X

Uczta przeciągnęła się prawie do słonka zachodu, godownicy, jak i gdzie który mógł, legli na spoczynek, a że niewielkie były wymagania ludzi nawykłych do niewczasów wojennych, niewielkiego też potrzeba było przygotowania dla przybyłych gości. Z tem wszystkiem starzec, zarządzający zamkiem Gedymina, krzyżackim posłom wskazał izbę z zasłanemi wilczurą łożami i misternie tkanemi lnianemi ręcznikami, misą wody, a także i przygotowanym dzbanem napoju.

Gedymin legł w swojej komnacie, mimo jednak napoju, długo przewracał się na łożu, a sen nie sklejał jego powiek. Po wesołej uczcie snać jakaś myśl niespokojna trapiła jego głowę. Zasnął wreszcie, lecz widocznie jakieś straszne widziadła snuły mu się po głowie, bo zrywał się często, wymawiając urywane wyrazy, a zaledwie jutrzenka wychyliła się z szarego pomroku, książę siadł na posłaniu i przetarł oczy, otwierając je szeroko. Westchnął wreszcie jak człowiek, który zrzucił z siebie ciężar, lecz jeszcze czuje brzemię jego na swoich barkach.

Na to westchnienie obrócił się ulubiony niedźwiedź, spoczywający opodal łoża, przysiadł na tylnych łapach, łeb podniósł do góry i słuchał, oczekując rozkazów, a może codziennej pieszczoty. Gedymin jednak nie zwrócił na to uwagi, zgło rozerwał na piersiach, jakby to lniane odzienie nawet go dusiło. Spojrzał w ognisko, które jakieś słabe rozlewało światło, odwrócił się od okna, zasuniętego zaporą i plunął trzykrotnie przed siebie, a to wszystko dla tego, żeby zapomnieć snu trapiącego, wreszcie klasnął w dłonie. Na odgłos ten przyczołgał się ulubiony niedźwiedź, dwa inne, śpiące u drzwi wraz z pachołkiem, leniwie mruknęły, a pachołek też otrzeźwiony klapnięciem, jednocześnie z niedźwiedziem stanął przed Gedyminem.

— Tubingas! — zawołał książę.

Pachołek, nierozumiejąc, co znaczy imię ślepca-kapłana, pochylił tylko pokornie głowę, a potem głupowato na księcia poglądał.

— Zwij do mnie ślepego Kunigasa — i ręką wskazał ku drzwiom.

Pachołek czemprędzej zwrócił się, by spełnić wolę pana. Niedźwiedź, widząc biegnącego, posunął się za nim, jakby go chciał ubiedz w spełnieniu rozkazów, rzucił się i jednym susem oparłszy łapy o drzwi, na rozcież je rozwarł. Po twarzy Gedymina przeleciał uśmiech zadowolenia.

— Mądra bestya! — mruknął książę a jednocześnie lekko świsnął.

Niedźwiedź, zwróciwszy swe cielsko, znów jednym susem był u nóg księcia, a przypadłszy na ziemię brzuchem, skulił pod siebie łapy i warował, mrucząc żałośnie, jakby chciał przeprosić, że nie w porę się wybrał ze swą gorliwością. Książę podsunął nogi pod pysk zwierzęcia, niedźwiedź przytrzymując je w wielkich swych łapach, oblizał szerokim jeżykiem. Książę otarł nogi o kudłaty grzbiet ulubieńca, czyniąc to prawie bezwiednie, co dowodziło, że był to jego obyczaj codzienny. Po tych pierwszych krokach rannej toalety, książę, jakby nagle przypomniał sobie jakąś myśl trapiącą, siadł na ławie, niezważając, że niedźwiedź ująwszy w łapy krótkie skórzane spodnie wciągał je księciu, a potem nasuwał na nogi chodaki. Książę poddawał się tym operacyom swego czworonożnego pokojowa, jak się poddaje człowiek, który mając czem innem myśl zaprzątniętą, zezwala na wszystko, co się w około niego dzieje. Gdy jednak niedźwiedź ujął pas i stojąc na dwóch łapach z nim przed panem, nie mógł się doczekać, aby Gedymin go odebrał i dopełnił ubrania, zniecierpliwił się wierny pokojowiec, i cichem mruczeniem oznajmiał swą obecność.

Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Tubingas przez Siewrosa poprzedzany. Prąd porannego powietrza, jaki przybyli przynosili ze sobą, orzeźwił Gedymina, podniósł głowę, ujrzał stojącego przed sobą wiernego Meszkę, wziął od niego pas ze skór borsuczych szyty, a zakładając na siebie, zawołał:

— Do kąta, Meszka!

Niedźwiedź posunął się leniwie, spoglądając na lnianą opończę, którą zwykł był jeszcze swemu panu podawać, poszedł jednak na swoje miejsce, a zwinąwszy się w kłębek, pomrukując, spał, czy też sen udawał, gdy tymczasem dwaj jego towarzysze, śpiący dotąd, przy drzwiach, za otwarciem się takowych stanęli na dwóch tylnych łapach, przednie założywszy na piersi, jakby dwaj najbardziej wyuczeni pokojowcy.

— Witajcie nam, miły Kunigasie — rzekł Gedymin, biorąc dłoń przybyłego.

— Witajcie, Gedyminie, ojcze Litwy! a niech bogowie, którzy was zbudzili wczesnym rankiem, dobrą myśl w waszą głowę i serce przyślą, a odwrócą wszelką nieczystą siłę!

Gedymin w miejsce odpowiedzi westchnął głęboko, podsuwając ławę przybyłemu, aby spoczął.

— Nie, nie siądę, póki nie dowiem się czy w sercu twojem nie zagnieździł się robak przez wrogów wprowadzony, robak, co chce zgryźć święte nasze dęby, podkopać je i zwalić, a na ich miejscu wystawić to samo godło, co czernieje na płaszczach krzyżackiego zakonu. Godło to stoi mi ciągle w ślepych moich oczach jako straszne widmo, i serce moje się wstrząsa na samo wspomnienie, że siekiera wroga wyciesze je z tych drzew, co nam przez wieki szumem opowiadały wolę bogów, a na opustoszałych polanach postawi swe znaki... Wtedy przekleństwo tobie, przekleństwo tym, którzy cię do tego namówili, bo zginie przeszłość nasza, i bogowie — w proch wielkość imienia Litwy obrócą.

I starzec stojąc przed wielkim księciem, wzniósł oba ramiona ku górze, jakby chciał wraz ze słowami rzucić gromy na głowę stojącego przed nim Gedymina. Ten ze schyloną głową i pewną trwogą słuchał głosu przybyłego.

Starzec wlepił białkiem świecące swe oczy, a tym zaślepłym wzrokiem zdawał się wpijać w głąb duszy wielkiego księcia i przenikać jego najtajniejsze zamiary. Chwila była milczenia, wśród którego Gedymin zdawał się walczyć ze sobą i zabobonnym strachem, jakim go napełniły słowa przybyłego. Opamiętał się jednak wkrótce, a wyprostowawszy swą wyniosłą postać, zawołał:

— Wstrzymaj Tubingasie groźby swoje! przyzwać cię kazałem, więc rady twej nie przekleństwa żądam. Gdybym chciał jąć się kryżackich posłów i na wiarę ojców nastawał, nie wzywałbym rady kapłanów, tylko według mojej woli postąpił.

— Wola twoja byłaby podłą, gdyby nie była wolą całego narodu: wtedybym podłożył ogień pod twój zamek i wraz z nim na objatę Perkunowi oddał ciebie i siebie — mówił Tubingas, kładąc dłoń swą na ramieniu księcia.

— Nie sroż się ojcze, powtarzam, zamek mój miły jest bogom naszym, chociaż go obcych zbudowały dłonie, bo pierwej nim wzniosłem jego mury, wystawiłem świątynię Perkunowi: a zamek ten potrzebny, bo gdy przez lasy nasze przedarły się wrogi i coraz więcej w głąb ziem postępują, i trzeba im dać poznać, że i my umiemy obronne mury wznosić, i my możemy im zrównać potęgą.

— Potęgą wiary ojców i miłości ziemi naszej pokonamy ich, jakeśmy dotąd pokonywali, inaczej biada tobie, biada twoim synom i wnukom, biada całemu ludowi, on aż do imienia zaginie!.. Zaginie! — powtórzył ślepiec, wstrząsając ramieniem Gedymina, jeżeli się złączysz z posłami zakonu.

