Rozdział IV. Jaką drogą dzieci pana majstra dostały się do ogrodu wróżki

Poprzez pola, poprzez łąki

zapatrzone w złote muszki

biegną raźno dwa gawronki,

wyciągając cienkie nóżki.

A na ziemi troszkę dalej,

depcąc kwiaty, depcąc zioła,

banda pana majstra wali

roześmiana i wesoła.

Błyszczą oczka, płoną uszka,

radość z każdej tryska twarzy.

— Jak też przyjmie nas ta wróżka?

Czym ugości? czym obdarzy?

Na wyścigi wszystkie prawią,

jakie to tam będą czary,

jak ubranka się naprawią,

jak unikną w domu kary...

Chmurna tylko czegoś Butka —

a gdy proszą, by szła prędzej,

trząść zaczyna się jej bródka:

— Nie chciem iść do Baby Jędzy

U niej domek jest z pielnika,

z domku baba źła wyleci

i dźwi na kluc poziamyka,

i poźjada wsyśtkie dzieci!

— Ha! ha! ha! to bajki przecie,

nic się nie bój, tchórzu mały,

Bab Jędz nie ma na tym świecie! —

Chórem dzieci się zaśmiały.

Znów o wróżce gadu, gadu...

— Gdybyż raz już trafić do niej!

— Toć my przecież bez obiadu!

Pędzą, aż im w uszach dzwoni.

Wtem gromadka krzyknie: — Co to?

I z podziwu staje drżąca;

to mur szklany z bramą złotą

lśni jak klejnot w blaskach słońca.

Alabastry i kryształy

wonnych kwiatów sploty wieńczą;

ponad nimi sad wspaniały

w słońcu gra kolorów tęczą.

Niżej ogród jak mozajka

barw tysiącem się rozkwieci —

„Czy to prawda? czy to bajka?’’,

zapatrzone myślą dzieci.

Ścichły śmiechy i igraszki —

dzieciom drżą z wzruszenia nóżki;

dziób otwarły gawronaszki:

— Jakże cudnie jest u wróżki!

Trącą chłopcy się po cichu,

każdy naprzód iść się wzdraga;

w czarodziejskim tym przepychu

prysła naraz ich odwaga.

(Bo ichmoście oczywiście

przypomnieli sobie liście).

Więc dumają zuchy cztery,

że gdy wejdą jak Cyganie

z podartymi hajdawery,

kto wie, co się z nimi stanie?

Środa prosi, ręce składa,

przypomina słowa kruka —

oni swoje: — Nie wy-pa-da!

Niech kto47 inny szczęścia szuka.

Gdy tak szepcą, gdy tak radzą,

w kropkę ozwie się Sobótka:

— Niech nas wlonki źaplowadzą,

chciem do kwiatków i oglódka!

— Dobrze — rzekną chłopcy cicho —

niech gawronki idą w przedzie,

nuż48 bram strzeże jakie49 licho?

Patrzmy, jak się im powiedzie...

Ptaszki wcale się nie bały

dziwów, czarów, ni złych mocy

(za to chętnie unikały

chłopców, co strzelają z procy).

Więc zerk oczkiem w lewo, w prawo,

a ujrzawszy, że są same,

hyc! hyc! hyc! na nóżkach żwawo,

i skrob, skrob pazurkiem w bramę.

Bums! rozwarły się podwoje50,

odskoczyły na bok dzieci.

Beknął Piątek: — Ja się boję!

A Sobótka naprzód leci.

Nim kto51 pojął, co się dzieje,

— Idem do tej Baby Jędzi!

Tak dziecina się zaśmieje

i jak kulka w ogród pędzi.

— Stój! Stój! — krzykną dzieci ostro.

Błysła w słońcu plama złota,

bums! i za malutką siostrą

już się zwarły wielkie wrota.

— Czekaj! Puszczaj! Wielki panie!

Dzieci nagły strach opęta.

Nuż Sobótce się co52 stanie?

a tu brama zatrzaśnięta!

Hurmem53 rzuci się dzieciarnia,

szturm przypuszcza jeden, drugi;

chłopców taki szał ogarnia,

że z nich potu płyną strugi.

(Trzeba przyznać, że gromada

bardzo swoją Butkę kocha)

ale próżno krzyczy: „Zdrada!”,

próżno Środa głośno szlocha.

Próżno każdy kopie, stuka,

z gniewu, żalu i urazy

zapomnieli zleceń kruka,

żeby skrobnąć w drzwi dwa razy!

Gruz, kamienie gradem lecą,

razy biją coraz gęściej;

z krzykiem: „Poddaj się forteco!”,

walą, aż im puchną pięście54.

A zuchwała brama złota

jak świeciła, świeci w słońcu...

Odejść z niczym? toć sromota!

Jednak... atak słabnie w końcu.

— Niech ją tysiąc kaczek kopnie! —

zagrzmi wreszcie Poniedziałek.

— Górą przeleźć najroztropniej!

I pod mur już biegnie śmiałek.

Lecz tu nowa czeka bieda;

po szkle wchodzić rzecz niełatwa;

tak się nie da i tak nie da.

„Co tu zrobić?”, myśli dziatwa.

Na dobitek tam, na górze,

z ślicznych kwiatów barwy zorzy

na przejrzystym jak szkło murze

taki napis się utworzy:

Kto uczciwy,

bramą wchodzi;

przez mur

wchodzi

jeno złodziej!

Środa czuje nagłą trwogę;

— Chłopcy! — głośno się odzywa,

przez mur przejść wam nie pomogę,

to jest droga nieuczciwa!

— Proszę! co mi za pogróżka! —

Wtorek jej odburknie w złości.

— To niech mądra jejmość wróżka

bramą wpuszcza swoich gości.

Środa swoje, chłopcy swoje,

gdy wtem Piątek cienko piśnie:

— Ajajajaj! dzieci moje!

ajajajaj! tam są wiśnie!

Prawda! wisien strumień cały

przez mur ku nim się przelewa;

i myśl rodzi w dziatwie małej,

jakby dostać się do drzewa?

Tak im pilno napaść brzuszki,

że już żadne nie pamięta,

że Sobótka jest u wróżki

i że „cudza własność święta!”.

Gdy się troszkę Środa waha,

Poniedziałek huknie z góry:

— Kto ma boja, kto ma stracha,

niech do kreciej wlezie dziury!

Chłopcy! zrobić mi drabinę!

za mną! śmiało! na okopy!

co tam zważać na dziewczynę!

Hurra, naprzód! za mną, chłopy!

Raz, dwa, trzy! i jest drabina!

Patrzcie, młodsi dwaj na spodzie,

a po Czwartku się wyspina55

ich wódz jak najtęższy złodziej.

Już dosięgnąć ma krawędzi,

już, już, już wyciąga palce...

Wtem pcich! Wtorka nos zaswędzi

i na ziemi wszystkie malce.

Gdy dźwignęły się junaki56,

ten miał do krwi zdarty łokieć,

tamten guza, ten siniaki,

temu zadarł się paznokieć...

Widząc, że są płaczu bliscy,

dobra Środa rzeknie żywo:

— Jeszcze raz się pnijmy wszyscy,

to za trudno być uczciwą!

Lecz przysięga sobie w duszy,

że usłucha przestróg kruka

i w ogrodzie nic nie ruszy,

aż siostrzyczkę swą odszuka.

W mig stanęła nowa wieża,

z Środą sprawa poszła gładziej,

bo w niespełna pół pacierza57

dziatwa majstra już jest w sadzie.

Rozdział V. Jakie dziwy napotkała Sobótka w zaczarowanym ogrodzie i co z tego wynikło

A tymczasem mała Butka,

nie czekając starszych dzieci,

jak kłębuszek okrąglutka

za wronkami w ogród leci.

Próżno jednak woła bobo:

— Pocekajcie gawlonaski,

macie Butkę wziąć ze sobą!

Już jej z oczu znikły ptaszki.

Nie ma wronek? Mniejsza o to!

Butka śmiało kroczy dalej,

w słońcu świeci główką złotą

i tak sama siebie chwali:

— Mówili chlopcy,

źe śą palobcy58,

a źe dziewcęta

źmokłe kulcęta.

Tymciasem chłopcy

źa blamą śtoją,

śami nie wiedzą,

cego się boją.

A mała Butka

bać się nie będzie,

gdzie tylko źechce,

pobiegnie wsędzie.

Butka jest mała,

chłopcy są duze,

Butka odwazna,

a chłopcy tchóze!

Tu się Butka w głos zaśmieje,

rączką ujmie się pod boczki

i tak idzie przez aleje,

wytrzeszczając krągłe oczki.

Co tu cudów! Co tu blasku!

Przez gąszcz liści hen, z wysoka,

słońce igra, w złotym piasku

znacząc jasne, świetlne oka.

Tyle kwiatków, trawki tyle!

brzęczą pszczółki, buczą muszki,

rojem kręcą się motyle

jak stubarwne lekkie duszki.

Pachną fiołki, lilie, bratki,

nóżką świerszcz o skrzydło bzyka,

a tu w róży wonnej płatki

bąk — włochaty pyszczuś wtyka.

Zachwycona, uśmiechnięta

wkoło kwiatów Butka drepce,

założyła w tył rączęta

i do samej siebie szepce:

— Ślicne te kwiatki!

aź Butkę kusi,

źeby ich ulwać

i dać mamusi.

Ale kluk mówił,

Butka pamięta,

źe cudza własność

to jest źec święta!

Jakby Sobótka

kwiatek ulwała,

toby ją Jędza

w wolek złapała.

A u tej Jędzy

spicasta bloda,

zjadłaby Butkę,

a Butki śkoda!

Na uwagę tę malutkiej

z grządek, klombów i rabatki

szmerek rozległ się cichutki —

to parsknęły śmiechem kwiatki.

Aż dygocą lilie białe,

malwy, dzwonki, astry, laki:

— Cóż za śmieszne dzidzi małe?

i skąd ma rozumek taki?

Widzi Butka: coś się dzieje!

Skoro Butka główką ruszy,

żaden kwiatek się nie śmieje,

wszystkie stoją jak bez duszy.

Ale niech się zwróci boczkiem,

zaraz sąsiad na sąsiada

kiwa listkiem, mruga oczkiem,

coś mu szepce, coś mu gada.

Wszystko to zgniewało Butkę;

— Źe mnie śmieją się nićponie!

Ale Butka się w minutkę

dowie, co „śwalgocą” o niej!

Więc ziewnąwszy buzią całą,

na fartuszku główkę składa.

— Stlaśnie mi się spać zachciało —

głośno kwiatkom zapowiada.

(Lecz naprawdę sprytne dzidzi

wszystko słyszy, wszystko widzi).

Cisza... Butkę słonko praży,

muszek nad nią lata chmara...

Wtem... zadzwoni przy jej twarzy

głosik niby brzęk komara.

Przez zmrużone rzęsy powiek

widzi — kwiat się ku niej schyla.

— Cyt!... już zasnął młody człowiek —

szepnął śliczny dzwonek lila.

— Hi! hi! — kwiatki się zaśmiały —

to nie żaden człowiek przecie;

to dziewczynka, bobuś mały,

milusieńkie ludzkie dziecię!

— Jakież dobre to maleństwo,

że nam życia nie zabrało —

i czuprynki swojej gęstwą

gwoździk musnął ją nieśmiało.

— Nuż dziecinie tej się uda

odczarować nas na chwilę?

Wciąż stać w miejscu taka nuda! —

Żółte ozwą się żonkile.

— Bal wydałaby wspaniały

nasza śliczna pani wróżka,

tożbyście się wyhulały! —

storczyk malwom rzekł do uszka.

