Poseł krzyżacki
Witold i Jagiełło naradzali się poufnie, nawet przyboczni i sekretarze nie byli tej narady świadkami.
— W tym krzyżackim darze bodaj czy nie mieści się jakiś podstęp — mówił Jagiełło, pozierając przenikliwym wzrokiem na Witolda.
— Chcą nas sobie zjednać, to widoczne, a bodaj może i prawda to, co po obozach gadają — odrzekł tenże.
— Jakoż? — spytał król ciekawie.
— Że za murami żywności mało i wyzbyto się paru setek gąb — odparł Witold.
— U nas jadła nie braknie — uśmiechnął się król z zadowoleniem.
— Gdyby nie ta biegunka i jakaś gorączka, co trapi moich, można by ich wziąć głodem — mówił Witold, namyślając się nad każdym wyrazem.
— Chyba dziś nie rozpoczniemy szturmu. Damy im folgę noc całą. Niech myślą, żeśmy usnęli, a jutro o świcie, znienacka... — ozwał się Jagiełło.
— I nasi lepiej też wypoczną — odrzekł Witold będący w tej chwili w dziwnie zgodnym usposobieniu.
Wtem zapukano dyskretnie do namiotu. Król klasnął w ręce. Wszedł urzędnik będący na straży i rzekł:
— Sekretarz z kancelarii najmiłościwszego pana, Zbyszko z Oleśnicy, ma coś pilnego do zameldowania.
Król skinął głową.
Niezwłocznie wszedł Zbyszko, a po zwykłym ukłonie zbliżył się do króla i mówił przyciszonym głosem:
— Jego miłość kasztelan krakowski wysłał mnie z opowieścią, iż przybył poseł krzyżacki i prosi najmiłościwszego pana o posłuchanie.
Król spojrzał na Witolda porozumiewająco. Obaj chcieli się wzrokiem przeniknąć. Obaj, podejrzliwi z natury, radzi byli jeden drugiego do głębi przejrzeć. Był to jeden mig jeno, z którego żaden nie mógł nic wyrozumieć. Po czym król rzucił:
— Niech wejdzie!
Witold w tejże chwili podniósł się do wyjścia. Lecz Jagiełło rzekł:
— Ostań, bracie. Co by rzekł ów poseł, obu nas jednako obchodzi.
Siadł więc książę na dawnym swym miejscu. Chwila przeszła w milczeniu. Król i książę rozważali coś w sobie. Wkrótce uchylił opony przyboczny urzędnik, ukazał się sekretarz królewski i rzekł oznajmiając:
— Kasztelan krakowski, Jan z Tarnowa.
W tejże chwili ukazała się wyniosła postać kasztelana, szeroko wszakże rozwarta opona namiotu pozwoliła jednocześnie wkroczyć posłowi krzyżackiemu. Stanęli obaj przy drzwiach namiotu. Krzyżak skłonił się nisko, a kasztelan rzekł:
— Henryk Leuchter, marszałek Zakonu, sekretarz Henryka von Plauena, zastępującego w obecnej chwili osobę wielkiego mistrza.
A zaraz ów marszałek, postąpiwszy dwa kroki ku królowi, skłonił się raz jeszcze i rzekł:.
— Najmiłościwszy monarcho, potężny królu Polski, Litwy, Rusi i wszech ziem pod berłem Polski będących, Henryk von Plauen, dzierżący tymczasową władzę w malborskim zamku, przysyła przez niegodnego swego sługę pozdrowienie i cześć należną, jako wielkiemu wojownikowi, znanemu nie tylko Zakonowi, lecz i innym państwom, z nieustraszonego męstwa.
Tu złożył znów ukłon najpierw Jagielle, potem Witoldowi.
Król skłonił lekko głową, Witold spojrzał jeno przenikliwie i uśmiech przebiegł po jego ogorzałym licu.
Leuchter zaś, nabrawszy powietrza w płuca, tak dalej mówił:
— Henryk von Plauen pragnie żyć w największej zgodzie tak z Polską, jak i Litwą, jako też wszystkimi ludami, w skład obu tych państw wchodzącymi.
