X
Gdy Helenka nazajutrz zjawiła się w sali jadalnej, nie znalazła ani śladu śniadania: widocznie przyszła zbyt wcześnie albo zbyt późno — jedno z dwojga. Zapomniała wieczorem nakręcić zegarka, więc stanął i nie wiedziała wcale, która godzina, ale zdawało jej się, że nie musi być późno. Niepewna, czy ma odejść, czy zostać, stała chwilkę na środku pokoju, namyślając się, co robić. Gdyby to było w M., po ciągnęłaby tylko za taśmę od dzwonka i kazałaby służącej przynieść sobie śniadanie — ale w tym dziwnym domu, gdzie ludzie inaczej żyli i myśleli, nie wiedziała, jak postąpić, żeby nie ściągnąć na siebie niezadowolenia. Na szczęście ukazała się wc drzwiach Kunegunda ze ściereczką w ręku; od tej można się było przecież czegoś dowiedzieć.
— Moja dobra Kunegundo — spytała głosem, jak mogła najgrzeczniejszym — czy śniadanie już było?
Służąca spojrzała na nią spod oka.
— To się rozumie — mruknęła — pewnie byśmy czekali za panną do południa!
I najobojętniej w świecie zaczęła wycierać krzesła z kurzu.
Z oczu Helenki strzeliły błyskawice gniewu.
— Jak śmiesz odzywać się tak do mnie? — zawołała podnosząc głos.
— A cóż tak złego powiedziałam? — spytała hardo. — Mówię to, co jest prawdą. Kto chce jeść śniadanie, niech wstaje rano, a kto lubi długo spać, musi się kontentować apetytem. Nasi państwo jadają o siódmej, a o ósmej już jest sprzątnięte ze stołu. Tu nie ma czasu dla jednej osoby dziesięć godzin dmuchać w samowar, żeby nie wystygł. Każdy ma swoją robotę.
— Moja Kunegundo, powściągnij swój język — odezwała się pani Radliczowa, która, wchodząc w tej chwili do pokoju, słyszała ostatnie wyrazy — nie do ciebie należy robić uwagi pannie Oreckiej. Idź, przynieś śniadanie; kazałam, żeby samowar był gorący.
Kunegunda wyszła, mrucząc niechętnie, a Helenka dosłyszała w tym mruczeniu, że ją nazwała „księżniczką”. Druga to już osoba dawała jej ten tytuł.
— Jest to kobieta rzadkiej uczciwości i pracowitości — mówiła pani po wyjściu Kunegundy — ale ma jedną wadę, ostry język i nie umie go utrzymać na wodzy. Wybaczamy jej jednak tę wadę przez wzgląd na jej wielkie do nas przywiązanie. Trzydzieści lat już służy w naszym domu i dzieliła z nami zarówno złą i dobrą dolę; nie uważa się też za służącą, ale za członka rodziny, i we wszystkim, co nas obchodzi, żywy bierze udział. To, co powiedziała pani przed chwilą, wypłynęło nie z jej złej woli, ale z temperamentu.
— Miły temperament — wtrąciła Helenka.
— Zresztą słowa jej nie były pozbawione słuszności — mówiła dalej pani Radliczowa. — Służba nasza ma tak wiele zajęcia, że gdyby musiała każdemu z osobna usługiwać, nie dałaby sobie rady. Tylko poddaniem się dobrowolnie przyjętemu rygorowi osiągamy w gospodarstwie ład, z którego wszyscy korzystamy, i gdybyśmy się chcieli z niego wyłamać, wszystko by się powoli rozprzęgło; bo gospodarstwo, choćby najmniejsze, porównać można do machiny, w której każdy domownik gra rolę kółka. Jedno kółko, nieprawidłowo idące, może całą machinę zatrzymać. Godzin przeznaczonych na posiłek pilnujemy wszyscy bez wyjątku i jeżeli się kto spóźni, najczęściej nie je, dla nienaruszenia porządku domowego.
— A więc i ja nie powinnam jeść — rzekła Helenka z pozornym spokojem, choć wszystko się w niej burzyło. — Przepraszam panią bardzo za moje spóźnienie się, ale nie uczyniłam tego rozmyślnie. Zegarek mi stanął i nie wiedziałam, która godzina.
Skłoniła się, zwróciła ku drzwiom, a choć pani domu usiłowała ją koniecznie nakłonić, żeby wprzód zjadła śniadanie, podziękowała, mówiąc, że chce dać dowód szacunku dla zasady.