Na to lament się podniesie,

pisną kwiatki w nagłym żalu:

— Tak nam strasznie tańczyć chce się!

Balu! balu! balu! balu!

Widowisko to nie lada...

Co też jeszcze będzie dalej?

A wtem łysy mak zagada:

— Pannom zawsze w głowie bale!

I kiwnąwszy ciężką głową,

dodał: — Siedźcie lepiej w grzędzie,

bo wam na to daję słowo —

chleba z mąki tej nie będzie!

Gdy się dzieciak w sad dostanie,

już go tu nie ujrzym więcej;

bo łakomstwo, moje panie,

to największy wróg dziecięcy!

Skoro jabłek, śliwek, gruszek

do jej rąk się schyli tysiąc —

mała napcha nimi brzuszek.

To wam, panny, mogę przysiąc!

Ledwie skończył, spod fartuszka

krzyknie Butka: — A ty dziadzie!

Wala ci od mego brzuska!

Butka nic nie lusy w sadzie!

Jak mi jesce piśnies słówko,

to cię zalaz, śtary błaśnie,

Butka wylwie i makówką

z całej siły o ziem plaśnie!

Zmilkły 59 kwiatki przerażone,

drżą do głębi swych serduszek;

szczęściem Butka w inną stronę

drepce, gniewnie mnąc fartuszek.

Płonie buźka jej z koralu,

wreszcie, marszcząc brewki, rzeknie:

— Jak zobacy mnie na balu,

to ten mak ze złości pęknie!

Idzie — uszła kroków parę,

raptem słyszy: wronki kraczą;

siedzą jak dwie grudki szare,

piórka stroszą i w głos płaczą.

Gdy nadbiegła zadyszana,

gawronaszki pisły60 cienko:

— Ach, panienko ukochana,

zasłoń ślepki nam sukienką.

Wróżka tak już niedaleko,

pałac widny jak na dłoni,

a nam w dzioby łezki cieką,

bo doń sad przystępu broni.

A w nim pokus różnych tyle!

Pełno wisien, winogronków;

przejść przez sad o własnej sile

to nie w mocy jest gawronków!

Tyś, panienko, większa, starsza,

poradź, ulżyj naszej męce,

nam tak brzuszki grają marsza! —

Tu ją z płaczem dzióbły61 w ręce.

— Dobze — rzeknie im Sobotka —

śkolo tak plosicie gzecnie,

to was złego nic nie spotka,

z Butką będzie wam bezpiecnie.

Jak pokazą się pokusy,

Butka się nie źlęknie wcale,

tylko im wytalga usy

i pobiegnie plędko dalej!

I ogromnie ucieszona

bierze wronki popod paszki.

— Ach potężna to persona! —

ze czcią62 szepczą gawronaszki.

I już idzie trójka cała,

Z gawronkami Butka mała.

Przeszli szpaler i aleje,

a za nimi szemrzą drzewa:

— Co się dzieje? Co się dzieje?

Dziecku sad się przejść zachciewa!

Zawróć, zawróć, niebożątko,

bo cię woń owoców skusi;

kto skosztuje ich, dzieciątko,

pokutować długo musi.

— Silna wola wiele może

głos od ziemi stęknął głuchy;

— Idź do wróżki, idź, niebożę,

proś niech zdejmie czar z ropuchy!

— Nie da rady! rady! rady!

jak my wpadnie do pułapki

w sadzie zdrady! zdrady! zdrady! —

zaskrzeczały w trawie żabki.

Tak zaklęte dłonią wróżki

z cicha się skarżyły duszki,

lecz tłuściutkiej Butki naszej

nic nie dziwi, nic nie straszy.

Drep, drep, wchodzą nóżki śmiałe

w ścieżkę krętą i wąziutką,

aż tu pisną wronki małe:

— Już sad pachnie! ratuj Butko!

I spłoszone dwa gawronki

myk, dwa łebki w dwie kieszonki.

Patrzy Butka, nie ma sadu

jeno w gąszczu tym, na końcu,

w gęstych liściach winogradu63

coś jak gwiazdka błyszczy w słońcu.

Biegnie Butka, płotek złoty,

w płotku świecą srebrne drzwiczki;

klamka — brylant cud roboty!

w niej się słońca skrzą promyczki.

A nuż sparzy? Butka dmucha,

potem rączkę na niej kładzie,

klucz przekręca, z miną zucha

drzwi popycha i jest w sadzie!

Nagła jasność ją zalała,

nieruchomo chwilkę stoi;

cudów, które tam ujrzała,

żadna główka nie wyroi64.

W złotej zorzy się rumieni

z migotliwych gwiazd utkany

w róż girlandach i zieleni

pałac tęczą malowany.

Tysiąc iskier się w nim pali,

sto wieżyczek w niebo strzela —

wodotrysków pieśń się żali,

z komnat tęskna brzmi kapela.

Zasłuchała się dziecina

i z zdziwioną65 szepnie minką:

— Pewnie bal się juz zacyna,

bo ktoś klęci katalynką...

I Sobótki grube nóżki

pędzą już przez złote dróżki,

lecz czar mocą swą zdradziecką

zatrzymuje w biegu dziecko,

ukazując dziwy wszędzie,

jakie jeno66 baśń wyprzędzie...

Raptem rośnie w okrąg Butki

ogród jak dla liliputki.

W szmaragdowym puchu trawki

stoją drzewka jak zabawki.

Każdy krzaczek i drzewina

pod owocem się ugina.

Gdy owocki Butkę zoczą,

bums! z gałązek ku niej skoczą.

Tłumnie, jakby na wesele,

wonne toczą się morele —

krągłe jabłka, pulchne gruszki

prezentują kraśne67 brzuszki,

pomarańczki złota kula

do jej nóżki się przytula.

Wśród chichotek68, krygów69, śmieszków

pląsa w słońcu garść orzeszków.

Tu brzoskwinia wdzięcznie dyga,

tam się pcha słodziutka figa;

tłum migdałów przed nią klęka,

wtem trach! skórka na nich pęka,

ukazując spod pieluszek

ziarnka ryte w kształt serduszek.

Kto tam jeszcze się nie ciśnie —

winogronka, śliwki, wiśnie...

ten ją muska, ta ją łechce.

— Może mnie panienka zechce?

— Skosztuj, skosztuj mnie, dziewuszko,

jam wyborne jest jabłuszko!

— Niech panienka mu nie wierzy,

nie ma jak ananas świeży.

— Niech panienka mnie posłucha,

jestem grucha jak poducha!

— Mnie pokosztuj, mnie panienko,

nie pogardzajże wisienką!

Cuda! cuda! dziwy! dziwy!

sad jak z bajki, a prawdziwy.

Aż Sobótka oczka ciśnie,

czy ten cudny czar nie pryśnie?

Aż rumieni się dziecinka,

aż w głowince jej się kręci,

aż do ust jej płynie ślinka,

tak owoców woń ją nęci.

W upojeniu w rączki klaśnie

i owockom tak powiada:

— Butka tak was kocha śtlaśnie,

ze od lazu was poźjada!

Na to jabłka, gruszki, figi

dalej piszczeć na wyścigi:

— Weź mnie, weź mnie, prędzej, nuże!

nie namyślajże się dłużej!

— Mnie, mnie pierwszą! — Mnie pierwszego!

— Mnie zjedz pierwej, a nie jego!

I Sobótka uśmiechnięta

już wyciąga swe rączęta,

gdy wtem wyjrzą z jej kieszonki

przerażone dwa gawronki

i zakraczą: — Olaboga!

to pokusy, Butko droga.

Odpędź, odpędź je prędziutko

i do wróżki goń, Sobótko!

Tam odrosną nam ogonki... —

i myk znowu do kieszonki.

Co? Więc ogród ten śliczniutki

to nie dla niej, nie dla Butki?

Te prześliczne małe cacka

to jest podstęp, to zasadzka?

Butka rączką potrze czoło...

Nagle sobie przypomina,

co kwiatuszkom szeptał wkoło

mak, szkaradny dziadowina.

„Skoro jabłek, śliwek, gruszek

do jej rąk się schyli tysiąc —

mała napcha nimi brzuszek.

To wam, panny, mogę przysiąc!”

Takie o niej robił plotki,

Tak natrząsał się z Sobotki!

I zgniewana70 tym ogromnie

na owoce jak nie wrzaśnie:

— Chodźcie tylko bliżej do mnie,

to was Butka kijem tsaśnie!

Butka kijem was wypędzi,

idźcie śobie plec, pokusy,

idźcie plec do Baby Jędzi,

Butka w sadzie nic nie lusy!

Drgnął diablików ludek mały,

lecz gdy wrzasła71 jeszcze głośniej,

gdy jej nóżki zatuptały —

czmychnął przed nią, gdzie pieprz rośnie!

W mgnieniu oka z dziwów sadu

nie zostało ani śladu.

Słońce szczerym złotem prószy —

stoi Butka jak bez duszy...

Jak wpierw zorzą się rumieni

z migotliwych gwiazd utkany

w róż girlandach i zieleni

pałac tęczą malowany.

Jak wpierw fontann pieśń się żali,

sto wieżyczek w niebo strzela,

a z błękitnej jakiejś dali

niewidzialna gra kapela.

Wszystko, wszystko jest jak wprzódy72!

Tylko zniknął cud nad cudy,

czarodziejski dziw nad dziwy,

sad jak z bajki — a prawdziwy!

Wtedy raptem czuje Butka,

że jest biedna i malutka,

że ją strasznie oszukali,

coś jej dali — i zabrali...

Że jej radość była zwodna,

że zmęczona jest i głodna,

że jej z ocząt łezki cieką73

i że dzieci są daleko.

Czuje, jak to źle być samej

i że tęskno jej do mamy.

Próżno malcy dwa gawronie

skaczą wkoło jej osóbki

i serdecznie kraczą do niej,

rozdziawiając żółte dzióbki.

Butka tak jest nieszczęśliwa,

że wybuchnąć płaczem musi;

krzyk z jej piersi się wyrywa:

Do mamusi! Do mamusi!

Gdy tak łzami buźkę rosi,

łkając coraz to żałośniej,

ktoś znad ziemi ją unosi,

ktoś przytula ją miłośnie.

Zapach kwiatów ją owiewa,

czyjś głos szepce, czyjś głos śpiewa:

— Cyt, dziecino, cyt, dziecino,

niechaj łezki już nie płyną.

No, uspokój się stokrotko,

pokaż mi swą buzię słodką,

otwórz oczka, stań na nóżki,

spójrz — w pałacu jesteś wróżki.

Rozdział VI. Jak się bawiła Sobótka w kryształowym pałacu wróżki

Dookoła zamku wróżki

fantastyczne rosną drzewa,

po komnatach błądzą duszki,

ten przeciąga się, ten ziewa.

Przez makaty i zasłony

nie przenika nigdy słońce,

w mroku pałac pogrążony...

Siedzą duszki zziębłe, drżące.

Co im dziwy! co im cuda!

skoro ciemność pierś im tłoczy,

z wszystkich ścian wyziera nuda,

śpiączką wciąż zachodzą oczy.

Co im złoto i klejnoty,

co im skarby i dostatki,

kiedy serce mrze z tęsknoty

za pieszczotą ojca, matki.

Ach, bo wszystkie te ludziki,

ptaki, żaby, muchy, świerszcze,

to są małe pokutniki,

z których czar nie opadł jeszcze.

I czekają tak od wieka,

aż się dziwny cud przydarzy,

że zobaczą twarz człowieka,

co swobodą je obdarzy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtem... szmer jakiś słychać z dala,

co się dzieje? co się dzieje?

Pogrążona w cieniu sala

dziwnym światłem promienieje.