— Nic chcę się z nimi łączyć i dla tego u ciebie rady szukam Kunigasie, lecz ich drażnić nie mogę, a przybyłym dać trzeba odpowiedź, oni chcą z nami się łączyć przeciw innej potędze, która również dla nas jest groźną...

— Wszystko nam jest groźne — przerwał Tubingas — odkąd do chat naszych wnikają obce przybysze, opowiadając o wielkości swych bogów, odkąd dla świętych dębów cześć osłabła, a potajemne szepty modłów się rozchodzą! Wzrok mój ciemny widzi dalej aniżeli oczy tych, co jasno widzą słońce: bo w tem słońcu szukają tylko dla siebie blasku, któreby im oświeciło koronę na głowie. I ty po nią sięgasz, Gedyminie! a z koroną na głowie będziesz słabszym, aniżeli twoi ojcowie, którzy siłę swą czerpali ino w potędze miecza i jedności ludu.

— I ja pragnę jedności tego ładu — odrzekł Gedymin..

— Pragniesz, to nie łącz się z nikim.

— Więc najadą wrogi ziemie nasze! bo gdy się nie połączę z Krzyżakami przeciw Władysławowi lackiemu, on połączy się z Wielkim mistrzem i z dwóch stron najadą ziemie.

— O święte bogi, czemuż opieka wasza odwróciła się od wiernego wam ludu! czemu siła dłoni naszych tak zmalała, że nie może już sama ocalić ziemi! — rzekł Tubingas, skłoniwszy głowę na piersi.

— Dłonie nasze nie zesłabły, staną one i teraz w obronie ziemi i ludu! lecz gdy żyć będziemy wiecznie sami poza lasami, nie wiedząc, co się u sąsiadów dzieje i nie przypatrując się jak oni żyją, łatwiej nas pokonują. Boć mają i broń lepszą i różne wojenne fortele, a też i rozmaite umieją rzeczy, o których lud nasz nic dotąd nie wiedział.

— I dobrze mu z tem było! — przerwał Tubingas. — Teraz sprowadziłeś rzemieślników ze stron dalekich, i oto patrz, co się dzieje, przybysze ci, a jeszcze więcej laccy niewolnicy, którycheś wolno puścił, aby przy budowie pomagali, uczą lud nasz swoich pieśni, uczą czcić ich Boga.. Ba, i ty sam słałeś do najstarszego w ich religii kapłana! — dodał po chwili — winieneś więc przeciw bogom i przeciw ludowi, pozbawiając go największego skarbu: starej ojców wiary....

— Kunigasie, bluźnisz, wywołując złe! Ty przy ognisku świętych dębów nie widzisz nic, — co się dzieje poza lasami, ja za te lasy z mieczem wychodzę, a znam mój lud! I on w bojach widzi jako jest u innych i u siebie chce mieć takież opatrzenie...

— Przekleństwo im, przekleństwo tobie! jeżeli lud swój do złego prowadzisz! — krzyknął znów Tubingas.

I jakby opadły z sił i pognębiony oporem księcia, padł na lawę, zwieszając głowę na piersi.

Gedymin zmarszczył brwi i jakby go znużyła rozmowa ze ślepcem, gromkim głosem zawołał:

— Dość tego! Księciem jestem, panem Litwy całej! sięgam ramieniem na wschód po dalekie ziemie, mam prawo rozkazywać i rządzić według mej woli! Jeślim was wezwał, to znak, że szanuję ojców zwyczaje i bez najstarszego Kunigasa-ślepca, miłego bogom, nie chcę nic stanowić, lecz groźb się nie ulęknę, nie! a bogi, co widzą czyny moje, sądzić je będą.

A mówił to Gedymin tak groźnym głosem, te aż niedźwiedzie przytuliwszy uszy, na brzuchach przypełzały do nóg pana, jakby go chciały błagać o miłosierdzie. Siewros, blady, stał oparty między dziadem i kneziem, a na jego młodzieńczej twarzy nie drgnął muskuł żaden, lecz znać, że w duszy młodego wychowańca Wilczego gniazda tajemna jakaś toczyła się walka.

