XXX

Wiadomość o tym zdarzeniu z błyskawiczną szybkością rozeszła się po okolicy i wielu z tych, którzy dawniej znali pana Marcina, a potem o nim zapomnieli, przypomniało go sobie teraz. Ten i ów nawiedził osamotniony domek, a znaleźli się tacy, co ofiarowali mu się z pożyczką na zapłacenie Ofmana, byle go od smutnej konieczności licytacji ochronić. Pani Orecka nie była od tego, ale pan Marcin, zwykle ulegający żonie z bezprzykładną powolnością, teraz stanowczo odrzucił wszystkie propozycje.

— Dziękuję panom serdecznie za wasze serca — mówił — ale nie mogę przyjąć waszej pomocy. Oddać nie miałbym z czego. Co się ma stać, niech się stanie. Kupcie lepiej ode mnie dom i grunt, żeby się Niemcowi nie dostały.

Ale na kupno domu jakoś nie znaleźli się kandydaci. Już i to było dobre, że kieszonkowe długi w mieście zostały popłacone i że było pięćset rubli gotówki. Tonący brzytwy się chwyta — mówi przysłowie, więc choć ogłoszenia o sprzedaży ruchomości państwa Oreckich były od kilku dni porozlepiane na rogach ulic — oni sami mieli nadzieję do ostatniej chwili, że Ofman nie doprowadzi rzeczy do ostateczności, zaspokoiwszy się tymczasem pięciuset rublami, że zaczeka kilka miesięcy, aż Tecki odbierze resztę kapitału od siostry.

Ale żadna z tych nadziei nie ziściła się, chociaż próbowano zawiązać z nim układy.

Taki był stan rzeczy, gdy nadszedł fatalny dzień licytacji. Pani Orecka przepędziła noc na łzach i bezsenności i żadne krople nie mogły jej uspokoić. Pan Marcin przewracał się z boku na bok i wzdychał ciężko, a Helenka nawet na chwilę nie zmrużyła oka.

Śniadania nikt nie tknął, nawet pies powąchał tylko swój kawałek chleba i ze spuszczonym ogonem chodził od pana do pani, od pani do panienki i z powrotem, patrząc każdemu w oczy, jakby chciał się dowiedzieć, dlaczego są tacy pomartwieni. Poczciwy wyżeł przeczuwał, że się coś dzieje nie tak, jak powinno... Wszyscy troje uspokajali się nawzajem głosem cichym, który zdawał się samych mówiących przestraszać, tak nienaturalne miał dźwięki — ale unikali przy tym swego wzroku, żeby nie wybuchnąć żalem gwałtem powstrzymywanym. Pani Orecka, dostająca tak często ataków nerwowych, wstrzymywała się dziś wielkim wysiłkiem woli i nie czyniła nawet mężowi wyrzutów, czym pan Marcin jeszcze więcej był przygnębiony. Bębnił on swojego marsza z taką nieśmiałością, jak to jeszcze nigdy nie bywało.

Okropni ludzie w mundurach nie przyszli po meble, bo zgodnie z przepisami ustaw sądowych dłużnik obowiązany był dostawić je na miejsce licytacji. Ludzie, wynajęci do tej czynności, ociągali się i brali do niej niechętnie, ze smutkiem widocznym, bo pan Marcin był kochanym i cenionym przez wszystkich — i ci nawet, którzy go kradli81, żałowali go teraz i uczuwali wyrzuty sumienia. Przed domem od ulicy i na dziedzińcu stały gromadki ludzi, rozmawiające po cichu, spoglądające z ciekawością i współczuciem na drzwi i okna. Zdawało się, że tu ktoś umarł, a zebrani na pogrzeb szanują ciszę śmierci. Zeszła się garstka przyjaciół, ale ci stali w salonie nie wiedząc, jak pocieszyć, i nie śmiejąc przestąpić drzwi oddzielających ich od dalszych pokoi. Szanowano boleść i zostawiono ją w spokoju.

Zegar wybił pół do dziesiątej i jednocześnie z tym uderzeniem zaczęło się wynoszenie mebli. Pani Orecka nie mogła już dłużej zapanować nad sobą; wyszła do drugiego pokoju i zaczęła gwałtownie szlochać, a pan Marcin ukląkł przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, gdzie dniem i nocą paliła się lampka, wisząca w brązowej oprawie, i zaczął głośno odmawiać koronkę do Przemienienia Pańskiego. Pani Orecka niewiele przywiązywała wagi do starych mebli i może nawet wolałaby je zastąpić nowymi i modnymi, gdyby jej na to pozwalały środki, tylko o skandal jej chodziło — ale pan Marcin, który od rana spoglądał na nie z tkliwym rozrzewnieniem, nie miał odwagi teraz żegnać się z nimi i odwracając oczy od tego, co się koło niego działo, w modlitwie szukał ucieczki, a po twarzy jego spływały wielkie, grube łzy.

