XX

Dwór z ogrodem leżał na wzgórzu, a ze wzgórza był widok na całą okolicę: na pola, na łąki, na las, na rozrzucone chaty wioski i na bielejące w dali drogi, wysadzane rosochatymi wierzbami. Widok ten, którego największym urokiem była szerokość przestrzeni, wydawał się dziwnie piękny Helence, odwykłej od podobnych widoków w murach wielkiego miasta. Patrzyła nań jak na coś znanego, a niewidzianego dawno, z pragnieniem i tęsknotą, a uchem chwytała odgłosy idące od pól, od lasów, od łąk, przenikające do jej duszy i wywołujące w niej dziwne myśli i uczucia. Gdy ziemia budzi się z zimowego snu do życia i okrywa zielenią, w sercu człowieka, czy to starego, czy młodego, budzą się uśpione nadzieje, przytłumione pragnienia i wołają głosem wielkim o szczęście... Coś podobnego działo się w duszy Helenki. Wtem posłyszała śpiew:

Już tam ojciec do swej Basi

Mówi zapłakany:

Słuchaj jeno, pono nasi

Biją w tarabany

Marsz, marsz!

Śpiew ten, pochodzący widocznie z piersi starganej wiekiem, ale czerstwej jeszcze i raźnej, zaciekawiał Helenkę; zwróciła się ku niemu i zobaczyła żwawego staruszka w granatowej kapocie, w rogatej czapce i z ogromnymi wąsami. Trzymał w ręku koneweczkę i podlewał grządki kwiatowe.

Już tu ziomek pilnie słucha,

Czy armata ryczy;

Walecznego pełny ducha,

Każdy moment liczy.

Marsz, marsz!

Spostrzegłszy nadchodzącą Helenkę staruszek przerwał swoją robotę, przysłonił oczy ręką od słońca, żeby lepiej widzieć, i odezwał się:

— Hm, hm, co też to za śliczna panienka spadła nam z nieba! Szkoda, że pan pułkownik nie widzi, bo miałby czym oczy ucieszyć. Jest na co popatrzeć, jest, jak mi Bóg miły! Dzień dobry panience!

— Dzień dobry — odpowiedziała przypatrując się ciekawie temu sympatycznemu staruszkowi — czy wy tu jesteście ogrodnikiem, przyjacielu?

— Rozumie się. Żeby nie ja, toby tu nic nie było. Bo to dzisiejsze ogrodniki co potrafią? Może to panienka jest ta sama panienka, co to ją nazywają księżniczką?

— Tak, to ja.

— A to wiem, wiem; moja córka Kunegunda, jak tu u mnie była na Wielkanoc, to mi o panience naopowiadała fura rzeczy. Umie też panienka maszerować?

— Maszerować?

— Aha!

— Nie, nie umiem.

— To źle, niech się panienka nauczy. Kobiety powinny umieć maszerować; to potrzebne, jak panna za mąż idzie, bo która tego nie umie, to zamiast iść w jednym szeregu z mężem, będzie szła albo za prędko, albo za wolno, a taki fuszerski maszerunek do niczego dobrego nie doprowadzi. A jaszcze jak taka żona obejmie komendę, to niech Bóg broni! Pan pułkownik mówi tak samo. On powiada: Wojciechu, u nas kobiety źle wychowują. Jeżeli chłop idzie naprzód, to baba zostaje w tyle, a jak chłop zwolni kroku, to znowu baba leci naprzód jak opętana, ten do Sasa, ta do Lasa, i nie mogą się zgodzić. Źle, źle, Wojciechu, kobiety powinny razem z mężczyznami maszerować krok w krok, równo, ot tak, raz, dwa, raz, dwa. Rozumie panienka?

— Rozumiem — rzekła wstrzymując uśmiech.

— No, to niechże panienka tu zaczeka, a ja pójdę do strumienia po wodę i jak wrócę, dokumentniej to panience wylożę. Ładne panny bardzo lubię musztrować, do stu tysięcy fur beczek! Nasz kochany komendant, panna Wanda, ta by umiała maszerować, ale nie ma biedaczka z kim!

