V
Podziemia krzyżackiego zamku łączyły się z kanałami, ciągnącemi się, aż ku samej Wiśle. Kanały te pochłaniały wszelkie odpadki uczt krzyżackich, pochłaniały też i resztki tych, których mściwa ręka rycerzy pozbawiała życia. Żeby jednak przez otwory zakratowane kanałów, znajdujących się w niektórych miejscach podwórca, nie psowało się powietrze, były znów przeprowadzone rury, któremi bezprzestannie napływała woda, sprowadzana z odnogi Wiślanej. Woda ta, idąc z góry, zabierała wszystko, spychając gwałtownie do rzeki.
To też gdy Siewros a za nim Jaśko, wskoczyli w owo podziemie, pochwyceni zostali tym pędem i niesieni niewiedzieć jak długo. Biedne chłopięta instynktownie, chcąc się ratować, robili ruchy rękami i nogami, co chroniło ich od zalania wodą. Pierwszy Siewros, pędząc tak, zahaczył się o jakiś wyłom i uchwycił się ręką wystających kamieni. Siły go opuszczały, ręce drętwiały, zdawało mu się, że już ostatnia godzina nadeszła.
Wkrótce jednak otrząsnął się, ręką posunął coraz dalej wgłąb wyżłobienia... Woda tutaj słabo się dostawała, wyżłobienie zagłębiało się w bok: wyciągnął się więc na nim i odpoczywał, chwytając w siebie wilgotne i cuchnące powietrze. Naraz usłyszał zsuwanie się przez kanał jakiegoś ciężaru, a około zwieszonych nóg uczuł najwyraźniej dotknięcie ręki ludzkiej.
— Jaśko! — krzyknął Siewros zamierającym już głosem i nie namyślając się, zsunął się ze swego wilgotnego łożyska.
Pchani tak dalej wodą, pędzili przez całą długość kanału, a jakim sposobem obadwaj znaleźli się wśród trzciny i szuwarów, rosnących na błotnistem wybrzeżu rzeki, i jak długo tam leżeli, zdać sobie z tego sprawy nie umieli. Gdy się ocknął Siewros, słyszał w dalszym ciągu szum wody, gwary dochodzące z oddalonego miasta, nie wiedział jednak gdzie jest, co się około niego dzieje. Olśniewała go tylko jasność promieni słonecznych, odurzał powiew od wody, pól i łąk, a tam w trzcinie głosy ptaków oznajmiały, iż jest jakoweś około niego życie. Chłopak przetarł oczy, otrząsnął się cały, gdy nagle jęk uszu jego doleciał. Resztkami sił podniósł się i oparł na łokciu. Opodal niego leżał Jaśko, cały obłocony i poraniony..., nad nimi niebo błękitne.
— Jaśko! — zawołał Siewros — Jaśko! — powtórzył raz jeszcze, chcąc się przekonać, czy żyje i czy rzeczywiście widzi to, co mu się przedstawia.
— Co? — zajęczał głos z pobliskiego sitowia.
Serce zakołatało w piersi Siewrosa, podniósł głowę i nadsłuchiwał jak zając, gdy chce się upewnić, z której strony niebezpieczeństwo zagraża. Lecz za każdem poruszeniem biedne pacholę czuło ból w całem ciele; senność go ogarniała, nie dawał się jednak.
— Co? — powtórzył głos z sitowia — kto mnie woła?
Ocknął się na to zapytanie Siewros, a mimo bolu, na czworakach zaczołgał się w stronę, skąd go głos dochodził.
Jaśko obłocony, ociekły krwią, jęczał w sitowiu; ogołocony z odzienia, świecąc poranionem ciałem, leżał nawpół przymkniętemi powiekami, powtarzając uparcie:
— Co? co?...
Siewros położył rękę na jego głowie, wołając:
— Jaśko! to ja, otwórz oczy... jesteśmy oba pod gołem niebem... słonko świeci... ptacy wabią w sitowiu... Jak się to stało?
— Jak się to stało? — powtórzył Jaśko, odchylił powieki, spojrzał dokoła, lecz znać było z jego wzroku, że nie nierozumiał.
— Ba, gotów zamrzeć — zawołał Siewros, i obejrzawszy się, postrzegł dopiero teraz, że i on był tak samo bez odzienia jak i Jaśko, że krew sączyła się z obnażonej jego piersi, a cały był obłocony.
— Tośmy się ustroili — rzekł półgłosem — brrr! jak mnie wszystko boli.
Woda tuż około szuwaru, z dnem czystem, zwirowem, będąca odłamkiem rzeki, zwróciła jego uwagę. Nie namyślając się, wszedł w ową nęcącą wodę, a chociaż go rany bolały, pluskał się w niej jak ryba i jakoś orzeźwiony wyszedł z tej kąpieli, a położywszy się między trzciną, wygrzewał się na słońcu. Po niejakimś czasie raźniej mu się zrobiło, lecz głód dokuczać mu zaczął.
