XXVIII

Stryj ją przyjął z otwartymi rękami.

— Jak się masz, robaczku — mówił ściskając ją z niekłamaną serdecznością — jak się masz! Toś nam niespodziankę zrobiła! Myślałem, że jesteś w Warszawie, a tyś już tu. Stęskniłaś się do rodziców, co? Cóż tam u was słychać? Kiepsko? hę?

— Tak, stryjaszku, źle bardzo słychać... za kilka dni mają nas zlicytować — odpowiedziała smutnie.

— Do diabła! Patrzaj, co twój ojciec narobił. A mówiłem mu: „Marcinku, nie rób głupstw: po co się ty masz szargać dla innych, kiedy jak ty będziesz zaszargany, to cię nikt z błota nie wyciągnie”. Znasz przysłowie: „Nie pożyczaj, zły obyczaj, nie oddają, jeszcze łają”.

— Stało się, kochany stryju. Mówmy lepiej o tym, czyby nie można jeszcze jako ojca ratować. Przyjechałam do kochanego stryja po radę.

Opowiedziała mu wszystko, co w ciągu trzech upłynionych dni zrobiła: swoje starania i daremne atakowanie Teckiego.

Pan Bartłomiej ręce roztworzył.

— Co ja ci poradzę, robaczku, co ja ci mogę poradzić? Sama powiedz! Rzeczy tak stanęły, że zje diabła, kto furtkę znajdzie!

— Wiem, że licytacji nie unikniemy — mówiła — ale licytacja naszych ruchomości mało co więcej przyniesie nad tysiąc rubli, a że dla zapłacenia długu trzeba dwóch tysięcy, więc Ofman nam dom zabierze. On już proponował ojcu, że weźmie go w długu i dopłaci cztery tysiące rubli gotówką, ale ojciec nie chce oddać Niemcowi domu, i ma słuszność. Brakuje nam tysiąca rubli: pięćset ojciec ma u Dońskiego i pewnie je dzisiaj odebrał, ale potrzeba jeszcze pięćset.

— Hm, to się niby ma znaczyć, żebym ja wam dał te pięćset rubli?

— Nie, stryju — zawołała z żywością Helenka — nie idzie tu o żadną darowiznę; ale jeżeli dom już nie może zostać przy nas, to niech się przynajmniej Ofmanowi nie dostanie. Niech go stryj kupi! Taki duży, piękny kawałek gruntu... prawie włóka.

— Ot, zachciałaś, a co ja bym robił z waszym domem? Mam dosyć kłopotów ze swoim gospodarstwem i z sądem gminnym, bo pewno wiesz, że jestem sędzią.

Machnął ręką.

— Ale co to tobie gadać. Kobiety takich rzeczy nie rozumieją. Powiem ci tylko tyle, że choć mam tego póty, nie zrzucam się, bo nie będę ja, to będzie inny, i człowiek przestanie być swobodny u siebie. Zresztą są pewne obowiązki... ale co tobie o tym gadać! I chcesz, żebym jeszcze dom kupował i trapił się z lokatorami, i opędzał komisji kwaterniczej, jak zając sforze chartów! Nie, niegłupim; niech go kupuje kto inny. Kto ma dom, musi go pilnować, bo znasz polskie przysłowie: „Pańskie oko konia tuczy”. Ja mego gospodarstwa dla waszego domu nie rzucę, a twego ojca administratorem nie zrobię, bo jest człowiekiem dobrym, ale, z przeproszeniem, papierowym.

Helenka westchnęła.

— Moje dziecko — rzekł po chwili pan Bartłomiej, któremu żal było dziewczęcia — domu waszego nie kupię, jednak dałbym wam pięćset rubli, gdybym je miał, ale nie mam. Pszenicę w tym roku sprzedałem za psie pieniądze i jeszcze z nią miałem ambaras, a gotowki mi taki brak, że kto wie, czy nie będę musiał zadać się z Żydami... Ale wystarałbym się dla was o te pieniądze, gdyby wam nie było tak pilno. Postarajcie się odwlec licytację na kilka tygodni, a może się coś zrobi.

— Dziękuję stryjowi za jego dobre chęci — rzekła całując go w rękę — ale wątpię, czy się to da zrobić. Teraz już muszę jechać. Gdzie jest stryjenka? Chciałam się z nią przywitać i pożegnać!

— Co, pożegnać? Ależ zostań się dziś u nas, robaczku, i przenocuj; jutro odjedziesz.

— Nie mogę, stryju, muszę się śpieszyć do rodziców, oni tam sami i bardzo, bardzo znękani.

— No, to chociaż zjedz z nami obiad. Ale co ty wyrabiasz, dziewczyno! Dostałaś się podobno za pannę sklepową u jakiegoś kupca, prawda to? Strasznie się emancypujesz?

