Na zgliszczach Zakonu
Krzyżacy, mimo stosunkowo korzystnego dla nich pokoju toruńskiego, również nie byli zadowoleni.
Sam mistrz Henryk von Plauen, ilekroć o tym pokoju była mowa, zwracał zaraz rozmowę na co innego. Sam zaś z sobą mówił:
— Musielibyśmy chyba całą Litwę i Polskę zagarnąć, żeby wynagrodzić straty. To wszystko, co mamy, nie pokryje zgliszcz Zakonu i zniesławienia nas w Europie.
W całym zaś Zakonie jakieś ukryte głosy jak zjadliwe gady poczęły się przeciw Plauenowi podnosić.
— Nie umiał wyzyskać chwili. Przyjął opłatę 100 000 kop groszy. Skąd ich wziąć? — mówił Marcin Herencog, komtur Świecia.
— Skarb wielce wyczerpany... — szepnął Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.
— Przecie wy głównie robiliście układy, was głównie do tego używał! — syknął ktoś urągliwie.
— Prawda, lecz spełniałem jeno polecenia wielkiego mistrza, sam z siebie nic nie wysnuwając — rzekł układnie marszałek.
Zaśmiano się na całe gardło. Leuchter zdawał się tego śmiechu nie słyszeć i począł:
— Mistrz Plauen położył wielkie zasługi, uratował Malbork...
— Który jest tylko zgliszczem dawnej świetności — przerwał Anton Ludwigsburg.
Inni kiwnęli głowami potakująco.
— Według mnie wszakże — ciągnął dalej Leuchter — nie trzeba było przystawać na pokój, jeno dalej walkę prowadzić.
— Czym?! Kim?! — zawołano jednogłośnie.
— Ludzie legli pod Grunwaldem i Tannenbergiem, pieniędzy w skarbie nikt ze świecą nie znajdzie! — wołano.
— Nie trzeba było walki rozpoczynać, nie wiedząc, jakie są siły przeciwnika — rzucił ktoś.
Zawrzało jak w ulu i wrzało dalej. Niezadowolenie rosło, jedność zakonna coraz więcej była podkopywana, a wszechwładza wielkiego mistrza chwiała się jak budynek, z którego fundamentów pousuwał ktoś największe kamienie.
A Plauen, mimo zawartego pokoju, wysyłał od czasu do czasu małe oddziałki na Żmudź, niby dla zobaczenia, czy tam wszystko spokojnie, w rzeczywistości zaś dla zabrania dobytku nieraz najbiedniejszej ludności.
W Zakonie wytworzyły się dwa stronnictwa.
Jedno, bardzo nieliczne, z Henrykiem von Plauenem, stryjecznym bratem mistrza, na czele; drugie, bardzo liczne, z Michałem Kochmajstrem, obecnym komturem Torunia. Ten otworzył gościnne wrota swojej komturii, zapraszając głównych przedstawicieli dla narady. W gruncie zaś chował śmiałe zamiary, by po zrzuceniu Plauena z mistrzostwa sam na to dostojeństwo został obrany.
Stryjeczny mistrza Plauena, stanąwszy w dumnej postawie, gorąco bronił swego krewniaka, wołając:
— Mistrz Plauen energią swą uratował honor Zakonu, ochronił go od zagłady!
A Michał Kochmajster wrzasnął:
— Mistrz Plauen swą gwałtownością popchnął Zakon do ostatecznej zagłady!
— Tak, to są już tylko zgliszcza Zakonu — szepnął Anton Ludwigsburg.
I dalej wrzało na niekorzyść Plauena.
— A poza Zakonem jeszcze większa niechęć ku Krzyżakom wzrosła. Wysyłanie oddziałów na Żmudź i Litwę, zdzierstwa i grabieże usposabiają jak najgorzej ludność. Jeżeli dawniej patrzono na Zakon z bojaźnią, teraz na widok białego płaszcza z krzykiem uciekają chowając, co mają najdroższego, chowają zaś najskrzętniej kobiety i dzieci — zakończył Kochmajster.
— Matki straszą Krzyżakiem dzieci, a nawet psy na wołanie: „Krzyżaki” wyć poczynają — dodał ktoś z jego stronnictwa.
Jedni więc na to przemówienie Kochmajstra kiwali potakująco głowami, drudzy uśmiechali się urągliwie, Marcin zaś Herencog, obecny komtur Świecia, rzekł:
— A Władysław Jagiełło korzysta z tej niechęci i czyni kroki, żeby Litwę z Polską połączyć.
— I połączył — wrzasnął Kochmajster. — Skorzysta z niechęci, jaką zaszczepił Plauen i całą ludność Litwy i Żmudzi ku sobie nawróci! — zakończył.
— I nam będzie urągał — dodał komtur Elbląga, Wilhelm Wallenrod.
— A czy to tylko Żmudź i Litwa tak zniechęcona? Trzeba widzieć, co się dzieje koło Świecia — ozwał się znów Herencog.
— Albo koło Elbląga! — dorzucił Wallenrod.
— Albo i koło Królewca!
— I koło Torunia!
— I Kwidzynia!
— Albo i Grudziądza!
I tak jeden po drugim wymieniali miasta będące pod ich rządami.
Wrzało coraz głośniej, jak gdyby ktoś dorzucał drew pod kocioł, w którym nakryta szczelnie woda nie mogła znaleźć ujścia do wylania się na zewnątrz.
