XVIII

Ze wszystkiego, co zaszło owego wieczora, najwięcej utkwiło Helence w pamięci to, że ją nazwano „słabym, wątłym dzieckiem”, którego nie może pokochać silny, rozumny mężczyzna, szukający dzielnej towarzyszki w kobiecie. Wyrazy te przez kilka dni następnych widziała we wszystkich rachunkach, adresach i pakietach, czytała je wszędzie, gdzie tylko zwróciła oczy. Przyczepiły się do niej ze szczególną mocą i nie chciały się odczepić, co ją dziwiło i gniewało — nie miała bowiem nigdy pretensji do zostania towarzyszką życia Andrzeja: kochała przecież innego! A gdyby nawet ten inny nie istniał, to wcale nie uśmiechała jej się perspektywa spędzania całego życia w tym ponurym, kwakierskim domu. Nie miało dla niej powabu chodzenie z kluczami u pasa na wzór pani Radliczowej ani cerowanie własnymi rękami tych szkaradnych grubych skarpetek.

Myliłby się bardzo, kto by sądził, że w Helence od owego wieczora nastąpił jaki nagły zwrot; że myśli, jakie jej przechodziły przez głowę, gdy szła z magazynu pieszo, zmieniły ją do gruntu. Takie zmiany nie dokonywają się tak łatwo: instynkty, leżące we krwi, i nałogi, na których wyrobienie pracowały pokolenia, nie mogły się przeobrazić w jednej chwili. Dziewczyna patrzyła, słuchała, rozważała, uznawała za dobre to i owo, ale nic z tego, co uznawała, nie przylegało do niej, tak jej się przynajmniej zdawało. Chwilami, jakby na gorącym uczynku, łapała się na myślach i uczuciach nie będących dawniej jej myślami i uczuciami. Dusza była rozbudzona, tylko nie mogła jeszcze znaleźć właściwej równowagi; pojęcia nowe walczyły z dawnymi, rugowały je, ale nie mogły się ustalić, bo im nie oddawano gruntu dobrowolnie, ale broniono go uporczywie, prawie z gniewem — musiały go zdobywać powoli, krok za krokiem. Czując, że te pojęcia biorą nad nią przewagę, tym usilniej ganiła w duchu wiele, niemal wszystko, co ją otaczało, i nie czyniła ze swej strony nic, żeby się do panującego w domu tonu dostroić. Pozornie poddawała się domowemu porządkowi i zwyczajom, ale było to poddanie bierne, w którym dusza nie brała żadnego udziału, poddanie przerywane napadami tajonych łez, gwałtownych wzburzeń, głuchych żalów... Źle jej było, a że nie nauczono jej panować nad sobą, więc choć usta milczały, stan duszy odbijał się mimo woli w wyrazie twarzy, uderzającej chorobliwymi rumieńcami, to znów objawami najwyższego zniechęcenia i apatii. Cieplejsza atmosfera, jaka się dokoła niej wytworzyła owego wieczora, nie podsycana niczym z jej strony, miała ostygnąć. Oceniano ją, ale jej nie kochano.

Andrzeja jeszcze więcej nie lubiła od czasu, jak wyrzekł słowa, których nie mogła zapomnieć, od czasu gdy ją nazwał „słabym dzieckiem” — i unikała z nim spotkania sam na sam. Do oranżerii chodziła czasem popatrzeć na kwiaty, ale wybierała zawsze godzinę, w której wiedziała, że go tam nie ma. Wspaniały filodendron nie okwitł jeszcze.

Jednego dnia, gdy siedziała na ławeczce żelaznej i patrzyła zamyślona na rybki pluskające wesoło i na koronkowe liście paproci przeglądające się w wodzie, nagle drgnęła. Obok paproci ujrzała w wodzie odbicie twarzy Andrzeja. Wstała, chcąc odejść, ale nie dopuścił tego, zastąpiwszy jej drogę.

— Widzę, że spotkanie ze mną nie jest wcale przyjemne dla pani — rzekł z lekkim uśmiechem — i przykro mi, że panią na tę nieprzyjemność narażam, ale chcę panią prosić o chwilę rozmowy.

— Słucham pana — rzekła chłodno.