Teraz już nie tylko po licu Witolda, lecz i króla, uśmiech przeleciał. Nie uszło to uwagi bystrego oka Krzyżaka, lecz odchrząknąwszy mówił dalej:
— Wiadomo tak najmiłościwszemu królowi polskiemu, wszechpotężnemu Władysławowi Jagielle, jako i wielkiemu księciu Witoldowi, że Zakon bez wielkiego mistrza ostać się nie może. Ten bowiem stojąc na czele, sam jeno mocen jest ze wszystkimi sąsiednimi państwami sprawy załatwiać. Otóż najpilniejszą dla Zakonu rzeczą jest obrać wielkiego mistrza i głosy padły na Henryka von Plauena, komtura ze Świecia.
Jagiełło milczał nie dając znać żadnym ruchem twarzy, jakie mowa Krzyżacka na nim czyni wrażenie. Witold wciąż patrzał na mówiącego, chcąc jego ukryte myśli przeniknąć. Leuchter ciągnął dalej:
— Lecz Henryk von Plauen nie chce przyjąć naszego wyboru, a nawet nie pozwala się wielkim mistrzem wołać, póki nie otrzyma pozwolenia od obu najmiłościwszych panów. W tym celu zanoszą do nich prośbę tak od całego Zakonu, jako i od Henryka von Plauena, tymczasowo zawiadującego malborskim zamkiem, i o rezolucję upraszam.
Na to Jagiełło rzekł obojętnym głosem:
— Obiór wielkiego mistrza jest rzeczą przewidzianą i słuszną. Z naszej strony Plauen nie dozna przeszkody, a że sąsiednie państwa zwykle w takich razach są zawiadamiane, przyjmuję wasze słowa do wiadomości.
A spojrzawszy na stojącego na uboczu Jana z Tarnowa, z którym podczas mowy Krzyżaka wzrokiem się porozumiewał, dodał:
— Was, mości kasztelanie krakowski, świadkiem moich słów czynię.
Krzyżak zwrócił wzrok na Witolda.
Ten położeniem szerokiej dłoni na stole i skinieniem głowy dał znak przyzwalający i dodał:
— Niechże kasztelan krakowski i mnie świadkiem być zechce.
Jaśko z Tarnowa skłonił się w milczeniu. A król, zwracając się do Zbyszka z Oleśnicy, zawołał:
— Wpisać rzecz całą!
Zdawałoby się, że po tym zakończeniu Krzyżak powinien się skłonić i odnieść rezultat swego poselstwa. Lecz Henryk Leuchter ani myślał odchodzić. Dnia tego kilkakrotnie spełniał rozmaite misje, a to dla braku ludzi w Zakonie obeznanych z jego sprawami, jako też dla braku tych, którzy by w języku polskim i litewskim wymowni byli, mimo to był wprost niestrudzony i poselstwo swoje do końca chciał przeprowadzić. Odchrząknąwszy więc, począł:
— Uzyskawszy sankcję najmiłościwszych panów co do obioru wielkiego mistrza, przede wszystkim składam im za tę łaskawość najpokorniejsze dzięki. — Przyłożywszy znów rękę do serca, zgiął się w ukłonie i mówił dalej: — Otóż uważam ową sankcję jako dobry omen przyszłego sojuszu między Zakonem a wszechpotężnym królem Polski i wielkim księciem litewskim. Lecz aby ten sojusz mógł być zawarty, pragnę wiedzieć ostatnie słowo co do losów naszej siedziby, malborskiego zamku...
I zatrzymał się czekając odpowiedzi.
Jagiełło bystro spojrzał i rzekł:
— Zakon bronić się, my zdobywać będziemy.
Krzyżak podniósł wzrok na Witolda. Ten milcząc wytrzymał spojrzenie. Więc Leuchter ciągnął znów swoje:
— Mistrz Henryk von Plauen zgodzi się na odstąpienie Pomorza oraz chełmińskiej i michałowskiej ziemi, byleby jeno pokój mógł być zawarty.
— I Malborka — dodał Jagiełło.
— Nie mam prawa o tym mówić — począł znów Leuchter — lecz Malbork jest źrenicą oka Zakonu, jedynym zakątkiem, z którego spokojnie Plauen mógłby misję nawracania ludów prowadzić.
— Znamy gorliwość Zakonu! — przerwał urągliwie Witold.
— Ludy są nawrócone! — rzucił Jagiełło.
— Za cenę wyżej wymienionych ziem chcielibyśmy uzyskać odstąpienie wojsk polskich i litewskich spod murów naszego zamku.
— Co?! — zawołał król groźnie i odwrócił się od mówiącego.
— Cóż mam donieść wielkiemu mistrzowi? — zapytał układnym głosem Krzyżak, nie zrażając się ani głosem, ani ruchem Jagiełły.