— Co to szukać daleko! — wrzasnął znów Kochmajster, a stanąwszy wyciągnął dłoń przed siebie i mówił: — Tam, tam, koło samego Malborka, głównej siedziby Zakonu, gdzie tyle dobrodziejstw Zakon posiał: zakładał miasta, uczył rzemiosł, rozszerzał handel, z barbarzyńców czynił ludzi, bogacił ich, dziś ludność wre na Krzyżaków niechęcią i każdemu by z ochotą mizerykordię53 w gardło wcisnęła! A wszystko to ucisk, ucisk, jeszcze raz ucisk i nieumiejętne postępowanie Plauena.
Stronnictwo Plauena, i tak bardzo nieliczne, coraz więcej porozumiewało się wzrokiem i coraz więcej przyznawało słuszności swoim przeciwnikom. Jeden tylko brat mistrza podnosił jego zasługi, szukając głosem i wzrokiem poparcia u swoich stronników. Z bólem wszakże widział, że głos jego jest najzupełniej odosobniony.
— Trzeba ratować Zakon! — zawyrokował Wilhelm Wallenrod.
— Trzeba! — zawołali wszyscy jednogłośnie, nie wyłączając garstki stronników mistrza Plauena.
— Mistrz Henryk von Plauen wiem, że obmyśla środki ku temu, ma nawet zamiar rozpocząć wojnę z Polską — począł brat jego.
— Cha! cha! cha! Cha! cha! cha! — zaśmiano się na całe gardło.
A potem, jak w zamku malborskim na poufnej naradzie, wrzaśnięto z całą wściekłością:
— Kim?!
— Czym?!
I znów śmiech piekielny, szyderczy napełnił całą salę.
Gdy się nieco uciszyło, ozwał się słodkim głosem milczący Henryk Leuchter, marszałek Zakonu:
— Można by poddać jakąś dobrą myśl najdostojniejszemu wielkiemu mistrzowi Plauenowi ku naprawieniu złego, które bez złej woli uczynił.
— Zło szło przez lat wiele każdą szczeliną, a teraz i otwartymi wrotami niełacno je wypędzić — rzekł Marcin Herencog.
— A jednak musimy je wypędzić! — zawołał grzmiącym głosem Michał Kochmajster.
— Musimy!
— Musimy! — poparto go ze wszech stron, zwracając nań wzrok jako do jedynej przystani, która im może dać jakiś ratunek.
Jeno brat wielkiego mistrza siedział ze spuszczonym wzrokiem.
Michał Kochmajster dał jakiś niepostrzeżony znak Henrykowi Leuchterowi, a ten nie odzywając się już ani słówkiem, wymknął się z posiedzenia.
A w komnacie wrzało i wrzało. Stare wino z piwnic Kochmajstra, napełnianych daniną kupców z Torunia i całej komandorii, podniecało umysły, rozgrzewało niechęcią do Plauena, zapalając miłością i uwielbieniem ku Kochmajstrowi, jakby w nie piwniczy wsypał stosownego do okoliczności proszku.
A na zamku malborskim siedział mistrz Henryk von Plauen i wcale niewesołymi bawił się myślami.
Wiedział on o wrzeniu i niechęci, jakie się podnosiły w Zakonie, nie przypuszczał jednak nigdy, żeby gad zjadliwy aż tak daleko zapuścił swe korzenie. Czuł się wielkim i o tej wielkości i sile miał jak najwyższe pojęcie. Ba, nie tylko pojęcie, lecz wprost mówił:
— Nikt mnie zastąpić nie zdoła, beze mnie byłyby to tylko zgliszcza Zakonu!
Nie trapił go więc niepokój o jego własną osobę, zdawała mu się nadto potężną i nietykalną, lecz w tej chwili otrzymał wieści o bliskim już dojściu do skutku zjednoczenia Litwy z Polską. To go nurtowało.
— Byłoby to już rzeczywistą zgubą Zakonu — wyszeptał targając szeroką dłonią siwiejącą brodę.
Wtem krótki głos trąbki z wieżycy ozwał się po dwakroć.
„Ktoś ze swoich” — pomyślał Plauen z pewną otuchą.
I mimo woli przysunął się do okna. Lecz nic nie dojrzał. Okno wychodziło na boczny dziedziniec. Chciał klasnąć w dłonie i kazać dowiedzieć się, kto by przybywał, wstrzymał się wszakże i szepnął:
— Zbytnia ciekawość w żadnym razie nie przystoi.
Nie potrzebował wszakże długo czekać. Zjawił się Hilt, od niejakiego czasu knecht służbowy, i rzekł:
— Jego miłość Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.
I oto zaraz wkroczył znany nam dostojnik, a za nim kilku uzbrojonych rycerzy.
— Każ im odejść! — zawołał wielki mistrz, marszcząc brwi groźnie.
Lecz marszałek stanął przed nim i skłoniwszy się według wszelkiego regulaminu, uroczystym rzekł głosem:
— Z postanowienia najwyższej rady Zakonu mam rozkaz uwięzienia waszej dostojności!
I trzymał przed jego oczyma pergamin opatrzony podpisami dwunastu komturów, na których czele widniało nazwisko Kochmajstra.
Plauen rzucił okiem na pismo.
Wszystko było według nakreślonej ustawy Zakonu. Wstał więc, wyprostował się, obrzucił pełnym pogardy wzrokiem byłego swego doradcę i rzekł:
— Gdzież mnie zawiedziesz, ty podły lisie?
