VIII

Wieść o niepomyślnej wyprawie na Litwę dość znacznego oddziału, lotem ptaka rozniosła się po wszystkich krzyżackich ziemiach. Komturowie, zarządzający powiatami, spodziewali się co chwila głośnego wezwania w imieniu Wielkiego mistrza, lub potajemnych rozkazów Dietricha z Altenburga, najpierwszego marszałka Zakonu.

Rozkazy jednak nie przychodziły, jakaś złowroga cisza zaległa ziemie krzyżackie; tylko tu i tam przytłumione szmery słyszeć się dawały na brak szerszego zajęcia, a tym sposobem i wojennych łupów.

Malborg nie wzywał ich ani na wojnę, ani na ucztę, któremi Wielki mistrz podczas pokoju zwykł był zabawiać swoich rycerzy. Na grudziązkim powiecie siedział komtur Hochswald, prawa ręka Dietricha, sojusznik w wielu sprawach tajemnych; ten najpierw spodziewał się wezwania od marszałka, lecz wezwanie nie przychodziło. Tymczasem jednego poranku, zdala, drogą od dolnej Wisły, ukazywać się zaczęli jezdni. Nie byli to sąsiedzcy komturowie, ani ich wysłańcy, lecz nie byli to i nieprzyjaciele, na przyjęcie których grudziązki zameczek ani nie był przygotowany, ani też nie spodziewał się ich przybycia. Od tamtej bowiem strony mogli jednak ciągnąć tylko polscy rycerze, lecz ci wprzód zawadzićby musieli o Chełmno i sąsiednie powiaty. Byli to więc jacyś posłowie, którzy też niebawem stanęli w Grudziążu.

Hochswald przyjął przybyłych, kilka słów z nimi zamienił i zostawiwszy ich w swojej siedzibie, sam, nie czekając wezwania, udał się do Malborga, gdzie przybył równocześnie prawie z powracającymi z niepomyślnej wyprawy.

Na widok rycerza Hochswalda rozpogodziło się chmurne oblicze Dietricha.

— Witaj nam komturze — rzekł doń marszałek łaskawie. Cóż, musimy obmyśleć jakiś środek, któryby zaradził popełnionemu głupstwu wielkiej głowy — ciągnął poufnie Dietrich, ujrzawszy się sam na sam z przybyłym.

— Wszak marszałek i komturowie od tego! — rzekł szyderczo Hochswald, uśmiechając się porozumiewająco. Obejrzał się jednak dokoła, jakby chciał się przekonać, czy są sami w niewielkiej komnacie Dietricha.

Dietrich zrozumiał wzrok jego, a spojrzawszy badawczo w twarz wiernego sobie komtura, zasępił czoło, pytając:

— Czy i stamtąd coś nowego!

— Tak, ze strony Ladislausa przybywają posłowie...

— Posłowie? — przerwał Dietrich — czegóż chce ten Klein-König, czy przyjaźni? ha, ha, ha! — zaśmiał się Dietrich.

— Z posłami Ladislausa ciągnie Bartelemo, legat Jego Świątobliwości Jana XXII i ten Gerward, biskup Kujawski, który tak gardłował w sprawie koronacyi Klein-Königa.

— Więc cóż? — przerwał niecierpliwie Dietrich.

— Legatowi papieskiemu towarzyszy prócz Gerwarda, Janisław, arcybiskup gnieźnieński i Domarat, opat mogielnicki — ciągnął dalej Hochswald w odpowiedzi.

— Może przywiedziesz jeszcze kogo — rzekł Dietrich, hamując wzburzenie.

— I tych chciałbym odwrócić od Waszej miłości, uważałem jednak za stosowne dać wam o nich wieści, najdalej bowiem za dwie doby staną w Malborgu, lub...

— Lub? — przerwał znowu Dietrich.

— Lub wezwą do ugody Wielkiego mistrza — dokończył Hochswald.