— Od dnia swego tu przybycia stronisz pani systematycznie od nas wszystkich: jesteś milcząca, zamknięta w sobie i chociaż dom nasz nie jest bynajmniej pustynią, pani w nim żyjesz niby Robinson Kruzoe na bezludnej wyspie...

Helenka spojrzała na mówiącego uważniej: i ona niejednokrotnie porównywała tu już siebie do Robinsona.

— Robinson był przynajmniej o tyle szczęśliwszym od pani — mówił dalej — że miał Piętaszka, a pani nie masz nikogo. Ludzie zmuszeni żyć pod jednym dachem powinni koniecznie wynaleźć sobie jakiś modus vivendi55 i jakiekolwiek bądź byłyby ich antypatie, czynić wszelkie możliwe usiłowania w celu uczynienia się nawzajem znośnymi.

„Ma słuszność — pomyślała — życie obecne jest dla mnie nieznośne. Dobrze byłoby uczynić je cokolwiek znośniejszym”.

— Z wyjątkiem ojca mego — mówił dalej — zdajesz się pani do nas wszystkich jednakową czuć antypatię, że już nie mówię o sobie, którego zaledwie pani raczysz znosić.

Lekki rumieniec zabarwił lica Helenki.

— Odpłacam tylko pięknym za nadobne — odpowiedziała. — Oprócz ojca pańskiego, bardzo surowego dla mnie, pomimo okazywanej mi życzliwości, nie mam tu nikogo, co by czuł dla mnie choć odrobinę sympatii. Ale proszę nie myśleć, że się na to skarżę — dodała z pośpiechem — tłumaczę się tylko z uczynionego mi przez pana zarzutu. Nie potrzebuję sympatii niczyjej. Obywam się tu bez wielu rzeczy, potrafię się obejść i bez tego.

Mówiąc to spuściła oczy dla ukrycia łez, jakie w nich zabłysły.

— Winszuję pani — rzekł Andrzej, udając, że wierzy jej słowom — ale nie zazdroszczę. Rzadko kto może się zdobyć na podobny stoicyzm, ja przynajmniej nie potrafiłbym. Sympatia ludzka nie jest mi rzeczą obojętną i nie gniewałbym się wcale, gdyby na przykład pani, zamiast nienawidzić, lubiła mnie troszeczkę.

Oczy Helenki pociemniały, błysnęło w nich coś na kształt gniewu.

— Nie znaczy to jednakże, żebym sobie rościł do sympatii pani jakiekolwiek prawo. Jest to nawet rzeczą niemożliwą, ponieważ mnie pani prawie nie zna. Myli się pani jednakże, przypuszczając w nas wszystkich niechętne dla siebie usposobienie. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy pani życzliwi, ale za mało panią znamy, abyśmy mogli panią pokochać. Piękna powierzchowność, jaką natura panią tak hojnie obdarzyła, nie wystarcza jeszcze do pozyskania miłości.

Helenka przygryzła wargi. Patrzyła na niego z nie ukrywanym zdumieniem. Każdy inny na jego miejscu powiedziałby: „Ach, pani, któż by pani nie uwielbiał! ”, a ten nie wahał się mówić jej w oczy bez zająknienia, że nikt jej dotąd nie pokochał i że jej powierzchowność nic nie znaczy. Andrzej mówił dalej:

— Pani sama zresztą największe temu stawiasz przeszkody.

— Ja?

— Tak jest, nie chcesz się pani dać poznać. Poznanie następuje tylko przez zbliżenie się ludzi do siebie, przez wymianę myśli, pomagającą do ocenienia wzajemnej wartości.

— Wartość i zawsze wartość — rzekła z goryczą Helenka. — Od chwili, w której przestąpiłam próg tego domu, słyszę na wszystkie strony, z wszystkich ust ten wyraz wartość odmieniany przez wszystkie formy i przypadki. Czy idzie o rzeczy martwe, czy ludzi, państwo wszystko oceniacie po...

— Po kupiecku, chciała pani powiedzieć, czy zgadłem?

— Niech i tak będzie. Proszę się temu nie dziwić; wszelkie rachunki bywały mi zawsze wstrętne. Nigdy nie rachowałam!

