XXIII
Furmanka Wojciecha Rataja nie należała do najgorszych: wóz był mocny, drabiniasty, we dwa półkoszki — a na siedzenie Rataj nie żałował słomy i okrył je derką we dwoje złożoną, sam usiadłszy na worku z obrokiem. Jeden tylko koń ciągnął ten ekwipaż, ale wyglądał nieźle i szedł raźno, nie zważając ani na doły i wyboje, których było niemało, ani na kamienie, których też nie brakowało. Wóz podskakiwał ustawicznie, mijając zwycięsko i przebojem wszystkie przeszkody, a Helenka musiała się trzymać ręką kłonicy, żeby nie wylecieć. Od wschodu zerwał się wiatr i wiał jej prosto w oczy, smagając twarz ostrym swoim dotknięciem. Na niebie zaczęły się zbierać chmury, ptaki latały nisko nad ziemią, a w powietrzu czuć było niepokój. Powóz byłby ją przynajmniej trochę od wiatru osłonił, ale wolała narazić się na wszelkie niewygody, na zziębnięcie i przemoknięcie nawet niż przyjąć grzeczność od człowieka, po którego zachowaniu się widziała, że miał złą wolę względem jej ojca i że mógłby nie dopuścić jego ruiny, gdyby chciał tylko. Ale nie chciał tego uczynić.
Zrazu w duszy jej panowało straszne wzburzenie, ale, pamiętna słów Andrzeja, zapanowała nad nim wielkim wysiłkiem woli. Zaczęła na nowo rozważać położenie i powiedziała sobie ze smutkiem, że na próżno strawiła czas i pieniądze na furmankę, bo sprawy nie posunęła wcale, a ubyła jej nadzieja, którą poddał jej sam Andrzej i która ją podtrzymywała dotąd. Ale czy istotnie krok ten był stracony? Czy ta strata nadziei nie była zbawiennym pozbyciem się złudzenia? Straciła czas i pieniądze, ale zyskała jedno więcej doświadczenie — tak przynajmniej powiedziałby Andrzej i dodałby jeszcze, że charakter nabierze przez to siły.
Gorzki uśmiech przewinął się po jej ustach.
Wiedziała już teraz, że nie może liczyć na dobrą wolę Teckicgo; czy jednak nie ma sposobu zmuszenia tego człowieka, żeby oddał, co winien? Ale jak go zmusić do tego, jak? Była pewna, że kłamał, ale nie mogła mu dowieść kłamstwa... Należałoby się dowiedzieć, jakie gdzie posiadał fundusze, i takie dopiero dowody stawiwszy mu przed oczy, domagać się zwrotu pieniędzy. Jak zebrać te wiadomości? Gdzie ich szukać? u kogo? Na wszystkie te pytania nie było odpowiedzi. Przyszłość przedstawiała jej się jako zagadka, której nie umiała, nie była w stanie rozwiązać — a jednak powinna była nie tylko szukać tego rozwiązania, ale je znaleźć nie czekając na żaden traf szczęśliwy, mogący jej rozwiązanie dać w ręce. Nie było na to czasu. „Licz, pani, na siebie tylko” — mówił Andrzej. Mój Boże! Tylko na siebie... a ona czuła się tak słaba wobec trudnego zadania, jakie podjęła, a rozmowa z Teckim zmęczyła ją śmiertelnie, choć to dopiero początek jej działania! Cóż będzie dalej! A tu znikąd, w którąkolwiek stronę zwróciła myśl, nie mogła spodziewać się pomocy...
— „Licz, pani, na siebie tylko” — powtórzyła machinalnie i westchnęła. — O Boże! — szepnęła podnosząc wzrok ku niebu. — Ty mi dopomóż! Bo jeśli Ty nas nie wyratujesz, jeżeli nie uczynisz cudu, to nikt...
Ale przypomniały jej się znowu słowa: „Bóg pomaga tym tylko, co sami sobie pomagają. Nie powinniśmy żądać od Niego, żeby odrabiał za nas robotę, a sami ręce opuszczali leniwie” — i zadumała się, po czym prosiła Boga już nie o ratunek cudowny, ale o rozum potrzebny do działania i o siłę, której nie miała, a potrzebowała tak bardzo! Tecki powiedział, że kobiety mieszają się do interesów, których nie rozumieją. Może miał słuszność... Przede wszystkim powinna się starać dobrze zrozumieć interes — a to mogło nastąpić tylko w domu.
Przybywszy na stację kolei, Helenka dowiedziała się, że kurierka odeszła już przed godziną. Zmartwiona tym bardzo weszła w układy z furmanem, żeby ją odwiózł aż do domu; a on też nie był od tego, tylko położył za warunek, żeby koń trochę podjadł i wypoczął. Szczupłe jej fundusze nie pozwalały na wynajęcie droższej furmanki.