— A niech spróbują ruszyć z miejsca ten okseft na dwóch nogach — rzekł pogardliwie Dietrich. I wielkiemi krokami zaczął się przechadzać po sklepionej komnacie, a chód jego ciężki i cięższy jeszcze gniewliwy oddech, odpowiadał echem.

— Niech spróbują! — mówił jakby na poły do siebie. — Ale ten dla świętego spokoju, byleby go z miejsca nie ruszono, przystanie na wszystko, zgubi Zakon i przyniesie hańbę imieniowi jego.

— Obok tamtego, co dla spokoju wszystko poświęca, jest ten, którego rozkazy nauczyliśmy się spełniać więcej, aniżeli Wielkiego mistrza — rzekł poufnie Hochswald. — Rozkazuj więc Dietrichu von Altenburg, wielki marszałku krzyżackiego Zakonu.

— Rozkazuj, rozkazuj, tak łatwo wam mówić! Wam wszystkim się zdaje, że ja tutaj wszystko mogę, a oto macie najlepszy dowód, iż taki Günter umiał podejść tę beczkę, i oto poszedł, zatracił najpiękniejszy oddział, a prócz tego, zatracił dwóch najdzielniejszych chłopców z całego Wolfshöhle, na których budowałem wielkie nadzieje. Za jednego byłbym może uzyskał zupełną ugodę z Gedyminem, bo ten chytry Litwin jest zakamieniałym poganinem, — a chłopiec był wnukiem najbardziej szanowanego w ich pogaństwie kapłana.

— Widzicie więc, że moje rady niewiele pomagają! — dodał po chwili, jakby uspokojony; że mógł wypowiedzieć całą złość która mu na serce spadła kamieniem.

— Trudno nad tem rozpaczać — mówił Hochswald — wiemy, że co tamten rozkaże, zawsze jest z krzywdą. Lecz właśnie w Was jedyna nadzieja. Teraz, gdy się zdarza sposobność i Ladislaus sam śle posłów o pokój, możemy granice rozszerzyć, a tym sposobem zagrozimy Gedyminowi.

— Co nam po groźbie, kiedy nam z nimi zgody potrzeba, inaczej Gedymin się wzmoże i lada dzień spadnie nam na kark i poodbiera ziemie na pruskiej Litwie! A wtedy hańba imieniowi Krzyżaków! — rzucił się Dietrich.

— Lecz Gedymin, widząc przymierze nasze z Ladislausem, nie będzie śmiał ziem odbierać, bo potęga Zakonu wzrośnie przyjaźnią z tą nową potęgą polską, na którą i cesarz patrzy podejrzliwie — wtrącił Hochswald.

— Właśnie, że wszyscy, wszyscy patrzą na tę potęgę, a nikt nie stanie przeciw nim widomie — mówił Dietrich z coraz większym gniewem. — Ten Ladislaus koronował się, papież na to zezwolił, Jan luxemburczyk słabo się opierał, bo i to niedołęga, a mógł był ten szmat ziemi co Ladislaus zabrał, do Czech przyłączyć. W cesarstwie nie wiedzieć do kogo się udawać, gdy tron rozdwojony między Fryderyka austryackiego i Ludwika bawarskiego: jedność niemiecka się chwieje, a jedność polska pod Ladislausem wzrasta. Nam więc, nam trzeba stanąć teraz na czele tej jedności germańskich ludów! nasza potęga powinna im zastąpić cesarską i stać sie silną całemu światu. My, jako zakon pochodzący od najpierwszych wojowników chrześcijańskiego świata, powinniśmy światu całemu przewodzić, nam powinny trony wszystkie hołdować! Tymczasem nędzne polskie książątko koronę sobie kładzie na głowę, a Zakon na czele ma taką głowę, która nic nie rozumie tego, jest tylko wielkim lejkiem, przez który wlewa się napój do beczki!

— Ha, to hańba! — wołał zapamiętale Krzyżak, pieniąc się ze złości, aż wreszcie, jakby mu już słów na określenie tej hańby nie stało, usiadł, a oburącz podparłszy się na stole, skłonił na szerokie dłonie stroskane czoło.