I znowu była chwila milczenia, słuchać było tylko ciężki oddech dwu rozgniewanych ludzi i lekkie mruczenie przyłaszonych, nie śmiejących się ruszyć niedźwiedzi.

Gedymin wstał z miejsca, potrącając nogą o łeb wiernego Meszki.

— Na miejsce, bestye! — krzyknął gniewliwie, a Meszka ze swoimi towarzyszami jednym skokiem usunęli się z drogi panu.

— Ha! — zerwał się Tubingas — przyzwyczaiłeś się rozkazywać zwierzętom, i z ludu twego takie pokorne, płaszczące się bydlęta chcesz uczynić!

— Zrobiłem te bestye pokorne, lecz nauczyłem je tego, czego żyjąc w lasach nie umiały! nauczyłem ich życia z ludźmi! — odrzekł wielki książe, biorąc się pod boki i stając z wzniesioną głową przed ślepcem. — Nauczę tego samego i lud mój.

— Więc giń! zawieraj przymierze i pędź do zguby. Niechaj bogowie sądzą sprawy twoje! Ja, ślepiec, nie umiem patrzeć już jasno na sprawy świata tego! leci póki tchu w piersi stanie, bronić będę świętego ogniska i dębu. A gdy go ścinać przyjdą wpiję pazury jako niedźwiedź w pierś tego, co podniesie siekierę, i szarpać będę, a cielska rzucać na ogień dla przebłagania bogów. A gdy mi sił do walki nie stanie, obejmę dąb nasz stary i z nim razem skonam!

I wzniósłszy dłoń jednę ku górze, drugą wyciągnął przed siebie, idąc pewnym krokiem. Wtedy ocknął się Siewros i zbliżył chcąc ująć ramię dziada, lecz ten odsunął rękę i szybciej niżby na to wiek i brak wzroku pozwalał, opuścił wielkoksiążęcą komnatę.

Siewros, odtrącony, nie śmiał się ruszyć: wyniosły postawą, stanął jako stap graniczny między dawnemi pojęciami dziada, a dążącym do cywilizacyi księciem.

Gedymin zwrócił wę nagle ku niemu.

— Tyś długo u Krzyżaków zostawał?

Ocknął się młodziec i zwrócił niewielkie, lecz przebiegłe swe oczy na twarz księcia.

— Jak długo, nie umiem Waszej książęcej wysokości powiedzieć, lecz małem musiałem być chłopięciem, a skorom podrósł i stałem się szparkim, choćby do miecza gotowym, uciekłem z ich Wilczego Gniazda, boć tak swoją szkołę nazywają.

— A w tej szkole czego was uczono?

— Zapomnieć mowy i wiary ojców.

— A czyś je zapomniał?

Siewros się wstrząsnął.

— Widzicie, miłościwy książę, że choć mnie wzięli gdy jeszcze dobrze imienia ojców wymawiać nie umiałem, mowa ta była we krwi i w piersiach moich, dźwięczała mi w uszach jako szum lasów, a gdym poczuł dym chaty ojczystej, wprędce i mowa mi się znalazła.

— A czy tam oprócz tego, co z tobą przybył, i więcej lackich pacholąt?

— Oj, było ich, było, a tako jak i nam wymyślali im, nazywając wilkami, a plemię ich jak i nasze mieli w poniewierce, i oni tęsknili za swoimi i nieraz mówiliśmy sobie, że gdybyśmy wspólnie się wzięli a ogień podłożyli, toby i Wilcze Gniazdo i cały potężny zamek w gruzy się zapadł. Lecz to były tylko dziecięce igraszki, boć zamek ich silny, cały kamienny! — dodał młodzieniec z westchnieniem.

— Lecz ramię Gedymina i lackiego króla nie są dziecięcą igraszką — mruknął wielki książę jakby do siebie, a twarz jego, chmurna przed chwilą, rozpogodziła się uśmiechem, jakby jakaś myśl nagle przemknęła przez jego głowę.

— Tak, tak — mówił Gedymin do siebie, wpatrując się w twarz młodzieńca — często przez usta niedoświadczonych chłopiąt bogowie zsyłają nam radę!