Machnął ręką i, wziąwszy koneweczkę, pomaszerował do furtki. Helenka szła za nim i, stanąwszy w progu patrzyła na drogę idącą pod parkanem ogrodu i na strumień płynący tuż za nią po łące, gdy człowiek jakiś, który od kilku chwil badawczo jej się przypatrywał, przystąpił do niej i poprosił o jałmużnę. Przestraszona niespodzianym zjawieniem się żebraka drgnęła lekko i cofnęła się o krok — bo też powierzchowność jego nie budziła bynajmniej zaufania. Był to mężczyzna jeszcze młody, z twarzy bladą, nabrzękłą i chytrym spojrzeniem małych, ustawicznie biegających oczu, nie zgadzających się ani z płaczliwym głosem, ani z pokornie zgiętą postawą. Pierwszym wrażeniem, jakiego Helenka doznała na jego widok, był wstręt — ale łachmany obudziły jej litość. Sięgnęła do portmonetki.

— Nie dawaj mu, pani, ani grosza, bardzo proszę — zabrzmiał tuż nad nią głos ostry Andrzeja. — Precz stąd, nędzniku! Jak śmiesz przychodzić tutaj? Nie pokazuj mi się na oczy, jeżeli nie chcesz, żebym cię oddał w ręce strażników.

Żebrak nie czekał dłużej; wyprostował się i rzuciwszy na Andrzeja wzrokiem pełnym bezsilnej wściekłości, szybko się oddalił.

— Ach, panie — szepnęła Helenka z wyrzutem — ten człowiek jest głodny i prawie nagi? Pozwól, żebym go przywołała i dała choć trochę pieniędzy...

— Nie — zawołał — on niewart litości! Wypędziłem go stąd za próżniactwo i szerzenie ducha nieporządku między moimi robotnikami.

Nigdy go jeszcze nie widziała tak rozgniewanego; żyły mu nabrzmiały na skroniach, oczy ciskały błyskawice, głos grzmiał jak piorun.

— Nie przeczę, że musiał być bardzo winny, skoro go pan tak surowo ukarał — odpowiedziała — ale jeżeli jest głodny, czyż mamy mu dozwolić umrzeć bez pomocy?

— Niech zarabia na chleb.

— A jeżeli nie może znaleźć pracy?

— Pracę znajduje każdy, kto jej szuka — odpowiedział — ale temu zachciewa się żyć kosztem pracy innych. Słowa pani przynoszą zaszczyt dobremu jej sercu, ale dowodzą jego niepraktyczności i braku doświadczenia. Wspierać żebraków jest to podtrzymywać nędzę. Człowiek, któremu pani chciałaś dać jałmużnę, poszedłby jutro znowu żebrać, bo po co ma pracować na swoje utrzymanie, jeżeli go społeczeństwo utrzyma? Głód zmusi go do pracy. Młody jest, silny, zdolny, ja go znam. I dobroć musi być rozumna, jeżeli nie chce zostać bezwiednym narzędziem złego.

Helenka westchnęła.

— Twardy z pana człowiek — rzekła smutnie.

— Tak — odpowiedział spokojnie — jestem twardy, gdy czuję, że słuszność jest po mojej stronie, i gdy czynię, jak powinienem. Ale widzę, że go pani żal... Czy pani jesteś pewna, że on by chleba kupił za twoje pieniądze? Najpewniej przepiłby je w karczmie. Jeżeli pani koniecznie chcesz mu okazać miłosierdzie, to wesprzyj lepiej jego biedną żonę, o którą on się wcale nie troszczy. Jest to kobieta chora i obarczona dziećmi. Ale już chwilę z sobą rozmawiamy, a nie powiedzieliśmy jeszcze sobie dzień dobry. Dlaczego pani wstała tak wcześnie? Jeszcze nie ma szóstej.

— Zapomniałam wczoraj spuścić roletę i wschodzące słońce obudziło mnie. Zobaczyłam przez okno, że poranek jest piękny, i chciałam jego świeżością odetchnąć.

— Dobrze pani zrobiła. Nie mogę z panią dłużej rozmawiać, bo mi pilno zobaczyć dziadka; już wstał podobno. Do widzenia.

„Może on ma słuszność, mówiąc, że ten człowiek przepiłby w karczmie moje pieniądze — rzekła do siebie, gdy odszedł — bo mu niedobrze patrzyło z oczu, ale któż to może wiedzieć na pewno? Bądź co bądź lepiej się dziewięćdziesiąt dziewięć razy omylić niż jednemu prawdziwie potrzebującemu odmówić”.