— Od czegóż Dietrich von Altenburg! Wszak wszyscy, ilu nas jest komturów, uważamy cię zawczasu jako Wielkiego mistrza. Zygfryda więc rozkazy mogą być pominięte, a wola Dietricha stokroć przy układach szanowaną — mówił Hochswald przyciszonym głosem.

— Pochlebstwem chcesz mnie ująć, przyjacielu — rzekł, podniósłszy głowę Dietrich. — Czy myślisz, żem ja żądny władzy dla siebie? Wiem, ile ta władza trosk przynosi, ile wrogich ma umysłów, lecz jej pragnę dla Zakonu, który chciałbym postawić na najwyższym szczeblu potęgi. Jam Krzyżak z krwi i kości, dla mnie nieistnieją ludzie tam, gdzie krzyżacki miecz nie włada, a widzę, że im dalej odwlecze się moje mistrzostwo, tem trudniej mi będzie podźwignąć upadający Zakon, tem ciężej przenieść całą potęgę germańską na ręce krzyżackiego Zakonu. Tak, teraz czas zgnębić sąsiadów, za jakąkolwiek cenę zgnębić ich pragnę! Teraz jedynie przyjazna chwila! cesarze gryzą się o koronę, papież musiał opuścić Rzym i tam w Awinionie zamieszkać. Tak, teraz Zakon musi pochwycić najwyższą władzę i w swojej potędze zjednoczy wielkość germańską!

— Więc Zygfryda usunąć... — szepnął Hochswald.

— Nie, strącić go z mistrzowstwa nie możemy, ma on swoich przyjaciół, nie możemy uczynić tego bez zezwolenia papieża, a wiesz jak on jest ku nam źle usposobiony...

I spojrzał Dietrich na przyjaciela, gdy oczy ich się spotkały, w źrenicach ich zabłysła myśl, którą obaj doskonale rozumieli, a której jednak żaden z nich głośno wyjawić nie śmiał. Popatrzyli więc tylko na siebie porozumiewająco, a Dietrich, jakby po krótkiej walce ze sobą, wstrząsnął głową, mówiąc:

— Nie, po stokroć, nie!

I wstrząsnął się, a twarz jego, oszpecona gniewem, jakoś wyszlachetniała, jak gdyby z gładkiej płyty marmuru zrzucił kto pokrywającą warstwę błota, lub gad, kalający go swoją posoką. Powoli stawał się spokojniejszym, lecz odbłysk szlachetności, szyderstwo i chytry podstęp zajęły, a sfałdowane czoło świadczyło o głębokiej trosce, nurtującej duszę Krzyżaka.

Zapanowało milczenie, tylko ciężki oddech dwóch ludzi słychać było w komnacie.

— Tak — przerwał nagłe Dietrich — musicie mi dopomódz, ja nie dam ginąć Zakonowi, nie pozwolę, by jakieś lackie książątko nabierało przewagi. Posłów przyjąć trzeba z całą hojnością i bogactwem Zakonu, trzeba ująć sobie legata, Włoch musi być naszym, a to co on przedstawi papieżowi, powinno nas w dobrem świetle przed nim przedstawić. Biskupów polskich, którzy cały proces Ladislausa o ziemię z nami prowadzą, trzeba również ująć, choćby datkiem, obietnicami dostojeństw...

— Niebezpieczna to droga i nią nam wojować nie można — rzekł Hochswald — mają to być tacy, jakim był ich pierwowzór biskupi w tym kraju, św. Stanislaus, który się królowi porąbać pozwolił, a nie ustąpił.

— Ha, nie datkiem, to obietnicą rozszerzenia wiary i potęgi państwa, ująć ich można. A gdy zawrzemy z nimi ugodę, wtedy łatwiej pokonać nam będzie dumnego Gedymina, który, słyszę, zamek nad Wilją buduje obronny i gród nowy zakłada.

