XVI

W kwadrans potem Helenka siedziała sama jedna w dorożce, a na przednim siedzeniu stało pudło z wypisanym wielkimi literami adresem firmy, której wziętość i sława ustaloną była od dawna w całym modnym świecie.

Wsunięta w głąb powozu, otulona w futerko, zamyślonym wzrokiem wodziła po ulicach pełnych ruchu i gorączkowego, karnawałowego życia, tego życia, do którego ona tak wzdychała, którego tak pragnęła, a którego zmuszoną była się wyrzec. Wspaniałe wystawy sklepowe, oświetlone gazowymi lampami, zawierające przedmioty zbytku, niedostępne już dziś dla niej, napełniały jej serce goryczą, a tłum pojazdów, zajeżdżających przed główną bramą ratusza, gdzie tego wieczora miał odbyć się bal, przypomniał jej ów wieczór, gdy to kareta na saniach zatoczyła się przed dwór pana Bartłomieja — wieczór tak dla niej pamiętny... Wówczas była swobodna, bogata, szczęśliwa, nie przewidująca żadnej przykrej zmiany. Od tego czasu miesiąc dopiero upłynął, a już jest zmuszona sprzedać swoją suknię! Fortuna kołem się toczy!

Dorożkarz zatrzymał konie przed jednym z najświetniejszych sklepów, a Helenka, spojrzawszy na napis ułożony z gazowych płomyków, wysiadła i kazała zanieść za sobą pudło. W magazynie, urządzonym z prawdziwym dekoratorskim talentem, bo były tam i szafy pokryte bogatą rzeźbą, i piękne draperie, i przepyszne wazony majolikowe, znajdowało się kilka dam należących widocznie do wielkiego świata, nader ważnymi radami zajętych. Subiekci rozkładali przed nimi kolorowe materie, aksamity i gazy przeźroczyste, nakrapiane srebrem i złotem. Na stole leżały rozrzucone koronki, kwiaty, wstążki, a wszystko było brane pod głęboką rozwagę, zbliżane i oddalane od światła, podnoszone do góry i zniżane, drapowane i wygładzane, porównywane, dobierane. Wszelkie możliwe efekty, jakie tylko osiągnąć się dały za pomocą umiejętnego przedstawienia danego przedmiotu, zostały wyzyskane. Subiekci nie żałowali ani zręczności, ani trudu, ani cierpliwości, która przy właściwym kobietom braku decyzji często bywała wystawiona na próbę. Narady odbywały się w kilku punktach półgłosem, czasem zniżały do szeptu, niekiedy przerywały chwilowym milczeniem pełnym głębokiego skupienia ducha, a twarze naradzających się były tak poważne, jak gdyby chodziło o toalety nie dla osób pojedynczych, ale dla całych narodów.

Naprzeciw wchodzącej Helenki posunęła się niemłoda dama, której ubiór, będący ostatnim wyrazem mody, stanowił żywą i najwymowniejszą reklamę zakładu. Twarz jej zwiędła miała wyraz wystudiowanej dystynkcji i powagi, a małe, ruchliwe, głęboko osadzone oczy zdradzały wrodzoną żywość. Jedno zmrużenie oczu wystarczyło tej poważnej osobie do zauważenia kosztownego futra, białego aksamitnego kapturka, jak i klasycznej piękności przybyłej — toteż z wielką uprzejmością wskazała jej zielony aksamitny fotel i spytała, czym każe sobie służyć.