Gdy tak myślała, żebrak stanął znów przed nią i, rzuciwszy bystre spojrzenie na wszystkie strony, ponowił swoją prośbę w sposób tak natarczywy i zuchwały zarazem, że dziewczę, chcąc się go pozbyć, a bardziej jeszcze obawiając się, żeby Andrzej przypadkiem nie wrócił i nie zobaczył go znowu, rzuciła mu kilka sztuk drobnej monety i szybko zatrzasnęła furtkę. Ale furtka otworzyła się sama i Helenka zobaczyła, jak żebrak policzywszy na dłoni otrzymane pieniądze schował je do kieszeni i pogroziwszy pięścią w stronę, w którą się Andrzej oddalił, odszedł powoli. To, co widziała, napełniło ją niewytłumaczoną obawą i niepokojem. Długo chodziła po ogrodzie zamyślona, a bujna wyobraźnia coraz straszniejsze czyniła przypuszczenia co do tego włóczęgi grożącego Andrzejowi; widziała w nim złodzieja, podpalacza, mordercę i serce jej biło z trwogi na myśl, że on może być kiedy znienacka napadnięty. Nie obchodził ją wprawdzie nic, ale był jej znajomym, a to zawsze przykro myśleć... A gdyby o tym siostrze jego powiedzieć? Tak pewnie będzie najlepiej.

Zwróciła się ku domowi i tu oczy jej uderzył widok niezwykły. Andrzej prowadził starca, zdającego się wiek cały dźwigać na sobie. Wysoki, chudy, przygarbiony, wspierał się jedną ręką na ramieniu wnuka, drugą na kiju. Głowa jego uderzała szlachetnością kształtów, a rysy piękne były i wyraziste: nosiły one ślady ciężkich cierpień, wielkich burz, ale piętnował je wyraz tego spokoju, jaki daje bliskość grobu. Długa biała broda spadała mu na piersi, osłonięte ciepłym kożuchem, sięgającym aż za kolana.

Z macierzyńską niemal troskliwością prowadził go Andrzej między krzewami ku miejscu otwartemu, wystawionemu na słońce, gdzie stało już wygodne krzesło z poręczami, leżała poduszka i ciepła wełniana kołdra. Na ziemi rozpostarta była skóra tygrysia. Starzec postępował ostrożnie i powoli, macając przed sobą drogę kijem, a gdy ciepłe promienie wiosennego słońca dotknęły jego głowy, wyraz błogiej radości rozlał się po twarzy i wyszeptał:

— Jaki Bóg jest dobry, że daje nam już ciepło! Pod jego dobroczynnym tchnieniem inne życie wstępuje w krew stygnącą, zesztywniałym kościom zdaje się, że jeszcze odmłodnieją, a piersiom lżej oddychać... Dziękuję ci, mój chłopcze, żeś mnie tu przyprowadził.

Podniósł głowę i patrzył wprost na słońce, a Helenka spostrzegła z przerażeniem, że te wielkie, szeroko otwarte źrenice nie drgnęły pod jego oślepiającymi promieniami, ale pozostały nieruchome. Starzec był niewidomy. Andrzej doprowadził go do krzesła, a gdy ten usiadł, podłożył mu poduszkę pod plecy i okrył kolana kołdrą. Spostrzegłszy z daleka Helenkę, dał jej znak, żeby się zbliżyła — co gdy uczyniła, zapytał półgłosem:

— Czy pani możesz pozostać tu przy nim przez chwilę i czuwać w razie, gdyby czego potrzebował?

— Zostanę chętnie — odpowiedziała wzruszona mimowolnie tą troskliwością „twardego człowieka”.

— Dziadku — przemówił pochylając się nad starcem — ja muszę stąd odejść na chwilę, ale zostawiam ci w moje miejsce pannę Orecką, o której ci opowiadałem. Ona mnie zastąpi.

— Dobrze, mój chłopcze — odrzekł zamyślony starzec i pochylił głowę na piersi, a Helenka zobaczyła wtedy, że były na niej dwie głębokie blizny, jakby od dwukrotnego cięcia pałasza. Czas jakiś siedział zadumany, a potem wsparł obie ręce na poręczach krzesła i zapytał:

— Czy jest tu kto?

— Ja jestem, panie, Helena Orecka — odpowiedziała stojąc przed nim.