Leuchter skinął na przybyłych z nim zbrojnych. Ci przysunęli się z przygotowanymi więzami.
— Co? — zapytał Plauen tak wyniosłym głosem i zmierzył ich tak dumnym spojrzeniem, że ci opuścili ręce. — Czy myślisz, ty psie podły, ty hańbo Zakonu, że ja, wielki wasz mistrz, jestem takim, jak ty, gadem?! — zawołał Plauen. I splunął w twarz Leuchterowi, a otworzywszy okno, grzmiącym głosem rozkazał: — Zbroję i konia!
I siadł najspokojniej na dawnym swym miejscu. Leuchter nie spuszczał go z oczu. Plauen zdawał się nie postrzegać jego obecności. Patrzył dumnie przed siebie, a żaden muskuł na jego twarzy nie drgnął niepokojem. Lecz żaden też odgłos w podwórcach nie znamionował obrony.
Głuche stąpanie kopyt końskich i chrzęst niesionej zbroi przerwał ciszę. Plauen podniósł się. Otoczyli go zbrojni.
Gdy był przed gankiem i giermek chciał mu podać zbroję, Leuchter odsunął go, odzywając się rozkazującym głosem:
— Zbroja i miecz niepotrzebne!
Hilt wykrzywił uśmiechem swą płaską twarz. Ulubiony pies nawinął się pod nogi Plauena, lecz ten kopnął go w brzuch ostrogą tak silnie, że od razu jelita z niego wyszły, a biedne zwierzę tarzało się w konwulsjach konania.
— Tak będzie z całym Zakonem! — rzucił Plauen, wskazując psa, i dosiadł konia.
Otoczono go ze wszech stron. Leuchter jechał tuż obok, bacząc na każdy ruch więźnia.
Po kilku dniach smutnej jak pogrzeb podróży dojechano do Pokrzywna, czyli Engelsburga, w Grudziądzkiem. Gdy podwoje engelsburskiego zamku zamykały się za byłym mistrzem, ten donośnym głosem zawołał:
— Przy obiorze Kochmajstra wyprawcie jednocześnie ucztę na zgliszczach Zakonu!
Unia w Horodle
Jagiełło, chcąc przyciszyć umysły niezadowolone z pokoju toruńskiego, starał się wszelkimi siłami kraj wewnątrz i zewnątrz umocnić. Nadarzyła się ku temu sposobność. Zygmunt Luksemburski w tym czasie ogłosił się cesarzem niemieckim, potrzebny mu więc był spokój od strony wschodniej. Zaprosił więc Jagiełłę na uroczystości koronacyjne, a chociaż ten nie wierzył chytremu Luksemburczykowi, chociaż niechętnie podróż do Wiednia i węgierskiego Budzynia podejmował, pojechał wszakże w otoczeniu najznakomitszych panów duchownych i świeckich, na których czele stał uczony podkanclerzy, arcybiskup Mikołaj Trąba, oraz Jan z Tarnowa i wielu innych. Brakowało jeno ulubieńca i sekretarza królewskiego, Zbigniewa z Oleśnicy, bo ten za zezwoleniem króla na duchownego właśnie się kształcił. Miejsce jego zastąpił Jan Mężyk, również biegły w piśmie i językach cudzoziemskich.
Zygmunt dla zjednania sobie sojusznika w Polsce odstąpił jej 12 miast polskich, o które ciągłe były spory.
Węgrzy chętnie na to patrzyli, mieli bowiem swoje rachuby na Władysława Jagiełłę. Panowie polscy również nie byli krzywi z nabytku na granicy węgierskiej, mówiąc:
— Choć tym sposobem wynagrodzimy sobie nieco niedobory, które nam się od Krzyżaków należały.
— A trzeba też baczyć i na przyjaźń z Węgrami — dodawano.
Ale chytry Zygmunt, jak zwykle, płaszcz na dwóch ramionach nosił, jednocześnie więc i Jagielle składał hołdy, i Krzyżaków do wojny z Polską podburzał, i Plauena namawiał do przyjaźni z Witoldem ku oderwaniu Litwy.
Całym szczęściem dla nas były owe niezgody w Zakonie.
Witold nie wchodził w układy z Krzyżakami, bo na swoją rękę politykę prowadził, obracając wciąż oczy na wschód, na Ruś. Ludność zaś Litwy i Żmudzi, nękana wciąż przez Krzyżaków, skłaniała się coraz więcej ku Polsce, widząc w niej jedyną dla siebie pomoc. Tę ostatnią skłonność postanowił Jagiełło wyzyskać i na jednej z poufnych narad rzekł:
— Trzeba Litwę z Polską w jedno państwo połączyć.
— Jest to myśl tak wielkiej doniosłości, iż możemy jeno najmiłościwszemu panu spełnienia onej życzyć! — skłonił się Jan z Tarnowa.
— A najpierwszym krokiem ku temu jest pilne rozszerzenie i ugruntowanie chrześcijaństwa na Litwie i zaprowadzenie wiary świętej na Żmudzi — ozwał się podkanclerzy państwa, arcybiskup Mikołaj Trąba.
— Rzecz to duchowieństwa — odparł monarcha.
— I niewiast — dodał podkanclerzy z uśmiechem.
Spojrzano na niego z wielkim zdziwieniem.