Gdy Helenka wymieniła swoje nazwisko, dama ta podwoiła jeszcze uprzejmość. Klientki bowiem płacące rachunki natychmiast, co się nawet arystokratycznym paniom rzadko zdarza, są wielce cennymi nabytkami i należy je sobie zjednywać wszelkimi sposobami. Nie dając jej przyjść do słowa, zasypywała ją potokiem wymowy:

— Prawdziwe to dla mnie szczęście, że dostarczając pani dotąd sukien na listowne zamówienia tylko, mogę nareszcie poznać panią osobiście. Co pani rozkaże? Mamy świeże modele z Paryża: z tych jeden od samego Wortha, cudowne połączenie koloru mahoniu acajou z kolorem bladoniebieskim électrique, bo dziś bez elektryczności nie może się nigdzie obejść. Może pani sobie życzy obejrzeć? Niedroga nawet suknia, kosztuje tylko trzysta franków. Dla pani oddamy ją po cenie kosztu. Nie? Aha, pani przyszła pewnie z gotowym planem własnego pomysłu. O, bo pani miewa pomysły oryginalne i prześliczne, jak ten kostium leśnej bogini! Pokazywałam rysunek Worthowi, bo byłam w Paryżu i dopiero dwa tygodnie temu wróciłam, i czy uwierzy pani, że był nim zachwycony, a pochwała Wortha to najwyższa wyrocznia! Cóż to więc ma być? Suknia balowa czy wieczorowa?

— Ani jedna, ani druga — przemówiła Helenka, zmieszana i onieśmielona tym wstępem — ale...

— A więc zapewne wizytowa: noszą teraz bardzo w dzień kolor szary, w odcieniach pigeon lub souris, a także kolor mahoniu od najciemniejszego do najjaśniejszego, zwanego terracotta. Co do materiałów, to najwięcej używane są obecnie taffetas-glace i surah-duchesse mieniące się. W Paryżu widziałam prześliczne kompozycje z tych materiałów i w tej chwili właśnie w pracowni naszej wykończa się kilka sukien w tym guście. Oto są próbki.

— Dziękuję pani, nie będę ich przeglądała — odezwała się nareszcie Helenka — nie przyszłam tu dziś nic kupować ani obstalowywać. Celem mego przybycia jest suknia balowa, którą mi pani przysłała do M.

— Zapewne coś trzeba poprawić — podchwyciła — najchętniej, łaskawa pani, najchętniej, chociaż mamy taki nawał roboty, że pracujemy po nocach, i mimo to nie możemy wydołać. Dla pani jednak jesteśmy zawsze na usługi. Co tam trzeba zrobić, proszę pani, kwiaty odmienić? Czy kokardę przypiąć? Panno Aleksandro! — zawołała uchylając lekko portierę — proszę przyjść tutaj, jest mała poprawka dla młodej damy!

— Niechże pani mi pozwoli przyjść do słowa — rzekła nareszcie zniecierpliwiona ciągłym przerywaniem Helenka — bo się nie porozumiemy. W sukni, o której mowa, nie ma nic do poprawienia.

— Spodziewałam się tego — wtrąciła — o ile pamiętam, utrafialiśmy pani zawsze jakoś. Bo też rzadko doprawdy tak zgrabnej figurki.

— Ale mimo to muszę pani tę suknię zwrócić, jako zupełnie dla mnie nieużyteczną! Szkoda wielka, że pani nie zastosowała się do mego listu, w którym cofałam obstalunek, zrobiony o dzień wcześniej... oszczędziłoby to nam obydwóm przykrości.

Wypowiedzenie tych słów przyszło Helence z trudnością.

Muskuły na twarzy modniarki drgnęły nieznacznie. Małe jej oczka spod przymrużonych powiek rzuciły bystre spojrzenie na mówiącą:

— Suknia była już w robocie, gdy przyszedł drugi list pani; wreszcie sądziłam, że gdy pani zobaczy swój pomysł wykonany, zatrzyma pani go chętnie, zwłaszcza że powód, jaki pani podała w liście, niebytność na jednym balu, nie wyłączał bytności na balach innych. Czyż podobna, aby tak piękna toaleta nie przydała się młodej osobie w ciągu karnawału! Może obraziliśmy panią posyłając rachunek? Ale to wina mojej panny od kroju, która ekspediowała posyłkę i nie wiedziała, że mamy z państwem rachunki roczne.