Wtem z za ciężkiej, wzorzystej, snać na wrogach zdobytej opony, ukazała się jasna główka dziewczęcia, zielonym strojna wieńcem i zabrzmiał głos:

Tew’s12.

Gedymin na głos ten uśmiechnął się i zwrócił rozpogodzone oblicze. A z za opony weszło dziewczę w białej lnianej odzieży, pasem czerwono barwionym opasane. Tuż za nią szła druga, również młoda, o ciemniejszych włosach, również w lnianej odzieży, lecz bez wieńca na głowie, a zamiast czerwonego pasa, obejmowała ją w pasie wicina spleciona. W rękach niosła dzban duży i kubek, gdy tymczasem pierwsza trzymała ręcznik lniany, wzorzysto-wyszyty przy brzegu. Dalej, zaraz za niemi szły jeszcze dwie inne, niosąc dymiącą się misę jadła i kubek z wodą zdrojową.

— Tew’s! — mówiła pierwsza — tak dawno już słońce wstało, czas tobie się posilić.

Gedymin dłoń położył na główce córki i z lubością wpatrzył się w to młode, świeże oblicze.

— Dobrze, Aldono, córo moja, daj posiłek, boć nam trzeba się pokrzepić... a gniew zalać.

— Do zalania gniewu jest tutaj doskonały napój, którego mnie Bogna przyrządzać nauczyła. To napój, który piją w jej kraju: a snać miłym być musi naszym bogom, bo gdym część na ogień wylała, błysnął niebieskim płomykiem, a potem jakby złotem na wszystkie strony objął polano!

To mówiąc, wzięła kubek z rąk stojącej obok niej Bogny, a ta weń nalała ciemno-żółtawego płynu. Gedymin przyjął podany napój, znów jakiś uśmiech przeszedł po jego obrosłej twarzy, a wylawszy część napoju przez ramię w płonący ogień, odwrócił się ku ognisku i spojrzał ciekawie.

— Napój to musi być dobry, bo ognia nie zalewa, ni go też zbytnio nie syci.

I przytknąwszy do ust, wypróżnił podany kubek.

— Aa! — rzeki, oddając kubek — napój miły, w piersiach po nim błogo.

I pogładził pierś włochatą na poły obnażoną, gdy stojąca obok córa z ciekawością na niego patrzyła.

— Napój lacki — szepnął do siebie Gedymin — chłodzi i orzeźwia... I tego mowa, wszystko się dziwnie składa... takich rad, zsyłanych od bogów, odrzucać nie trzeba — mruczał do siebie książę, jak to było w jego zwyczaju, gdy myśl ciężka głowę mu obsiadła.

Naraz zwrócił się do córki.

— Tego lackiego napoju daj i jemu.

To mówiąc, wskazał na stojącego w głębi Siewrosa i przypatrującego się ciekawie książęcej córze i jej dziewkom służebnym.

Na znak Aldony, Bogna przysunęła się do Siewrosa i podała mu nalany kubek. Chłopiec wziął kubek, lecz nim go poniósł do ust, wpatrzył się w młodziutką twarz dziewczęcia, które ze spuszczonym wzrokiem przed nim stanęło. Na ciemne jej włosy padł promień wiosennego słonka przez otwarte z zapory okno i dziwnym blaskiem ozłocił pogodne, choć smutne czoło Bogny.

Siewros stał z podanym kubkiem w ręku i wciąż patrzył na nią ciekawie, aż wreszcie Bogna, podniosłszy na niego spuszczone dotąd oczy, szepnęła:

— Pijcie, to nasz napój, lacki, książę wam podać kazał.

Siewros machinalnie poniósł napój do ust i wychylił go duszkiem, a oddając kubek Bognie wpatrzył się w nią znowu.

I tak samo jak książę, bezwiednym prawie ruchem pogładził się po piersiach bo napój i jemu najwidoczniej przypadł do smaku.

— No, cóż, ten lacki napój? — zapytał Gedymin, patrząc na rozjaśnioną twarz chłopca z zadowoleniem.

— Jeszczem nigdy nic takiego nie pił, coby odrazu i ochłodziło i jakąś myśl wesołą przyniosło! — rzekł w odpowiedzi Siewros.

