Rozdział XVII. Burza
Najstarsi ludzie nie pamiętali w Niżpolu takiej burzy.
Od samego rana przelatywały po niebie wielkie, ciemne, niezwykle groźne i huczące chmury, a od południa rozpoczęło się istne piekło!
Wicher huraganowy rzucił się wściekle, a zajadle na park, zginając drzewa do samej ziemi i szarpiąc na wszystkie strony, przerażone, zbolałe gałęzie. W jednej chwili tumany liści, kurzu i piasku uderzyły w niebo, rozfalowały się wody na jeziorze. W sadzie jak grad leciały na ziemię owoce, obładowane nimi gałęzie, zrzucane wściekle z podpór, z trzaskiem łamały się i opadały ku ziemi.
W jakiejś chwili zrobiło się nagle przerażająco cicho i w tej ciszy śmiertelnej uderzył pierwszy grom, a wraz za nim, olbrzymie i okrągłe, spadły na ziemię krople deszczu.
Błyskawice rozdzierały pociemniałe, czarnofioletowe niebo, raz wraz piorun trzaskał w jezioro i drzewa. Nie strumienie, a wprost wodospady polały się z nieba na przerażoną, zaskoczoną ziemię.
Przez okno o dwa kroki już nic nie było widać oprócz wściekłych potoków miotanego wiatrem deszczu. Ze ścieżek w jednej chwili poczyniły się strumienie, które rwały, zmywając żwir i piasek, w dół ku stawom.
Raz wraz straszliwy huk trząsł domem i wtenczas już nikt nie wiedział, czy to któraś ze stuletnich topoli nadwiślańskich runęła, miażdżąc wszystko pod sobą, czy też to piorun uderzył w pobliskie drzewa.
Mama chodziła po zamkniętym szczelnie domu z loretańskim dzwoneczkiem, trzymając za rękę przerażoną i wyjątkowo cichą i poważną Anię.
Ojciec stał w gabinecie przy oknie, z rękami w kieszeniach i brwią zmarszczoną; patrzał na rozszalały żywioł i myślał pewnie o ostatnich pokosach, które tam za parkiem wezbrana woda ponosiła z łąk na jezioro.
Wszyscy trzej chłopcy stali przy ojcu w tym samym oknie, zupełnie tak samo, z rękami w kieszeniach i brwiami groźnie ściągniętymi nad nosem. Tom na chwilę podszedł do barometru, postukał w niego palcem, popatrzał, nic nie zrozumiał i wrócił do okna.
W garderobie zgromadziła się domowa służba. Za każdym piorunem dziewczęta z piskiem chowały głowy pod poduszki, panna Dziudzia żegnała się wielkim krzyżem i mówiła donośnie: „A słowo stało się ciałem” — zaś Hawryłko i Sławian lekkomyślnym lekceważeniem groźnej burzy starali się zaimponować kobietom. W dziecinnym pokoju niania gotowała się na sąd ostateczny.
Siedząc na klęczniku w swoim pokoju, Marta płakała rzewnymi łzami. Nie dlatego, żeby się burzy bała, choć Bogiem a prawdą bała się jej trochę, ale tak jej było niewymownie żal kwiatów łamanych siłą i impetem wody, ptaków niemających gdzie skryć przerażonych główek, drzew padających jak żołnierze na polu bitwy. Wiedziała już, że nazajutrz wyjdą do parku jak na pobojowisko! Za każdym nowym hukiem wtulała głowę w kolana i modliła się do Matki Boskiej Berdyczowskiej, która patrzała na nią słodko, sponad świecącej nikło lampki.
— Matko Boża, ocal moje najdroższe drzewa w parku, ochraniaj gniazda ptaków, prowadź podróżnego, ustrzeż od pioruna chaty we wsi!
Wtem straszniejszy niż kiedykolwiek huk zatrząsł domem. Skulona pod klęcznikiem Marta uczuła silne uderzenie w głowę, coś ciepłego polało się jej po szyi i jednocześnie brzęk tłuczonego szkła rozległ się u jej nóg.
Zdrętwiała.
— Piorun we mnie trafił... piorun — przemknęło jej przez oszalałą myśl.