— Ba, żeby tak Jaśka w tę wodę, toby też ożył! we dwu raźniejby nam było. — Jaśku! Jaśku! — począł, trącając towarzysza, lecz chłopak poruszał tylko ustami, nic budząc się z półsnu, w jakim zostawał.
— No, to jak widzę, ja ciebie chyba, braciszku, poniosę!
— Ależ ciężki! — dodał po chwili, usiłując Jaśka podnieść z ziemi.
Siadł więc, plecami zwrócony do leżącego, ręce jego założył sobie na szyję i usiłował dopiero podnieść się wraz z towarzyszem. Lecz i to było napróżno; biedny Siewros resztek sił dobywał, wszystko nic nie pomagało, tem więcej, że krępy Jaśko nietylko mu niedopomagał, lecz owszem opadał całym ciężarem ku ziemi.
— Eh, czy ty myślisz braciszku, że ja ci pozwolę tak leżeć w błocie i głód cierpieć będę wraz z tobą? Oho, ja znajdę sposób i tak cię opłuczę jak siebie.
A widząc, że wszelkie usiłowania poniesienia towarzysza do wody, były dotąd daremne, Siewros podniósł głowę Jaśka, oparł ją sobie na kolanach, potem, wziąwszy go pod ramiona, ciągnął do rzeki. Odpocząwszy chwilkę, wszedł do wody, a nabrawszy jej oburącz, oblewał twarz towarzysza, potem ostrożnie zsunął go w wodę, posadził przy brzegu, podtrzymywał głowę na własnej piersi, lecz nagle stracił równowagę i obadwaj znaleźli się pod wodą.
Siewros w chwili niebezpieczeństwa nieopuścił jednak towarzysza, razem z nim chciał się wydobyć, i z radością uczuł, że Jaśko zaczyna ruszać rękami. Po chwili obadwaj płynąc obok siebie, wyszli na brzeg, a ujrzawszy się ocalonymi, rzucili się sobie w objęcia. Woda orzeźwiła potłuczonego i pokaleczonego Jaśka, młodość przemogła: otrząsnął się, jak źrebiec, gdy przepłynąwszy wodę, stanie na zielonej łące.
— Zkądżeś się ty wziął? — zapytał Jasiek.
— Albo ja wiem? a ty skąd? — odparł zapytany.
I rzeczywiście obaj nie wiedzieli jakim sposobem, wpadłszy w ciemny kanał, ujrzeli się naraz pod gołem niebem, i oto teraz mogą mówić i ruszać się. Czuli to doskonale, że żyją, bo głód im coraz więcej dokuczać począł, lecz odarci z odzienia, nie śmieli się ruszyć z pomiędzy trzciny. Wtem głosy jakieś zaczęły ich dochodzić, rozchylili szuwary, kobiety z przedmieścia szły prać bieliznę w rzece, rozprawiając między sobą wesoło.
Na widok zbliżających się, chłopcy schowali się w szuwary i przylegli do ziemi. Lecz Siewros, znużony ostatnim wysiłkiem, ledwie oddychał, a tylko przy pomocy Jaśka mógł popełzać dalej.
— Aj, żeby nam tak szmat odzienia, szepnął Jaśko, patrząc na nagie, poranione swoje i towarzysza ciało.
Siewros otworzył tylko na wpół oczy i nic na to nie odrzekł.
— Eh! — jęknął po chwili Siewros.
— Cicho! — szepnął mu Jaśko — jeszcze nas ujrzą i wydadzą!
Szept jednak nic nie pomagał; Siewros od czasu do czasu wydawał głuche jęki, szarpał się i miotał leżąc wśród szuwaru, a ostre trawy raniły jeszcze więcej jego ciało. Jaśko dobywał reszty sił, aby towarzysza uspokoić, rwał wodne liście, brał błoto i okładał niem szarpiącego się Siewrosa. Mimo to jednak jęki doszły do uszu piorących kobiet.
— Oj, a to co?! — zawołały z przestrachem, zbliżając się razem i czyniąc znak krzyża.
— To złe przeszkadza — szepnęła najmłodsza.
— Cicho! — przerwała jej najstarsza — jeżeli złe, nie przeszkadzaj, niech jęczy.
I zamieszała nogą wodę na krzyż, splunąwszy za siebie trzy razy.
W szuwarach jęknęło znowu, a trzcina zakołysała się jeszcze bardziej.
— Oh! oh! — zawołała milcząca dotąd dziewka, a zakrywszy oczy, poczęła uciekać. Dwie drugie spojrzawszy w stronę, skąd dochodziły jęki, a ujrzawszy, że z pomiędzy trzcin wyglądała niby głowa człowiecza obłocona i oblepiona liśćmi, i jakieś dłonie, usiłujące trzcinę pochwycić, gdy coraz więcej dochodzić ich zaczęło szamotanie i jęki, uciekały za pierwszą, wołając:
— Thor! Teufel! — lub:
— Ach, Gott!