Helenka stała w środkowym pokoju między tym, w którym znajdowała się matka, i tym, w którym modlił się ojciec; twarz jej spokojna na pozór, była blada bardzo, a usta boleśnie zaciśnięte. Czyniła z sobą obrachunek i pytała się swego sumienia, czy uczyniła wszystko, co mogła i co była powinna, dla uratowania rodziców.

Coś ciepłego dotknęło jej ręki: był to łeb poczciwego wyżła, który z wielkim zdumieniem patrzał, jak obcy ludzie wynosili z domu sprzęty jego państwa, a jemu nawet szczekać na nich nie było wolno. Myślał sobie widać, że świat idzie na opak, a że mu się to nie podobało, więc trącił swoją młoda panią, jakby prosząc, żeby mu to wytłumaczyła. Helenka przesunęła pieszczotliwie rękę po jego miękkim grzbiecie.

— Widzisz, stary przyjacielu, widzisz, czegośmy się doczekali — przemówiła smutnie — bardzo jesteśmy biedni, bardzo.

Pies szczeknął żałośnie, jak gdyby ją rozumiał, i jednocześnie nadstawił bystro uszu, bo słychać było głos trąbki pocztowej, i jakaś bryczka zajechała na dziedziniec.

„Kto to może być? Pewnie ktoś ze znajomych przyjechał” — rzekła do siebie Helenka, ale nie wyszła na powitanie. Tak była strapiona, że nie miała siły przymuszać się do obowiązków gościnności.

Drzwi się otworzyły i wszedł Andrzej, Helenka wydała okrzyk zadziwienia.

— Pan tutaj! — zawołała — tu, w naszym domu? Cóż się stało? Czy wypadł panu interes w tych stronach?

— Tak, pani — odpowiedział — interes mi wypadł ważny. Naradziwszy się z ojcem, osądziliśmy, że po obliczeniu pieniędzy osiągniętych z licytacji ruchomości, pani sama możesz sumę brakującą zapłacić.

— Ja?

— Nie inaczej. Nasz zakład otwiera pani kredyt do wysokości pięciuset rubli, które pani następnie pensją swoją spłacisz. Ojciec twierdzi, że charakter pani daje dostateczną gwarancję bezpieczeństwa tej sumy, i ja jestem tego samego zdania, dała się już bowiem pani poznać z pracy nieleniwej i wytrwałej. List pani, opisujący wszystkie starania i wysilenia, otrzymaliśmy dopiero wczoraj. Wkrótce po jego odebraniu wyjechałem z domu.

Dziewczyna stała jak wryta.

— Czyż to może być prawdą? — wyszeptała blednąc jeszcze bardziej ze wzruszenia. Niespodziana pomoc w chwili, gdy już była bliska rozpaczy, obezwładniła ją prawie. Nie śmiała wierzyć, że to rzeczywistość, nie sen, i że dom zostanie w rękach rodziców.

— To jest prawdą, panno Heleno — odpowiedział patrząc ze współczuciem w twarz dziewczęcia, na której tydzień przebyty zostawił swoje ślady.

Helenka jeszcze stała nieruchoma. Ileż szlachetności było w tej propozycji, jaka delikatność w ofiarowaniu pożyczki. Jej samej zostawiono ratowanie rodziców, nie chcąc przyznawać sobie ani odrobiny zasługi... I na to zdobyli się ludzie, którzy wszystko robili po kupiecku, ludzie, których niegdyś posądzała, że w sercu zamiast uczucia mają cyfry!... Bądź co bądź jednak robili jej łaskę, a łaska zawsze upokarza...

Andrzej musiał te myśli wyczytać w jej twarzy, bo powiedział:

— Nie wyświadczamy pani żadnej łaski, ale robimy prosty interes, tak dobry, jak każdy inny. Sumy, którą przywiozłem, nie damy pani bez procentu. Zapłaci nam pani po cztery od sta na rok.

Helence łzy w oczach stanęły. Nawet tę drażliwość przewidziano, uszanowano i usunięto. Ci szorstcy ludzie znali najsubtelniejsze odcienie uczuć.