Teraz dopiero przypomniała sobie Helenka, że od śniadania nic w ustach nie miała, i uczuła coś na kształt głodu. Wyjęła z worka paczkę, daną jej przez Wandę przy wyjeżdzie, i rozwinęła ją; znalazła dwie kuropatwy pieczone, buteleczkę wina, chleb wiejski i kilka pomarańcz. Kuropatwy były ulubionym przysmakiem pani Oreckiej, toteż Helenka wiedząc, że teraz matka rzadko je jadać może, postanowiła zawieźć je do domu w całości. Po namyśle schowała także do worka wino i pomarańcze, zadowoliwszy się zupełnie dwoma kawałkami chleba, nasmarowanego wybornym, świeżym masłem — i szklanką gorącej herbaty.
Deszcz zaczął padać, gdy ruszyli w dalszą drogę. Zjeżdżali powoli w niziny przerznięte rzeką spławną i nawiedzane od czasu do czasu mniejszymi i większymi wylewami. Helenka, patrząca machinalnie przed siebie, widziała najprzód wąskie białe paseczki wody pomiędzy bruzdami świeżo zoranego pola, potem rowy pełne po obu stronach drogi, potem całe szeregi większych i mniejszych jezior i stawów, rozlewające się po polach i łąkach. Po drodze tu i ówdzie spotykali gromadki ludzi rozmawiających z sobą i widocznie zafrasowanych.
„Rzeka wylała — rzekła do siebie Helenka, zaniepokojona tymi wszystkimi symptomatami, myśląc o domu rodziców, stojącym także nad wodą, i obawa o nich zatrwożyła jej serce. Bulwark63 wprawdzie bronił go od wody, ale od roku zepsuty był w kilku miejscach, a ojciec nie kazał go naprawiać.
W miejscu gdzie droga do M. schodziła się z drogą wiodącą do miasta gubernialnego, na zakręcie mijał ich konny posłaniec, ale Rataj, spojrzawszy mu w twarz, zawołał na niego:
— A to gdzie?
— Do was z listem.
— A bo stało się co?
— Stary pan umarł...
— Kiedy?
— Wczoraj.
— To ci dopiero — mruknął Rataj — taki był jeszcze zdrowy! Kto by się spodziewał, że tak prędko nogi wyciągnie!
Posłaniec ruszył dalej, a Rataj powtórzył jeszcze kilkakrotnie: „To ci dopiero” — przy czym obejrzał się na młodą panią, którą wiózł, zdradzając tym ochotę zawiązania z nią rozmowy, ale ona nie okazywała wcale chęci do tego. Tak była zamyśloną, że ledwie zauważyła tę krótką wymianę słów, które jak puste dźwięki koło jej uszu przepłynęły.
Wieczór już był, gdy Helenka dojeżdżała do M. Miasteczko leżało w obszernej dolinie, z jednej strony otoczonej wzgórzami, z drugiej objętej w ciemne ramy lasów. Kraj to był piękny, żyzny; ziemia czarna i złotodajna, chociaż nie wyzyskana należycie. Rzeka szeroka, spławna, co rok występowała z brzegów i zalewała ogrody miejskie, łąki i najbliższe pola, a ludzie tak się już do tych wylewów przyzwyczaili, że przyjmowali je jako rzecz zwykłą, i z godną podziwienia obojętnością znosili zniszczenie swoich zasiewów. Chaty nowe budowali na miejscu starych, choć wiedzieli, że co wiosna będą musieli wynosić się z nich do dalszych sąsiadów — a po każdym wylewie pocieszali się nadzieją, że „na przyszły rok będzie lepiej”. To „lepiej” zdarzało się od czasu do czasu; ale bywały lata, w których rzeka nie ograniczała się na najbliższych, sąsiadujących z nią miejscowościach; co pewną liczbę lat koryto tak wzbierało, że mieszkańcy wybrzeża tracili nie tylko zasiewy, ale mienie i dobytek, a po ulicach miasta jeżdżono łódkami.