Zorzą płoną wszystkie ściany,

lśnią marmury i kryształy,

pałac jak odczarowany

brylantami skrzy się cały.

Czarodziejski blask przenika

w najciemniejszą głąb komnaty,

jakaś słodka gra muzyka;

szemrzą drzewa, pachną kwiaty.

Zapatrzone, zasłuchane

w tęczę światła, w czar muzyki —

noski cisną we drzwi szklane

małe duszki — pokutniki.

Rozwierają się podwoje

i cudowne, gorejące

przez krużganki74 i pokoje

promieniste wpada słońce.

W słońcu, mniejsza od mikroba75,

krągła, biała i tłuściutka,

jakaś toczy się osoba...

Patrzą duszki — to Sobótka!

Głośno tupią jej nóżęta,

w buzi gruby tkwi paluszek

i tak idzie uśmiechnięta,

wypinając krągły brzuszek.

Za Sobótką w środek sali

para wronek śmiało wali.

Dalej, w cudne strojna szaty,

jasna, cicha i powiewna,

woniejąca niby kwiaty

płynie wróżka, Cud-królewna.

A za nimi w słońca łunie

dwór królewski wróżki sunie.

Idą ptaki, idą żaby,

krety, raki, myszy, kraby.

Postękując z głębi brzucha,

wolno toczy się ropucha.

Ślimak cienkie stawia nogi,

śliną znacząc srebrne drogi.

Strojny w szatę swą godową

mak potrząsa łysą głową.

Popod łapkę z sową zmierza

kot o skrzydłach nietoperza.

Sunie także jeż kolczaty,

idą zioła, grzyby, kwiaty,

dziwadełka i karliki76

podskakują w takt muzyki.

Sunie, sunie orszak wróżki,

krasnoludki, widma, duszki.

Idzie śmieszny, barwny, żywy

świat jak z bajki — a prawdziwy.

W krąg komnaty siadłszy w cieniu,

patrzą duszki w środek sali,

kędy77 stoi na wzniesieniu

tron z pian morskich i korali.

I z uciechy klaszczą w dłonie,

bo rozśmiana, okrąglutka

na złocistym siada tronie

rozczochrana mała Butka.

Ale raptem milkną dziwa,

cichną szepty i chichotki,

bo głos wróżki się odzywa,

głos poważny, dźwięczny, słodki:

— Pokutników ludku mały,

karły, gady i poczwary,

spójrzcie na ten blask wspaniały!

On wam wieści koniec kary.

To maleńkie ludzkie bobo

blask słoneczny wniosło z sobą.

W moim szklanym pałacyku

było smutno, było ciemno;

łez wylaliście bez liku —

lecz płakaliście daremno!

Bo z was każdy w mym ogrodzie

był schwytany z piętnem: „Złodziej!”.

A ksiąg świętych mówią prawa:

że kto cudzą własność ruszy,

tego dola będzie łzawa,

aż żal tryśnie z głębi duszy.

Lecz za sprawą tej dzieciny

odpuszczone wasze winy.

Choć kusiły ją owoce,

choć jej drogę zaszły tłumem,

pokonała wszystkie moce

silną wolą i rozumem.

Jeszcze w fałdach swej kieszonki

ocaliła dwa gawronki.

Bohaterska ta dziecina

zasłużyła na nagrodę.

Szczęścia bije wam godzina!

Ona zwróci wam swobodę.

Lecz dla słodkiej mej dziewuszki

będzie pierwej78 bal u wróżki!

Tyś, Sobótko, tu królową!

Co najśmielsza myśl wyprzędzie,

każdy rozkaz, każde słowo

wypełnione dzisiaj będzie.

Więc mów, czego ci potrzeba,

czego pragniesz najgoręcej?

Choćbyś gwiazdki chciała z nieba,

to ją złożę w twoje ręce.

Mów, najsłodsze me serduszko,

mów, dziecino złotowłosa...

A Sobótka, bębniąc nóżką:

— Tseba Butce utseć nosa79!

Na ten rozkaz niespodziany

takim pałac gruchnął śmiechem,

że zadźwiękły80 wszystkie ściany

rozdzwonionym długim echem.

W mig utarła wróżka nosek

chustką złotem haftowaną,

po czym zabrzmiał cienki głosek:

— Chciem pielogów ze śmietaną!

W ręku wróżki pierścień błyska

i ze szparki pod przypieckiem81

wyskakuje wielka miska

i ustawia się przed dzieckiem.

Co za micha! Wielkie bogi!

Zlękła się powiewna wróżka,

ale Butka je pierogi,

aż się trzęsą małe uszka.

Dwa gawronki w rogach stołu

pałaszują z nią pospołu.

Gdy skończyła miskę całą,

wyskrobała łyżką do dna,

rzekła: — Butce to za mało,

Butka jeszcze baldzo głodna!

W lot skoczyły wszystkie duszki,

straszydełka, kłapouszki

i kraśnięta, i chochliki,

dziwoludki i karliki.

Ten maleńkiej bohaterce

z marcepanu niesie serce,

tam dziwaczne, wielkie kraby

cukrowane toczą baby.

Jadą placki, makowniki,

przekładańce i serniki.

Ten owoców z koszem bieży,

ten pomadki82 sypie z dzieży.

Ci znów niosą konfiturki,

lody, torty i mazurki.

By nie mówić już obszerniej,

pałac zmienił się w cukiernię!

O czym jeno myśl zamarzy,

wszystkim wróżka Butkę darzy.

A że nasza panna mała

uraczyła się obficie,

że wszystkiego skosztowała,

o tym chyba nie wątpicie.

Skaczą duszki wkoło Butki,

jak dogodzić jej, nie wiedzą.

I znów zabrzmiał rozkaz krótki:

— Telaz niech juz stlachy jedzą!

Toż zaczęła się biesiada!

Pędzą duszki i karliki

i już każdy garścią zjada

przewyborne smakołyki.

Tętni cały pałac szklany

od wykrzyków83 i radości,

a nasz bobuś rozczochrany

wszystkich raczy, wszystkich gości.

Lecz maluchna ta osoba

raptem wzdycha z głębi brzuszka:

— Czy ci się co nie podoba? —

niespokojnie pyta wróżka.

Ach, bo pragnie duszą całą,

by dzieciątko z nią zostało.

I spogląda w zachwyceniu

na tłuściutką małą Butkę,

co przycupła84 sobie w cieniu,

na rączynach wsparłszy bródkę.

A Sobótka tak jej prawi:

— Butce się juz tloskę nudzi,

bo tu z Butką nikt nie bawi,

nie ma dzieci, nie ma ludzi...

I z swawolnym85 śmieszkiem doda:

— Jak tu psyjdą nasze dzieci,

Wtolek, Czwaltek, Piątek, Śloda,

to twój pałac się lozleci.

U nas lepsa jest stodoła,

tam się mozna chować w sianie —

i mamusia wsystkich woła

na obiadek, na śniadanie.

W oknach pełno pelalgonii,

losnom fuksje i milciki

i tak ślicnie na halmonii

glajom nase celadniki86!

Bo mój tatuś jest pan majstel,

a ja jestem jego cólka.

I tak wsędzie pachnie klajstel,

i tlociny siom, i wiólka!

Uśmiech zniknął z jej twarzyczki —

snać87 do mamy i do tata88

całą siłą swej duszyczki

z kryształowych sal ulata.

I pojęła dobra wróżka

dziecięcego moc serduszka.

Przygarnęła ją do łona:

— Jeszcze tylko chwilkę krótką

zostań ze mną, ty spieszczona,

wdzięczna moja niezabudko.

Prędko przejdzie czar godziny

i porzucisz mnie, maleństwo,

i powrócisz do rodziny,

ujrzysz mamę i rodzeństwo.

Tu w przejrzyste klasła89 dłonie:

— Niech muzyka spłynie w salę,

niechaj tysiąc gwiazd zapłonie!

Bal zaczyna się nad bale!

Bije w zamku dzwon wesela,

dworska zbiega się kapela.

Niosą bębny i klarnety

trąby, skrzypce, basy, flety.

W środku sali duszki-kwiaty

stroją Butkę w świetne szaty.

Przezroczysta z mgieł tkanina

drobną postać jej opina.

Do jej plecków dziwadełka

przyklejają dwa skrzydełka.

A na nóżki miast trzewików

ciżmy90 kładą z brylancików.

Krążek złoty na czub głowy

i strój Butki już gotowy.

Wystąpiła na przód sali

i ozwała się w te słowa:

— Telaz niech mnie każdy chwali,

Telaz Butka jest klólowa!

I zdumiała się nie lada,

gdy maczysko łyse, stare

niski pokłon przed nią składa,

prosząc, by z nim poszła w parę.

Mak, co niby rósł na grzędzie,

a plotkował o niej wszędzie!

Tym zuchwalstwem urażona

Butka rzekła dumnie, sucho:

— Idź plec, pałko wygolona!

Będzies tańcyć dziś z lopuchą.

I pan mak skonfundowany91

iść z ropuchą musi w tany.

A Sobótka pląs zaczyna

z duszkiem krągłym niby gałka,

co troszeczkę przypomina

jej braciszka — Poniedziałka.

Raptem salę czar przenika,

to oberka rżnie muzyka.

Wszystkie duszki, wszystkie dziwa

czarodziejski ton przyzywa.

Tańczy ślimak z złotą92 muszką,

a pomidor tańczy z gruszką,

zgrabne żabki z świerszczykami

obejmują się łapkami.

Tańczą ptaki i zwierzęta,

skaczą śmiesznie gawronięta,

którym błyszczą się jaskrawie93

śliczne dwa ogonki pawie.

Strój ten piękny, okazały

na dzisiejszy bal przybrały.

Tańczy z duszkiem mała Butka

roześmiana, różowiutka,

ciżemkami chlupie, tupce,

a jej tancerz tnie hołupce94!

Aż Sobótka zawrót czuje,

tak tłuścioszek z nią wiruje.

Tańczy wdzięcznie ryba z rakiem,

a pietruszka z pasternakiem,

Tańczy dudek z panią sową

i mak skacze z łysą głową.

A ropucha tak z nim pląsa,

aż mu ze łba mak wytrząsa!

Krąg zatacza brać zaklęta,

tańczą duszki i kraśnięta,

kwiaty, grzyby, widma, dziwa,

skacze nawet miotła krzywa!

Pałac mieni się jak w bańce,

płyną tony, płyną tańce,

lekkie szaty wiatr rozwiewa,

wszystko pachnie, wszystko śpiewa,

ściany krwawią się rubinem,

to fioletem, to bursztynem.

Grają skrzypce i piszczałki,

bębny, flety i cymbałki.

Tańczy, tańczy w krąg komnaty

rój stubarwny, rój skrzydlaty,

pląs zawodzi w świateł tęczy,

a muzyka gra i dźwięczy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nad ogrodem, hen, na dworze,

zachodzące płoną zorze.

Rozdział VII. Jak się zachowali w ogrodzie wróżki nieproszeni goście i jaka ich za to spotkała kara

Sad stał w myślach pogrążony,

strojny, bujny, rozłożysty;

kryjąc w liściach wyzłocony

owoc — wonny i soczysty.

Słońcu niosąc dziękczynienie,

sad zapada w słodką ciszę.

Trawę długie znaczą cienie,

żaden liść się nie kołysze.

Wtem coś kłębi się nad murem

i w czarownej tej ustroni

coś zawrzasło takim chórem,

że mi jeszcze w uszach dzwoni.

Jakaż wrzasków tych przyczyna?

Każdy mi pytanie zada.

A to w ogród jak lawina

pana majstra banda wpada.