— Tak, i to zamczysko podobno kamienne, bodaj, czy nie na wzór naszego, tak mówią przybyli z ostatniej wyprawy — podsunął Hochswald.

— Niechaj buduje, i z nim nam potrzeba przyjaźni. Kiedy my więc tutaj układać się będziemy z posłami Ladislausa z wiedzą Zygfryda; potajemnie wraz z Robertem von Wartburg i Zygfrydem von Papenheim poniesiecie Gedyminowi dary i wejdziecie z nim w przyjaźń, nakłaniając do pognębienia Ladislausa, jako czyhającego na ziemie za Bugiem. Wasza głowa w tem, żeby Gedymin zgodził się iść z nami ręka w rękę i skłonił lud swój do wyprawy na wschodnie polskie ziemie. My tymczasem wytargujemy na polskich posłach, jak najdalej w ich ziemiach granice, podpiszemy ugodę, zostawiając sobie jakiś uboczny punkt do zerwania; łatwo nam będzie, boć ani ów Bartelemo, ani przemądrzały Gerward, ani też dwaj gardłujący za sprawą Ludislausa biskupi, na prawie zgoła się nie znają.

— Rozumiem — odrzekł słuchający pilnie Hochswald. — A potem, gdy Gedymin spadnie na polskie karki, podburzyć można mazowieckiego księcia, aby dopominał się o ziemie, które Ladislaus pod swą władzę zagarnął.

— Do tego łatwo Ziemowita skłonimy, on i tak niechętnie na wyniesienie się Klein-Königa patrzy, boć te szmaty ziemi, związane w jedną koronę, zagrażają i dumnym mazowieckim książętom — prowadził dalej Dietrich myśl podsuniętą przez Hochswalda. — Zresztą, chciwe to książątko, łatwo obietnicą pomocy pozyskać, trzeba tylko rąk, któreby w pracy dopomagały, a przedewszystkiem głów, coby umiejętnie, bez wiedzy Zygfryda, lub choćby za jego wiedzą lecz z potwierdzeniem tego opaśnego wołu, wzięły do dzieła.

— Rąk i głów na wykonanie waszych rozkazów, marszałku, nie zbraknie — rzekł Hochswald. — O mojej wierności mówić nie potrzebuję, lecz jesteścież pewni, że w poselstwie na Litwę Robert von Wartburg i von Papenheim dzielnie wam dopomogą?

— Dopomogą, jeśli wy, Hochswahldzie, ręka w rękę ze mną idąc, rzecz całą przeprowadzicie rozumnie. Wielki mistrz, chcąc mieć Wielkiego mistrza miano, udaje że słucha, gdy mu mówią o sprawach Zakonu, a zwłaszcza o nabyciu ziem od lechickiej strony, ba, jako też i o rokowaniach z Ziemowitem, boć wie, że na tej drodze zyski dla Zakonu pewne, pewniejsze niżeli w otwartej walce. Lecz gdy mu kto wspomni o ugodzie z Gedyminem, wytrząsa się i burzy, jako napój długo w zamkniętej beczce stojący. Zdaje mu się, że gdy ten szum a burzyny na litewskie pola wypuści, zaleje oczy całemu ludowi. Tymczasem lud ten coraz staje się sroższym, posuwa granice ku Rusi i pod Nowogród, używając wszelkich sposobów, by stać się podobnym ucywilizowanym ludom. Bodaj nawet potajemnie i do papieża Gedymin sięga i obietnice przyjęcia wiary Chrystusowej czyni, byleby tylko naszego apostolstwa nie potrzebował. Co gorsza nawet, stawiając zamki, staje się nam groźnym, napady nasze nie są mu już straszne jak wtedy, gdy w chatach chruścianych siedział... Niewiele potrzeba, by z bronią do naszej podobną, wpadł na nasze ziemie i na naszych karkach, w krzyżackich dzielnicach sprobował ich mocy. Lecz ten opas nie wierzy temu, dla niego Litwa jest zawsze tym samym dzikim, co dawniej, krajem i w żadne z nią rokowania wejść nie chce...