— Rzekłem! — rzucił król niedbale i zwrócił wzrok na Jana z Tarnowa, dając znak, żeby mówił.
— Warunki pokoju omawiane są zwykle przez obustronnie wybrane ku temu osoby — wycedził wymijająco kasztelan.
— Ku temu prosiłbym o zawieszenie broni i o pozwolenie wejścia za mury komturom Bałgi, Brandenburga, Osterode i Samlandu wraz z ich pocztem dla omówienia warunków pokoju, które jego królewskiej mości, najmiłościwszemu panu, jako i wielkiemu księciu przedstawione zostaną — rzekł Krzyżak do kasztelana, widząc, że po ostatnim: „Co?” próżno by do króla przemawiał.
— Wasza królewska mość, najmiłościwszy panie? — zwrócił się kasztelan do Jagiełły.
— Niechaj! — rzucił Jagiełło.
— Zawieszenie broni? — spytał znów kasztelan.
Król otworzył już usta, żeby coś wyrzec, zamknął je wszakże i nachyliwszy się ku siedzącemu z drugiej strony Witoldowi, kilka słów z nim zamienił.
— Na dwie niedziele! — rzucił wreszcie Jagiełło.
— Do 29 septembra — dorzucił Witold.
Krzyżak po wyjściu otarł pot z czoła, a zarzuciwszy róg płaszcza na głowę, śpiesznie się oddalał.
Jagiełło, pozostawszy w swym otoczeniu, wstał i nie mówiąc słowa, począł się po namiocie przechadzać. Nikt nie śmiał przerwać milczenia. Każdy pozostawał na swoim miejscu, lecz Witold bystrym okiem śledził ruchy stryjecznego. Wreszcie Jagiełło stanął przed nim i rzekł:
— Mamy jeno mitręgę...
— Wojsko odpocznie — odparł Witold.
Jagiełło machnął ręką i westchnął.
— Uniżenie się Plauena jest rzeczą bardzo ważną i na przyszłość wielce rokującą — ozwał się Jan z Tarnowa.
— Brak im jadła! — rzucił król. — Pilnować, żeby się z komturami i ich pocztem jakie zapasy nie dostały! — dorzucił.
I klasnął w dłonie. Zjawił się urzędnik oczekujący przy namiocie rozkazów.
— Wezwać marszałków czuwających nad żywnością! — rozkazał król.
I znów cisza zaległa.
— Moi im nie użyczą i wozów z żywnością nie przepuszczą — ozwał się Witold. — Wycieńczeni biegunką sobie by ostawili — mruknął jakby do siebie.
— Kogo najmiłościwszy pan do układów z Zakonem przeznacza? — zapytał kasztelan.
— Czterech jeno ów Krzyżak wymienił, a pewnie i sam będzie, i szósty się znajdzie, nam tyleż osób postawić trzeba — mówił król. — Więc ty, bracie, obok mnie — zwrócił się do Witolda. — Ty, mości kasztelanie, jako nasz główny doradca, a dalej ci, co najwięcej do zwycięstwa się przyczynili. — I zmarszczywszy brwi, chwilkę się zastanowił, a potem mówił zastanawiając się nad każdym: — Zyndram z Maszkowic. Zawisza Czarny Sulimczyk. Florian Jelitczyk. Dzielny Farurej, a też i Habdank Skarbek. Ba, i Jan Nałęcz. Dobrze by i Lisa z Targowiska, i wielu innych, aleć trudno wszystkich tych dzielnych rycerzy... Ba, a przede wszystkim Ziemka i Kazimierza, książąt mazowieckich.
— Jest już dziesięciu — ozwał się Zbyszko, który z rozkazu króla wymienionych spisywał.
— Farurej, Skarbek i Jaśko Nałęcz z rozkazu najmiłościwszego pana zostali w zajętych grodach, a Florian Jelitczyk w pięćdziesiąt człeka odstawił do granicy uwolnione branki krzyżackie. Bo to i sam, jako wielce poturbowany, potrzebował wypoczynku — mówił kasztelan.
— To iluż tam? — spytał król.
— Sześciu ostało — odrzekł Zbyszko, policzywszy.
A oto weszli właśnie wołani oboźni, a król dawał osobiście rozkazy, żeby rozstawili straże i dawali baczenie, iżby z tymi, co mają szczególne pozwolenie, żaden wóz z żywnością za mury Malborka się nie dostał, a też i konie żeby nie były objuczone.