Poniedziałek na ich czele

po indyjsku jak nie świśnie,

jak nie huknie: — Na morele!

na brzoskwinie! hej, na wiśnie!

Za starszego brata śladem

już zgłodniałe basałyki95

pędzą naprzód zwartem stadem

zbrojne w kije i patyki.

W mig na grusze, na jabłonie

pnie się chciwych malców rzesza,

ten pień chwycił w obie dłonie,

ten się u gałęzi wiesza.

Sińce? Guzy? Bagatela96!

Skoro owoc gradem leci

i kobiercem się rozściela

pod żarłocznym wzrokiem dzieci.

Toż to radość! To wesele!

Ten pod drzewem milczkiem kuca,

w usta wielkie pcha morele,

a pestkami w dzieci rzuca.

Tamci dwoje popod murem

winogrona szarpią wonne,

co się wiją długim sznurem

ciężkie, słodkie i bezbronne.

Czwartek pełen animuszu

(ten z łakomstwa zawsze słynie)

szuka ziarnek niżej uszu

pogrążony w wielką dynię.

A najstarszy pan dobrodziej97

taki rozmach w sobie czuje,

że co tylko jest w ogrodzie

zjada, łamie i tratuje.

Młodsi za nim drą się, piszczą,

choć wypchali już kieszenie,

jeszcze depcą, jeszcze niszczą,

jeszcze sieją spustoszenie.

W chwilkę później nie do wiary,

co uczynił ich szał dziki;

jakby przeszły tu Tatary98,

jakby przeszły rozbójniki.

Sad, co w skarbów swych ozdobie

stał pachnący, barwny, strojny,

teraz chyli się w żałobie,

jakby tknięty dłonią wojny.

Wszędzie szczerby, wszędzie rany,

tam prześwieca zdarta kora,

tu winograd podeptany,

tam się zwiesza gałąź chora.

W tym bezmyślnym spustoszeniu

tak się wszystko odmieniło,

że aż słońce w przerażeniu

chmurką sobie twarz zakryło.

A dzieciarnia objedzona,

ocierając czoła w pocie,

słodkim łupem objuczona

myśli wreszcie o odwrocie.

Bo pan brat im tak powiada:

— Gdy nas wróżka tu zastanie,

to choć sama się objada,

nam z pewnością sprawi lanie...

Uciec?... Hm, to sprawa łatwa,

droga przez mur przecież krótka,

lecz... tu na się spojrzy dziatwa —

gdzież podziała się Sobótka?!

Radzi zatem zespół cały,

aż tu... hukły gdzieś wystrzały.

(To dla Butki-bohaterki

zapalono fajerwerki).

Wtorka lęk ogarnął srogi;

skoczył niby kamień z procy:

— Dzieci! prędko za pas nogi!

uciekajmy, co w nas mocy!

Lecz... czy naraz ich zaklęto?

coś ich chwyta w splot gałęzi,

coś ich siłą niepojętą

skuwa, szarpie, trzyma, więzi.

Przez sad w blasków aureoli

wróżka zbliża się powoli...

Idzie z twarzą oniemiałą,

łuna gniewu ją oblewa:

— Co się z moim sadem stało?

moje biedne, drogie drzewa!

Na te słowa nieszczęśliwy

sad rozjęczał się boleśnie:

płaczą grusze, płaczą śliwy

i jabłonki i czereśnie.

Aż wisienka smukła, tkliwa

umęczoną główkę kłoni

i cichutko się odzywa:

— To sprawili, wróżko, oni!

Zaczem piękna Cud-królewna

twarz obraca pałającą

i spostrzega, groźna, gniewna,

winowajców bandę drżącą.

— Nigdyż dla mnie przez minutę

gwiazda szczęścia nie zaświeci?

Życie będzie zawsze strute

przez swawolę chciwych dzieci?

I znów sad mój ukochany

będzie chory i kaleki,

niezgojone zawsze rany

krwawić będą całe wieki!

Ach, zgrzeszyliście nad miarę,

lecz wam znaną jest nauka:

„Kto przewini, weźmie karę,

znajdzie guza, kto go szuka!”.

Tu z pierścieniem wzniosła rękę:

— Za nikczemny wasz uczynek,

za drzew biednych srogą mękę

zmieniam was w gromadę świnek!

Patrzą dzieci w osłupieniu,

strach ubielił im twarzyczki.

Już z ich nóżek w okamgnieniu

świńskie robią się raciczki.

Gdzie ich ręce? gdzie ich szyje?

próżno łkają z głębi duszy:

zamiast nosów mają ryje,

z boków brzydkie kłapią uszy.

A przez dziury hajdawerków

głupio, śmiesznie i szyderczo

pozwijane w kształt świderków

ogoneczki świńskie sterczą.

Wróżka ku nim rękę skinie99:

— Gdy sumienie się w was wzbudzi100,

to i kary czar przeminie...

Idźcie teraz precz — do ludzi!

Zrozpaczone strasznym losem

chcą dziateczki dobyć krzyku

i wraz jękły101 świńskim głosem:

— Krum, krum, kwiku! kwiku! kwiku!

Ledwie rozległ się w przestrzeni

przeraźliwy kwik prosiątek,

ktoś spomiędzy traw zieleni

w sadu wtacza się zakątek.

To prześlicznie ustrojona

krągła, biała i tłuściutka,

rojem duszków otoczona

co tchu pędzi — mała Butka.

Już przebiegła sad dziewczyna

i złoconą pędzi dróżką,

krzycząc: — Gdzieś tu kwicy świnka,

pokaz świnkę Butce, wlózko!

Usłyszawszy głos siostrzyczki,

już prosiątka całą zgrają

ryjki, uszy i raciczki

ku malutkiej wyciągają.

Butka wlepia w nie oczęta,

z rozdziawioną patrzy buźką —

aż zakrzyknie: — Te plosięta

to siom nase dzieci, wlózko!

O, tu Cwaltek jest, bęcwałek102,

a tu Śloda jest milutka,

a tu duzy Poniedziałek!

Wsystkich, wsystkich ma Sobótka!

I przed wróżką przerażoną

już w ramionka świnki chwyta,

a prosiątek śmieszne grono

z kwikiem, piskiem Butkę wita.

Taka radość niepojęta

rozjaśniła malców twarze,

że już żadne nie pamięta

o przewinie i o karze.

A maleńka im szczebiota103:

jak to była w ślicznej sali,

jak tam wszystko jest ze złota,

jak pierogów Butce dali...

— I jest taki tlon z kolalu,

i mak łysy był na gzędzie,

i ja byłam tam na balu,

i znów Butka tańczyć będzie!

I mnie wlózka tak chwaliła

psed wsystkimi stlasydłami,

zem nic w sadzie nie lusyła!

— kończy, plaszcząc rączętami.

Ledwie słowa te wyrzekła,

lament wkoło się podnosi;

dzieciom struga łez pociekła

i różowe pyszczki rosi.

(Tak łakomstwo swoje, zda się,

opłakuje104 po niewczasie).

I tak wszystkie kwiczą rzewnie,

że to Butkę niepokoi —

więc się zwraca ku królewnie,

co milcząca przy niej stoi.

— Wlózko, powiedz mi w tej chwili,

cego oni wsystkie placą?

cego ryjki w łapki skryli

i na Butkę się nie patsą?

Na to wróżka, smutna, blada,

na jej główce rękę kładzie

i ze smutkiem opowiada,

co robiły dzieci w sadzie.

— Kres położyć chcąc swawoli,

zamieniłam je w prosięta,

lecz jeżeli cię to boli,

to twa wola dla mnie święta.

Tyś, Sobótko, dziś królową,

pierścień w twoje ręce zdaję,

rzeknij tylko jedno słowo,

a co rzekniesz, niech się staje!

Tu na pulchną Butki rączkę

nałożyła swą obrączkę.

Patrzą świnki w Butkę chciwie,

ich zbawienie jest w jej ręku,

więc krumkają105 niecierpliwie,

ryjkiem kręcąc, pełne lęku.

Z mowy wróżki Butka mała

tyle tylko zrozumiała,

że na każde jej żądanie,

co zapragnie, to się stanie.

Popatrzyła na świneczki —

ach, jak one kwiczą ślicznie,

jakie mają ogoneczki,

i jak krzywią się komicznie!

I wraz cienkim głoskiem dzwoni,

z roześmianą krzycząc minką:

— Chciem być taka jak i oni,

Butka chcie być także świnką!

Ledwie kończy tę myśl pustą,

już się zmienia w świnkę szóstą.

Próżno wróżka zrozpaczona

ręce wzniosła w jej obronie,

Butka w prosię zamieniona

z kwikiem skacze już koło niej.

Bladość wróżki twarz okryła,

bo uczuła z nagłym drżeniem,

że cudowna czarów siła

opuściła ją z pierścieniem.

Co to będzie?! Wielki Boże!

Wszak maleństwo to niewinne

tysiąc nieszczęść ściągnąć może

przez zachcenia swe dziecinne.

Cud-królewna płaczu bliska

na pierścionek z trwogą patrzy

i w ramionach Butkę ściska,

coś jej szepce, coś tłumaczy.

I namówić chce koniecznie,

by wracała z nią do sali,

bo tam będzie jej bezpiecznie

wśród marmurów i korali.

Wreszcie zbladłe chyląc lica,

o pierścionek szeptem prosi;

ale mała swawolnica

tylko śmiechem się zanosi.

Obejrzała się ku bramie

i raciczką dzieci trąca:

— Butka chcie to zanieść mamie,

chodźcie, bo już Butka śpiąca.

— Kwik! — zawrzasły wraz wisusy106,

banda o nic się nie pyta,

w ogród żwawe daje susy

i do domu rwie z kopyta!

Zrozumiawszy, co się święci,

— Kra! kra! — pisły107 dwa gawronki

i za Butką bez pamięci

gnają, wznosząc swe ogonki.

Nim się wróżka obejrzała,

nim pojęła, co się stało,

już z pierścionkiem Butka mała

znikła w bramie z bandą całą.

Rozdział VIII. W którym strapiona wróżka ożywia czarnoksięskie zwierciadło

W szklanym zamku na makatach

smuga kładzie się księżyca.

W czarodziejskich, zwiewnych szatach

leży wróżka bladolica.

Wzdłuż jej ramion złotą falą

spływa włos diademem spięty;

nigdzie światła się nie palą,

w mroku pałac legł zaklęty.

A dokoła świetnej sali

pozwijani jak kłębuszki

śpią mieszkańcy zamku mali,

dziwoludki, karły, duszki.

Cisza wkoło; blask miesiąca

srebrem spływa przez sklepienie,

duma wróżka bolejąca,

w fantastyczne patrząc cienie.

Wtem coś drgnęło u kotary,

błysły złotej frędzli skręty

i ukazał się kruk stary,

kruk z oczami jak diamenty.

Krągłym ślepiem powiódł wkoło

i w łeb czarny się zastuka:

— Czegoś tutaj niewesoło...

Nie oszukać Imci Kruka.

Do królewny podszedł żywo,

ukłon złożył jej misterny

i z powagą wyrzekł tkliwą:

— Oto jest twój sługa wierny.

Tu popatrzył w twarz jej białą

i zapytał: — Co się stało?

Wróżka smutnie uśmiechnięta

wysunęła dłoń z koronek.

— Prysła moja moc zaklęta,

utraciłam mój pierścionek.

— Kra! kra! — padło w zamku ciszę. —

Cud-królewno, co ja słyszę?

— Cyt, cyt, bo nas kto podsłucha —

szepnie wróżka, kryjąc lice.

— Drogi kruku, nachyl ucha,

zwierzę ci mą tajemnicę.