— Lecz wy tego chcecie, chce tego Zakon cały, wszyscy komturowie — przerwał ogniście Hochswald — cóż więc oglądać się mamy na tę bryłę mięsiwa.

— A jednak dla utrzymania porządku w Zakonie, bryła ta jak wiecie potrzebna — podjął Dietrich. — Ten sam Wartburg lub Papenheim, dziś mówiący ze mną tak otwarcie, kto wie, czy nie kryją dumnych zamiarów, aby po zejściu Zygfryda ująć mistrzowskie berło, trzeba więc każdego z osobna utrzymywać w tej wierze, że im tylko godność się ta należy. Dla tego nawet wzywam ich do potajemnego na Litwę poselstwa...

— Upewnię ich więc, szepcząc każdemu na ucho, że zawarcie z Litwą przyjaznych stosunków, będzie dla każdego szczeblem do godności Wielkiego mistrza; nie obawiajcie się, Dietrichu von Altenburg, Hochswald umie szanować wasze zaufanie i tak jak wy pragnie wielkości zakonu.

— Przy którym marszałkostwo główne wam, dla dobra tegoż Zakonu musi być powierzone — rzekł Dietrich, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.

— Dla dobra Zakonu, na sławy krzyżackiego imienia, które pragnąłbym, jako i wy, podnieść do najwyższej potęgi — odrzekł Hochswald i uścisnąwszy podaną sobie dłoń przyszłego mistrza, poszedł spocząć, a Dietrich rozweselony, podążył do Wielkiego mistrza z oznajmieniem przybywających gości.

Zygfryd leżał, jak zwykle, w swej komnacie, na szerokiej ławie, okrytej miękką oponą i niedźwiedzią skórą, zdobyczą zapewne z Litewskiej wyprawy. Ogień z marmurowego komina rzucał jaskrawe światło, oświecając rozrosłe, lecz bezwładne jego ciało i twarz bezmyślną, ułożoną do zupełnego spokoju. Na odgłos otwierających się drzwi i znanych mu dobrze kroków, Zygfryd poruszył ustami z pewnem skrzywieniem, jak gdyby czuł przedsmak gorzkiego lekarstwa, potem przymknął oczy, westchnął głęboko, lecz mimo to dał znak ręką wchodzącemu, ażeby się przybliżył.

— Zawsze ta niemoc w nogach, obezwładnia mnie ona zupełnie... — począł leżący, tłómacząc się niejako ze swego spoczynku.

Dietrich nie słuchał nawet jego wyrazów, lecz stanąwszy obok Zygfryda, rzekł:

— Przybywają nam goście, z którymi trzeba się rachować, tak w przyjęciu, jak w słowach.

Zygfryd jeszcze więcej przymknął powieki, jak gdyby chciał się uchronić od widoku przybywających.

— Legat jego świątobliwości Jana XXII w towarzystwie Gerwarda, biskupa Kujawskiego, Janisława, arcybiskupa gnieźnieńskiego i Domarata, opata mogielnickiego, tych dwu krzykaczy w sprawie Ladislausa o Pomorze — ciągnął dalej Dietrich.

— Jego świątobliwości Jana XXII — powtórzył leniwie Zygfryd. — Wszak już ojciec święty przysyłał legata w sprawie biskupa ryskiego i sprawa ta zakończona — dodał po chwili, z widocznym wysiłkiem.

— Z biskupem już zakończona — rzekł Dietrich, hamując niecierpliwość — lecz rozpoczyna się sprawa Ladislausa o ziemie Dobrzyńską i Michałowską, o które proces nam wytoczył król polski, a ze skargą śle wciąż do papieża. Gerward prócz tego, rości sobie pretensyje do części Kujaw, przez nas zajętych... Bóg wie, co przynoszą ci posłowie.