— Helena Orecka, Helena Orecka — powtarzał, jakby zbierając wspomnienia — a wiem, wiem. Mówił mi o tobie mój wnuk. Wiem. Upadek fortuny, niedola, a więc córka musiała iść w świat za chlebem. Wszystko, co nie stoi mocno, upaść musi... Ale człowiek jest z twardej ulepiony gliny i tam, gdzie żelazo pęka i kamień się kruszy, on wytrzyma. Ja widziałem trzy razy upadek nadziei wielkiego narodu, moje dziecko, a żyję... Byłem na Dalekiej Północy, w kraju, gdzie słońce schodzi blado, a mróz przenika do kości, i patrzyłem co dnia na tęsknotę, trawiącą powoli najsilniejsze organizmy, na ciągłe odradzanie się i zamieranie nadziei i nie umarłem... A kiedy nareszcie po długiej rozłące wróciłem do swoich, straciłem oczy i nie mogłem już ujrzeć mojej ziemi; dziękowałem jednak Bogu, że mi jej choć dotknąć pozwolił. Odtąd patrzę na świat oczyma tych, co są przy mnie. A świat idzie dalej swoją drogą, ziemia co wiosnę odradza się na nowo, a wiosna jest tak samo piękna jak w dniach mojej młodości... Słońce tak grzeje! Czuję błogie ciepło rozchodzące się po żyłach moich. Dzień jest pogodny, więc musi tu być dokoła pięknie, nieprawdaż? Nie byłem tu jak w jesieni, gdy liście już z drzew pospadały... dopomóż pamięci starego, moje dziecko, i powiedz mi, co widzisz.

— Wszystko dokoła zieleni się — zaczęła Helenka głosem lekko drżącym od wzruszenia — pierwiosnki, przylaszczki, fiołki, bratki i stokrocie kwitną, wierzby pokryły się gęsto drobnymi listkami i powypuszczały baźki; wiązy, leszczyna, olsze i brzozy kwitną także, brzoskwinie rumienią się różowym kwieciem i gwarzą rojami pszczółek, co się koło nich uwijają; na innych drzewach owocowych pękają już pączki...

— Widzę je, widzę, cóż dalej?

— Czereśnia, co tu stoi przed nami, cała w bieli jak w welonie z kwiatów; jaskółka siedzi na gałęzi i buja się, a na ścieżce przed nami skacze wróbel i trzyma słomę w dziobku. Pewnie ściele sobie gniazdko.

— Miłe, wdzięczne ptaszyny. Widok ich w dalekim kraju wzruszał mnie zawsze do głębi. Mów dalej.

— Za ogrodem widzę strumień wijący się po łące; koło niego bydło idzie na paszę, a pasterz je pogania.

— Słyszę jego wołania. A pod lasem?

— Pod lasem pług, zaprzężony we dwa siwe woły, kraje ziemię.

— Wiosna wczesna... Będziemy mieli urodzaj. Dalej, dalej!

— Lekka mgła unosi się nad strumieniem, ale słońce zaraz ją rozproszy. Spośród kępy brzóz i topoli wynurza się wieża kościoła, a krzyż na niej błyszczy w słońcu jak złoto.

— Widzę, widzę ten obraz tak, jakbym na niego patrzył własnymi oczyma — przerwał starzec, który jej pilnie słuchał, a nieruchome jego oczy jaśniały radością. — O, jakże świat jest piękny.

Spod lasu dało się słyszeć długie przeciągłe hukanie.

— To derkacz odzywa się na błotach — mówił dalej — poznaję jego głos, zdaje mi się też, że słyszę gromadę ptactwa lecącego w tę stronę.

Zamilkł i słuch wytężył. Po chwili dało się słyszeć trzepotanie skrzydeł; stado dzikich gęsi niby chmura przeleciało nad ogrodem i pociągnęło ku lasowi. Starzec patrzył w górę, jakby je mógł widzieć.

— „Gromada wielki człowiek” — rzekł po chwili. — Mądre, roztropne ptaki dają naukę ludziom. Za moich czasów wszyscy chcieli dobrze, ale jedni szli w prawo, drudzy w lewo. Nie było gromady, toteż burze budynek nasz rozsypały w gruzy. Mój syn powiada, że praca zaczyna się na nowo od fundamentów i że co myśmy budowali śpiesznie i gorączkowo, oni postawią powoli, ale mocno. Myśmy używali do budowy krwi i żelaza, oni biorą oświatę, postęp, trzeźwość, cierpliwość i oszczędność — bo powiadają, że ona prowadzi do dobrobytu, a ten znów do bogactwa, które daje siłę. Co myśmy rozrzucali pełnymi garściami, oni zbierają po ziarnku... Zaczynają od tego, na czym my chcieliśmy skończyć, od pracy organicznej. Bóg z nimi!

Zamilkł. W ogrodzie dał się słyszeć znowu śpiew.

Ja mówiłem wam nieraz,

Że dziś zuchów już mało;

Wiara, bracia, źle teraz.

