W Bobrownikach
Niemało dni upłynęło, nim Sala z wiernym sobie niemową do Bobrownik przybyła. Niemało też znać trudów w tej podróży użyła, bo lica jej teraz nie sztucznie, lecz naturalnie ogorzałe były od słońca. W tej trudnej podróży pomagał im wiatr przyjazny i wzburzone nieco fale rzeki, która zwykle w tym czasie przybiera.
Gdy późnym wieczorem weszła do swej ojczystej siedziby, nikt jej nie poznał. Wzięto ją rzeczywiście za flisaka. Dopiero gdy przemówiła i każdego z osobna nazywać poczęła po imieniu i gdy po odprowadzeniu czółna w bezpieczne miejsce przybył niemowa, poznano w niej dziedziczkę zamku.
Lutek na migi dużo rzeczy opowiadał, śmiał się i cieszył jak dziecko, ze wszystkimi się witał, niewiele sobie jednak z niego robiono, każdy bowiem zajęty był ukochaną przez wszystkich dzieweczką.
Począwszy od najniższych, z piekarni, którzy widzieli ją przechodzącą w stroju flisaka, a skończywszy na pełniących służbę w pokojach i tych, co zasiedli z nią do skromnego posiłku, nikt nie mógł myśleć o czym innym, jeno o powrocie młodziutkiej swej pani, która, jak wczesną wiosną, kiedy jeszcze śniegi nie stopniały, nagle zamek opuściła, tak teraz nagle się zjawiła.
— Znać niemało biedy i trudów podjęła — mówiono. — I po co jej to, po co?
Posiłek i wypoczynek jej był nader krótki. Zastała bowiem wysłanego przez Jaśka z Tarnowa dworzanina Marka, który miał iść brzegiem Wisły, ażeby o ruchach Krzyżaków języka zasięgnął i z tymi wieściami jak najprędzej do Krakowa wracał.
— Wracajmy więc niezwłocznie! — rzekła Sala.
Dworzanin spojrzał na nią zdziwiony.
— Nie potrzebujesz się waść w dalszą podróż puszczać.
— Mam rozkaz od jaśnie wielmożnego kasztelana... — począł dworzanin.
— Usprawiedliwienie waszmości przed kasztelanem biorę na siebie — przerwała Sala.
Marek jeszcze większe zrobił oczy. Chciał też coś mówić, lecz Sala rozkazującym głosem dodała:
— Jutro o świcie wyruszamy! Mości Przyboro — zwróciła się do zarządzającego jej majątkiem — dla mnie niech będzie gotowy najlepszy koń, dwa luzem i czterech zaufanych ludzi a umiejętnych w podróży. Koń niech będzie bogato osiodłany, ludzie dostatnio odziani, wozów dwa z przyborami podróżnymi i na nich właściwa służba niewieścia — mówiła dalej.
Rozkaz wprawił w podziw dwór cały, wydany zaś był takim głosem, że nikt nie śmiał protestować.
Po czym skinęła głową i wyszła.
Przybora z dworzaninem wielmożnego kasztelana spojrzeli na siebie i nic nie mówiąc wynieśli się zaraz dla spełnienia rozkazów.
— Osobliwa dziewka — szepnął Marek.
— Taka była od dziecka — odrzekł Przybora.
I poszli gotować się do drogi.
Sala opuściwszy izbę jadalną, udała się do komnaty nieboszczki matki. Tu uklękła przed krucyfiksem i gorące zanosiła modły.
Cicha i krótka była modlitwa dziewczyny, lecz w niej z całą dziecięcą ufnością oddawała tę ziemię, naród i całą sprawę w opiekę Temu, który za wszystkich dał życie, za wszystkich cierpiał, aby się stało zadość sprawiedliwości.
— Tyś, o Panie, świat cały wyrwał z pęt grzechu, pozwól mnie niegodnej przyczynić się do wydobycia mego narodu z pęt tych, którzy niegodnie w imię Twoje chcą go zagarnąć w niewolę.
Potem zwróciła się myślą ku rodzicom:
„Ojcze, matko, pobłogosławcie zamiarom moim, pobłogosławcie tej ziemi, w której obronie ty, ojcze, życie swe dałeś”.
I pokrzepiona modlitwą, wybiegła.
Wkrótce, wykąpana po trudach podróży, obleczona, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zamku, wypoczywała na wygodnym łożu, którego od kilku miesięcy nie zażywała.
Ledwie słonko wyszło zza chmur porannych i ozłociło wierzchołki drzew otaczających bobrownicki zameczek, poczet był gotów.