W mrocznej sali pani blada,

sploty włosów mnąc z rozpaczy,

coś krukowi szeptem gada,

a kruk słucha, a kruk patrzy.

Gdy mu barwnie nakreśliła,

jak Sobótka dwa gawronki

przez jej sad przeprowadziła

skryte w fałdach swej kieszonki.

I jak z Butką ptaszki kuse108

odegnały precz pokusę...

Kruk odsapnął ze wzruszenia,

po czym modą staroświecką

w łeb się skrobnął od niechcenia

i rzekł: — Mądre, mądr-r-re dziecko!

A gdy dwaj figlarze mali,

dziób otarłszy ze śmietany,

w pawie stroje się przebrali

i wesołe wszczęli tany —

kruk roześmiał się z uciechą

aż dźwięknęło w sali echo:

— Kra! kra! a to sprytne sztuki!

Mądre jak prawdziwe kruki!

Toż to matka dziób rozdziawi,

gdy zobaczy ich strój pawi!

I skrzydłami zaszeleści,

I znów słucha opowieści.

To pochyla swój łeb kruczy,

to z podziwu wzrok wyłupia,

to podgardle gładząc, mruczy:

— Hm... ta Butka też niegłupia...

Lecz gdy wróżka w trwożnej męce

jękła109, łamiąc białe ręce,

że najmilsze jej dzieciątko

zamieniło się w prosiątko,

że pierścionek jej porwało

i z rodzeństwem w dal pognało

i że biedne to maleństwo

może wpaść w niebezpieczeństwo,

bo magicznych potęg siły

nie rozumie dzidziuś miły...

Kruk poderwał się na nogi:

— Cud-królewno, zbądź się trwogi!

Kruk ma łeb nie od parady,

zaraz leci na wywiady

i kpem byłby, gdyby wkrótce

nie miał wieści o Sobótce.

Niech się pani ma nie smuci.

Kruk z pierścionkiem w lot powróci.

Cześć ci składa sługa wierny!

Błysnął frędzli splot misterny,

drgnęły fałdy u kotary

i jak widmo znikł kruk stary.

Słucha wróżka w szklanej sali,

jak szum skrzydeł cichnie w dali.

I tak marzy drżąca, trwożna:

— Gdybyż tak zobaczyć można,

gdzie jest moja niezabudka,

okrąglutka, mała Butka!

Gdybyż ujrzeć choć z daleka,

co maleńką w domu czeka?!

Czy co110 dziecku się nie stanie,

gdy ją ujrzą w tej przemianie?

I co powie dzidzia słodka,

jeśli mego kruka spotka?

Gdy tak stoi, cisnąc czoło

i o los Sobótki pyta,

nagle jasne, świetlne koło

u jej drobnych stóp wykwita.

Księżyc swoją tarczą zbladłą

w krągłe zajrzał przezieradło.

(W dawnych czasach takie miano

nader trafnie lustrom dano).

Pamięć jakiejś tajemnicy

twarz rozjaśnia Cud-dziewicy.

Przyciskając dłonią serce,

cicha, lekka jak widziadło

sunie z wolna przez kobierce111

i zdejmuje z ścian112 zwierciadło.

Jeśli pamięć jej nie myli,

w lustrze owym w każdej chwili

ujrzeć może, co się plecie

na dalekim, ludzkim świecie.

Byle zbudzić moc zaklętą

na pieczęci siedm113 zamkniętą!

Bije serce Cud-dziewicy,

w lustrze topi błysk źrenicy.

Włosów wonnych aureola

jej przecudną twarz okola114.

W czarnoksięskich zmagań walce

prężą się jej zwinne palce...

Kreślą dziwne jakieś znaki:

koła, węże i zygzaki.

Rozchylone krwawe wargi

szepcą groźby, szepcą skargi.

Szemrzą wciąż tą samą nutką:

— Mów, co dzieje się z Sobótką!

Owe prośby i rozkazy

wróżka siedm wyrzekła razy.

I zbudziła moc zaklętą,

na pieczęci siedm zamkniętą!

Ze zwierciadła tafli szklistej

trysnął iskier snop ognisty.

Lustro głośno zachrapało

i wyrzekło z miną gniewną:

— Cóż się tam, u licha, stało?

Czego budzisz mnie, królewno?

— Przez czarodziejstw moc zwycięską,

moc magiczną, czarnoksięską,

rozkazuję tobie krótko:

Mów, co dzieje się z Sobótką!

Czeka chwilę Cud-dziewica —

w lustrze tworzy się mgławica.

Lustro sapie, mruczy, stęka,

a wtem pieczęć siódma pęka

i na czystym szkle bez skazy

ukazują się obrazy.

Mkną po tafli zwierciadlanej,

barw tysiącem malowanej.

Jakby w bajce, jakby w kinie

wszystko widać w tej godzinie.

A co więcej... w nocnej ciszy

Cud-królewna głosy słyszy.

Z lustra głosy płyną do niej

jak w najlepszym gramofonie.

Wszystko, wszystko, co się plecie

na dalekim, ludzkim świecie —

wszystko, co by wiedzieć chciała,

widzi, słyszy wróżka biała.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Płynie księżyc coraz bladszy

Cud-królewna w lustro patrzy.

Rozdział IX. Co zobaczyła wróżka w czarnoksięskim zwierciadle

W domku majstra u przedmieści,

co się bieli hen, daleko —

słychać głośny płacz niewieści;

to z majstrowej ócz115 łzy cieką.

Choć spóźniona już godzina,

nikt nie zasiadł do wieczerzy;

płacze matka u komina,

krając chleba bochen świeży.

Jeśli jeszcze i noc zleci

i nie wrócą się do domu

jej najmilsze, słodkie dzieci?

komu chleb ten odda? komu?

Bochen wypadł z drżącej dłoni,

twarz ukrywszy w brzeg fartucha,

matka łzy bolesne roni

i znów czeka, i znów słucha.

Od południa czeladnicy,

mąż i sąsiad jaki taki

wciąż szukają w okolicy,

czy nie trafią na ślad jaki116?

Aż pan majster, strapion srodze,

poszedł szukać drogich dzieci

do gospody — co przy drodze

wielkich liter złotem świeci.

„Tu jest wiszynk pot ko Gutkiem

gdzie spżedają Piw o Zwódkiem”.

Ojcu snuło się po głowie,

że się tam o dzieciach dowie,

zaczem w kącie zasiadł ciszkiem117,

trąbiąc kielich za kieliszkiem.

I tak martwił się głęboko:

— Furdum, burdum, mocium panie!

Aż mgłą zaszło jego oko

i — rozległo się chrapanie.

Gdy tak w zgiełku i hałasie

majster Tydzień śpi, aż miło,

spójrzmy z wróżką, co w tym czasie

w domu jego się zdarzyło.

W ciągłej pracy, w ciągłym ruchu

drepce zacna Imć Niedziela.

Teraz piernat118 niesie z puchu

i na łóżku go rozściela.

Aż jęknęła: — Dobry Boże!

i ty Matko, Mario święta!

Daj niech się już tak nie trwożę,

Niech się znajdą me pisklęta!

To błagalnie wznosi dłonie:

— O Antoni z Padwy święty119!

Ty niebieski nasz patronie!

Spraw w Twej łasce niepojętej

niech odnajdę moją zgubę!

Niech się wrócą dziatki lube,

a ja ku Twej wiecznej chwale

biednym oddam me korale!

I nie mogąc przyrzec więcej,

chwyta w dłonie piernat z pierza

i w bolesnej serca męce

puch pobija w takt pacierza.

(I tu, widno jak na dłoni,

Święty pomógł jej Antoni).

Bo wtem... Co to? Wielki Boże!

Słychać jakiś kwik u bramy

i znajomy głos na dworze

pisnął cienko: — Chciem do mamy!

Butka? dzieci? Matka blednie,

takie szczęście nią owładło120,

że w radości swej bezwiednie

biegnie, ciągnąc — prześcieradło!

Wtem trzasnęły drzwi z łoskotem

i przed drżącą z szczęścia121 matką

zakurzone, zlane potem

staje... krągłych prosiąt stadko.

Panno święta! O anieli!

a dziateczki zgodną gamą

jak nie kwikną ku Niedzieli:

— Krum, krum, mamo! mamo! mamo!

A prosiątko z minką Butki

już za szyję matkę dusi,

ryjek tuli okrąglutki,

piszcząc: — Butka u mamusi!

Drgnęło serce dobrej matki,

już nie patrzy, już nie pyta

ani dociec chce zagadki,

tylko ściska, tylko wita.

Tylko tuli upojona

świńskie ryjki, świńskie łebki

i powtarza ich imiona,

i całuje w ryjki, w ślepki...

Twarz jej liże sześć ozorków;

słychać piski, słychać śmiechy,

a ogonki u rozporków

kręcą młyńca w znak uciechy!

Przygarnąwszy wszystkie społem

niby kokosz swe pisklęta,

matka sadza je za stołem,

błogim szczęściem wskroś przejęta.

Toż kwik rozległ się w izdebce,

gdy im wniosła z kaszą mleka.

Dziatwa krząka, mlaska, chłepce,

aż jej płyn po ryjkach ścieka.

I majstrowa sama nie wie,

gdy tak tłoczą się przy misie,

czy w pokoju jest, czy w chlewie?

czy jej wszystko tylko śni się?

Wtem głos Butki się podniesie

(małą pchają wciąż do ściany),

— Pseciez Butce tez jeść chce się,

dosyć macie juz, gałgany!

Matka oczom swym nie wierzy,

bo prosiątka w tej minutce

odskakują od wieczerzy,

robiąc miejsce małej Butce.

A Sobótka, niczym dama,

łebkiem kiwa im łaskawie:

— Jak się dobze najem sama,

to tloseckę wam źośtawie.

Chodźcie ź Butką papać ptaski,

chodźcie plędko, gawlonaski!

Na to z kąta popod ławą

para ptasząt kształtu kruka

wyskakuje na stół żwawo

i dziobami w miskę stuka.

To naprawdę nie do wiary!

Ze zdumieniem matka patrzy —

— Czy to sen jest? czy to czary?

mówcie, dzieci, co to znaczy?

Na to dziatwa wszczyna kłótnię,

wszystkie drą się, krzyczą naraz

i tak plotą bałamutnie122,

taki robią zgiełk i hałas,

że majstrowa nic nie słyszy,

jakby tartak miała w głowie,

aż znów Butka ich uciszy:

— Niech najlepiej Śloda powie!

Cud naprawdę, co się dzieje:

na głos małej wieprzków stadko

ryjki zwiera i... niemieje!

patrząc w Butkę z miną rzadką.

Tylko świnka z noskiem Środy

na kolanach matki siada

i niezwykłe ich przygody

Imć Niedzieli opowiada.

Jak gawronki dwa spotkali,

którym obdarł kot ogonki,

jak ubranka potargali

i do wróżki szli przez łąki;

jak za wielką złotą bramą

zostawili Butkę samą

i tak się o Butkę bali,

że przez mur się w sad dostali

i owoców widząc tyle,

przystanęli tam na chwilę...

Tu wstyd zdławił małą świnkę

i jąkając się, powiada:

— Gdyśmy zjedli odrobinkę,

przyszła jakaś pani blada

i... i strasznie się złościła,

i... i w świnki nas zmieniła...

Raptem Butka sprawiedliwa

potok słów przerywa Środzie:

— To jest plawda nieplawdziwa,

tak nie było w tym oglodzie!

Oni ładny bal źrobili,

wsystko zjedli, polamali,

takie, mamo, glube byli,

bo tak stlaśnie się napchali.

Wlóźka baldzo się maltwila,

dobze ze ich nie wybila,

bo mnie nić nie źośtawili,

tylko wsystko poniscyli!