— Tak, niewiast — powtórzył. — Tam gdzie ksiądz dotrzeć nie zdoła, niewiasta obdarzona silną wiarą, a także delikatnością obejścia, potrafi. A ku temu potrzebuję waszego zezwolenia, miły kasztelanie — zwrócił się do Jana z Tarnowa.
Kasztelan pojrzał nań zdziwiony.
— Nie dziwujcie się — pochwycił podkanclerzy — Salomea Bobrownicka jest pod waszą opieką. Bez waszego zezwolenia żadnego ważniejszego kroku nie uczyni.
— A bez mego zezwolenia zaręczyła się z jakimś fryzlandzkim książątkiem bez znaczenia i ziemi — przerwał dość niechętnie kasztelan.
— Ale zaraz ku wam z tą wieścią wysłała, a Karol von Leuwarden po uzyskaniu rozwiązania ślubów w Rzymie osobiście wam hołd złożył — przypomniał podkanclerzy. — A nawet najmiłościwszemu panu miał szczęście być przedstawionym — dodał.
— Przypominam sobie — rzucił Jagiełło. — Ale o cóż rzecz właściwie idzie? — zapytał.
— Żeby kasztelan, jako opiekun, dał pozwolenie Salomei Bobrownickiej do przybrania sobie właściwego otoczenia i wyruszenia na Żmudź w celu szerzenia i wszczepiania wiary świętej, a tym sposobem przygotowania jeszcze więcej umysłów do połączenia się zupełnego z Polską.
— Przecież ta wasza misjonarka ma już naturalnego opiekuna w małżonku, owym książątku — uśmiechnął się Jagiełło.
— Nie, najmiłościwszy panie — ozwał się kasztelan — Karol von Leuwarden otrzymał uwolnienie od przysięgi danej Krzyżakom, z warunkiem, że przez lat trzy odbywać będzie pokutę w jednym z najsurowszych klasztorów. Wybrał sobie klasztor ojców cystersów w Jędrzejowie, a tam odbywając pokutę, uczy się jednocześnie polskiej mowy.
Król, który lubił wiedzieć o domowych sprawach swych poddanych, uśmiechnął się i rzekł:
— Wielce osobliwa historia!
A kasztelan rzekł uprzejmie do arcybiskupa:
— Skoro jego ekscelencja uważa, że mieszanie się kobiet w sprawy rozszerzania wiary świętej może być przydatne, wydam zaraz rozkazy, żeby do Bobrownik zaniesiono moje pozwolenie.
— Będzie to krok ku połączeniu Litwy z Polską — uśmiechnął się król.
I zaczął snuć rozmaite plany co do zwołania szerszej narady.
Było to już w jego charakterze, że gdy raz co postanowił, chciał niezwłocznie postanowienia onego dokonać. Rozesłano też zaraz wici, zapraszając panów polskich na zjazd do Sieradza.
Jednocześnie Mikołaj Habdank Skarbek z Góry i Jan Nałęcz wyjechali na Litwę dla porozumienia się z Witoldem, który w owym czasie świeżo zbudowany w Wielonie zamek obsadzał. Przybycie panów polskich wielce było na rękę Witoldowi.
„Muszą się ze mną liczyć — myślał sobie — zarazem dam tym dowód mistrzowi inflanckiemu, że mam takich, którzy po mojej stronie staną, i o jego groźby zgoła nie dbam”.
Przyjął też posłów z wielką okazałością, mówiąc:
— Dobry to znak dla nowego zamku, gdy najpierw takich dostojników w podwojach swoich gości.
— Z rozkazu monarchy przynosimy jego wielkości darowiznę zameczków na Podolu — ozwał się Habdank i wymienił nazwę onych.
Witold uśmiechnął się i rzekł:
— Wielcem wdzięczen królowi polskiemu, a memu stryjecznemu. Od przybytku głowa nie zaboli.
W duszy zaś rzekł:
„Musi mnie potrzebować, że tak obdarza. Ano, zobaczymy”.
W dalszej rozmowie Jan Nałęcz tak począł:
— Nie będzie nigdy spokoju ani od Krzyżaków, ani od mistrza inflanckiego, póki Litwa i Polska nie zjednoczą się w jedno państwo.
„Aha, już wiem, gdzie raki zimują — pomyślał sobie Witold — chce mnie stryjeczny z Litwy wydziedziczyć”.
Głośno zaś rzekł:
— Toć się Jagiełło mieni królem Polski i Litwy...
— Tak — podjął Habdank — ale dla szczęśliwości obu narodów trzeba zupełnego zjednoczenia; trzeba żeby Litwa i Polska miały jednakowe prawa.
Wtem gwar, płacz i szczęk broni dał się słyszeć za oknami zamku.
Zerwał się Witold, zerwali się goście. Wtem wszedł urzędnik skarbowy, oznajmiając:
— Tłum ludu przyszedł ze skargą, że im podjazd krzyżacki zabrał dobytek, a kobiety i dzieci zabiera do niewoli. Tenże sam podjazd gotuje się do oblegania zamku.
— Gotować się do obrony, zwołać, kto żyw w zamku! — wydawał Witold rozkazy, zgrzytając zębami. I przypasywał miecz, a jednocześnie zwracając się do posłów, mówił: — Wybaczcie, muszę przyjąć nowych gości.
— My z wami! — zawołał Skarbek, oglądając się za odpasanym mieczem.