— Lacki napój smakuje młodemu litwinowi! — zaśmiał się książę. — Idź, opowiedz, że lachy dobry mają napój, a książęca córa nauczyła się tego napoju przyprawiać — rzekł wesoło książę i zabrał się do porannego posiłku.

A Siewros odchodząc mówił do siebie:

— Napój lacki godny, jak nie znałem dotąd napoju, lecz i dziewka, co mi go podała, piękna jakby królewna. Ona laszka, lecz jam ją już spotkał. Oj, spotkał; nie pierwszy to raz obaczyłem ją chyba.

I mówiąc tak, w myśli szukał, czemu twarz Bogny tak mu wydaje się znaną.

XII13

Gdy o południu posłowie Krzyżaccy stanęli w komnacie zamku Gedyminowego, książę mial zamyślone oblicze, szarpał brodę i chmurno przed siebie spoglądał. W otoczeniu zaś księcia brakowało Tubingasa, inni jak wczoraj byli przy jego boku. Lecz jeżeli Gedymin spoglądał ponuro, na twarzy Chroniwosa znać było troskę i jakąś tajemną walkę; stał on w tem samem miejscu co wczoraj, a obok niego świeciło pustką miejsce, nie zajęte przez starego Tubingasa.

Z tych chmurnych twarzy nie dobrze snać wróżyli sobie posłowie; krótkie też było posłuchanie, w którem Gedymin rzucił w odpowiedzi, że szanuje wielce przyjaźń Wielkiego Mistrza, pochlebnym jest mu związek z potężnym zakonem, nie może jednak stanowczej dać odpowiedzi, czy się skłoni do wojny z lackim Władysławem.

— Biedneć to moje i nieliczne państwo, nie może tak od razu zbierać ludu, by napadać cudze ziemie, kiedy i swoich bronić i ład jakiś zaprowadzić w nich trzeba. Wilczeć to tylko gniazdo, ale dla tego, że wilcze, trzeba stać na jego straży, aby młode wilczęta wychowane w cudzem gnieździe zawsze węchem do swojego wracały — dodał, chytrze spoglądając na posłów.

I zawoławszy ulubionego Meszkę, jął się z nim bawić, a potem spuściwszy głowę na piersi, zamknął oczy, jakby w półśnie chciał odpoczynku poszukać. Był-li to fortel, czy spoczynek, trudno odgadnąć.

Posłowie, widząc, że innej odpowiedzi nie usłyszą, opuścili książęcą komnatę, a nim słonko zeszło z południa, przebywali most zamkowy, nie mieszkając poza nim jak dobę.

Gedymin, usłyszawszy skrzypiące wrzeciądze zsuwającego się po ich przejeździe mostu, splunął trzy razy przed siebie, odetchnął jak człowiek, któremu zdjęto ciężar z piersi i posunął się ku komnatom niewieścim.

Ujrzawszy Aldonę, siedzącą na przyzbie i stojącą przed nią Bognę, podszedł ku nim, chcąc po wszelkich trudach przy swej córze odpocząć.

Lecz książęca córa tak była zasłuchana w opowiadanie Bogny, a Bogna tak snać przejęta dźwiękiem słów wlasnych, że nie słyszały nawet ciężkich książęcych kroków.

Gedymin, słysząc podniesiony głos Bogny, stanął, chcąc dowiedzieć się, co ta lacka branka jego córze prawi.

Były to jednak dla niego niezrozumiale wyrazy, ale Aldona je rozumiała, ba, nawet sama mową Bogny się odezwała.

— To opowiedz mi, jak to u was po dziewkę przychodzą swaty?

Bogna nie zdążyła odpowiedzieć, bo Gedymin zniecierpliwiony oczekiwaniem, zawołał:

— A pójdź no tu sroczko moja, toś ty się tak z Bogną zbratała, że już nawet mową jej gadasz?

Aldona zasromała się, lękając gniewu ojca, spuściła głowę nieśmiało, spoglądając ku niemu, lecz gdy zamiast gniewu, ujrzała dobroduszny uśmiech na jego obliczu, zaczęła szczebiotać, opowiadać, co tylko słyszała od Bogny o zwyczajach lackiego kraju, i o swatach, jakie tam zwykle po dziewczęta przysyłają.