Próżno dziatwa Butkę straszy,

chce jej przerwać, kwiczy, tupie —

Butka z ryjkiem pełnym kaszy

kończy: — Oni baldzio głupie!

I z pogardą dzieci zmierzy...

Na to banda w bek uderzy.

Płacze gorzko i majstrowa...

Jezu Chryste, co się dzieje!?

Na toż ona dzieci chowa,

by wyrosły z nich złodzieje?

I swawolą ich przejęta

rzekła do nich we łzach cała:

— Cudza własność to rzecz święta,

słuszna kara was spotkała.

Ach, mówiłam nieraz, dziatki,

kto nie słucha ojca, matki,

ten psiej skóry słuchać musi,

bo go diabeł zawsze skusi.

Ot i przyszła kara Boska,

teraz kształty prosiąt macie —

i tu nagle się zatroska:

— Jak ja was pokażę tacie?

Wzmógł się na to płacz dziateczek:

szlocha matka z twarzą zbladłą,

a że wszystkim brak chusteczek,

więc łzy leją — w prześcieradło.

Potem chciała Środa dalej

opowiedzieć o pierścieniu,

lecz nie dało się to wcale —

bo po ciężkiem odetchnieniu

małe licho, mrużąc oczy,

rzekło: — Telaz Butka syta,

niech juz Śloda nie tlajkocy,

Butka będzie spać i kwita!

A sio! dość juz macie kaski,

idźcie na piec, gawlonaski!

Ledwie rzekła to dziecina,

Środa zdanie w pół ucina,

a na piecu dwa gawronki

roztaczają swe ogonki.

Próżno matka prosi, pyta,

bractwo stoi oniemiałe,

a Sobótka jak zabita

śpi — zwiesiwszy uszka małe.

Lęk ogarnął Imć majstrową,

skłopotaną chyli głowę

i zgarnąwszy stadko razem,

przed ołtarzyk z dziećmi zmierza,

by jak co dzień przed obrazem

klęknąć z nimi do pacierza.

I drży z trwogi, czy zła siła

serc jej piskląt nie zmieniła?

Lecz po chwili z ulgą widzi

(choć ich łkanie rwie jej duszę),

że się dziatwa psot swych wstydzi,

że uklękła w wielkiej skrusze

i że w myśli litanijki123

szepce, we łzach kąpiąc ryjki.

Więc dodaje malcom ducha:

— Kto zamyśla o poprawie,

tego pewnie Bóg wysłucha

i przebaczy mu łaskawie.

Może wam i karę skróci —

śpijcie, drogie niebożęta!

Może tatko dziś nie wróci...

Wejrzyj na nie, Panno święta!

Z tej pociechy wielce rada

banda biednych, małych świnek

wkrótce w słodki sen zapada,

nos wetknąwszy w puch pierzynek.

Z Butką trudu jest najwięcej —

ani drgnęła jej powieka,

kiedy wziąwszy ją za ręce,

matka z niej sukienki zwleka.

Sapie przy tym tak szczęśliwie,

że majstrowa ją przyciska

i całuje w pyszczek tkliwie...

Wtem, gdy na nią patrząc z bliska,

rysów szuka swej dziecinki,

widzi — że pierścionek złoty

pulchną łapkę małej świnki

wężowymi objął sploty.

Znów niepokój matkę ściśnie;

smutnie patrzy na Sobótkę:

Czyżby mała lekkomyślnie

skradła komu tę błyskotkę?

Boże drogi! Boże miły,

co te smyki nabroiły!

Z wolna pierścień drżącą dłonią

ściąga — kładzie pod obrazem,

gdzie Padewski się Antonio

chyli, z dobrych ócz wyrazem.

Lecz gdy wraca od łóżeczka,

w którym szósta śpi świneczka,

raptem oczy słoni ręką,

bo ujrzała przez okienko,

że ptak jakiś w pierścień wlepia

dwa świecące, krągłe ślepia.

Szybko, krzyża czyniąc znaki,

zatrzaskuje okiennicę;

mary to? czy wilkołaki?

wszędzie dziwy, tajemnice...

Lecz już zgadnąć się nie sili,

czego chce ten opętaniec?

Wzdycha, nisko głowę chyli

i odmawia swój Różaniec124.

Gdy tak klęczy na podłodze,

zadrzemało się niebodze.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtem do uszu Imć Niedzieli

dobiegł jakiś głos z gościńca,

majster, ile sił w gardzieli,

śpiewa, laską czyniąc młyńca:

Pije Kuba do Jakuba,

Jakub do Michała,

Pijesz ty, piję ja,

Kompanija125 cała!

Matka porwie się na nogi,

szybko w światło lampy dmucha,

bo już majster wchodzi w progi,

wyśpiewując z miną zucha:

A kto nie wypije,

tego we dwa126 kije:

łupu-cupu po kożuchu!

Tego we dwa kije!

Tu się majster w animuszu127

w izbę wtoczył w kapeluszu.

Ledwie jednak spojrzał wkoło,

poznał swoją połowicę,

zdjął kapelusz, otarł czoło

i strapiło mu się lice128.

— Oj, żonusiu, oj, Niedziółko,

tak i chodzę, chodzę w kółko.

A tu niby księżyc świeci,

a ja szukam, szukam dzieci,

tak i chodzę, chodzę, chodzę,

a tam świeci się przy drodze,

i wypiłem kieliszeczek

tak za zdrowie mych dziateczek,

i za twoje, mamo, zdrowie...

I... i szum mam teraz w głowie!

Jeden duży i dwa małe

i zalałem troszkę pałę129.

Widzisz, żonciu, to nie dziwy,

gdy kto130 taki nieszczęśliwy!

Tu pan majster w głos zaszlocha,

toć on dziatki z serca kocha!

— Cyt, cyt, Tydziu... drogi, miły,

Bóg wysłuchał prośby matki,

dzieci nasze powróciły,

troszkę tam zniszczyły szatki,

różne przejścia miały, tatku,

bo zbłądziły na ostatku.

Wielki z tego był ambaras,

tylko... stygnie nam wieczerza;

chodź, opowiem wszystko zaraz...

Ciągnie majstra do alkierza.

Ale majster szczęśliw wielce

ręce składa: — A wisielce!

Moje małe, drogie smyki!

Jutro, tego, dam im wnyki131;

jutro, tego, będzie lanie,

furdum, burdum, mocium panie!

Ale dzisiaj, panie tego,

ucałuję raz każdego!

Żona go za połę chwyta:

— Nie, nie Tydziu, chodźże ze mną,

ujrzysz dzieci, gdy zaświta,

teraz przecież w izbie ciemno.

Zrobisz rwetes132, zrobisz hałas

i pobudzisz dziatki zaraz!

I gwałtowną czując trwogę,

dłońmi mu zagradza drogę.

Ale majster ją odpycha:

— Duszko moja, cóż, u licha,

cóż takiego im się stanie,

choć ich zbudzę, mocium panie?

Pocałuję raz każdego,

raz przytulę ich do serca.

Przeciem ojciec, panie tego,

a nie żaden ludożerca!

O straszliwej męki chwila!

Widzi matka, jak się schyla

i jak wielkie swe wąsiska

w puch poduszki białej wciska.

Pocałował — bez hałasu;

ale zamiast lic atłasu

na buziakach swych dziewczynek

wyczuł ostry włos szczecinek.

Czyżby go zamroczył trunek?...

Drugi składa pocałunek

i znów, rzecz to niepojęta,

w usta kłuje szczeć133 przeklęta.

Szybko się do chłopców zwraca,

po poduszkach dłońmi maca

i z okropnym strachem w duszy

czuje świńskie ryjki, uszy,

świńskie karczki, świńskie brzuszki

ułożone na poduszki.

Otulone i nakryte

śpią prosięta jak zabite.

Wtedy krzyknął majster: — Żono!

Uczyniłaś rzecz szaloną!

Odkądże ci się zachciewa

mieć za dzieci świnie z chlewa!

Precz mi z łóżka, precz, prosiaki,

ja się wam tu dam we znaki!

I gniew taki w majstrze zbiera134,

że pierzynki z malców zdziera,

a że w głowie okowita135

szumi — nóż ze stołu chwyta.

Z nożem leci do Sobótki!

Jeden błysk jak mgnienie krótki

i... coś hukło136 na kształt gromu,

aż się wstrząsła chatka cała...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

To w królewny szklanym domu

wiotka postać się zachwiała —

o marmury lustro jękło

i w sto części się rozpękło,

a królewna na kobierce

padła, dłońmi cisnąc serce.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I już nie wie wróżka biała,

że ocalił jej maleńką

kruk — co szybciej niźli strzała

przez wyrwane wpadł okienko.

Że zakrakał na pułapie

tuż nad głową jej dziecięcia

i pierścionek dzierżąc w łapie,

w głos wymówił te zaklęcia:

„Na usilne me żądanie,

Cud-królewny rozkazanie,

zanim pamięć słów uleci,

niech się świnki zmienią w dzieci!”.

Że na wronki skinął potem

i że znikli z piór łopotem.

Nie wie też, że majster biedny

krzyża zrobił ruch bezwiedny,

że ujrzawszy czarne ptaki,

nóż wypuścił z drżącej dłoni,

myśląc, że to są majaki,

że mu wódka w uszach dzwoni...

Bo gdy spojrzał znów na łoże

ujrzał małe swe niebożę,

jak zwinięte na kształt kulki

śpi podparte rączynami

i owite w biel koszulki

razem z Środą i chłopcami.

Wtedy z twarzą łzami zlaną

padł przed żoną na kolano,

krzycząc: — Nigdy, żono luba,

nie zaleję więcej czuba!

A Niedziela rozrzewniona

czule wzięła go w ramiona.

Po czym mąż i żona społem137

z rozjaśnionym klękli czołem

i pobożne wznieśli pienie

za dziateczek ocalenie.

A gdy wreszcie z klęczek wstali,

znów serdecznie się ściskali

i pokładli się z kolei

pełni szczęścia i nadziei.

Cyt... usnęła majstrów para,

Słychać jeno tyk zegara.

Rozdział X. Jaki gość nawiedził domek państwa majstrów i co w snach Butki wyczytał

Śpią Imć Tydzień i Niedziela,

postulały dziatki oczy;

noc nad domkiem się rozściela,

noc ciemnością izbę mroczy.

Drży płomyczek lampki słaby,

płynie letniej nocy gwara,

gdzieś kumkają sennie żaby —

w izbie słychać tyk zegara.

Wtem na jego białej tarczy

poruszyła się wskazówka...

W pudle głośno coś zawarczy

i wyskoczy ptasia główka.

Kuku! kuku! kuku! drze się

aż się głos po izbie niesie;

wykukała północ z śmiechem138

i w głąb skryła się z pośpiechem.

Coś w zegarze głucho trzasło139

i... światełko lampki zgasło.

Wtedy nagle, w wnętrzu140 chaty

zapachniały cudnie kwiaty

i spłynęła w nocną ciszę

z niewidzialnych dłoni grajka

pieśń — co tuli i kołysze,

pieśń czarowna niby bajka.

Pieśń, co barwę bierze z tęczy,

pieśń, co pąki róż rozchyla,

co na strunach serca dźwięczy

i na skrzydłach gra motyla.

Pieśń, co koi i weseli —

Z pieśnią spływa — pani w bieli.

Sunie jasna i przeźrocza141,

lekka, cicha i powiewna,

jak pachnący kwiat — urocza,

kryształowa Cud-królewna.

Uśmiechnięta czule, słodko

lice chyli nad Sobótką.

Wolno bierze ją w ramiona

i na brzegu łoża siada,

i przytula ją do łona,

i najdroższe liczko bada.