— Ta dziewczyna umrze z głodu — rzekła do siebie pani Radliczowa po jej wyjściu — już trzeci dzień nic nie je. A z jaką to ona powiedziała godnością, z jakim chłodem! Księżniczka!...
Sam ten wyraz „rygor” napełniał wstrętem Helenkę, a myśl, że będzie zmuszona odgrywać rolę kółka w machinie, burzyła w niej wszystką krew. Kto wie, czy jakie chęci buntownicze nie byłyby jej przyszły do głowy, gdyby nie odgłos zegara bijącego poważnie godzinę dziesiątą. Porachowała uderzenia i zdziwiła się, że już tak późno. Stanąwszy przed drzwiami kantoru, które pokazała jej wczoraj Anna, przycisnęła ręką serce, poruszające się w piersiach żywiej na myśl, że spotka się po raz pierwszy z czymś, czego jeszcze nigdy nie znała, a z czym miała odtąd żyć ciągle — z pracą. Ciekawość, niepokój, obawa przepełniały jej duszę, a wczorajsze słowa Andrzeja, przychodzące jej w tej chwili na myśl, nie przyczyniły się wcale do złagodzenia tych uczuć. Przeżegnała się i nacisnęła klamkę. Znalazła się w obszernym pokoju, zawieszonym od góry do dołu kolorowymi rycinami, przedstawiającymi w naturalnej wielkości kwiaty, owoce, warzywa, pomiędzy którymi na honorowym miejscu wisiały dyplomy nagród i medali otrzymanych za nasiona na rozmaitych wystawach. Dwie wielkie szafy pełne były książek, a na samym środku stał duży stół założony książkami rachunkowymi, papierami i próbkami nasion w słoikach i kapsułkach. Przy tym stole siedział przedstawiciel firmy i pisał coś na dużym blankiecie, zaglądając co chwila do książki notatkowej. Na odgłos, otwarciem drzwi sprawiony, nie podniósł wcale głowy, Helenka zbliżyła się do niego i, podając mu rękę, przemówiła głosem, w którym się przebijała cała do niego ufność:
— Dzień dobry panu. Przyszłam na swoje stanowisko.
Pan Radlicz nie przerywał pisania.
— Za późno trochę — odezwał się nareszcie, nie odpowiadając wprost na powitanie. — Prosiłem panią, żebyś się stawiła o ósmej, a teraz jest dziesiąta... Mówiłem, że mamy pilną robotę, pani jednak nie przyszłaś. Zdawało mi się, że mogę na panią liczyć i omyliłem się. Przykro mi to bardzo.
Wyciągnięta rączka opadła.
— Nie moja w tym wina — rzekła z pomieszaniem — zegarek mi stanął.
— Nic pani nie tłumaczy — wyrzekł surowo — poczucie obowiązku powinno było panią obudzić. Miałaś pani wczoraj dosyć czasu do wyspania się i wypoczęcia po podróży; dzisiaj należało się pilnować.
Helenka patrzyła na niego osłupiałym wzrokiem. Nikt jeszcze nigdy w życiu nie przemawiał do niej takim tonem. Co to miało znaczyć? Byłże to sen przykry czy też istotna rzeczywistość?
— Czegóż ja się mogę nadal od pani spodziewać — mówił dalej pan Radlicz — jeżeli początek jest niefortunny?
— To tylko początek — szepnęła — dalej będzie lepiej.
— Jaki początek, taki bywa koniec. Człowiek pokazuje swoją wartość w każdym swoim czynie i z jednego można wróżyć o innych. Pani w pierwszym dniu swojej służby okazałaś się niesłużbistą, niedbałą; dałaś dowód lekceważenia mnie samego i spraw mających pani być powierzonymi.
— Ależ ja nie chciałam tego, niech mi pan wierzy. Proszę o przebaczenie...
— Przebaczenie rzeczy nie naprawia. Wszystko mi jedno, czyś pani chciała, czy nie; ja na rezultaty patrzę. Potrzebuję pracownicy pilnej, energicznej i wytrwałej, mówiłem to pani jeszcze w M. ...Powinnaś pani była wprzód dobrze się zastanowić i obliczyć z własnymi siłami, zanim zgodziłaś się jechać ze mną. Mówiłem pani, że jestem surowy i wymagający. I powtarzam pani jeszcze raz: jeżeli się nie czujesz na siłach, jeżeli przyjęte obowiązki wydają się pani nazbyt ciężkimi, możesz się jeszcze cofnąć.