— Gdybym był pani przyjacielem... a raczej, gdyby pani chciała mnie uważać za swego przyjaciela, radziłbym pani, żebyś się nauczyła co najprędzej rachować. Rachunek jest podstawą wszelkiego porządku społecznego, a więc i szczęścia w rodzinie. Jeżeli sympatia rodzi się z przekonan a o wzajemnej wartości ludzi, to i miłość nie jest czym innym, jak tylko rachowaniem wzajemnym dwojga ludzi na siebie, popartym wiarą, że żadne nie popełniło pomyłki.

Helenka westchnęła. Ona nie myślała o wartości Stefana, gdy serce jej uderzyło dla niego. Pokochała go bez rachunku!

— Pytałaś mnie pani raz, jakim prawem ośmielam się mówić pani słowa prawdy: istotnie, nie jestem ani bratem pani, ani przyjacielem nawet... ale mam dla pani serdeczną życzliwość...

— Pan?

— To panią dziwi?

— Niezmiernie. Pan, co obawiasz się, abym zamiast pomagać, nie „zawadzała” w kantorze; pan, co odmawiasz mi najświętszego ze wszystkich uczuć, uczucia miłości dla kraju; pan, co wyśmiewałeś mój ubiór, mój sposób układania włosów na głowie, moją chęć posiadania fotelu; pan, na koniec co mnie szyderczo nazywasz „księżniczką” — pan masz mi być życzliwym?

— Wszystko, o co mnie pani oskarża, popełniłem — odparł Andrzej z uśmiechem — chociaż słowa pani nadają występkom moim rozmiary, jakich nigdy nie miały. Odkąd panią widzę pracującą pilnie i wytrwale w kantorze, pomimo że to pani nie bawi i dużo wysilenia kosztuje, zmieniłem moje zdanie pod tym względem: nie tylko pani nie zawadzasz, ale pomagasz nam istotnie. Od czasu zaś, jak „księżniczka” dobrowolnie sobie powiększyła godziny pracy i sprzedała swoją suknię balową, powziąłem dla niej szacunek i życzliwość.

— Nie przeszkadza to jednak panu upokarzać mnie na każdym kroku, dowodzić wszelkimi możliwymi sposobami, że nic nie umiem, że nie potrafię nawet czuć tak jak inni ludzie. Rodzina państwa stoi niewątpliwie bardzo wysoko pod względem obywatelskim, ale... niech pan wybaczy, że i ja będę mówić prawdę — ale brak jednej cnoty odejmuje wam cechę doskonałości: cnotą tą jest wyrozumiałość. Dumni waszą siłą fizyczną i moralną, potępiacie bez sądu wszystko, co wam się wydaje być błędem lub słabością, bo słabość pod każdą postacią jest w oczach waszych występkiem, jest raną, którą leczyć chcecie rozpalonym żelazem. Pański ojciec, pańska matka, pańskie siostry, wszyscy wypowiadacie swoją prawdę z rzadką bezwzględnością, nie przebierając w słowach i nie bacząc, czy one zranią kogokolwiek, czy nie. Wasze słowa są ostre jak noże! Nie miałeś pan prawa, powtarzam, czynić mi tu na tym miejscu przed dwoma tygodniami ciężkiego zarzutu na zasadzie jednorazowej krótkiej obserwacji. Alboż pan mnie znasz? alboż pan wiesz, jakie uczucia mogą być we mnie? Nie powinieneś pan był mówić mi tak bolesnych wyrazów, jakiekolwiek bądź były pańskie intencje. Czyż dlatego, że jestem tu sama jedna, obca dla was i daleka od swoich, można mnie bezkarnie znieważać? O, jesteście czasem okrutni!

Słowa te, wypowiedziane z wybuchem, w którym czuć było gorzki wyrzut, wywołały na twarzy Andrzeja rumieniec widoczny nawet na jego ogorzałej twarzy. Popatrzył chwilę na drobną postać, stojącą wśród kwiatów egzotycznych, tak wątłą jak one, i zrobiło mu się żal, że był dla niej zbyt surowy, że nie oszczędzał jej więcej — ale zapanował nad swoim wzruszeniem i rzekł poważnie:

— Odpowiem pani na to słowami, które wydadzą się pani jeszcze okrutniejsze: żelazo rozpalone jest lekarstwem bolesnym, ale najskuteczniejszym, bo leczy prędko i niszczy chorobę u źródła.