— Więc radź, marszałku — rzekł Zygfryd — wszak widzisz żem niemocen...

— Radzić mogę, lecz na ostateczną ugodę trzeba zezwolenia Wielkiego mistrza, musicie więc stanąć osobą swoją wśród przybyłych, lub...

— Lub? — przerwał z ożywieniem Zygfryd.

— Lub przy zwołanych pospiesznie komturach dać rozkaz, aby moja wola była wypełnioną jako wasza — rzeki powoli Dietrich.

— Nigdy! — krzyknął Zygfryd, zrywając się. To pognębi moją powagę, postawi waszą władzę obok mojej, a tylko ja, ja tutaj Mistrzem! Ja, Zygfryd von Feuchtwangen! nikt mojej władzy nie zagarnie, rozumiecie, nie zagarnie! — zerwawszy się, wołał, i pienił się i czerwienił coraz więcej Zygfryd.

— Nikt nie śmiałby podnosić na tę władzę ręki — odparł Dietrich spokojnie — jak też i nikt z radą nie wystąpi. Niech ojciec święty przysyła klątwy, a Zakon niech za zdobyte krwią swoją ziemie płaci grzywnami, rozsiewając hańbę swojego imienia, my z pokorą tylko schylimy głowę, szanując w tem wolę Wielkiego mistrza — dodał Dietrich, a schylając głowę z udaną pokorą, cofał się ku drzwiom.

— Co to, groźba! rozprzężenie w Zakonie! — krzyczał Zygfryd zrywając się z ławy i stając na całą wielkość olbrzymiej swojej postaci.

— Nie, to uległość — rzekł szyderczo Dietrich.

— Ja zdepczę was wszystkich, tu, pod moją stopą — rzekł Zygfryd, uderzając potężną nogą o podłogę. — Tu, pod moją stopą zegnie głowę Ladislaus, zetrę potęgę Gedymina i Zakon uczynię potężnym! — wołał, podnosząc pięść do góry.

Lecz nagle zachwiał się i runął na ziemię.

A marszałek spojrzawszy z pogardą na leżącego, rzucił, odchodząc:

— Gdyby nie Dietrich von Altenburg, tak runęłaby potęga krzyżacka!

I uderzywszy młotem żelaznym o wiszącą blachę przy drzwiach komnaty, wyszedł z miną zwycięzcy, a na odgłos młota zbiegła się służba, czuwająca snać w pobliżu nad Zygfrydem, który po każdym wybuchu gniewu wpadał w omdlenie.

I znowu powtórzyła się znana nam już scena przywołania ojca Germana z trzeźwiącemi lekami.

Gdy potężny Zygfryd przychodził do siebie, stawał się zwykle łagodnym jak baranek, a raczej obojętnym, spoglądającym na wszystko z bezmiernym spokojem, byleby mu tylko nikt tego pokoju nie naruszał.

To też gdy we dwa dni potem Malborski zamek roił się przyjezdnymi, Dietrich von Altenburg w otoczeniu najprzedniejszych komturów przyjmował dostojnych gości i w imieniu Zygfryda, zawierał z nimi układy. Gdy zaś po skończonych ucztach i rycerskich ćwiczeniach, które na zamku dla przybyłych wyprawiono, goście ci opuszczali krzyżackie zamczysko, Barthelemo niósł papieżowi dary, na znak uległości Zakonu, a posłowie Władysława Łokietka obietnicę zwrócenia ziem żądanych, zapewnienie przyjaźni i prośbę, aby nowo koronowany król wszedł w ugodę z krzyżackim Zakonem dla podniesienia wyprawy krzyżowej przeciw pogańskiej Litwie. Jednocześnie zaś Hochswald z Zygfrydem z Papenheimu i Karolem z Wartburga, dążyli szlakiem ku północno-wschodniej stronie, niosąc sojusz zakonu przeciw zjednoczonym ziemiom pod potężnem ramieniem ukoronowanego małego Ladislausa.