— Nie, pani — wyrzekła z lekkim rumieńcem Helenka, nierada, że natarczywość modniarki zmusza ją tłumaczyć się wyraźniej — położenie nasze majątkowe zmieniło się i nie jesteśmy już w stanie ponosić tak zbytkownych wydatków.

Po twarzy modniarki przemknęło coś na kształt gniewnego zdziwienia, a w zachowaniu się jej i wyrazie twarzy zaszła raptowna zmiana. Nadskakująca grzeczność zniknęła w jednej chwili, a miejsce jej zajęła wyniosłość i chłód lodowaty. Podniosła głowę i popatrzywszy przez chwilę przymrużonymi oczyma na swoją dawną klientkę, rzekła sucho:

— A to dobre! więc dlatego, że ktoś bankrutuje, zakład nasz ma ponosić straty! Ciekawam, z jakiej racji? Trzeba było odesłać posyłkę odwrotną pocztą; teraz już nie da się to odrobić. Gdy rachunek jest zapłacony, rzecz uważa się za skończoną. My nie przyjmujemy żadnych zwrotów.

Bezwzględność i niedelikatność, z jaką te słowa zostały wypowiedziane, oburzyły Helenkę. Nieśmiałość jej i zakłopotanie ustąpiły zbudzonemu nagle poczuciu swojego prawa. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości pod tym względem. Duma i pewność siebie, które ją były odstąpiły przy wejściu do magazynu, wróciły w tej chwili.

— Zapomina się pani — rzekła podnosząc się — pani to wina, że suknia znalazła się w M. wbrew mojej woli; pani sama wie o tym dobrze. Co zaś do strat, o jakich pani mówi, to w liście pani, który mam przy sobie, wyraźnie jest powiedziane, że chętnie pani przyjmie tę suknię na powrót, bo „na tak piękną toaletę łatwo się znajdzie nabywca”.

Postawa panny Oreckiej, pełna obrażonej dumy, wyniosły ton, z jakim przemawiała, nasunęła modniarce przypuszczenie, że może nie była tak ubogą, aby nie potrzebowała w przyszłości mniej więcej eleganckich, choćby tylko wizytowych toalet. Żałowała, że posunęła się za daleko.

— Przepraszam panią — rzekła grzeczniejszym tonem — nasz zawód naraża nas na tak częste przykrości różnego rodzaju, że te czynią nas zgryźliwymi. Gdy rachunek jest uregulowany i zapisany w księdze, nie mamy zwyczaju zwracać pieniędzy. To nasza zasada. Ale może pani zechce wybrać sobie coś innego do wysokości tej sumy: może inną, praktyczniejszą suknię?

— Będzie pani łaskawa na ten raz odstąpić od zasady — rzekła zimno Helenka — nie mam bowiem zamiaru na teraz kupować więcej sukien.

— Niech pani chociaż będzie łaskawa obejrzeć. Przed godziną właśnie dwie świeżo wykończone przyniesiono z pracowni, jedna ozdobiona haftem maszynowym, zwanym mousse, druga sznelą.

I nie czekając odpowiedzi, podniosła zasłonę przyległego gabinetu, gdzie na manekinach wisiały dwie suknie wizytowe: jedna modnego koloru électrique, druga pigeon. Helenka spojrzała na nie i dawne nałogi znowu się w niej odezwały. Okiem znawczyni od góry do dołu przebiegła wszystkie fałdy, podpięcia i ozdoby, co widząc modniarka tak natarczywie zapraszała ją do wejścia, że nie chcąc być niegrzeczną, uczyniła zadość jej żądaniu.

„Nie obowiązuje mię51 to przecie do niczego” — rzekła do siebie, myśląc jednocześnie, że dobrze byłoby mieć obie te suknie tak eleganckie i modne, a nie nadto strojne, że w jednej z nich nawet mogłaby się ukazać na dzisiejszym wieczorze.