Poczet był wcale pokaźny. Prócz bowiem wozów i koni, nakazanych przez Salę, stał orszak złożony z kilku ludzi otaczających kasztelańskiego dworzanina. Był to poczet bardzo skromny, boć nie był wysłany w poselstwie, lecz z rozkazem, który trzeba było spełnić umiejętnie, oględnie i bez wszelkiego splendoru. W każdym razie powiększał on poczet dziedziczki na Bobrownikach i stanowił niejako jej straż bezpieczeństwa.
Wkrótce ukazała się Sala. W obcisłym kubraczku szarym, w kołpaczku z gęstą zasłoną okręconą koło głowy i szyi wyglądała teraz, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zameczku.
Przybora położył dłoń tuż przy strzemieniu. Sala lekko się na niej oparła, wskakując na siodło z oparciem.
Siodło, żółtą skórą obite, wysłane szarym suknem, nie było wprawdzie, jak i cały rząd na konia, bogate, lecz znamionowało dostatek.
Wozy, na których jedna starszego już wieku, a druga młoda służebna swej pani towarzyszyły, były też doskonale ładowne i wymoszczone.
Jeszcze słońce nie zdążyło się wzbić wysoko i zaledwie jedną czwartą część dnia oznaczało, gdy orszak cały wyruszył z bobrownickiego podwórca. Na czele jechał dworzanin wielmożnego kasztelana, jako świadom drogi do Krakowa, za nim zaraz Sala w otoczeniu dwóch swoich ludzi, dalej wozy i dwóch pachołków pana Marka.
Nikogo nie dziwił ten poczet, dość zamożnie wyglądający, ani też młoda dziewka jadąca konno, boć to był zwykły sposób podróżowania. Podróżowano też zwykle wczesnym bardzo rankiem i od zachodu słonka do późnej nocy, dając wśród dnia wypoczynek koniom i ludziom. Trzymano się brzegów Wisły, boć to była droga najpewniejsza, wiodąca prosto do Krakowa. Nie doznawano też żadnych przygód ani przeszkód i szczęśliwie, na kilka dni przed 1 lipca, poczet stanął w Krakowie.
Tam nie szukano żadnej gospody, bo Sala miała ją u swego opiekuna, Jaśka Tarnowskiego. Ze zwykłą sobie śmiałością kazała się prowadzić do komnat niewieścich.
Wielmożna kasztelanowa, z domu Spytkówna, dowiedziawszy się, kto na jej dwór zjechał, zaraz ją do swej komnaty przez jedną z dworek zaprosiła, co było niezwykłą łaską ze strony dostojnej matrony.
Sala oddała od progu należny ukłon, a ośmielona wdzięcznym uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy, zbliżyła się i objąwszy nisko za kolana, do stóp jej się schyliła.
— Szczerym sercem i miłym wejrzeniem witamy cię na naszym dworze, miła dzieweczko — rzekła kasztelanowa, kładąc dłoń na głowie sieroty i gładząc jej lice ogorzałe od słońca.
Sala, nie znając dobrze dworskiej etykiety, złożyła na jej ręce pocałunek.
Taka poufałość dozwolona była na dworze kasztelanowej jeno wybranym. Cofnęła też wprędce rękę, uśmiechnęła się, ale już zgoła inaczej rzekła:
— Cóż waćpannę w nasze progi sprowadza?
Sala odczuła chłód w jej głosie, a nie wiedząc, czemu to przypisać, stropiła się nieco. Wprędce wszakże przyszła do siebie i kłaniając się powtórnie, mówiła:
— Do jaśnie wielmożnego kasztelana, a mego opiekuna przybywam.
Kasztelanowa, przypomniawszy sobie o smutnym losie sierot z Bobrownik, miększym już nieco głosem rzekła:
— Sierotami ja się opiekuję. Polecę cię ochmistrzyni i na niczym ci w domu naszym zbywać nie będzie.
To mówiąc, srebrnym młotkiem uderzyła w kowadełko stojące przy niej na stole.
Dźwięk donośny rozległ się po komnacie, Sala zaś nie czekając, aż się kto ukaże, przyśpieszonym głosem mówiła:
— Do samego wielmożnego kasztelana mam nie cierpiącą zwłoki sprawę i rzecz tę muszę mu zaraz wyłuszczyć.
Kasztelanowa spojrzała z góry na mówiącą i znów chłodnym swym głosem wyrzekła:
— Do jaśnie wielmożnego niełatwo z byle jakąś prywatną sprawą przystępować.
— Jest to rzecz wielkiej wagi... — poczęła Sala.
— Polecam opiece waćpani imci pannę Bobrownicką! — ozwała się kasztelanowa do ochmistrzyni, która stawiła się na głos dzwonka.
I wstawszy, majestatycznym krokiem wyszła z komnaty.
— Proszę za mną — ozwała się ochmistrzyni wyniosłym głosem.