— Ach! — szepnęła — jacyż wy dobrzy jesteście! Zaledwie wierzyć mogę, że pan, dla którego czas jest bardzo drogi, zwłaszcza teraz, w porze najważniejszej dla czynności handlowych i ogrodniczych, chciałeś to zrobić dla mnie... dla rodziców moich — dodała poprawiając się.

— Ale pani nie jesteś dobrą, panno Heleno, bo od kilku minut, jak tu jestem, nie przywitałaś się jeszcze ze mną.

Helenka podała mu obie ręce, nie mówiąc ani słowa, ale w oczach jej Andrzej musiał wyczytać, co mu powiedzieć chciała, bo schylił się i obie ręce, te ręce, które znały już, co jest trud, i zarobiły sobie na cześć jego, do ust przycisnął.

Lekki rumieniec oblał twarz dziewczęcia i ogarnęło ją dziwne wzruszenie, podobne do uczucia nagłego a wielkiego szczęścia. On ją szanował, on ją cenił... Czuła, że posiadała jego przyjaźń, wiarę i zaufanie.

— Bądź pan łaskaw usiąść — przemówiła — dopóki jest jeszcze na czym siedzieć, a ja pójdę zawiadomić rodziców o przybyciu pana.

Pani Orecka obtarła natychmiast oczy, przejrzała się w lustrze i poprawiwszy czepeczka, poszła przyjąć gościa, ale pan Marcin, choć musiał słyszeć, co w drugim pokoju mówiono, zachował się tak, jakby nic nie słyszał. Nie odwrócił ani na chwilę oczu od obrazu i odmawiał dalej koronkę do Przemienienia Pańskiego, tylko w źrenicach zamigotały mu jakieś blaski.

Ludzie tymczasem wynosili ciągle rzeczy na rynek i pokoje opróżniły się zupełnie. Zostały tylko łóżka, pościel, parę lichych krzeseł, trochę bielizny i po dwie sztuki wierzchniej garderoby. Ofman, który przyszedł sam sprawdzić, czy wszystkie wartościowe przedmioty zostały zabrane, chciał kazać zabierać pościel i łóżka, ale Helenka pokazała mu książkę z ustawami sądowymi, kupioną przez siebie w H. u antykwariusza, a w niej ustęp orzekający, że te przedmioty, jak również i obrazy, do nabożeństwa służące, są nietykalne. Gdy Ofman wyszedł, Helenka zbliżyła się do Andrzeja i rzekła tonem prośby gorącej:

— Zrób pan to dla mnie i odkup w moim imieniu fotel mego ojca i kanapkę matki. Oni się tak do tych sprzętów przyzwyczaili, że nie umieliby się bez nich obejść.

— Dobrze — odrzekł Andrzej i wyszedł zaraz.

Gdy przybył na rynek, licytacja rozpoczynała się właśnie. Przy stole, na którym leżały papiery, pióra i stał kałamarz, zasiadł komisarz sądowy, dawniej komornik, we fraku, ze srebrnym łańcuchem na szyi ozdobionym dużym medalem. Obok niego stało dwóch policjantów, a woźny magistratu trzymał papier zawierający spis przedmiotów z oznaczonymi przy nich cenami. Ofman stał przy komisarzu i coś z nim rozmawiał półgłosem. Grupę tę otaczał liczny tłum osób płci obojej, złożony przeważnie z Żydów. Przypatrywali się oni rozstawionym sprzętom państwa Oreckich, dotykali rękami aksamitów, kiwali głowami, cmokali językami i szeptali między sobą, a robotnicy patrzący z daleka na te oględziny mówili:

— Patrzcie, jak Żydy ostrzą sobie zęby na te graty. Oni wszystko zakupią!

Najczynniejsza i najruchliwsza była stara Mośkowa, ta sama, którą niegdyś pan Marcin przyjął pod swój dach po spaleniu. Handlowała ona zawsze zapałkami, ale od kilku dni bardzo zaniedbała swoich kundmanów82, zajęta jakimiś ważnymi sprawami. Biegała ona teraz między swymi współwyznawcami, od jednego do drugiego, szwargotała, machała rękami i była tak czynną, jak jej jeszcze nikt nigdy nie pamiętał: w peruce83 przekrzywionej na bakier, czerwona, zadyszana ocierała rękawami pot z czoła.

— Ta Żydowica musi mieć pieniądze i tylko udawała biedną — mówili dawni robotnicy pana Oreckiego. — Zobaczycie, że sama kupi połowę. Oczy jej aż się świecą z chciwości.