Miękkie włosy pięknej wróżki

oplatają niby wieńce

Butki plecki, Butki nóżki,

całe ciałko jej dziecięce.

W złocie włosów jak w kolebce

śpi najmilsza jej dziewuszka;

wróżka tuli ją i szepce

w bijącego takt serduszka:

Butko maleńka,

słodka dziecino,

przyszłam do ciebie

cichą godziną.

Przyszłam do ciebie,

ptaszku maleńki,

by ci wyszeptać

słowa podzięki.

Za twoją sprawą,

dzidziusiu miły,

wszystkie me więźnie142

w dom143 powróciły.

Już mi ich smutek

serca nie truje,

więc się radosna

i wolna czuję.

I chodzić będę

w wonnym ogrodzie,

i snuć marzenia

w cichym zachodzie,

że nauczone

na twym przykładzie

przybiegną dziatki

igrać w mym sadzie.

Przez złote wrota

jak szczęścia gońce

wbiegną i wniosą

radość i słońce!

I pusty pałac

rozdzwoni echem,

dziecięcym gwarem,

dziecięcym śmiechem.

I zamyślone

utoną oczy

w dziecięcej duszy

toni przeźroczej...

Aż znów odlecą

ptaszęta złote

i w dal poniosą

moją tęsknotę...

Tak w różowe Butki uszka

cichym głosem szemrze wróżka

i znów garnie ją, i tuli

w woniejących włosów luli.

Czymże cię, Butko

wdzięczna, nagrodzę?

Czymże dzieciństwa

lata osłodzę?

Dni twych minionych

niech pamięć wskrześnie144,

marzenia twoje

ukaż mi we śnie.

Za hart twój, Butko,

za twoje męstwo

wszystko, co145 pragniesz,

dam ci maleństwo.

W pierścień zdobną, lekką ręką

nad jej czółkiem krąg zatoczy

i przygarnie znów maleńką,

i w zamknięte patrzy oczy.

Lecz nie może u dzieciny

snów rozplątać gmatwaniny,

bo każdziutkie jej życzenie

znika — niby oka mknienie146.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Parę łyżek miodu w garnku —

nieskończona kiedyś bajka —

jakaś lalka na jarmarku —

piernik w kształcie Mikołajka —

znalezione jajko kurki —

jakieś szkiełko, jakieś sznurki —

rzemiennego sprzączka paska —

jakiś guzik, strzęp obrazka...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

(Skarby, które chłopcy mali

zwykle Butce wydzierali).

To w jej snach się teraz kręci,

to jedynie ma w pamięci.

Patrzy wróżka zadumana —

Butka śmieszy ją i wzrusza;

jakże-bo147 skomplikowana

jest małego dziecka dusza!

Lecz te strzępki, te błyskotki,

toć to rzeczy bez znaczenia...

Czyż nie znajdzie u Sobótki

większych pragnień lub marzenia?

Wtem spostrzegła, że różowa

buźka dziecka się uśmiecha,

ustka szepcą jakieś słowa,

w całym ciałku drży uciecha.

Gdzieś chcą biegnąć małe nóżki,

w włosów plącząc się atłasie,

a rozwarte jej paluszki

coś uchwycić pragną, zda się.

(To w ogródek — co malutki

wyrósł nagle wkoło Butki

i owocem ciężkim gnie się,

sen tłuściutką Butkę niesie).

Biegnie, biegnie za morelką,

za brzoskwinią, za jabłuszkiem,

to znów gruszkę goni wielką

z smakowitym148, kraśnym brzuszkiem.

Już się zdaje, że dzieweczka

w buzi słodycz soku czuje,

tak jej drobne drżą usteczka,

tak języczkiem coś smakuje.

Ale obraz w dal ucieka!

Wokół Butki głucha pustka,

żal twarzyczkę jej powleka,

w podkóweczkę zgięła ustka

i z wyrazem smutku, nudy —

śpi cichutko — tak jak wprzódy.

Za to twarz królewny biała

niby zorza zróżowiała,

bo wyraźnie teraz widzi

za czym tęskni małe dzidzi.

Na buzieńkę swej dzieciny

pocałunków spada gradem...

W dołek wkłada ją pierzyny

i uchodzi — duchów śladem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pierwsze kury pieją w dali.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Lampka się jak pierwej pali,

a w mrok izby przez okienko

zaglądają: świt z jutrzenką.

Rozdział XI. W którym marzenie Sobótki zamienia się w rzeczywistość

Słońce stało już wysoko,

gdy dźwignęła się z pościeli,

przecierając senne oko,

postać zacnej149 Imć Niedzieli.

Co to? Siódma już godzina?

Skądże jej się tak zaspało!

Tu z wysiłkiem przypomina,

co w wczorajszym150 dniu się stało.

Co to było? Wielki Boże!

Czy to prawda, czy sen może?

Aż uwierzyć trudno prawie,

że to działo się na jawie...

Okiem rzuca na posłanie:

śpią najmilsze jej dziateczki;

a tu leży ich ubranie —

zdarte suknie151 i majteczki.

Toż ją znowu czeka praca!

Co za dziury! co za dziury!

Suknie bada i przewraca,

czoło jej zaległy chmury.

Oj, przebrały smyki miarę!

Już majstrowej nic nie wzruszy,

niech dostaną dobrą karę,

niech im ojciec da za uszy.

Niech pocierpią raz dziateczki,

skoro nie ma na nie rady...

A wtem zbladła... nuż z wycieczki

pozostały inne ślady?

Imć majstrową przeszły dreszcze;

dłonią sięga w głąb pierzynek

i... wyciąga — ciepłe jeszcze

skórki sześciu małych świnek.

Szybko, modląc się po cichu,

po drabinie w górę pnie się

i do skrzyni, co na strychu,

dowód hańby dziatek niesie.

Wielka w niej wezbrała ulga,

gdy zapadło wieko skrzynki,

i pośpiesznie w dół się kulga152,

jakby za nią gnały... świnki!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A tymczasem, tak jak co dnia,

hałas zerwał się na dole;

to dziateczki Imć Tygodnia

rozpoczęły już swawolę.

Tu poduszka w górę lata,

aż się sypie wkoło pierze,

ten warkocze siostrom splata,

tych dwóch się za czuby bierze.

Zgiełk przerwało wejście matki;

oj, surową ma dziś minę.

W rękach trzyma ich manatki

i... rzemienną dyscyplinę.

Wszystkie rzeczy te w paradzie153

na zydelku154 majstra kładzie.

Pospuszczały główki zuchy;

nikt nie śmieje się, nie szepce,

słychać brzęk lecącej muchy...

makiem zasiał w ich izdebce.

Czy nie boskie to skaranie?

Jak zamówił, będzie lanie!

Lecz że ojciec jeszcze chrapie,

banda matkę w krąg otoczy;

każdy ją za szyję łapie,

każdy jej zagląda w oczy.

— Mamo! mamciu! rybko! kiciu!

ocal dzieci przed kłopotem,

nie zbroimy nigdy w życiu,

tylko nie mów ojcu o tem155!

— Daj, mateczko, szatki inne!

Czwartek chlipnie, Piątek jęknie —

I na prośby ich dziecinne

serce matki jak wosk mięknie.

Takie miłe te nicponie156!

Tyle rączek ją oplata,

tak się tulą, garną do niej...

Niech tam! suknie im wyłata.

I poczciwa Imć Niedziela

nowe szatki im rozdziela.

Toż to radość! toż to pycha!

Duszą dziatki Imć majstrową,

aż z radości każdy prycha,

przywdziewając suknię nową.

Właśnie był to dzień świąteczny;

(zwykle w święto uroczyste

każdy stara się być grzeczny

i mieć twarz i ręce czyste).

Grzeczne są i majstrów dzieci.

Chłopcy gęste mają miny157

każdy pozór ma waszeci158

od nóg bosych do czupryny!

Mała Butka z miną hardą

kręci się jak krągła kulka,

bo wspaniałą swą kokardą

oczarować chce ojczulka.

— Tato! — krzyczy — na śniadanie!

Wśtawaj tato, mocium panie! —

I w zamknięte drzwi alkierza159

piąstką raz po raz uderza.

Lecz się próżno Butka trudzi:

majstra — nic dziś nie obudzi.

Urażona tym dziecina

już odbiegła do okienka,

po krzesełku się wyspina160

i w otwartym oknie klęka.

Aż tu w rączki jak nie klaśnie,

jak nie krzyknie, jak nie wrzaśnie,

jak nie piśnie jak najgłośniej:

— Patscie, patscie, co tam lośnie!

Oglód, oglód mój malutki!

Oglód psysed do Sobótki!

Mamo! mamo! dzieci! dzieci!

I jak piłka na dwór leci.

Zatupały dziatek pięty,

wzniósł się ciemny obłok kurzu;

pędzą — a tu świat zaklęty

czar roztoczył na podwórzu.

Sad prześliczny, karłowaty,

z owocami przepysznemi161,

raptem wkoło białej chaty

wyrósł — niby grzyb spod ziemi.

Patrzą dzieci, matka patrzy,

wśród gałązek coś szeleści...

To na korze od szkła gładszej

złoty napis wszystkim wieści:

„Za szlachetność jej serduszka

Butce w dani składa — wróżka”.

Matka Butkę w pół porywa,

łez potokiem twarz jej zlewa,

upojona i szczęśliwa

w czarodziejskie patrzy drzewa

i krzyż znacząc nad jej czołkiem,

woła: — Butko! tyś aniołkiem!

Piszczą dzieci, szlocha matka,

biegnie ta i ta sąsiadka,

pędzą dziewki, czeladniki,

„Hurra!”, drą się uliczniki.

Każdy gapi się i pyta,

każdy złoty napis czyta.

A maleńka bohaterka

to na sad swój z dumą zerka,

to na gałąź ponad daszkiem,

gdzie gawronek z gawronaszkiem

dziobem kręcą w lewo, w prawo,

kracząc Butce: — Brrrawo! brrrawo!

Słysząc tyle zgiełku, wrzawy

majster rzucił też posłanie

I wychylił nos ciekawy,

i zakrzyknął: — Mocium panie!

i z ust mu wypadła fajka...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I skończona moja bajka.