— Baczyć, żeby bodaj ptak w dziobie żywności im nie doniósł — dodał żartobliwie.
Słuchający pilnie rozkazów urzędnicy skłonili się i odeszli, a i Witold, i kasztelan krakowski po zamienieniu jeszcze kilku wyrazów namiot opuścili.
Tymczasem wieść o zawieszeniu broni w mig się po obozach rozeszła. Jednym sprawiła radość, drudzy sarkać zaczęli.
— Walić mury, to walić! — wołano.
— Człek odwyknie od tej psiej roboty, potem mu gorzej będzie — mówili niezadowoleni.
— Znać głód im po kiszkach harce wyprawia, kiedy się tak upokorzyli — mówili inni.
— Żeby aby od murów nie nakazano odwrotu! — rzucił Półkozic.
— Ee? — pytano na wszystkie strony.
— Odstąpić, to i odstąpić — westchnął ktoś, któremu nagle zapachniał dym z własnego komina i rzechotanie dzieci w uszach zagrało.
— Co, odstąpić?! — zawołał Półkozic. — Odstąpić nie zajrzawszy do wnętrza zamku, nie dowiedziawszy się, co te niemieckie bestie pod koniec żarły, nie przyjrzeć się, jak im brzuszyska opadły?!
Zaśmiano się, ale nikt nie dołożył konceptu, bo oto zgoła nowy widok oczom ich się przedstawił. Z dala zjeżdżały poczty niemieckie jeden po drugim i jeden po drugim meldowali się odstawionym ku temu wartom. Te, obejrzawszy od stóp do głów każdego, przepuszczały przez obóz. Odprowadzali ich nawet do murów klasztornych, bacząc pilnie, żeby jaki wóz albo i juki na koniach nie przedostały się za mury. Więc owym przyjezdnym nie dziwowano by się wielce, bo wieść o mających przybyć do zamku rycerzach i o bezpieczeństwie, jakim byli z rozkazu króla otoczeni w przejściu przez nasze obozy, wszystkim była wiadoma. Nie dziwowano by się więc, ale...
Rycerze owi byli tak dziwnie opaśli, a poczet nie ustępował im w niczym, iż można się było dziwić, skąd się wzięło tylu ludzi tak nadzwyczajnej tuszy.
— Niczym karmne woły — mówił spluwając Półkozic.
— Nie wieda, czy przez cały dzień jeden koń podoła takiego nosić — mówiono.
— Spadnie z nich to cielsko, spadnie!
— Zostaną jak patyki na wikcie zamkowym! — śmiano się dokoła.
Wtem ozwało się gwałtowne szczekanie i nie wiedzieć skąd, moc psów poczęła lecieć za onymi Niemcami. Szczekały, ujadały, rzucały się do koni, robiąc taki harmider, że w najdalszych zakątkach wszystkich obozowisk się rozlegało.
— Psy takich grubych jeszcze nie widziały. Myślą, że wieprze, i chcą napocząć! — dowcipkowano.
Lecz ta nadzwyczajna psia muzyka wywołała ciekawych z najdalszych nawet obozowisk. Kto jeno żył, a ruszać się mógł, nawet chorzy się wychylili. Przybieżał też Jakub, były knecht krzyżacki, który od chwili jak go odstawiono do obsługi owych piekielnych maszyn, tak się w nich rozmiłował, że go oderwać od nich nie można było. Każde kółko, każdą śrubkę w nich oglądał, a czyścił, a smarował, że świeciły się nawet w ciemności. Ale teraz ujadanie psów i jego wywabiło. Biegł w stronę, w której ten hałas się rozlegał, przybieżał też zdyszany, kiedy już ostatnie poczty w rozwartą bramę zamku wjeżdżały.
— Przypatrz się! — zawołał ktoś, wskazując grubasów.
— Bójcie się Boga, toć każdy z nich okręcony kilkakrotnie kiełbasą, a bodaj i połcie słoniny, i mięsa na sobie wiozą! — zawołał z przerażeniem.
— Co ty gadasz?! — ozwano się na wszystkie strony.
— To, co słyszycie! Małom się napatrzył, jak wyjeżdżali z zamku?! — Niejednemu sam musiałem pomagać do wtłoczenia się w odzienie albo i w zbroję, gdy się cały mięsiwem obłożył — dodał.
— To ci juchy!
— To psubraty!
— Ba, Niemiec przemyślny.