I było się czego przestraszyć. Siewros miotając się w dziwnej gorączce podnosił się, rozgarniał szuwary, usiłował pędzić przed siebie, Jaśko, chcąc go powstrzymać, szamotał się z uciekającym.
Nareszcie wszystko ucichło. Nikt nie śmiał się zbliżyć do owych szuwarów, kobiety rozniosły wieść o złem, przeszkadzającem nad odnogą rzeki, żal im było porzuconej bielizny, nie śmiały jednak wrócić.
O zmierzchu po nad tą samą rzeką przechodził ślepiec Bernard, cichym głosem śpiewając; wiatr roznosił pieśń pobożną, wreszcie pieśń ta umilkła. Zadźwięczały inne jakieś tony na wpół dziko, smutno brzęczały struny przewieszonej gęśli, wtórował im głos tęskny, przypominający szum lasu... Obce wyrazy niemieckiej mowy rozlegały się dokoła. Od czasu do czasu dolatywało:
— Motina łankta tawe! Motina łankta tawe!!7
W trzcinie zaszeleścialo. Siewros nawpół senny, przeciągłym głosem powtórzył: Motina łankta tawe! Głos słaby zginął wśród szuwaru nad wodą. Delikatne ucho Bernarda zdawało się chwytać ostatnie wyrazy swej pieśni, stanął, wyciągnął szyję, rękę oderwał od gęśli, wyprostował ją przed siebie, jakby chciał ułowić ów powtórzony wyraz.
— Ach, to echo tylko mi wtórzy — szepnął po chwili. — Echo przynosi mi pieśń, którą tam, tam gdzieś daleko śpiewają!
Westchnął raz jeszcze:
— Ach, gdyby choć tych chłopców znaleźć. Ha, może uciec zdołali!
W szuwarach jęknęło znowu i szmer wyraźniejszy dochodził. Ściemniło się już prawie zupełnie, a dla ślepca Bernarda noc też była wieczna.
— Może oni się tu gdzie kryją, może to ich jęki?...
I począł znów pieśń pobożną, znaną w murach krzyżackiego zamku, jakby nią dawał znaki; głos jego przecież znać musieli. Lecz pieśń ucichła, w szuwarach nie słychać było jęku, wszystko zdawało się układać do nocnego spoczynku.
— Oni, czy ktokolwiek, zawsze tam jakieś głosy ludzkie, te jęki zawsze coś znaczą, może kto potrzebuje pomocy...
I ślepiec, wyjąwszy z pod opończy chleb i glinianą bańkę, poszukał miejsca nad rzeką, a znalazłszy wilgotne skręcone szmaty, położył przy nich przyniesione zapasy, mówiąc:
— Tak, tak, tutaj snać jest człek jakiś potrzebujący pomocy, niechajże chleb i napój pokrzepi jego siły!
Rękę wyciągnął przed siebie, węchem wciągał powietrze, rozpoznając tym sposobem drogę i milcząc posuwał się dalej... A gwiazdy migotały na ciemnem niebios błękicie, jedne mrugały i kryły się, inne złotawym blaskiem rzucały światło na srebrną wstęgę Wisły, przedzierając mgłę gęstą, wznoszącą się nad rzeką. Wreszcie gwiazdy zagasły, mgła okryła płaszczem białym nisko, niziutko łąki i pola.
Wśród tej mgły gęstej, czernieją dwie ludzkie postacie, idące chwiejnym krokiem.
To Siewros, wspierający się na Jaśku. Silna natura chłopięcia, świeżość nocy, a może dźwięk ojczystej zasłyszanej pieśni, otrząsły go ze strasznej niemocy i trapiących widziadeł. Z wyrazami pieśni: Motina łankta tawe, sen skleił mu powieki.
Świegotanie ptactwa, które po północy z pierwszym brzaskiem budzić się zaczęło, rozbudziło i Siewrosa. Przetarł oczy i starał się przywołać rozpierzchnięte myśli. Chrapanie śpiącego obok Jaśka, przypomniało mu towarzysza. Pociągnął go i zbudził.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał Siewros.
— Uciekajmy! — rzekł Jaśko. — Uciekajmy póki noc; jesteśmy bez odzienia.
— Tak, nadzy, głodni i bezsilni — odezwał się Siewros — jednak uciekać trzeba.
I zerwał się chłopak, a chociaż chwiał się cały jak trzcina obok rosnąca, starał się jednak utrzymać na nogach.
Podparł go rozbudzony Jaśko.
— Uciekajmy, uciekać musimy — powtórzył Siewros.
— Wpław przez rzekę.
I rzucili się oba do wody. Los opatrzny zaprowadził ich w miejsce, gdzie niewiasty porzuciły szmaty, a litosna ręka Bernarda położyła chleb i napój. Odziani i pokrzepieni szli dalej pod osłoną mgły gęstej porannej.
— Aby jak najdalej od krzyżackiej ziemi! — mówił Siewros.
— Aby jak najdalej! — powtarzał Jaśko. — Gdybyśmy się dostali do moich.
— Albo do moich! — wzdychał Siewros.
I szli dalej.