I ani się spostrzegła, jak się wdała w rozmowę o szczegółach, chwaląc jedne, krytykując drugie. Modniarka słuchała z rozjaśnioną twarzą.

— Wszystko to da się łatwo zmienić — rzekła nareszcie — zastosujemy się zupełnie do życzenia pani, zresztą...

— Przepraszam panią — przerwała Helenka spostrzegłszy, że zachowaniem się swoim mogła jej dać powód do takiego mniemania — żadnej z tych sukien nie mam zamiaru nabywać, bo jakkolwiek są ładne, ale... kolor mi się nie podoba.

Próżność jej wzięła w tej chwili nad nią górę; nie miała odwagi przyznać się, że tak wiele zależy jej na tym, żeby gotowe pieniądze52 odebrać. W duszy dziewczęcia odbywała się nieustanna walka szlachetnych instynktów z niskimi słabostkami. Był to ciągły przypływ i odpływ, na przemian to jednych, to drugich.

Modniarka przygryzła usta.

— Taak... a więc można by pani zrobić coś w tym guście ze sztuki. Mamy tu właśnie cudowne wyroby francuskie, lekkie wełniane laine brochée.

W mgnieniu oka rozrzuciła przed nią kilka sztuk.

— Niech pani tylko spojrzy, co za delikatność, jaka miękkość! Już to wyroby francuskie posiadają niezaprzeczoną wyższość nad angielskimi, bo są piękne, trwałe i dobrze wyglądają aż do zdarcia. Niech pani tylko będzie łaskawą wziąć w rękę. Ten kolor électrique będzie pani bardzo do twarzy!

I ująwszy w rękę kilkanaście łokci udrapowanej materii, szybkim ruchem zarzuciła ją na ramiona Helenki. Był to już ostatni atak.

— Co za pyszne tło do jasnych włosów pani i tej świetnej cery! Jest w nim pani prześlicznie!... Zrobimy pani veste bretonne do figury, z baskiną okrągłą i upięciem à la Vailière.

Znalazłszy się tak przypartą do muru, Helenka poczuła, jak źle zrobiła nie powiedziawszy od razu całej prawdy, bo to postawiło ją znowu w fałszywym położeniu; spostrzegła, że chcąc wybrnąć, plątała się coraz bardziej. Atak ten zresztą przypuszczony do jej kobiecej próżności obudził w niej dumę szlachetną. Usunęła łagodnie modniarkę i rzekła spokojnie, lecz stanowczo:

— Ani z tego, ani z żadnego innego materiału sukni obstalowywać nie mogę. Garderobę mam dostatecznie zaopatrzoną na moje dzisiejsze potrzeby; że zaś z konieczności muszę się bardzo ograniczać, więc i na żadne zmiany nie przystanę. Proszę pani o zwrot pieniędzy.

— Trzeba tak było powiedzieć od razu — mruknęła modniarka przez zęby — zamiast mi mówić o kolorach! Chciałam pani tylko dogodność zrobić, ofiarując co innego w zamian za tonletę balową, a skoro pani własnego interesu zrozumieć nie chce, to musi pani czekać, aż suknia sprzedaną zostanie. Powieszę ją w sklepie, to jest, zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy. Jeżeli się trafi kupiec...

Zrobiła rękami gest, oznaczający wątpliwość, i dodała:

— Mówiąc między nami, pomysł jest trochę dziwaczny i wątpię bardzo, czy się komu spodoba.

Skinęła głową protekcjonalnie i zajęła się dwiema damami, które w tej chwili weszły do magazynu.

Helenka została sama. Była jak odurzona tym, co usłyszała. Jak to! więc ów świetny pomysł, którym się Worth zachwycał, stał się dziwaczny w przeciągu kwadransa i wątpiono, żeby się mógł komukolwiek podobać? Taka ogromna zmiana w tak krótkim czasie! Dopóki myślano, że jest bogatą, pomysły jej były mądre, oryginalne i pełne gustu, a skoro przekonano się, że tak nie jest, straciły od razu wszelką wartość. O, jak to źle być ubogą! Klasyczna jej piękność nawet nic nie znaczyła bez pieniędzy...