Dawniej lepiej bywało!60

Śpiew utonął w gęstwinie, a starzec westchnął i mówił dalej:

— Ja się już na nic nie przydam, bezsilny jestem... a choćbym nawet miał siły, to nie potrafiłbym już żyć inaczej, jak żyłem, ani walczyć inaczej jak mieczem. Inne czasy, inni ludzie! Ale powtarzam moim dzieciom: pamiętajcie, że odrodzenie narodu nie może się dokonać bez kobiety; pamiętajcie, że tylko z jej pomocą i przez nią budynek stanie potężny, trwały.

— A jakim to sposobem, panie? — spytała Helenka.

— Bo kobieta wychowuje dzieci, a dzieci są takie, jakimi je wychowa. Nie brak w Polsce kobiet zacnych, pracowitych i poświęcających się, ale brak jasno pojmujących swoje obowiązki i rozumnych. Za wiele myślą o rzeczach błahych, o rozrywkach i gałgankach — a kraj potrzebuje obywatelek, nie istot lekkomyślnych. Duch narodu w rodzinie przede wszystkim szukać musi dziś schronienia. Dom powinien mu być sądem, szkołą, a poniekąd i kościołem; nie może zaś nim być tam, gdzie gospodaruje kobieta lekkomyślna i ograniczona. Takie były i za moich czasów, ale co wtedy było lekkomyślnością tylko, dziś jest występkiem przeciwko narodowi, bo wstrzymuje jego pochód na drodze odrodzenia.

Helenka, słuchająca starca z głębokim wzruszeniem, klękła przy nim i zawołała z płaczem:

— O dobry panie! to ja jestem występna! ja myślałam tylko o rozrywkach i gałgankach; ja żyłam nieświadoma celów i dążeń społeczeństwa, marząc samolubnie o życiu szczęśliwym i bez troski; ja miałam pustki w sercu i głowie. A od czasu gdy potrzeba zmusiła mnie do pracy, uważałam się za ofiarę niesprawiedliwości losu i nazywałam poświęceniem to, co było tylko obowiązkiem. Byłam głucha na prawdy słyszane dokoła siebie, a choć światło wszelkimi szczelinami przeciskało się do mego umysłu, z uporem na nie zamykałam oczy. Ale teraz, panie, spadła z nich reszta bielma. Czuję się winną, bardzo winną!

Łkanie gwałtowne wyrwało się jej z piersi. Starzec położył rękę na jej głowie.

— Biedna dzieweczko — powiedział wzruszony także głęboko — twoja matka jest może niezłą kobietą, ale słabą i źle cię wychowała. Żal, moje dziecko, zmazuje winy. Uspokój się i żyj odtąd tak, jak czujesz, że żyć powinnaś, i jak ci wskaże twoje sumienie. Ja cię rozgrzeszam!

Helenka płakała ciągle.

— Przyszłość ludów jest w ręku Boga — mówił dalej — ale on pomagać lubi tym tylko, co sami sobie pomagają. Bezczynnych i leniwych wyrzeka się i opuszcza. Pamiętaj o tym, moje dziecko. Ja już lepszych czasów nie doczekam, ale Bóg dobry, który noc wieczną nade mną roztoczył, zsyła na mnie czasem promienne chwile, w których pozwala mi widzieć przyszłość... Wówczas widzę lud oświecony i pracowity, widzę miłość i zgodę wszystkich stanów, widzę kobietę, jako rozumną towarzyszkę mężczyzny i dzielną pomocnicę w jego obywatelskiej działalności, widzę swobodę myśli i przekonań, widzę panowanie sprawiedliwości i prawdy, widzę przyjście Królestwa Bożego na ziemię... Widzę to, widzę!

Słońce otaczało aureolą głowę starca jak głowy świętych, gdy wymawiał te słowa prorocze; twarz jego promieniała. W powietrzu była cisza uroczysta. Gdy skończył, z wieży kościółka zabrzmiał głos sygnaturki zwołującej na mszę poranną. Słysząc to, poruszył się i rzekł:

— Chciałbym się pomodlić, moje dziecko; mów ty modlitwę, a ja będę słuchał.

— Jaką modlitwę mam mówić, panie? — spytała, obcierając tzy.

— Mów tę, której nas nauczył nasz Zbawiciel, bo w niej zawiera się wszystko, co pojedyńczemu i zbiorowemu człowiekowi jest potrzebne.

Helenka zaczęła:

— Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje.

Starzec słuchał.

— Przyjdź Królestwo Twoje.

Starzec wyciągnął drżące, wychudłe ręce ku niebu i, podnosząc nieruchome źrenice, zaszłe w tej chwili wilgocią, ku słońcu, którego nie mógł widzieć, powtarzał ze wzruszeniem:

— Przyjdź Królestwo Twoje, przyjdź Królestwo Twoje!