Gedymin jeszcze więcej się uśmiechnął, a ująwszy jasną kosę córki, rzekł wesoło:

— Ano, może i po ciebie jakie swaty przyślą, to dowiesz się najlepiej, jaki jest po świecie obyczaj!

I mrugnął okiem, patrząc na pokraśniała twarz córki.

— Ale nim swaty przyjdą, a kosę swoją pod czepiec schowasz, przygotuj nam wczesny posiłek: jutro, zaraz gdy gwiazdy pogasną, a świt się ocknie, trzeba nam w knieje. A i napitka Bogny naładuj w pęcherze. Dobry to napój lacki!

— A jeżeli nam szczęście przyniesie i wróżby się spełnią... Hm! hm! — mruczał już sam do siebie, krocząc dalej.

Aldona i Bogna pobiegły w głąb dworca, aby spełnić rozkaz księcia.

Gdy na drugi dzień książę wyciągnął na łowy, wśród osad, okalających zamczysko, gwarno było i wesoło. Lud zgnębiony pobytem posłów Krzyżackich, wysypywał się teraz z chat swoich, bo widział się bezpiecznym, jeżeli nawet sam książę z zupełnym spokojem oddawał się ulubionej rozrywce. Skupiał się zaś lud ten najwięcej około świątyni Perkuna, gdzie przez drzwi otwarte widział wiecznie płonący ogień, a dym zwierzchnim otworem wydobywał się gęstemi kłębami, otaczając sinym obłokiem ogromnego wilka żelaznego, stojącego u szczytu świątyni, przez którego rozwartą paszczękę, widać było często wymykające się płomyki.

— Nie darmo bogi zesłały wolę swoją Gedyminowi we śnie — mówiono — odsunął on Krzyżaki, a jako ten wilk ziejący ogniem, kneź mieczem na nieprzyjaciół zionąć potrafi.

— Cześć Perkunowi!

— A niechaj ogień w świątyni nigdy nie zgaśnie! — wołano.

I każdy z przechodzących rzucał w otwarte drzwi pęk ziół, lub zwierzę, które stojący poza drzwiami ofiarnicy Perkunowi oddawali.

— Perkun! Perkun! — wznosiły się głosy do koła.

A były to głosy jakiegoś spokoju i lud po złożeniu objaty, spieszył do pracy około rozpoczętych chat, dworców, lub do sypania wałów około wznoszącego się Wilna, stolicy Gedyminowej, która rozciągając się w dolinie, otoczona z jednej strony górami, a z drugiej rzeką, sama już przez się poniekąd obronną była.

Przy gontynie jednak Perkuna był zakątek osamotniony, drzewami otoczony, a wysokiem ogrodzeniem z chrustu przed ciekawych wzrokiem zakryty. Do tego zacisza nietylko obcym lecz i najwierniejszemu Litwinowi wchodzić nie było wolno, miejsce to bowiem było schroniskiem dziewic, które na obsługę świątyni, na cześć bogów żywot swój oddały. Która raz przestąpiła wrota tego zakątka, już z poza nich nie wracała.

Obowiązkiem pobożnego ludu było składać u wrót dary, każdy też, a zwłaszcza niewiasty, składały je hojnie, a zaledwie słonko wzbiło się od wschodu, gdy Aldona i Bogna u wrót tych stanęły. Niosły one w dzbanach ów lacki napój, pęki ziół i wielkie chleby: była to objata za pomyślne łowy knezia, a może do niej łączyła się inna, którą skrycie Gedyminowa córa w swem sercu chowała. Zatrzymać się jednak musiały, bo właśnie przed wrotami stanął Tubingas prowadząc dziewczę młode, smagłe, chwiejące się a wystraszonym wzrokiem spoglądające do koła.

Od drugiej strony biegł szybko Siewros z Jaśkiem, na twarzach ich znać było przestrach i zdziwienie.

— Grażusa! — krzyknął Jaśko, i biegł ku stojącej u wrót dziewczynie.

— Grażusa! — powtórzył Siewros smutnie, lecz powstrzymał towarzysza, mówiąc:

— Nie obronisz jej, Tubingas oddaje ją Perkunowi.

— Grażusę Perkunowi! — powtórzył Jaśko i chciał odtrącić powstrzymujące go ramię. — Ja nie dam jej spalić! — krzyknął, wyrywając się Siewrosowi.