— Na żarcie też łasy.
— Obawiali się głodu, to się zaopatrzyli! — wołano.
— Każdemu bodaj na dwie niedziele starczy — mruknął Jakub.
I zgnębiony odszedł do swoich maszyn. Lecz nie zdołał jeszcze zabrać się do nich, gdy go wezwano do króla. Wieść bowiem, jak wieść, leci prędzej niż błyskawica, a że król jegomość, zdziwiony nadzwyczajnym psów szczekaniem, wysłał na zwiady, przyniesiono mu więc i ozwanie się młodego puszkarza.
— Coś ty gadał o kiełbasach? — zapytał król, gdy Kuba przed nim stanął.
Młodzieniec tak był zgnębiony tym, że Niemcy tyle żywności z sobą za mury wnieśli, iż na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje. Zawołał więc:
— A tak, te psubraty przynajmniej na dwie niedziele mają co żreć!
— Skąd ci to przyszło do głowy? — badał Jagiełło.
— Znam ich zwyczaje! Ci byli tak grubi, że ślepy mógł namacać, że się obładowali. Psy też od razu kiełbasę zwęszyły.
Potem opowiadał o zwyczajach rycerzy niemieckich, król słuchał pilnie, potem chrząknął: — Hm. — I wielce się zamyślił.
Skinął wszakże ręką, że nie ma nic do powiedzenia.
Kuba oddalił się, a tak był zły i markotny, że na pytania, czego król chciał od niego, odpowiadał jeno machnięciem ręki.
Król zaś myślał:
„Źle się stało, aleć tych kilkudziesięciu, choćby nie wiem jak objuczonych, nie wyżywi kilku tysięcy. Ale zawsze mitręga”.
Chciał nawet przywołać straże, które wpuszczały przybyłych, i dać im surowe napomnienie albo i ukarać, ale w czas sobie przypomniał, że nie dawał polecenia, żeby baczyli na rycerzy, jeno na konie, czy juk nie wiozą, i sam sobie winę musiał przypisać.
— Źle się stało — szepnął — ale któż się mógł takiego podstępu i chytrości spodziewać?
Zgryzło go to jednak niemało.
„Będą nam jeszcze urągali” — mówił w sobie. I trzaskając palcami, chodził po namiocie wielce markotny.
A Witold dowiedziawszy się o wszystkim, zaklął siarczyście, a potem urągliwie się uśmiechnął, dodając w myśli:
„Zawsze to nieoględność i nieumiejętność przy dawaniu rozkazów”.
A w obozie rosła bajka coraz potworniejsza o owych kiełbasach, śmiano się, dowcipkowano i dodawano:
— Jeno psy zwęszyły.
Matka i córka
Florian Jelitczyk z Korytnicy, odprowadziwszy do samego Niemna owo stadko gołębic, rzekł:
— Mości Geradajosie, tobie już ostawiam wszelki nad tym stadkiem starunek33, wylizałem się nieco z ran podczas podróży, nie przystoi mi dłużej się pieścić, dziewczętom choćby i najzacniejszym się wysługiwać, kiedy inni walą w krzyżackie mury.
Geradajos spojrzał na niego i mruknął:
— Damyć już sobie radę.
— Ostawić ci co z mojego pocztu? — zapytał Jelitczyk.
— I... Mam kilku swoich, a na Żmudzi, kiedyć Krzyżaków nie ma, to już każdy nam brat — odparł Litwin. Po chwili zaś dodał: — I ja bym rad jeszcze jakiego Krzyżaka na włócznię nadziać, aleć wiecie, co mi na sercu.
— Wiem, wiem. Ostańcież, a między tymi gołębicami, Bóg da, i waszą znajdziecie — odparł rycerz, mrugnąwszy jednym okiem, boć drugie na polach grunwaldzkich zostało.
Podali sobie dłonie. Po czym Jelitczyk podchodził od jednego stadka do drugiego, bo właśnie na wypoczynek nocny się zabierały, pośmiał się jeszcze do nich i pobaraszkował jako ojciec i zabierał się ruszyć w swoją drogę wraz z szesnastoma jezdnymi, których miał z sobą. Aleć z tymi miał nieco kłopotu. Byli to ludzie młodzi, a podczas podróży nadto one dziewczęta polubili. A że prócz drobiazgu były i takie, co choćby i dziś do ołtarza, niejednemu więc serce goręcej zakołatało. Radzi byliby i dalej je prowadzić, a może i na zawsze pozostać. Ale pan Florian huknął:
— Cóżeście to za jedni, czymżeście się ojczyźnie zasłużyli, że już wam amory w głowie! Tfu! Do biesa, miałbym taką za niegodną dziewki imienia, która by amory takiego przyjęła, co jeszcze i jedną głową, zdjętą z karku wroga, pochwalić się nie może!