Sala ze ściśniętym sercem za nią podążała, myśląc wszakże:
„Muszę przecież dotrzeć do kasztelana, muszę”.
I układała rozmaite plany. Trudno byłoby jej je wykonać. Parę izb w lewym skrzydle zamku Tarnowskich oddane było na mieszkanie ochmistrzyni i dworek. Przylegały one do komnat kasztelanowej, nie miały wszakże najmniejszej łączności z komnatami kasztelana. Były one tak oddzielone, że nikogo z jego dworu, mieszczącego się w prawym skrzydle, spotkać nie można było.
Sala nie wiedziała o tym i wszelkie podjęte przez nią trudy byłyby nie osiągnęły celu, i wszelkie plany byłyby nie doszły do skutku, jak nie dochodziły promienie słońca do wąskiego korytarza, którym ochmistrzyni wiodła nową dworkę.
Gwar młodych głosów uciszył się za wejściem ochmistrzyni i Sala ujrzała kilkanaście młodych główek pochylonych nad krosnami, które ukradkiem zerkały na przybyłą. Ochmistrzyni nie zatrzymała się na ten raz przy pracujących, lecz skierowała się do bokówki i otworzywszy drzwi, rzekła do Sali:
— Omyj się, waćpanna, z podróżnego pyłu. Przyślę ci tu ubranie, jakie wszystkie dworki noszą. Nie wiem nawet, kto ci wskazał drogę i jakeś śmiała tak jak jesteś przedstawić się jaśnie wielmożnej kasztelanowej.
To mówiąc wyszła zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
Mimo widnej, czystej izby, obwieszonej ręcznikami i zastawionej cebrzykami z wodą, zdawało się Sali, że ją ktoś wepchnął do więzienia. Nie była jednakże z tych, co to łatwo się zniechęcają i odstępują od raz powziętego zamiaru.
Sala nie tylko się nie zniechęcała, ale nie mogła zostawać bezczynnie. Skorzystała więc z cebrzyka wody i, zrzuciwszy zwierzchnie odzienie, poczęła się oblewać.
Zaledwie zdążyła się umyć i narzucić na siebie bieliznę, gdy ta sama ochmistrzyni ukazała się w drzwiach, jeno nie tych, którymi weszła, lecz w przeciwnej ścianie, i zdyszanym głosem rzekła:
— Prędko, prędko skończ, waćpanna, te ablucje. Zarzuć na siebie te oto szaty i pójdź ze mną.
To mówiąc odebrała od stojącej pode drzwiami służebnej przyniesiony strój dworki i własnoręcznie pomagała Sali do przywdziania go. Wierna zaś swoim obowiązkom, pouczała:
— A wiedz, waćpanna, jak się ukłonić, niziutko, do kolan, a oczami po komnacie nie wodzić, nie podnosić ich, jeno skromnie, ze schyloną głową słuchać, co do niej mówić będą! Boć nie lada honor waćpannę spotyka!
I poprzedziła zdziwioną dziewczynę, prowadząc ją tymże samym korytarzem, którym wprowadziła, a nawet przez tęż samą komnatę, w której przed chwilą stała przed kasztelanową, jeno że w niej nikogo nie było. Tutaj, odrzuciwszy zasłonę maskującą drzwi, rzekła z wdzięcznym uśmiechem i wdzięczniejszym jeszcze ukłonem do oczekującego pana Marka:
— Oddaję pod opiekę waszmości co tylko przybyłą na nasz dwór pannę Bobrownicką.
Marek nic nie odpowiedział, jeno z wielkim uszanowaniem ukłonił się Sali i rzekł:
— Jaśnie wielmożny kasztelan oczekuje.
Sala śpiesznie poszła za swoim przewodnikiem. Jemu też była winna, że opiekun dowiedział się o jej przybyciu.
Gdy bowiem stawił się przed kasztelanem, wyłuszczając powody, dlaczego dotarł jeno do Bobrownik, ten nie tylko nie zburczał go za niespełnienie rozkazów, lecz uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, zawołał:
— Dobrze, dobrze! Prosić natychmiast pannę Bobrownicką!
Zrobił się też niemały alarm przy szukaniu, a potem huczek, co to za panna, którą jaśnie wielmożny kasztelan wezwał do siebie. Gdy zaś wróciła z pokojów, wskazano jej osobną izbę, z której wszakże niedługo korzystała.
Dodać też trzeba, że na drugi dzień kasztelanowa wezwała ją do siebie, bardzo łaskawie rozmawiała i nie tylko pozwoliła pocałować się w rękę, lecz przytuliła do piersi jej główkę, mówiąc:
— Niech cię Bóg ma w swojej opiece i dopomaga twoim zamiarom. — A wniósłszy oczy ku niebu, dodała jakby do siebie: — Niezbadane są wyroki Opatrzności!