Gdyby kto inny mówił to wszystko Helence, niezawodnie obrażona duma i wrodzona drażliwość podyktowałyby jej niejedną ostrą i dobitną odpowiedź. Ale że te słowa karcące pochodziły od człowieka będącego w wieku jej ojca, w którym spodziewała się tutaj drugiego ojca znaleźć, od człowieka, w którego życzliwość dla siebie wierzyła do tej chwili — więc zabolało ją serce, że okazał się dla niej tak srogi i niemiłosierny, i uczuła się w tym domu obcym, gdzie wszystko na każdym kroku raziło ją dotkliwie — sama, bez pomocy, bez opieki i bez obrony.
Dwie wielkie łzy stoczyły się po jej policzkach.
— Pan wie — rzekła cicho — że ja nie mogę się cofać. Zna pan moje położenie.
Pan Radlicz, który śledził wyraz jej twarzy i zdawał się na niej czytać, odezwał się tonem nieco łagodniejszym:
— Moje dziecko, wydałem ci się człowiekiem twardym, ale wiedz, że nie byłem inny dla moich własnych dzieci i z siebie dawałem im przykład. Zapytaj moich dziewcząt, niech ci powiedzą. Nieubłagany jestem, gdy widzę nie spełniony obowiązek — bo w tym to leżała przyczyna naszych politycznych nieszczęść, naszego narodowego upadku — i tylko z pełnienia go skrupulatnie może powstać odrodzenie. Lekceważenie obowiązku w małych rzeczach prowadzi do lekceważenia go w wielkich; wierz memu doświadczeniu. Gdybym chciał pani pobłażać, musiałbym także pobłażać innym i — wkradłoby się do zakładu mego rozprzężenie. Jestem akuratny i musi u mnie iść wszystko jak w zegarku. Na porządku świat stoi, nieporządkiem upadają narody i społeczeństwa.
Helence przypomniało się w tej chwili, że słowa bardzo podobne tym słyszała wczoraj rano od pani Radliczowej z powodu wyrzuconego kawałka mydła, i uderzyło ją nie ich podobieństwo, ale znaczenie, jakie ci ludzie przypisywali drobiazgom. Czyż one istotnie tak wiele ważyć miały w życiu społeczeństw? Czy jej dzisiejsze spóźnienie się do kantoru, rzecz, szczerze mówiąc, tak podrzędna, a do tak wielkich przez pana Radlicza podniesiona rozmiarów, istotnie mogło dać powód do wniosku, że na nią nie można liczyć — i czy naprawdę istnieje w świecie ta nieubłagana logika faktów, która czyn jeden czyni zależnym od drugiego; wedle której jeden czyn wywołuje cały, nieprzerwany łańcuch czynów podobnych? Z tej strony nikt jeszcze nie pokazywał jej życia... Bo też i ludzi takich nie spotykała: znała dobrodusznych jak ojciec, jowialnych jak stryj Bartłomiej, eleganckich jak Stefan — ale takich twarzy surowych i poważnych nie widywała ani słyszała słów, co padały niby uderzenia żelaza, ostre, głębokie i nieodwołalnie jak przeznaczenie.
— Postaram się opóźnienie moje wynagrodzić — rzekła po długim milczeniu.
— Nic pani nie wynagrodzisz — odpowiedział posępnie. — Godziny upłynione nie powracają nigdy, pamiętaj pani o tym. Andrzeju — zawołał syna, pracującego w drugim pokoju — chodź no tutaj.
Młody Radlicz wszedł i ukłonił się Helence — ona jednak nie widziała tego ukłonu. Spuściła oczy, żeby nie poznał, że płakała.
— Obznajmij pannę Orecką z jej obowiązkami i daj zaraz jaką robotę.
— Dobrze, ojcze — odrzekł i zwróciwszy się do Helenki, dodał: — służę pani.