Więc owi młodzieńcy przycichli jak trusie i nic już nie mówiąc, a jeno w myśli sobie sumując słowa zasłużonego rycerza, wnet się zebrali. I oto nim księżyc się ukazał na niebie, wraz z Jelitczykiem od Niemna się oddalali, w drogę ku obozom Jagiełły pośpieszając.
Geradajos zaś miał zupełną słuszność, że od chwili jak na wielkich promach przebyli rzekę, co się Niemnem zwie, granicę między Żmudzią, Litwą a ziemiami polskimi stanowiąc, byli już jak w domu. Toć zaraz w pierwszej wiosce, Dregnasach, zbiegło się tyle ludzi, ilu ich w onej żyło. A każdy wypytywał, a każdy przechodził od jednej dziewczyny do drugiej, a każdy rad był poznać swoją, boć niejednemu po częstych napadach krzyżackich brakło dzieciątka. Ale Geradajos niełacno je oddawał, mówiąc:
— Radzi byście się przyznać, aleć pomnijcie, że takich matek i ojców, co im dziewuchy zabrano, w całej Żmudzi i Litwie jest moc.
Że zaś po napadzie zeszłorocznym i z pogranicznych wiosek Krzyżacy wyłowili niemało dziewczątek i lat pięciu nie mających, łatwo jakoś przyszło do porozumienia.
Matki poznały swoje, a i dziewczątka, głos ich usłyszawszy, szczebiotać poczęły:
— Motina, motina!
Tak się załatwiwszy w Dregnasach, ciągnął dalej, boć mu pilno było do Geradajosów, gdzie żonę ostawił na nieszpetnym dworze i gospodarstwo.
— Trudnoć mnie po dziesięciu latach moją Uagę poznać, dzieckiem była, nie więcej niż pięciolatką, ale matka najdzie na to sposób — pocieszał się wojak.
Niemniej co dzień przechodził między onymi gołębicami, a przypatrując się co starszym, w wieku jego Uagi będącym, wywoływał je tym imieniem. Lecz na wołanie wiele dziewcząt wychodziło, boć imię to nie było rzadkością na Żmudzi i Litwie, jako oznaczające leśną jagodę.
Przez czas drogi, trwającej przeszło trzy niedziele, dawne branki krzyżackie przypomniały sobie mowę ojczystą, a choć je tam, za murami, innymi imionami przezwano, wprędce sobie przybaczyły te, jakimi na nie niegdyś ojcowie wołali.
Im głębiej wjeżdżali w ojczystą ziemię, tym więcej ludu się zbierało. Rozeszła się bowiem wieść, że branki krzyżackie wracają, biegli więc ojcowie i matki, ba, nawet ci, którym nie zabrano dzieci. Każdy chciał widzieć powrócone, dowiedzieć się o niedoli, jaką przecierpiały, i radować się z ich powrotu. A wystraszone z początku dziewczęta, teraz stanąwszy na rodzinnej ziemi, nabierały śmiałości i świergotały jako wróble, kiedy się w podwórcu zbiorą albo też pod strzechą dobrze napełnionej stodoły. Wiele było takich, co poznawały rodziców i domowe progi, ale i wiele takich, które kręciły głową, mówiąc:
— Ne buwau cze34...
— Ne primit sau35!
A jeżeli ktoś upierał się powtarzając:
— Maleńka była, jakże może sobie przypomnieć? — a potem domagał się, żeby mu dziewczynę oddano, Geradajos mówił:
— Dobrze, weźcie, ale pamiętajcie, gdybyście się przekonali, że to nie wasza, a prawdziwi rodzice się znaleźli, oddajcie!
Gwaru też i radości, i łez, i zaklinań było co niemiara. Zwierzęta domowe rżeniem, rykiem, kwikiem, a kury gdakaniem gwar ten powiększały. Wystraszone ptaki z lasów zbiegały się krążąc nad głowami ludzi i dziwiły się, co to tak zwykłą ciszę zakłóciło, a może i radując się z uradowanymi.