— Mamy nieszpetny, dobrze uzbrojony poczet. Trzeba mu dać rozkazy — rzekł Nałęcz.
I pochwyciwszy miecz, wybiegł, a Skarbek i książę pospieszyli za nim.
— Nie czekać, aż się wezmą do szturmu, wyjść naprzeciw! W polu damy im radę! — rozkazywał Witold.
Wkrótce niewielka załoga co tylko wystawionego zamku przebiegła most i nim Krzyżacy się opatrzyli, otoczyła ich ze wszech stron.
Zawrzała walka sroga, zacięta.
Chłopi okoliczni usłyszawszy, że książę stanął w ich obronie, pochwycili topory, siekiery, drągi, co kto miał pod ręką, zajęli tyły Krzyżakom, a kobiety i dzieci podawały kamienie lub z całej siły rzucały je na nieprzyjaciół. Dowództwo nad nimi objęła młoda i rosła dziewka, z nią druga, dość leciwa, ale wielce krzepka i sprawna, umiejąca sobie radzić jakoby wódz wyćwiczony.
Po dwugodzinnej walce Krzyżacy leżeli zabici lub ranni pod murami Wielony; inni, powiązani przez chłopów, rzuceni jak snopy, oczekiwali swego losu.
Był to ostatni już krok gwałtów i napadów, uczynionych z rozkazu mistrza Plauena. Witold, uradowany z odniesionego zwycięstwa, odpasując miecz okrwawiony, rzekł jakby do siebie:
— Tak, połączenie Litwy z Polską jest konieczne! Zatoczyć beczki z piwem w podwórzec, nie żałować jadła! — rozkazał. A zasiadłszy z posłami przy biesiadnym stole, napełnił puchar miodem i wzniósłszy go do góry, zawołał: — Za zdrowie naszych gości, a też za pomyślność połączenia Litwy z Polską!
I wychylił puchar do dna.
— Za zdrowie księcia Witolda, wielkiego wojownika, i pomyślność obu złączonych narodów! — zawołał Skarbek, wznosząc z kolei puchar.
— Za szczęśliwe powodzenie zamku Wielony, który z wspólnie przelanej naszej krwi chrzest otrzymał! — zakończył Nałęcz.
Serdeczności, wylaniu uczuć i wypróżnianiu pucharów nie było końca. Aż książę rzekł:
— Toć się i tym dzielnym białogłowom coś należy, które objąwszy nad niewiastami dowództwo, tak umiejętnie nam dopomagały.
— Nie darmo ksiądz arcybiskup Mikołaj mówił, że gdzie duchowny ni rycerz wcisnąć się nie zdoła, tam niewiasta dosięże! — rzekł z uśmiechem Skarbek.
— Jakoż? — zapytał Witold.
Więc mu opowiedziano rozmowę i wysłanie niewiast na Żmudź dla szerzenia wiary świętej.
Witold szczerze był tym opowiadaniem nie tylko ubawiony, ale wprost do głębi przejęty.
— Pozwolicie, ichmoście, aby one białogłowy weszły? — zapytał.
— Ba, czemu nie! — odpowiedzieli jednogłośnie.
Niebawem z rozkazu Witolda wprowadzono owe dwie niewiasty. Miały już czas zrzucić opylone i okrwawione szaty, a w szarych płótniankach i takichże namitkach bardzo dostojnie wyglądały. Nie zasromały się też widokiem rycerzy.
— Sienicha! — zawołał Witold.
— Do usług jego książęcej mości — rzekła skłaniając się stara.
— Boga mi, toć to dziedziczka Bobrownik! — zawołał Nałęcz.
— Nie mylisz się, cny rycerzu — odparła skinąwszy głową Sala.
— Toć i mnie z waszych rąk opatrunek się dostał pod Grunwaldem — mówił podchodząc ku niej Skarbek.
— Jako przystało, jako przystało — rzekła z uśmiechem Sala.
— Ale skądże was losy tutaj jako aniołów opiekuńczych przyniosły? — zapytał Witold, przypatrując się z wielkim zajęciem Sali.
— Przyszłyśmy na Żmudź, by jak najprędzej ujrzeć zatknięty krzyż na miejscu pogańskich ołtarzy — rzekła dziedziczka Bobrownik.
— I doczekać się zbratania obu ludów — dodała Sienicha.
— No no, jakaż to siła i wytrwałość! — dziwił się Witold.
— Bo jestem Polką! — rzekła Sala, podnosząc głowę.
— A ja Żmudzinką! — dodała Sienicha.
I nie było końca zapytań.
Zaproszone do biesiadnego stołu, wcale się nie sromały. Opowiadały jeno z wielką prostotą, że lud coraz więcej nabiera zaufania do wiary świętej.
— Jeżeli tak dalej pójdzie, przy łasce bożej wkrótce cała Żmudź zostanie nawrócona — mówiła Sienicha.
— I wraz z Litwą złączona z Polską — dodała Sala.
Witold w wielkim uniesieniu i podziwie traktował obie jako rycerzy. Wychylił puchar za zdrowie, a napełniony znów miodem, podawał jednej i drugiej. Lecz kobiety podziękowały mówiąc:
— Prócz wody, żadnego innego napitku nie używamy.
A posiliwszy się nieco, wysunęły się prawie niepostrzeżenie, zostawiając w podziwie i wielkiej zadumie tak Witolda, jak i jego gości.