— Prawda, mój stryju. Nie chciałam dłużej znieść próżniaczego życia w domu i wzięłam się do pracy.

— I cóż tam sprzedajesz? pieprz?

— Nie, mój stryju, ja nic nie sprzedaję, tylko piszę rachunki, a także ważę i pakuję nasiona.

— To wszystko jedno. Dałabyś temu spokój, to nie szlachecka rzecz. Wiesz, co ci powiem? Jesteś ładna dziewczyna i możesz iść dobrze za mąż. Nie jedź już do Warszawy, a daję słowo honoru, że cię wkrótce wyswatam... i skończą się wszystkie wasze kłopoty.

— Nie jestem towarem do sprzedania, mój stryju — odrzekła z mocnym rumieńcem Helenka.

Pan Bartłomiej wpatrzył się bystro w siostrzenicę.

— Hm, hm, niemiła księdzu ofiara... Co się z tą dziewczyną zrobiło, co się z nią zrobiło! — powtórzył kilkakrotnie.

Przyszła stryjenka i siostry, chciały Helenkę koniecznie zatrzymać, ale nie dała się uprosić. Kazano więc zaprząc do powozu i odesłano ją.

— Co się z tą dziewczyną zrobiło! — powtórzył raz jeszcze pan Bartłomiej, patrząc za nią przez okno. — Ale podoba mi się, ma charakter, o ma!

Pierwszym przedmiotem, jaki Helenkę powracającą do domu uderzył, była stojąca na dziedzińcu bryczka, zaprzężona pocztowymi końmi. Pomyślała sobie, że pewnie ojciec powrócił od Dońskiego, ale mimo to ogarnęło ją jakieś niedobre przeczucie. W sypialnym pokoju zastała oboje rodziców. Ojciec nie rozebrany z płaszcza podróżnego siedział na krześle, z twarzą znękaną, a matka stała przy nim zapłakana.

— Wystaw sobie, Helciu — rzekła do córki po przywitaniu — że ojciec jeździł do Dońskiego upominać się o te pięćset rubli, co to wiesz. Doński miał gości u siebie, siedzieli przy stolikach i grali w karty. Otóż gdy ojciec przyjechał i powiedział mu po co, ten wziął ojca na bok i z najlepszą miną powiada: „Zminęliśmy się widać z sobą w drodze, kochany panie Marcinie; ja właśnie jeździłem do miasta, żeby panu oddać te pieniądze, ale, nie zastawszy pana w domu, oddałem je żonie pańskiej. Siedziała właśnie w ogrodzie i siała jakieś kwiatki”. Tak ojciec się go pyta: „A jakże się panu ogród podobał, ładny?” „A ładny, bardzo ładny”. Ojciec przyjeżdża i mówi mi to, a ja ani Dońskiego, ani żadnych pieniędzy nie widziałam, ani nawet w ogrodzie dziś nie byłam. Jezus Maria, myślę sobie, może on się widział z kim innym i komu innemu zamiast mnie oddał, chociaż to nie powinno się było zdarzyć, bo mnie zna przecież dobrze. Więc mówię do ojca: „Na miłość Boską, Marcinie, wracaj natychmiast do Dońskiego i dowiedz się, co się stało z pieniędzmi!” Ojciec też tak zrobił, pojechał i zastał jeszcze tych samych gości przy kartach. Doński, jak tylko ojca powracającego zobaczył, tak wstał zaraz i wyszedł naprzeciw niego do sieni. Ale opowiadaj ty sam, Marcinie!

— Wyszedł naprzeciw mnie trochę zmieszany, zaczął mnie ściskać za ręce i przepraszać mówiąc: „Wybacz, kochany panie Marcinie! Nie miałem pieniędzy, a nie wiedziałem już, jak się panu wytłumaczyć, więc tak tylko powiedziałem... Wybacz mi, pan, wybacz! Nie przypuszczałem, że się będziesz drugi raz fatygował! ”

Helenka słuchała tego opowiadania z zaciśniętymi ustami: pierś jej wrzała gniewem i oburzeniem.

— Zakpił sobie z ojca — mówiła z uniesieniem pani Orecka — nie tylko że nie oddał pieniędzy, ale ośmieszył go i jeszcze miał czoło prosić ojca, żeby został u niego na kolacji. A łotr!

Pan Marcin siedział zgnębiony i przybity; biedna jego siwa głowa pochylona była nisko na piersi. Helenka objęła po macierzyńsku tę skołataną głowę, która tak bolesne zniosła upokorzenie, i ucałowała gorąco.

— Czy daleko do Maciejowa? — spytała po chwili.

— Będzie z półtorej mili.