Geradajos najwięcej wzbraniał się oddawać każdą, w wieku jego Uagi będącą, a każdą też Uagę, choćby maleńką, serdecznym żegnał westchnieniem. A takiej też pozwolił jeno odejść, za którą ze wszystkimi szczegółami rodzice się opowiadali, a ona i ich, i ich dom poznawała.
I tak oto się stało, że do swoich Geradajosów dowiózł jeno kilka dziewczynek. Jedna tylko w wieku jego Uagi była, a też i Uaga się wołała. Geradajosowie, czterech dorodnych synów w walce z Krzyżakami straciwszy, mieli jeno najmłodsze dziewczątko; gdy i tę Krzyżacy pochwycili, oboje nie mogli się z żalu utulić. Geradajos chodził na wszelkie wyprawy i troskę, co go żarła, w bitwie, na karkach wrogów uśmierzał. Ale żona jego, Skruzda, ostając w pustym domu, każdy kąt, a również i przędzę łzami rzewnymi oblewała. Chowała też wszystkie szatki, choćby najmniejszy płateczek, i co dzień je oglądając, do służby mówiła:
— To wszystko, co mi ostało po Uadze...
— Wróci jeszcze i ona, wróci — pocieszała Peleda, stara, zaufana sługa.
— Eh... — odpowiadała strapiona matka, nie dowierzając jej słowom.
A że w nieszczęściu każdy chwyta choćby niteczkę nadziei, więc i Skruzda powtarzała sobie:
— Peleda nie na próżno mądrego ptaka imię nosi, może jej co duchy nocne objawiły?
Z początku wychodziła na szeroką drogę, patrzyła, czy gdzie utracone dziecko się nie ukaże, to znów razem z Peledą szły w głąb lasu, szukały w zaroślach, a Geradajosowa mówiła:
— Żebyć ją ostawili, a zwierz poszarpał, toćby choć szmateczki ostały.
A jako zaraz po zniknięciu dziecka czyniła owe poszukiwania, tak niepomna lat, które biegły, czyniła to, ile razy ból więcej w jej sercu wzbierał.
— Gdybyć ją śmierć zabrała, nie tyle by mi serce pękało. Miałabym chocia mogiłkę i kosteczki jej użyźniłyby ziemię, a duszyczka byłaby z nami i w każdej jagódce co wiosnę by się odrodziła — żaliła się nieszczęśliwa matka.
— Nie płaczcie, kiej nie zmarła, toć ona z nami przebywa, a także i wrócić może — pocieszała po swojemu Peleda.
— Wiesz? Duchy ci mówiły?
— Nie mówiły, aleć one wiedzą — odparła stara.
— Krzyżacy ją zabrali... Co oni z niej zrobią? Choćby wróciła, nie będzie już tą samą, nie będzie nasza — wzdychała matka.
Teraz gdy się rozeszła wieść o wracających brankach, Geradajosowej nie można było utrzymać w domu. Wybiegała o świcie i do późnej nocy błąkała się wypatrując ukochanej córki.
Pewnego dnia znużoną i spłakaną przyniesiono do domu. Leżała bez ruchu, bez skargi, przyjmowała wszelkie starania, nie mówiąc i słowa, nie odpowiadając na pytania, z oczyma skierowanymi na drzwi, jakby spodziewała się wejścia ukochanego dziecięcia.
Tak przeszło niedziel kilka.
Peleda nie odstępowała prawie swej pani, pozwalając jeno od czasu do czasu wejść dwom jeszcze zaufanym służebnym i przez nie na chwilę się zastąpić. Aż pewnego dnia, gdy słonko wrześniowe kryć się już za las poczęło chora zerwała się nagle, wołając:
— Jadą!
I nim Peleda opatrzeć się zdołała, Geradajosowa wyskoczyła z łóżka i ku drzwiom się skierowała.
Peleda już od niejakiego czasu słyszała jakieś przyciszone gwary koło domostwa, nie szła jednak dowiedzieć się, co by to było, nie chcąc przerywać spokoju swej pani, która, jak zwykle, z zamkniętymi oczyma leżała. Teraz, widząc ją biegnącą, zarzuciła na nią futrzaną jubkę i wraz z nią wybiegła. W tejże chwili właśnie zajechał wóz i towarzyszący mu jezdni. Otoczyli go słudzy, pomagając wysiąść dwom małym, a trzeciej wysokiej, doskonale rozrosłej dziewczynie.
