć kocham.

BARTŁOMIEJ

Błogosławze więc, Boze, wase serca cyste!

JONEK

Otóz, wej, i Stach z ojcem wiodą Organistę:

Usłysema tu zaraz ślicną oracyję.