Z kantoru widać było w perspektywie cały szereg dalszych pokoi. Były one zastawione szafami, a szafy te od góry do dołu miały rzędy szuflad większych i mniejszych, opatrzone numerami i napisami w dwóch językach, polskim i łacińskim. Przy tych szufladach, których większa część była do połowy wysunięta, kręciło się kilka osób, mężczyzn i kobiet; jedni z kartkami w rękach wybierali z nich małe papierowe torebki z nasionami, inni przynosili je stosami z drugiej izby, gdzie nasiona ważono i nasypywano przy wielkich stołach, i napełniali nimi szufladki. We wszystkich pokojach panował bezustanny ruch ludzi zajętych pracą, nie tracących ani chwili na próżno, a nad tym ruchem górował jednostajny stuk ręcznej maszynki drukarskiej, wybijającej napisy na papierowych torebkach. Helenka jednym rzutem objęła to wszystko, ciekawa, jakie też zajęcie będzie jej przeznaczone, gdy Andrzej wskazał jej niewielki stół pod oknem, gdzie były wszystkie przybory do pisania, i pokazawszy blankiety zaopatrzone firmą zakładu, prosił o przepisanie kilku rachunków z notatek, które przed nią położył — po czym oddalił się.
Pracownicy pana Radlicza, widząc młodą damę wykwintnie ubraną, mniemali, że przyszła tylko zwiedzić zakład; ale gdy zajęła miejsce przy stoliku, niektórzy z nich, zwłaszcza kobiety, okazali jawne, choć milczące zdziwienie. Dostrzegła to Helenka i ciemny rumieniec pokrył jej lica. Nie oswoiła się ona jeszcze z myślą, że musi na chleb zarabiać, i kosztowało ją to. Spuściła oczy na papiery, leżące przed nią, ale litery skakały jej przed oczyma. Jeszcze nie zaczęła pracować, a tyle już ją spotkało rzeczy bolesnych i ciężkich do zniesienia, że straciła ochotę do wszystkiego. A jednak to był dopiero wstęp... Podniosła oczy w niebo, jakby, opuszczona od wszystkich, tam chciała szukać wsparcia i pomocy — ale nieba zaledwie wąski kawałek było widać, bo je zasłaniała poprzeczna oficyna. Oczy dziewczęcia, przyzwyczajone do szerokich przestrzeni, do widoku łąk, lasów i rzeki malowniczo przybranej szeregami statków żaglowych, uczuły się jakby w więzieniu. Nie ceniła tych rzeczy, dopóki je posiadała; ale teraz, gdy marzące jej oczy daremnie chciały przebić tę zaporę z wysokiego muru, zasłaniającą jej świat, odbiło się w nich uczucie bolesnej za tym wszystkim tęsknoty.
Odgłos maszynki drukarskiej przypomniał jej, że nie było to miejsce właściwe do żalów i tęsknot, ale miejsce pracy; toteż gdy Andrzej w pół godziny potem przyszedł zobaczyć i zabrać, co było gotowe, podała mu kilka rachunków przepisanych. Przebiegł je oczyma i kładąc na powrót przed nią, powiedział:
— Pismo bardzo wyraźne i ładne, tylko cyfry nie stoją równo jedne pod drugimi. Pani będzie łaskawa przepisać to jeszcze raz.
Pot wystąpił jej na czoło; spojrzała na niego wzrokiem ptaszyny śmiertelnie zmęczonej i, nie wyrzekłszy ani słowa, na nowo pisać zaczęła. Cóż miała odpowiedzieć? Wiedziała, że jeżeli po raz drugi wywiąże się źle z polecenia, okaże się, że zamiast pomagać, „zawadza” tylko w kantorze. A nie chciała za nic w świecie dopuścić, żeby Andrzej miał słuszność pod tym względem — przeciwnie, pokaże mu, że nie wolno jej tak lekceważyć. Jakoż istotnie, rachunkom, powtórnie napisanym, nie było już nic do zarzucenia.
Dnia tego usiadła do obiadu z uczuciem silnego głodu i zjadła wszystek rosół z talerza — ale do mięsa gotowanego razem z jarzyną nie mogła się przekonać. Uprzątnęła za to wszystek swój chleb z taką dokładnością, że nic z niego nie zostało nawet dla wróbli. Spartański ten posiłek rozjaśnił trochę jej pogląd na świat. Powiedziała sobie, że może z czasem przyzwyczai się do tego domu i tych ludzi — ale w pół godziny potem zmieniła zdanie, usłyszawszy przypadkiem rozmowę Kunegundy z lokajem przy drzwiach swego pokoju, gdzie stojący szaflik z wodą i szczotką kazały się domyślać, że go świeżo umyto.