Przypisy:

1. imć (daw.) — skrócona forma grzecznościowego „jej/jego miłość”, „jej-/jegomość”. [przypis edytorski]

2. duchem (daw.) — szybko, bez zwłoki. [przypis edytorski]

3. chwat (daw.) — ktoś dzielny, odważny, zaradny. [przypis edytorski]

4. antałek — beczułka na wino lub piwo. [przypis edytorski]

5. cal — jednostka miary (2,54 cm) dziś używana już tylko w krajach anglosaskich. [przypis edytorski]

6. trzewik (daw.) — but. [przypis edytorski]

7. wieść prym — być w czymś pierwszym, przewodzić. [przypis edytorski]

8. toż — tu: przecież. [przypis edytorski]

9. gagatek — ziółko, ananas. [przypis edytorski]

10. mocium panie (daw.) — zniekształcona forma grzecznościowego „miłościwy panie”. [przypis edytorski]

11. bez mitręgi — bez zwłoki. [przypis edytorski]

12. basarunek (daw.) — lanie. [przypis edytorski]

13. na toż (daw.) — po to. [przypis edytorski]

14. waćpan (daw.) — forma skrócona od „waszmość pan”. [przypis edytorski]

15. waść (daw.) — skrócona forma grzecznościowego „wasza miłość”. [przypis edytorski]

16. duszko (daw.) — zwrot wskazujący na serdeczne uczucia wobec drugiej osoby (dziś powiedzielibyśmy: „skarbie”, „kochanie”). [przypis edytorski]

17. nadto — tu: za bardzo. [przypis edytorski]

18. dyscyplina — tu: rózga. [przypis edytorski]

19. traktament (daw.) — tu: sposób potraktowania. [przypis edytorski]

20. dziatki (daw.) — dzieci. [przypis edytorski]

21. przycupły — dziś popr.: przycupnęły. [przypis edytorski]

22. było strachu trocha (daw.) — było strachu trochę. [przypis edytorski]

23. strapienie — zmartwienie, kłopot. [przypis edytorski]

24. wdawać się — tu: zadawać się. [przypis edytorski]

25. z szkrabami — dziś popr.: ze szkrabami. [przypis edytorski]

26. z śmiechem — ze śmiechem. [przypis edytorski]

27. przecie (daw.) — przecież. [przypis edytorski]

28. Wiwat — okrzyk radości. [przypis edytorski]

29. kontusz (daw.) — staropolski strój męski. [przypis edytorski]

30. roztargać się — tu: podrzeć się, rozedrzeć się. [przypis edytorski]

31. hajdawery (daw.) — szerokie spodnie. [przypis edytorski]

32. zaczem (daw.) — dlatego, skutkiem tego. [przypis edytorski]

33. ambaras (daw.) — kłopot. [przypis edytorski]

34. do dom — dziś popr.: do domu. [przypis edytorski]

35. gdzie — dziś popr.: gdzieś. [przypis edytorski]

36. ócz — dziś popr.: oczu. [przypis edytorski]

37. pokotem — jedno obok drugiego, razem. [przypis edytorski]

38. gawron był i wrona — gawron i wrona to dwa różne gatunki ptaków, choć oba należą do rodziny krukowatych. [przypis edytorski]

39. nastawia — dziś popr.: nadstawia. [przypis edytorski]

40. łapie — zarówno wrony, jak i gawrony mają raczej nogi i pazury niż łapy. [przypis edytorski]

41. mores — karność. [przypis edytorski]

42. basy (daw.) — lanie. [przypis edytorski]

43. dzierlatka — tu: gatunek skowronka. [przypis edytorski]

44. skroić kurtę (daw.) — obić kogoś. [przypis edytorski]

45. zawracać się — dziś popr.: zawrócić, wrócić. [przypis edytorski]

46. popod (daw.) — pod. [przypis edytorski]

47. kto — tu dziś popr.: ktoś. [przypis edytorski]

48. nuż (daw.) — wyraz niepewności, podejrzliwości. [przypis edytorski]

49. jakie — dziś popr.: jakieś. [przypis edytorski]

50. podwoje — wielkie, dwuskrzydłowe drzwi. [przypis edytorski]

51. kto — tu dziś popr.: ktoś. [przypis edytorski]

52. co — tu dziś popr.: coś. [przypis edytorski]

53. hurmem (daw.) — wszyscy razem, kupą. [przypis edytorski]

54. pięście — dziś popr.: pięści. [przypis edytorski]

55. wyspina — dziś popr.: wspina. [przypis edytorski]

56. junak — śmiałek, odważny chłopak. [przypis edytorski]

57. pacierz — dawniej także jednostka czasu (tyle, ile trzeba, żeby odmówić chrześcijańską modlitwę Ojcze nasz). [przypis edytorski]

58. parobek — dawniej robotnik, którego zatrudniano do pracy w gospodarstwie. [przypis edytorski]

59. zmilkły — dziś popr.: zamilkły. [przypis edytorski]

60. pisły — dziś popr.: pisnęły. [przypis edytorski]

61. dzióbły — dziś popr.: dziobnęły. [przypis edytorski]

62. ze czcią — dziś popr.: z czcią. [przypis edytorski]

63. winograd (daw.) — winorośl. [przypis edytorski]

64. wyroić — tu: wyobrazić sobie. [przypis edytorski]

65. z zdziwioną — dziś popr.: ze zdziwioną. [przypis edytorski]

66. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

67. kraśny (daw.) — tu: czerwony. [przypis edytorski]

68. chichotek — dziś popr.: chichotków. [przypis edytorski]

69. krygi (daw.) — przesadne, przerysowane ruchy. [przypis edytorski]

70. zgniewana — dziś popr.: zagniewana. [przypis edytorski]

71. wrzasła — dziś popr.: wrzasnęła. [przypis edytorski]

72. wprzódy (daw.) — wcześniej, najpierw. [przypis edytorski]

73. cieką — dziś popr.: ciekną. [przypis edytorski]

74. krużganek — otwarty korytarz wokół dziedzińca (czyli podwórza) dużej budowli. [przypis edytorski]

75. mikrob — najmniejszy organizm żywy. [przypis edytorski]

76. karlik — tu: mały skrzat, karzełek. [przypis edytorski]

77. kędy (daw.) — tu: gdzie. [przypis edytorski]

78. pierwej (daw.) — najpierw. [przypis edytorski]

79. utseć nosa — dziś raczej: wytrzeć nos; wyrażenie „utrzeć nosa” ma współcześnie inne znaczenie: ’dać komuś nauczkę’. [przypis edytorski]

80. zadźwięknąć (daw.) — zadźwięczeć. [przypis edytorski]

81. przypiecek — w starych domach siedzisko wokół pieca. [przypis edytorski]

82. pomadka — tu w zn.: miękki cukierek. [przypis edytorski]

83. wykrzyk (daw.) — okrzyk. [przypis edytorski]

84. przycupła — dziś popr.: przycupnęła. [przypis edytorski]

85. z swawolnym — dziś popr.: ze swawolnym. [przypis edytorski]

86. czeladnik — rzemieślnik, który przestał być uczniem, ale jeszcze nie jest majstrem. [przypis edytorski]

87. snać, snadź (daw.) — widać, widocznie. [przypis edytorski]

88. do tata — dziś popr.: do taty. [przypis edytorski]

89. klasła — dziś popr.: klasnęła. [przypis edytorski]

90. ciżma (daw.) — miękki bucik. [przypis edytorski]

91. skonfundowany — tu: zawstydzony. [przypis edytorski]

92. z złotą — dziś popr.: ze złotą. [przypis edytorski]

93. jaskrawie — dziś popr.: jaskrawo. [przypis edytorski]

94. hołupiec, hołubiec — figura taneczna w tańcach ludowych. [przypis edytorski]

95. basałyk (daw.) — psotne dziecko. [przypis edytorski]

96. bagatela — tu: nic ważnego. [przypis edytorski]

97. pan dobrodziej (daw.) — zwrot grzecznościowy. [przypis edytorski]

98. Tatarzy — nazwa ludów tureckich; w XV–XVII wieku Tatarzy najeżdżali tereny należące wówczas do Polski, rabowali bogactwa i uprowadzali mieszkańców. [przypis edytorski]

99. rękę skinie — dziś raczej: ręką skinie. [przypis edytorski]

100. wzbudzić — tu w dawnym znaczeniu: zbudzić. [przypis edytorski]

101. jękły — dziś popr.: jęknęły. [przypis edytorski]

102. bęcwałek — głuptasek. [przypis edytorski]

103. szczebiota — dziś popr.: szczebiocze. [przypis edytorski]

104. opłakuje — prawdopodobnie błąd autorki albo zecera, wydaje się bowiem, że powinno być: opłakują (dzieci). [przypis edytorski]

105. krumkają — dziś popr.: chrumkają. [przypis edytorski]

106. wisus (daw.) — urwis. [przypis edytorski]

107. pisły — dziś popr.: pisnęły. [przypis edytorski]

108. kusy — krótki; tu: bez ogona. [przypis edytorski]

109. jękła — dziś popr.: jęknęła. [przypis edytorski]

110. co — tu dziś popr.: coś. [przypis edytorski]

111. kobierzec — gruba tkanina, którą ozdabiano ściany lub przykrywano podłogi. [przypis edytorski]

112. z ścian — dziś popr.: ze ścian. [przypis edytorski]

113. siedm — dziś popr.: siedem. [przypis edytorski]

114. okola — dziś popr.: okala. [przypis edytorski]

115. ócz — dziś popr.: oczu. [przypis edytorski]

116. jaki — dziś popr.: jakiś. [przypis edytorski]

117. ciszkiem (daw.) — po cichu. [przypis edytorski]

118. piernat — tu: materac. [przypis edytorski]

119. Antoni z Padwy święty — Antonii Padewski, właśc. Fernando Martins de Bulhões (1195–1231), święty Kościoła katolickiego i patron rzeczy zgubionych. [przypis edytorski]

120. owładło — dziś popr.: owładnęło. [przypis edytorski]

121. z szczęścia — dziś popr.: ze szczęścia. [przypis edytorski]

122. bałamutnie — tu: mętnie, niejasno. [przypis edytorski]

123. litania — rodzaj modlitwy. [przypis edytorski]

124. Różaniec — tu: modlitwa w Kościele katolickim. [przypis edytorski]

125. kompanija — dziś popr.: kompania. [przypis edytorski]

126. we dwa — dziś popr.: w dwa. [przypis edytorski]

127. w animuszu — pobudzony, energicznie. [przypis edytorski]

128. lice (daw.) — lico, twarz. [przypis edytorski]

129. zalać (...) pałę (pot.) — upić się. [przypis edytorski]

130. kto — tu dziś popr.: ktoś. [przypis edytorski]

131. wnyki (daw.) — lanie. [przypis edytorski]

132. rwetes — hałas, zamieszanie. [przypis edytorski]

133. szczeć — szczecina. [przypis edytorski]

134. zbiera — dziś popr.: wzbiera. [przypis edytorski]

135. okowita (daw.) — wódka. [przypis edytorski]

136. hukło — dziś popr.: huknęło. [przypis edytorski]

137. społem (daw.) — razem. [przypis edytorski]

138. z śmiechem — dziś popr.: ze śmiechem. [przypis edytorski]

139. trzasło — dziś popr.: trzasnęło. [przypis edytorski]

140. w wnętrzu — dziś popr.: we wnętrzu. [przypis edytorski]

141. przeźrocza (daw.) — przezroczysta. [przypis edytorski]

142. wszystkie me więźnie — dziś popr.: wszyscy moi więźniowie. [przypis edytorski]

143. w dom — dziś popr.: do domu. [przypis edytorski]

144. niech pamięć wskrześnie — dziś popr.: niech się pamięć wskrzesi. [przypis edytorski]

145. co — tu dziś popr.: czego. [przypis edytorski]

146. oka mknienie — dziś raczej: oka mgnienie. [przypis edytorski]

147. jakże-bo — dziś popr.: jakże. [przypis edytorski]

148. z smakowitym — dziś popr.: ze smakowitym. [przypis edytorski]

149. zacny — prawy, godny zaufania i szacunku. [przypis edytorski]

150. w wczorajszym — dziś popr.: we wczorajszym. [przypis edytorski]

151. suknie — tu daw.: ubrania. [przypis edytorski]

152. kulgać się (z ros.) — turlać się, toczyć. [przypis edytorski]

153. w paradzie — tu: uroczyście. [przypis edytorski]

154. zydel (daw.) — stołek. [przypis edytorski]

155. tem — dziś popr.: tym. [przypis edytorski]

156. nicpoń — urwis. [przypis edytorski]

157. gęste mają miny (daw. przen.) — są pewni siebie lub takich udają. [przypis edytorski]

158. waszeć (daw.) — tytuł grzecznościowy; mieć pozór waszeci: wyglądać jak wielki pan. [przypis edytorski]

159. alkierz (daw.) — mała sypialnia. [przypis edytorski]

160. wyspina — dziś popr.: wspina. [przypis edytorski]

161. przepysznemi — dziś popr.: przepysznymi. [przypis edytorski]