Droga bita, wiodąca do M., wzniesiona była na kilka łokci nad poziom i w tej chwili spuszczała się ze wzgórza w dolinę. Siedząc na wozie Helenka miała cały krajobraz jak na dłoni. Miasteczko wyglądało niby wyspa na morzu, a gromada statków z podniesionymi masztami i kolorowymi flagami nadawała mu pozór handlowego, nadmorskiego portu. Wiatr silny dął od wschodu, a pędzone nim bałwany leciały groźne, spienione, niosąc na sobie kawałki drzewa, gałęzie, deski pojedyncze i różnego rodzaju drobne, trudne z daleka do odróżnienia przedmioty. Helenka, zmęczona ciągłym zasłanianiem się od wiatru i niewygodnym siedzeniem bez oparcia, z niecierpliwością wyglądała końca swej podróży. Z daleka ujrzała most, od którego już tylko wiorsta była do miasta, bo rzeka miała trzy odnogi i przez trzy mosty aż trzeba było przejeżdżać, cieszyła się, że jest tak blisko, gdy woźnica, obracając się ku niej, rzekł:
— Widzi mi się, proszę pani, że woda most zepsuła, bo kręcą się koło niego ludzie, a fura, co przed nami jechała, zawróciła się nazad.
Helenka stanęła na wozie i wytężyła wzrok. Zmrok zapadający nie pozwolił jej dobrze widzieć szczegółów, zdołała jednakże dojrzeć, że środkowe przęsło było wyrwane i tylko pale z niego zostały. Jeszcze patrzyła, chcąc się lepiej upewnić, gdy wieśniak, powracający z furą, zawołał na nich:
— Nie przejedziecie, bo woda most zerwała.
Helenka pobladła.
„A jednak ja muszę się dziś dostać do miasta, muszę” — myślała. — Mój przyjacielu — rzekła do Rataja — rzeka jest w wielu miejscach tak płytka, że można ją z łatwością przejść w bród. Dwa razy przejeżdżałam przez nią powozem. Ci ludzie, co tam stoją przy moście, powiedzą wam, którędy jechać najbezpieczniej.
Rataj nie odpowiedział ani tak, ani nie — ale gdy przybyli do mostu, oświadczył, że ani myśli jechać przez rzekę, choćby mu góry złota dawała: zestawił na ziemię jej worek, zażądał pieniędzy i, otrzymawszy je, odjechał. Helenka została sama.
Stała tak na wybrzeżu patrząc na przechylone przęsło, na zerwane łańcuchy i mierzyła oczyma przerwę dzielącą jedną połowę mostu od drugiej: była ona nazbyt szeroka, aby można myśleć o przebyciu jej jakimkolwiek bądź sposobem...
Chłodne powietrze przenikało ją do kości, wiatr miotał przemokłą jej suknią i chciał zerwać woalkę, a ona ciągle stała, mierząc oczyma przestrzeń, której przebyć nie mogła. Gromadka ludzi stojących na brzegu szeptała do siebie po cichu, wzruszała ramionami, ale żadnej rady jej nie dawano, bo nie wiedziano, co radzić. Z tych szeptów dowiedziała się Helenka, że kurierka przeszła szczęśliwie przed godziną i że dopiero w chwilę potem się to stało. Stary jeden wieśniak powiedział jej, że mieszka niedaleko stąd, i zaproponował, żeby u niego przenocowała, a jutro niezawodnie znajdzie się jakaś łódź, co ją przewiezie na drugą stronę.
— Patrzcie no, kumie — odezwał się drugi — wszakże to łódź płynie w tę stronę! Łódź porządna, z siedzeniem, a żagiel ją pcha do nas.
Zaczęto wołać, dawać znaki i łódź zbliżyła się do brzegu. Stał w niej człowiek barczysty, średniego, wzrostu, w krótkim, watowanym surducie, spod którego wyglądał niebieski, włóczkowy kaftan. Policzki miał rumiane, żółtawy zarost po bokach twarzy, a w rękach trzymał nie odstępującą go nigdy porcelanową fajeczkę. Był to Ofman, który mając dużo obrobionego drzewa złożonego na wybrzeżu, przyjechał obejrzeć, czy mu nie grozi niebezpieczeństwo. Widział on z daleka wóz odjeżdżający i domyślił się, że ktoś, co nim przyjechał, nie może się dalej przedostać. Wołania zbliżyły go do brzegu.
— Przewieźcie tę panienkę na drugą stronę, panie Ofman — odezwał się jeden.
— Przewieźcie, przewieźcie! — wołali drudzy — w łodzi jest dosyć miejsca na dwoje.
Ofman obrócił oczy na tę, dla której żądano od niego przysługi, i twarz jego rozjaśniła się jowialnym, rubasznym uśmiechem.
— Co ja widzę, panna Orecka? Guten Abend, dobry wieczór.
Tu nastąpiło charakterystyczne kiwnięcie głową, bez zdjęcia czapki.