Zegar ratuszowy wydzwonił godzinę dziesiątą, a dźwięk jego poważny i niemal uroczysty dał hasło rozpoczęcia licytacji. Woźny włożył okulary, rozwinął dużą kolorową chustkę, wytarł nos głośno, odchrząknął i zaczął wywoływać głosem donośnym:

— Toaleta orzechowa rzeźbiona, z lustrem, mało zniszczona, rubli srebrem pięć.

W tłumie dał się słyszeć lekki szum — rzekłbyś, że fala wzburzona zakołysała się i ucichła.

— Rubli srebrem pięć — powtórzył głośniej woźny, zdziwiony nieco tym zachowaniem się licytantów. — Kto da więcej?

Milczenie.

— Rubli srebrem pięć! Wcale nie zniszczona, z blatem marmurowym! — wołał spoglądając po zgromadzonych.

Nikt się nie odezwał.

— Bierz pan co innego! — krzyknął Ofman — toaletę można później licytować. Weź pan kredens.

Powtórzyła się ta sama formalność. Tłum zaszumiał, poruszył się na prawo i na lewo niby fala, która chce coś pochłonąć i cofa się nagle w biegu — i zamilkł. Namiętności były, ale musiały się powstrzymać.

Stała się rzecz dziwna, niesłychana, rzecz, jakiej podobnej nie pamiętano, odkąd miasteczko było miasteczkiem... nikt nie chciał kupować rzeczy pana Oreckiego. Jeden tylko młody Żydziak, któremu na widok szafy staroświeckiej, ozdobionej brązami, zaiskrzyły się oczy, odezwał się półgłosem i nieśmiało, ale Mośkowa uderzyła go najprzód w kark z całej siły, a potem w plecy, wołając:

— Ty łajdak, ty gałgan, zamknij gębę! Czyś ty już zapomniał, kto cię schował w swoim domu przed pijanymi chłopami, co ci powybijali szyby w sklepie84, wtenczas, kiedy to pierze latało w powietrzu jak śnieg, a ulice i dachy były od niego białe? Kto ci jeść dawał przez tydzień i twoim dzieciom, co? Ty gałgan!

I przyłożyła mu jeszcze na plecy parę tak wymownych argumentów, że zamilkł i nie odezwał się więcej.

Licytacja okazała się niemożliwą wobec takiego usposobienia publiczności. Ofman biegał wściekły, pienił się ze złości, krzyczał, ale był bezsilny. Pozostawało mu tylko otaksowanie rzeczy przez biegłych i zabranie ich do siebie — ale na to nie miał nawet dostatecznego pomieszczenia i musiał je tymczasem odstawić swoim kosztem na powrót tam, skąd zostały zabrane.

Gdy Andrzej zawiadomił o tym rodzinę Oreckich, pan Marcin odmawiał jeszcze swoją koronkę i nie ruszył się z miejsca, tylko mu na twarz schorzałą wystąpiły rumieńce, a głos nabrał jeszcze większej siły i uroczystości, gdy mówił:

— Jezu Nazareński, Królu Żydowski, jakeś się przemienił przy chwalebnym zmartwychwstaniu świętego Ciała Twego, gdy pogrążoną w boleściach i smutku Matkę Twoją Przenajświętszą pocieszyłeś, tak przemień wszystkie boleści i utrapienia moje.

Zaturkotało znowu przed domem, a Helenka spojrzawszy w okno zawołała:

— Ojcze, ojcze! pan Tecki przyjechał...

Pan Marcin kończył teraz swoją koronkę. Pochylił głowę do samej ziemi i chwilę pozostał w tej postawie, potem wstał, wyprostował się, a twarz jego promieniała.

— Marcinie — przemówił Tecki wchodząc i wyciągając do niego ręce — Marcinie, przebacz i zapomnij! Przyjechałem zapłacić. Pożyczyłem pieniędzy, żeby ci wynagrodzić krzywdę, którą ci wyrządziłem. Twoja córka powiedziała mi, że jestem zbrodniarzem, i nie mogłem tego znieść, bo poruszyła we mnie wszystkie głosy sumienia. Marcinie, gdyby było więcej takich dzielnych kobiet jak ona, byłoby mniej takich mężczyzn jak ja!

Pan Marcin mocno dłoń Teckiego uścisnął i rzekł zwracając się do żony:

— Czy nie mówiłem imości, że Pan Bóg nas nie opuści?