— Słysząc pana — przerwała — zdaje mi się, że mam przed sobą Dantona lub Marata i że lada chwila ujrzę błyszczący nóż gilotyny. Może lepiej byłoby dla mego osobistego bezpieczeństwa, gdybym wstąpiła w ślady arystokracji francuskiej i szukała ratunku w emigracji...

— Jestem pewien jednak, że pani wybierzesz sobie rolę zaszczytniejszą i zostaniesz — rzekł łagodnie. — Pojęcie, jakie wyrobiłaś sobie pani o nas, jest błędne: nie uważamy się za doskonałych i nie jesteśmy dumni ani niewyrozumiali. Przekona się pani sama o tym, gdy nas pani lepiej pozna, tylko nasz sposób widzenia rzeczy, wyrażający się prosto, bez szukania form subtelniejszych, razi panią, nie przyzwyczajoną snadź do słuchania prawdy. Nie przypuszczałem, niech mi pani wierzy, żeby moje uwagi mogły panią tak razić. Mówiłem po prostu, com myślał, i tym właśnie dawałem dowód mego szacunku dla pani. Nie znałem pani dobrze, ale zdawało mi się, że stoisz wyżej ponad banalne komplementy wystarczające płytkim umysłom.

Helenka milczała.

— Panno Heleno — rzekł po chwili — wiem, żem na sympatię pani nie miał sposobności zasłużyć i że od czasu naszej poprzedniej w tym miejscu rozmowy czujesz pani do mnie głęboką niechęć. Czyż jednak, pomimo to, nie wierzysz pani, że moje uczucia względem niej nie są nieprzychylne, i czy nie podałabyś mi ręki z ufnością, jak człowiekowi uczciwemu, gdybym o to prosił?

To mówiąc, wyciągnął ku niej dłoń otwartą: była to dłoń spracowana, szeroka, żylasta, opalona. Helenka, która podczas ostatnich słów jego patrzyła machinalnie na złote rybki, pluskające się w wodzie, i na delikatne listki paproci, podniosła ku niemu swoje wielkie oczy, pełne nieokreślonych pragnień i cichych smutków, i patrzyła przez chwilę na tego człowieka, tak dla niej niemiłego. W postawie jego tyle było prawdziwie męskiej godności i energii, w oczach tyle siły spokojnej i pewnej siebie, że już miała położyć swoją malutką rączkę na jego dłoni, gdy pamięć, płatająca ludziom tak częste figle w najniewłaściwszych chwilach, przypomniała jej słowa: „ona jest tylko słabym, wątłym dzieckiem” — i zawahała się, co widząc Andrzej, usunął natychmiast swoją.

— Nie masz pani odwagi dotknąć się mojej ręki, której sama wielkość przestrasza panią — powiedział z przymuszonym nieco uśmiechem — nie mam pani tego za złe. Owszem, podoba mi się ta szczerość nie zamaskowana fałszywą grzecznością.

— Ale pan się myli — rzekła śpiesznie i z lekkim pomieszaniem, chcąc podać mu rękę, ale Andrzej cofnął się mówiąc:

— Przepraszam panią, ale zwykłem brać tylko to, co może mi być dane dobrowolnie. Nie lubię nic nikomu narzucać. Pierwszy ruch pani był szczery i pokazał, że pomimo pozornego wstrętu do prawdy, stosujesz ją pani jednak w postępowaniu. Niechże pani źle zrozumianą delikatnością nie psuje mi dobrego wrażenia. Do widzenia.

Zniknął między krzewami, a Helenka chwilę jeszcze patrzyła w stronę, w którą odszedł, po czym wzruszyła lekko ramionami, a przed oczyma jej duszy stanął obraz Stefana w całym blasku jego młodzieńczej urody i rycerskiego wdzięku.

— Czy ja go zobaczę jeszcze kiedy! — szeptała z niezmierną tęsknotą. — Musi być równie szlachetny i dobry, jak jest piękny!