— Odjechała panna powozem, a wozem powraca? Was ist das? Nie znalazło się męża w Warszawie? Ha, ha, ha! Czy to brakuje kawalerów w M., hę? Ja sam mam aż dwóch siostrzeńców, tęgich i zdrowych chłopaków. No, steigen Sie, Fraulein, steigen Sie ein! Niech panna siada. Ojciec panny nie może na mnie patrzeć, ale ja nie mam do niego urazy. O, nein Gott behüte!, a ładnej kobiecie zawsze lubię grzeczność zrobić. Steigen Sie ein. A gdzie panny rzeczy? Co, tylko ten worek? Gdzie się podziały te wielkie kufry, co je panna stąd wywiozła? Ej, czy tylko nie było w nich sreber i kosztowniejszych rzeczy? Może je ojciec panny wysłał z domu, żeby się nie dostały Ofmanowi! No, steigen Sie ein. Niech panna siada.
I postawiwszy jedną nogę na brzegu, wyciągnął rękę, żeby tej pomóc wejść do łodzi — ale Helenka cofnęła się. Blada jej twarz pobladła jeszcze bardziej, usta drżały.
— No, was ut das? Nie bój się, panna, łódź się nie przechyli. Śmiało, śmiało — zachęcał Ofman. — Co to, nie chcesz panna wsiąść?
— Tak jest, nie chcę — odpowiedziała głosem na pozór spokojnym, w którym jednak Ofman poczuł coś niedobrego. — Nie chcę przyjmować przysługi od człowieka nie umiejącego uszanować kobiety. Jak pan śmiesz mówić do mnie w sposób ubliżający o moim ojcu? Jedź pan sobie sam, jedź! Wolę tu zostać niż zawdzięczać panu cokolwiek bądź!
Ofman spojrzał na nią z osłupieniem.
— Was ist das? Co ona gada? Co ona ode mnie chce? Panna się gniewa? Warum? Gniew piękności szkodzi. No, nie rób panna grymasów i śpiesz się, bo nie mam czasu czekać.
Ujął ją za rękę, ale Helenka wyrwała mu ją z gniewem
— Nie dotykaj mnie pan! — zawołała z iskrzącymi oczyma. — Nie chcę wcale jechać pańską łódką; nie chcę mieć z panem nic do czynienia, nic! Czyś mnie pan zrozumiał?
Teraz Ofman pojął nareszcie znaczenie jej słów; flegma jego i jowialność prysnęły.
— Będziesz ty jeszcze miała ze mną do czynienia, ty i twój ojciec, głupia, harda dziewczyno! — krzyknął ze złością. — Popamiętacie mnie oboje. Sehen Sie, nie ma co jeść, a dumne to jak księżniczka. Dumme, verfluchte Polin64!
Wziął wiosło, odbił od brzegu i łódź zaczęła się szybko oddalać, a stało się to w samą porę. Wieśniacy, którzy z początku przypatrywali się temu spokojnie i z ciekawością, widząc, że Niemiec groził Helence, poczęli obsypywać go potokami energicznych klątw i wymyślań. Nienawiść plemienna, potrzebująca tylko sposobności, żeby wybuchnąć, znalazła tu swobodne ujście. Niewiele brakowało, żeby się wzięli do kamieni.
Stary wieśniak, ten sam, co jej już raz nocleg proponował, zdjął teraz przed nią czapkę i zapytał:
— Jakże będzie, panienko? Pójdziecie chyba ze mną, bo tutaj nie możecie czekać do rana. Przeziębniecie jeszcze, a widzi mi się, żeście chorzy.
Helenka ujęła jego rękę i ścisnęła z wdzięcznością.
— Dziękuję wam, mój przyjacielu, za waszą dobroć — rzekła serdecznie — ale widzicie, ja muszę dziś być w mieście. Idźcie do domu i nie troszczcie się o mnie; ja tu zaczekam. Widzicie te berlinki65 stojące tam na prawo? Każda z nich posiada przynajmniej dwie łodzie. Zobaczą mnie i przyślą tu jedną.
Zaczęła powiewać białą chustką i wkrótce od strony statków wysunęła się łódź na środek rzeki i skierowała ku brzegowi. Helenka, dotąd trzymająca się na nogach, gdy ujrzała nareszcie zbliżający się cel swoich życzeń, ową łódź mającą ją przewieźć, uczuła, że ją siły opuszczają. Tyle wzruszeń i trudów przebytych jednego dnia podcięły ten wątły organizm i wyczerpały go, a rozmowa z Ofmanem dopełniła miary. Chwiejnym krokiem weszła do łodzi i gdy kilka uderzeń wiosła oddaliło ją nieco od brzegu, szare kręgi zaczęły się zataczać przed jej oczyma i padła zemdlona na ręce wioślarza.