Nie miała już na co czekać tu dłużej i powinna była odejść, ale rozmowa tocząca się w magazynie zatrzymała ją. Przybyłe damy żądały sukni balowej tego jeszcze wieczora i modniarka wyjęła z pudła kostium leśnej bogini, przedstawiając jako pomysł samego Wortha. Wrażenie sprawione imieniem tego króla mody było wielkie. Damy porozumiały się z sobą oczyma, a z wyrazu ich twarzy było widać, że postanowiły zdobyć ten strój za jaką bądź cenę. Wniesiono pudło do gabinetu, gdzie siedziała Helenka, zasłonięta piętrzącymi się w stos materiałami, które ich właścicielka porzuciła była z gniewem na stole. Zaczęło się szczegółowe oglądanie i przymierzanie, przy czym modniarka nie szczędziła młodszej damie, dość brzydkiej nawet, pochlebstw w tych samych niemal wyrazach, jakie mówiła Helence. Nareszcie dobito targu, choć cena była znacznie wyższą od tej, jaką zapłaciła pani Orecka — i damy wyszły zabierając pudło do karety.

Wówczas Helenka wstała ze swego krzesła i, wchodząc do magazynu, rzekła spokojnie, lecz stanowczo:

— Ponieważ suknia została już sprzedaną, proszę panią zatem o zwrot moich pieniędzy.

Modniarka najpewniejsza, że jej dawna klientka już wyszła, była właśnie w tej chwili zajęta zgarnianiem pieniędzy do szuflady. Zaczerwieniła się lekko i ruchem nerwowym posunęła ku niej banknoty. Scena ta odbyła się w milczeniu.

Gdy Helenka znalazła się na ulicy, a mroźne powietrze owiało jej rozpaloną twarzyczkę, odetchnęła głęboko, przebyła bowiem ciężką godzinę w tym przybytku mody. Bóg jeden widział, ile ją kosztowało jawne przyznanie się do ubóstwa, ile pokonanie nieśmiałości i natarczywe dopominanie się po trzykroć pieniędzy, ile pokus zwalczyć musiała... Jednak była teraz dumna z odniesionego nad sobą zwycięstwa, a chociaż powtarzała sobie jeszcze, że źle jest być ubogą, chociaż z goryczą myślała o różnicy w zachowaniu się modniarki na początku i na końcu, przecież gorycz ta właśnie dała jej poczucie własnej wartości, niezależnej od utraconego w modnym świecie stanowiska — i obudziła żywszą sympatię dla ludzi, których twardość i surowość raziła ją, ale którzy nie majątek, nie powierzchowność, tylko wartość moralną cenili w człowieku. Jakże wielcy wydawali się jej w tej chwili ze swoją purytańską prostotą wobec tego świata modnego, myślącego tylko o gałgankach, wśród którego spędziła tę godzinę! Jakże czcze wydały jej się słyszane tam rozmowy, gdy je porównywała z poważnymi zagadnieniami i celami, jakimi tamci byli zajęci! A jednak świat ten był niegdyś jej światem, a to, czym w tej chwili gardziła, było niegdyś najmilszym dla niej i nigdy nie wyczerpanym tematem do rozmowy. Spostrzegła, że między jej istotą dawniejszą a dzisiejszą jest pewna różnica, i zdziwiła się.

Ściskając mocno w ręku portmonetkę, stała na chodniku, chcąc zawołać na przejeżdżającą dorożkę, gdy nagle zrobiło się jej żal pieniędzy odzyskanych z takim trudem.

„Pójdę pieszo — rzekła do siebie po chwili namysłu — jest wprawdzie trochę daleko, ale wieczór pogodny, to się jakoś przejdzie”.

Była to pierwsza jej oszczędność.