— Licho przyniosło tę księżniczkę — mówiła Kunegunda — człowiek ma dosyć roboty ze swoimi, jeszcze ta pupka przyjechała i trzeba koło niej tańcować. Nastawiaj dla niej osobno samowar, dmuchaj w niego dziesięć godzin, sprzątaj po niej co chwila! A jaka nieporządna! Kiedy powiadam panu Franciszkowi, że nic, jak należy, nie złoży! A jej rzeczy to po wszystkich kątach porozrzucane i pomieszane jak groch z kapustą. Musi tam być i w głowie taki sam bigos.
— Ahm! — potwierdził Franciszek.
— W sobotę rano umyłam tak ślicznie ten pokoik, że aż pachniało. Myślałam sobie: będzie na jakie dwa tygodnie, a już dzisiaj musiałam go myć znowu. Poszła wczoraj do ogrodu na spacer i nie chciało jej się zakasać, więc tak zaszargała sobie ogon, że jak suknię z siebie zdjęła, to z niej ze dwie kwarty wody wyciekło na podłogę. Porobiły się od tego takie plamy, że musiałam je aż szarym mydłem szorować, bo nie chciały puścić. Skaranie Boskie, doprawdy! Ale sukni nie myślę czyścić, o nie! Kto mi każe? Schowałam ja do szafy tak, jak jest. Niech sobie sama czyści!
Parsknęli śmiechem oboje, a Kunegunda mówiła dalej:
— Dobrze jej tak. Niech spróbuje, co to jest za robota czyszczenie. Jak ona to sama będzie musiała zrobić, to jej się odechce stroić w takie długie suknie jak król Herod, co go na Boże Narodzenie w szopce pokazują.
Roześmiali się znowu.
— Nasze panienki to ogonisko wczoraj niosły, jakby jaki rarytas. A żeby pan Franciszek wiedział, jak to zabawnie wyglądało! Tom37 się tak śmiała, że aż się trzymałam za boki, bo myślałam, że co we mnie pęknie. Widziałam, że i panu Andrzejowi śmiać się chciało, bo ino wąsami ruszał. Co też to za sens w tej głowie, żeby ze sukni robić miotłę!
— To ona zamiotła nam wczoraj schody i sień ta księżniczka?
— A zamiotła!
— O, niechże tak robi co dzień, mogłaby ją pani Kunegunda od nas poprosić!
Nowy wybuch śmiechu przerwał rozmowę.
— A co to ona za tłumok nosi z tyłu? — pytał Franciszek.
— Iii, pan Franciszek to też nic się na modzie nie zna, to jest taka maszyna, co się nazywa tiurniura i kładzie się pod suknię, żeby udawała tęgość.
— Tfu! — splunął Franciszek — żeby moja baba włożyła taką maszynę, tobym jej w tym samym miejscu skórę tak kijem wygrzmocił, żeby pamiętała ruski miesiąc. To jest z przeproszeniem nieprzyzwoitość i obraza Boska.
Helenka aż zbladła z gniewu słysząc te słowa, ale jak ich miała za to ukarać? Gdyby to było w M., wypędziłaby natychmiast oboje — ale w obcym domu nie wolno jej było w niczym się rozporządzać. Iść na skargę do pani domu? Ależ to upokarzałoby ją i nie przydałoby się na nic. Pani Radliczowa nie odprawi sługi, która służy jej wiernie lat trzydzieści. Jeden był tylko środek wyjścia z honorem z tej sprawy: zachować się tak, jak gdyby nic nie słyszała. Tak też zrobiła, bo nie mogła wymyślić nic lepszego.
„Słyszałam dziś trzy kazania — rzekła do siebie — a wczoraj trzy, to sześć”.
Franciszek, dając w prostocie ducha tak energiczny wyraz swemu przeciwko Helence oburzeniu, zapomniał, poczciwiec, że tradycja krynoliny, w której niewiasta z trudnością tylko mogła się we drzwiach zmieścić, żyła jeszcze w pamięci współczesnych i jego własnej. Nie wiedział, że moda to pani tak potężna, iż rzadko kto ma odwagę wyłamać się spod jej władzy — i że kobieta woli dziwacznie wyglądać niż być niemodnie ubraną. Tylko w domu Radliczów nie pozwalano kaprysom mody brać góry nad zdrowym rozsądkiem. Umiano tam szczęśliwie unikać ekscentryczności, tej wszechwładnej pani — i biorąc coś z jej ogólnych zarysów, zachowywano właściwą miarę. Stwarzano zawsze estetyczną całość, nie pozbawioną szlachetnej prostoty.