Rzeczywiście, praca Sienichy i Sali, podejmowana niespełna od roku, dawała zdumiewające wyniki. Zdawało się, że jakaś nadzwyczajna łaska, cud towarzyszy poświęceniu dwóch przejętych wielką ideą niewiast.
Gdy Skarbek i Nałęcz wrócili do Krakowa, niosąc wieść pomyślnie załatwionej sprawy z Witoldem, król, który przez ten czas zwoływał zjazdy i przygotowywał przez swych zaufanych umysły, powitał ich z rozradowanym obliczem, mówiąc:
— Wszystko idzie jak najlepiej, za kilka niedziel dokonamy zjednoczenia!
A wybrał ku temu Horodło nad Bugiem, w ziemi chełmskiej, uważając je jako punkt środkowy tak dla Polski, jak i Litwy, a również Wołynia i wielu innych ziem do Korony należących.
I oto od pierwszej połowy 1413 roku czyniono ku temu przygotowania.
Król wysłał ładowne wozy nie tylko z żywnością, lecz i bogatą bronią, szatami, futrami, przeznaczonymi na podarunki dla panów żmudzkich i litewskich. Nie brakło też i rozmaitych bisiorów, łańcuchów i złotogłowia dla ich żon i córek.
A jako król wysłał wozy ładowne, tak ze wszystkich stron: z południa, ze wschodu, zachodu i północy ciągnęły wozy panów polskich i litewskich oraz poczty strojno odziane. A wśród pocztów rycerskich widniały ciężkie kolebki, w których jechały białogłowy, ale jeno co starsze i poważniejsze. Młode bowiem konno, na siodłach doskonale wymoszczonych i bogato odzianych, że nieraz i szmat ziemi kupiłby za takowe. Jechały buńczuczno, dotrzymując rycerzom. A co było żartów i śmiechu w onej podróży, to trudno byłoby spisać, a nawet opowiedzieć.
Oprócz zaś tych strojnych i bogatych pocztów i kolebek ciągnęły skromnie odziane oddziały jezdnych i parcianką okrytych wozów. Boć jeżeli możni mówili sobie:
— Połączenie Litwy i Polski przyniesie szczęście krajowi — to lud z westchnieniem powtarzał: — Jeżelić mądre głowy robią to połączenie, nie tylkoć samych bogatych mają na myśli.
A inni dodawali:
— Aby jeno raz na zawsze od Krzyżaków nas uwolniono.
Szczególniej lud Litwy i Żmudzi tuszył sobie, że gniotąca go ciągle pięść krzyżacka będzie miała w onym połączeniu zaporę.
A niewiasty tak z Litwy, Żmudzi, jako i Polski myślały sobie:
„Świat szerszy się obaczy i wielu rycerzy, trzeba strojno wystąpić”.
Co starsze, mające córki dorodne, gładziły im włosy, dodawały do sepetów54 świecideł, żeby w nie dziewki swe w dzień uroczysty ustroić, a w myśli szeptały modlitwę:
„Żeby jej też najwyższy godnego zdarzył małżonka”.
Książę Karol von Leuwarden, skończywszy pokutę zakonną, wydobył zaledwie z całego swego dziedzictwa jeno skarbiec i część pieniędzy, które mu opieka rzuciła. Ale nie dbał on o swoje księstwo. Przyjął poddaństwo polskie, chodziło mu jedynie o Salę Bobrownicką i dotrzymanie przez nią danego słowa. Wielce też był zmartwiony, gdy, po odbyciu pokuty, w Bobrownikach jej nie zastał. Gdy mu powiedziano cel, dla którego porzuciła domowe progi, rzekł:
— Poznaję w tym szlachetne serce Sali!
Przybrał więc nieszpetny poczet i z wiernym sobie Bonifacjuszem pociągnął pod Horodło.
Tam rumor był wielki, bo oto właśnie przygotowano po lewej stronie Bugu wzniesienie dla monarchy i przedniejszych panów, a nieco na uboczu dla ich żon i córek. A po prawej stronie rzeki — dla Witolda, jego dostojników, znaczniejszych bojarów, także i ich niewiast.
Kiedy Karol von Leuwarden pokłonił się Janowi z Tarnowa, jako opiekunowi Sali, ten rzekł:
— Szczęście, jakie cię czeka z pojęciem za małżonkę takiej narzeczonej, jaką jest Sala, nie byle szczęściem nazwać się może!
— Postaram się zasłużyć na nie, wypłacając się swą pracą krajowi, któremu wiernie chcę służyć — odrzekł Karol.
Po czym kasztelan przypomniał go królowi, a monarcha polecił w swoim orszaku go umieścić.
Aż oto wśród iskrzącego się pogodą jesiennego słońca wypłynęły łodzie od jednego i drugiego brzegu rzeki. Na jednych powiewały chorągwie i znaki polskie, na drugich — litewskie i żmudzkie. A w słońcu błyszczały tysiącem najcudniejszych barw, a skłaniając się wzajem ku sobie, zdawały się mówić:
— Niechaj, jak to słońce, co nas ogrzewa, i miłość bratnia nas zjednoczy!