Długą jak wieczność chwilę zdawało się jej, że ruszyć się nie może. Po pewnym czasie jednak spróbowała otworzyć oczy. Zobaczyła przed sobą pokój. Wówczas ośmielona podniosła ręce do obolałej głowy, dotknęła mokrych, ciepłych włosów i spojrzała na nie. Zdziwiła się. Nie były wcale we krwi, jak się tego spodziewała, tylko umazane czymś tłustym i żółtym. Wówczas podniosła głowę i nagle... zrozumiała co się stało: od gwałtownego wstrząśnienia domu, obraz Matki Boskiej wiszący nad klęcznikiem oberwał się, spadł jej na głowę, z głowy na ziemię i oto miała u swych nóg potłuczone na miazgę szkło. Wypadły z pękniętych ram obraz i szerokie jezioro oliwy wyciekłej z rozbitej lampki.
Ochłonąwszy nieco z przestrachu, Marta wytarła chustką szyję i głowę, podniosła obraz, strzepnęła go z resztek szkła, nabożnie ucałowała i zaczęła zbierać kawałki ramy wiszące na grubym, złożonym we dwoje papierze, którym był obraz podlepiony.
Po oderwaniu części ramy, Marta spostrzegła, że papier ów jest cały zapisany równym, kobiecym pismem. Przyjrzała mu się. Od strony zewnętrznej, brudnej i zamazanej, wyczytała te słowa:
— „Dolly, ma soeur bien aimée18! Od wyjazdu waszego z Niżpola nie mogę się pocieszyć! Je suis inconsolable19! Cały dom wydaje mi się pusty, a szpinet gra same rzewne kawałki. Même Auguste20...” — dalej słowa zatarte były i zamazane.
„Dolly to była prababuni siostra” — pomyślała Marta i przewróciwszy kartkę na zewnętrzną, czystą i wyraźną stronę, poczęła czytać dalej:
— „Zachwyceni par les merveilles de Sofiówka21, zapragnęliśmy choć słaby odblask tych cudów mieć przy zameczku naszym, prosiliśmy tedy hrabiego, by nam swego ogrodnika, mistrza jakich mało, na dni kilka wypożyczyć raczył, co też uczynił z miłą chęcią, plus charmant et courtois que jamais22. Od tygodnia więc pracujemy nad parkiem naszym. Pięćdziesięciu robotników daliśmy pod rozkazy tego maitre’a23 przyrody. Zakładamy szpalery, aleje, on fait des percées de vue, des eclaircies24. Stawiamy pergole w stylu greckim, między grupami gatunkowych krzewów. Szpaler pod murem od drogi kazał ów maitre z Sofiówki przystrzyc, a gdzie się zakręca ku parkowi, poradził uplasować w cieniu tui grupę lub też figurę marmurową. Me tkliwe sentymenta pragnęły ujrzeć tam Amora i Psyche, lecz Auguste zdecydował umieścić Fauna grającego na flecie.
A travers la grande prairie du milieu25 przeprowadzono dwie aleje lipowe na kształt krzyża. Oby ten krzyż, emblème de notre foi26, przyniósł nam szczęście i oby strzegł siedzibę naszą od wszego złego...
Marta nie czytała dalej, tknięta jakąś nieświadomą myślą. Nie mogąc zmiarkować, co ją w przeczytanych słowach tak nagle uderzyło, utkwiła oczy w pożółkły papier i machinalnie powtarzała: „Oby ten krzyż, emblème de notre foi... oby ten krzyż...”.
I nagle skoczyła na nogi jak gdyby ją kto oparzył i potrząsając papierem ponad głową popędziła przez dom, wydając nieokreślone okrzyki.
Wpadła do gabinetu jak jeden z bijących w dom piorunów i stanęła pośrodku, niezdolna wypowiedzieć słowa, blada, z włosami pozlepianymi na skroniach od oliwy.
— Marto, co się stało, na Boga! — krzyknęła matka, zrywając się z fotela i chwytając ją za ręce. Marta zdołała tylko wyjąkać:
— Krzyż... znalazłam krzyż...
Ojciec i chłopcy skoczyli od okna, otaczając siedzącą na kolanach matki Martę.
— Krzyż znalazłaś? Gdzie? — zawołał ojciec.
Za całą odpowiedź Marta podała mu papier i złożywszy głowę na ramieniu matki, rozpłakała się z radości, bólu i wzruszenia.