Geradajosowa spojrzała obojętnie na dwie małe, a onej dorosłej rzuciła się z krzykiem na szyję.
— Uaga, Uaga! Córko moja!
Geradajos, zsiadłszy z konia, poglądał na to powitanie, a nie przerywając uścisków, ukradkiem łzy cisnące się do oczu ocierał, mówiąc:
— Taki wiedziałem, że matka pozna!
Geradajosowa nie wypuszczała przybyłej z objęć, odsunęła ją jeno nieco i przypatrywała się jej hożemu, kwitnącemu zdrowiem licu.
Wszyscy byli wielce wzruszeni, lecz nikt nie przerywał powitania. Nawet ojciec sam, Geradajos, nie zbliżał się, jeno patrzył.
„Jak dwie krople wody podobna. Taką była Skruzda, gdym ją pod dach mój wprowadził” — myślał z wielkim rozrzewnieniem, patrząc na matkę i córkę.
Rzeczywiście, trudno było o większe podobieństwo. Tenże sam wzrost, ten sam nos, owal twarzy, też same niezabudki w oczach. Jeno że Uagi wzrok jaśniał młodością, a Skruzda miała oczy wypłakane. Lecz w tej chwili źrenice jej błyszczały, a cała wychudzona twarz jaśniała radością i stała się jakby nagle odmłodniałą.
Nikt też nie wątpił, że przybyła jest tą ukochaną, długo opłakiwaną Uagą.
Wreszcie Geradajos zbliżył się do żony, a ona, jakby przypomniawszy sobie w tej chwili jego istnienie, schyliła mu się do kolan, a obejmując, wołała:
— O, pon’s mano, o, wir’s mano36! — I nic więcej wymówić nie mogła.
Więc Geradajos wziął ją jak dzieciątko na ręce i wniósł do komnaty, jakby jej radość i swoją przed wzrokiem ludzkim chciał ukryć.
A pozostali kiwając głowami, mówili:
— Dinos es didelis37!
Lecz Uaga stała patrząc obojętnym okiem dokoła, a jej młodziutkie lico nie okazywało ani wzruszenia, ani zdziwienia. Więc Peleda zbliżyła się do niej i wziąwszy za rękę, śpiewnym głosem rzekła:
— Swejkił, mergajtu38!
I za rękę wiodła do komnat w głąb domu.
Lecz Uaga, jak pierwej, tak i teraz, nic nie rzekła i żadnego wzruszenia nie okazała. Dała się prowadzić i tyle. Wtedy dwa małe dziewczątka uczepiły się ręki Peledy, wołając:
— E mano, Żwajżgde39!
— E mano, Kregżde40!
Więc Peleda przytuliła je do siebie i głaszcząc, serdecznym rzekła głosem:
— Mano Zwajżgde41!
— Mano Kregżde42!
A Żwajżgda i Kregżda całowały jej rękę, owijały się rąbkiem jej zapaski, skakały jako te jaskółki, gdy się cieszą, że pod strzechę znajomą wchodzą. Pozostali zaś nie mogli się wszystkiemu dość wydziwić.
— Że to Uaga nic się nie raduje.
— Stoi jak oniemiała...
— Jakby nie czuła, że do matki, do ojca przyszła — mówiono.
— Bo jużci że oniemiała z wielkiego szczęścia! — ozwał się Skida, jeden ze starszej służby w Geradajosach.
— A może i niewiele z tego rozumie? — dodał inny.
— Ee? — pytano.
— Przecie, boć i mowy naszej zapomniała — tłumaczył Skida.
— Ee? — znów pytano.
— Jużci, u Krzyżaków jej nie słyszała — dodał.
— Rozumieć, to ona rozumie — ozwał się Ukwata, jeden z przybocznych Geradajosa, który z nim drogę odbywał. — Jeno znać już taka nic nie dziwująca się i nie kochająca dziewka — dodał.
— No, no — ktoś mruknął.
— Gdyby nie to podobieństwo ze starą, można by sobie i tak, i owak myśleć... — rzucił ktoś pod nosem.
— A te dwie maluśkie to takie przylipne.
— Prawdziwe Żwajżgde i Kregżde!
— Ciekawość, czy też znajdą ojców — mówiono.
— Znajdą, znajdą! — pocieszali inni.
— Toż to będą mieli z takich pociechę!
I tak gwarząc, a szczególniej zastanawiając się nad Uagą, zabierali wozy, konie i każdy szedł do swoich zajęć.