Wtem uderzył dzwon. Uciszyło się wszystko. Wtedy arcybiskup i podkanclerzy państwa, Mikołaj, powstał i donośnym głosem czytał:
— My, prałaci, rycerstwo, szlachta i cały naród Korony Polskiej, chcąc pod tarczą miłości spocząć i pobożnym ku niej dysząc uczuciem, dokumentem niniejszym zespalamy się i jednoczymy ze szlachtą, bojarami i narodem wszech ziem litewskich. A jako od dnia dzisiejszego, 2 octobra anno 1413, zjednoczeni, jako dwa bratnie narody, tak odtąd też szlachtę i bojarów litewskich przypuszczamy na wieczne czasy do naszych herbów i klejnotów, i godności, i godeł naszych, któreśmy odziedziczyli po ojcach i przodkach naszych, a którymi oni cieszyć się mają, jak gdyby takowe po swoich własnych przodkach otrzymali dziedzictwem. Niechaj więc zjednoczą się z nami i staną się równymi we wszystkich przywilejach i prawach. I przyrzekamy im słowem czci i przysięgi nie opuścić ich w żadnym niebezpieczeństwie, a u panów naszych, Władysława, króla polskiego, jako i u księcia Witolda, stawać zawsze i wyjednać, aby coraz szerzej rozwierali dla nich rękę szczodrobliwości, aby ich coraz hojniejszymi darzyli swobodami, aby nigdy nie przestawali przymnażać im łask i pożytków.
Nie wiadomo, czy wszyscy przedstawiciele obu narodów ten akt wielkiej doniosłości usłyszeli, lecz ozwały się głośne okrzyki a wybuchy serdeczności i braterstwa, że bodaj rzucać się jeno sobie będą w objęcia, do czego nawet i bystro płynący Bug przeszkody bodaj nie uczynił.
A Jagiełło powstawszy położył rękę na sercu i głosem pełnym wzruszenia mówił:
— Niech mi Najwyższy dopomoże, ażebym mógł zawsze pracować dla szczęścia obu zjednoczonych ludów, a tak Polskę, jak Litwę, broniąc od nieprzyjaciół, do wielkiej szczęśliwości doprowadził.
— Bracie, dokonajmy zjednoczenia! — zawołał z pełnych piersi Witold.
I obaj rzucili się sobie w ramiona, zapominając w onej chwili wszelkich uraz, jakie między nimi wciąż tkwiły.
A po tej serdeczności panujących już każdy dał folgę swoim uczuciom.
Stoły zastawione gromadziły wszystkich, a przy wspólnej biesiadzie spełniło się życzenie wielu matek: córki ich znalazły zacnych rycerzy, którzy im przyrzekli miłość, cześć i opiekę dozgonną.
A między innymi Jakub Bobrownicki, puszkarz nad puszkarze, który nosił już miano chorążego, oprócz wielkiej miłości do armat, nabrał również wielkiego sentymentu dla Żwajżgdy, która z rodzicami na tę uroczystość przybyła.
Król obdarzał znaczniejszych panów litewskich szatami, bisiorami i klejnotami, a już najhojniej narzeczonych. Rzekłbyś, nie monarcha wśród poddanych, lecz patriarcha między liczną rzeszą swych krewniaków.
Aż oto Jaśko z Tarnowa przywiódł przed niego księcia Karola von Leuwardena i Salę. Król spojrzał na dorodną parę z upodobaniem i rzekł:
— Tej bojowniczce należy się wiele. Jej staraniom zawdzięczamy życie wielu rycerzy, bodaj i jej gorliwości skłonność Żmudzi do świętej wiary i dzisiejsze pojednanie.
I własnoręcznie włożył na jej palec sygnet z tak wielkim i czerwonym kamieniem, iż zdawało się, że zorze blasku zazdrościć mu będą.
— Ale ty, książę Karolu von Leuwardenie, nowy nasz poddany, musisz sobie zasłużyć na szczęście, jakie cię spotyka, jako też zasłużyć się nowej ojczyźnie.
Karol schylił głowę w ukłonie, a król mówił dalej:
— Nim odprawimy gody weselne, powieziesz do państw włoskich, a szczególniej do potężnej a handlowej Wenecji, nasze zawiadomienie o wielkim spełnionym akcie, to jest o unii w Horodle między Litwą a Polską.
Zaszczyt ten może nie w smak był Leuwardenowi, ubrał jednak w uśmiech twarz swą dorodną, a przykląkłszy na jedno kolano, rzekł:
— Dołożę wszelkich sił, ażeby godnie spełnić rozkazy waszej królewskiej mości.
Król obdarzył go wielkim szczerozłotym łańcuchem ze znakiem Polski i Litwy, a zwracając się do podkanclerzego, polecił:
— Wasza miłość opatrzy naszego posła we właściwe ku temu papiery. — Potem rzekł do Witolda z uśmiechem: — Że ten poseł wkrótce powróci, jestem przekonany.
— Nie wątpię! — odparł książę, uśmiechając się przyjaźnie.
Bonifacjusz i Sienicha, również obdarzona dobrym słowem i datkiem przez monarchę, patrzyli ze łzami na swych ukochanych.
W niespełna pół roku Karol von Leuwarden wrócił niosąc odpowiedź dworów włoskich nader przychylną. Wyrażano zadowolenie z połączenia się dwóch narodów przez Krzyżaków prześladowanych.
Odpowiedź ta, a zwłaszcza odpowiedź Wenecji wielce przemożnej i handlowej, a wchodzącej z Polską w przymierze, uradowała Jagiełłę. Podnosiła bowiem znaczenie Polski i Litwy wobec państw europejskich, a zarazem przedstawiała widomie Zygmuntowi Luksemburskiemu, że knowania jego i zdrady nie mają już znaczenia.
Polska i Litwa urastały w potęgę, gdy tymczasem Zakon był już w zgliszczach.
Przypisy:
1. usty — dziś popr. forma: ustami. [przypis edytorski]
2. pogany — dziś popr. forma: poganie. [przypis edytorski]
3. Tausend Teufel (niem.) — tysiąc diabłów. [przypis edytorski]
4. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
5. Przyrzekam i ślubuję [...] rozkazy wypełniać aż do śmierci — przysięga, przemowa wielkiego mistrza, jak i ceremonia, wzięte z historii dawnych Prus: Preussens ältere Geschichte Kotzebuego. [przypis autorski]
6. w leciech — dziś popr. forma: w latach; tj. tu: w podeszłym wieku. [przypis edytorski]
7. króbka (daw.) — koszyczek, łubianka. [przypis edytorski]
8. nein, nein, kann nicht (niem.) — nie, nie, nie mogę. [przypis redakcyjny]
9. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
10. In nomine Patris et Filii, et Spiritus Sancti (łac.) — w imię Ojca i Syna, i Duch Świętego. [przypis edytorski]
11. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
12. staja, staje a. stajanie — daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m. [przypis edytorski]
13. łaszt — daw. miara towarów sypkich, równa ok. 3000–3840 litrów. [przypis edytorski]
14. gwoli (daw.) — z powodu, w celu. [przypis edytorski]
15. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
16. Perkun (mit. bałtyjska) — bóg ognia i pioruna, czczony przez daw. Litwinów. [przypis edytorski]
17. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
18. srom (daw.) — wstyd. [przypis edytorski]
19. arkan — bicz, sznur, używany przez Tatarów do walki; lasso. [przypis edytorski]
20. sromać się (daw.) — wstydzić się. [przypis edytorski]
21. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
22. pogrześć (daw.) — pogrzebać. [przypis edytorski]
23. stryjeczny — brat stryjeczny, kuzyn. [przypis edytorski]
24. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
25. staja, staje a. stajanie — daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m. [przypis edytorski]
26. Hexe (niem.) — czarownica. [przypis autorski]
27. sulica (daw.) — włócznia. [przypis edytorski]
28. plwać (daw.) — pluć. [przypis edytorski]
29. jensza (gw.) — insza, co innego. [przypis edytorski]
30. żmones (litewskie) — ludzie. [przypis autorski]
31. motina (litewskie) — matka. [przypis autorski]
32. tews (litewskie) — ojciec. [przypis autorski]
33. starunek (daw.) — opieka, staranie. [przypis edytorski]
34. ne buwau cze (litewskie) — nie byłam tu. [przypis autorski]
35. ne primit sau (litewskie) — nie przypominam sobie. [przypis autorski]
36. O, pon’s mano, o, wir’s mano (litewskie) — o, panie mój, o, mężu mój. [przypis autorski]
37. dinos es didelis (litewskie) — bóg jest wielki. [przypis autorski]
38. swejkit, mergajtu (litewskie) — witaj, dziewczę. [przypis autorski]
39. e mano, Żwajżgde (litewskie) — i mnie, Gwiazdę. [przypis autorski]
40. e mano, Kregżde (litewskie) — i mnie, Jaskółkę. [przypis autorski]
41. mano Zwajżgde (litewskie) — moja Gwiazda. [przypis autorski]
42. mano Kregżde (litewskie) — moja Jaskółka. [przypis autorski]
43. mitręga (daw.) — opóźnienie. [przypis edytorski]
44. mieszkać (tu daw.) — przebywać, zatrzymywać się. [przypis edytorski]
45. żak (daw.) — uczeń, student. [przypis edytorski]
46. Bóg się rodzi, moc truchleje — anachronizm: Pieśń o Narodzeniu Pańskim, napisana przez Franciszka Karpińskiego (1741–1825), nie mogła być śpiewana w 1410 r. [przypis edytorski]
47. inkaust (daw.) — atrament. [przypis edytorski]
48. Papież Jan XXIII, własc. Antypapież Jan XXIII — Baldassare Cossa (ok. 1365–1419), jeden z 3 urzędujących ówcześnie papieży, tzw. obediencji pizańskiej, popierany przez część państw europejskich, w tym przez Polskę. W tym samym czasie w Rzymie papieżem był Grzegorz XII, a w Awinionie Benedykt XIII. Takie rozbicie władzy papieskiej nosiło nazwę wielkiej schizmy zachodniej i trwało od 1378 do 1417 r. Imię Jana XXIII przybrał w XX w. Angelo Giuseppe Roncalli (1881–1963), papież w latach 1958–1963. [przypis edytorski]
49. miasto (tu daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
50. staja, staje a. stajanie — daw. miara długości, w różnych okresach i okolicach licząca od 100 do 1000 m. [przypis edytorski]
51. szławe diewus (litewskie) — cześć bogom. [przypis autorski]
52. bokówka — mały pokój, położony obok dużej, wspólnej izby, świetlicy. [przypis edytorski]
53. mizerykordia (z łac. misericordia: miłosierdzie) — niewielki miecz, sztylet, służący m.in. do dobijania rannych (stąd jego nazwa). [przypis edytorski]
54. sepet (daw.) — szkatułka, skrzynka, podróżna komódka z szufladkami. [przypis edytorski]