— Nie spalą jej! Tubingas ją na służbę Perkunowi oddaje! wola jego spełnić się musi!

— Nie dam jej, nie dam! życiem swojem ocalę! — wołał Jaśko, szarpiąc się z Siewrosem.

— Próżno, jedno z nas bogom poświęconem być winno — mówił Siewros, przytrzymując przyjaciela.

Wtem Tubingas popchuął przyprowadzoną dziewczynę za otwierające się wrota.

— Nic ją już nic ocali! — zawołał Siewros.

— Grażusa! Grażusa! — wołał na cały głos Jaśko, a snać głos ten doszedł poza wrota, bo dziewczynka obejrzała się z taką siłą, że dwie kapłanki, prowadzące ją pod ramiona, musiały stanąć na chwilę. Potem, unosząc ją prawie gwałtem, zniknęły wśród bocznych skrzydeł gontyny.

Tubingas spełniwszy swe dzieło, szedł z wyciągniętą naprzód dłonią; i on usłyszał okrzyk Jaśka, odwrócił się w stronę, skąd go okrzyk doszedł, a potem, szepcąc jakieś wyrazy, biegł z młodzieńczą żywością, aż zniknął wreszcie tom, kędy Ponary wznoszą swoje szczyty.

Aldona i Bogna, wstrzymane w swej pobożnej pielgrzymce, patrzyły wylęknione na odbywającą się scenę, a gdy krzyk Jaśka ich doleciał, odwróciły się ku niemu. Bogna, ujrzawszy tego samego młodzieńca, któremu wczoraj lacki podawała napój, żywym pokraśniała rumieńcem.

Siewros spojrzał na nią, potem wzrok przeniósł na stojącego w niemej rozpaczy Jaśka i szepnął:

— To czary, Jaśko i ta dziewa, to jedno lice, tylko ona gładsza i piękniejsza. Oh! i jak piękniejsza!

— Czy ona wasza, ta, co ją dali Perknnowi? — zagadnęła Aldona, zbliżając się do Siewrosa.

— To moja siostra! — rzekł smutno Siewros.

— I jego? — wskazała na obok stojącego w bezsilnej rozpaczy Jaśka.

— Nie, ale on ją miłował — rzekł Siewros.

— Miłował, a Perkunowi ją oddali! — powtórzyła smutnie Aldona.

— Czy i u was oddają bogom dziewki na służbę? — zapytała, zwracając się do Bogny.

— U nas Bóg jest tylko jeden, a temu zawsze się służy, gdy się jest dobrym — odrzekła Bogna.

— Gdy się jest dobrym — powtórzyła Aldona. — Ja chciałabym być bardzo dobrą — dodała.

I poniosła swoje dary, a postawiwszy u wrót schronienia dziewic, odeszła w zamyśleniu wraz z Bogną.

Jaśko z Siewrosem stali długo na miejscu, każdy zasmucony, a każdy inaczej. Jaśko wreszcie ocknął się, zacisnął pięść i pogroził nią w stronę gontyny, rzucając przekleństwo.

— Nie miota się bogom cudzym, bo tem się Najwyższego obraża! — ozwał się taż obok niego łagodny głos Bernarda. — On cię może wybrał, abyś był pośrednikiem między twoim a tutejszym ludem — mówił dalej Bernard.

I położywszy dłoń na ramieniu młodzieńca, odwiódł go w inną stronę, cichą z nim prowadząc rozmowę.

Nikt też, oprócz najbliżej przechodzących, nie zwrócił uwagi na okrzyki Jaśka; każdy głosem swoim wzywał opieki bóstwa, nic więc dziwnego, że ktoś tam głośniej zawołał, a w zamieszaniu ogólnem nie rozumiano nawet, co kto wykrzykiwał.

I wkrótce wszystko ucichło; lud, oddawszy cześć Perkunowi z początkiem dnia, dążył do pracy. Jedni biegli do owych wznoszonych przez Gedymina budowli, przy których cudzoziemcy rej wiedli, inni naprawiali i odbudowywali własne domostwa, aby nim mgły szare do długiego zimowego snu słonko ukołyszą, wznieść dach zawalony, lub przęsła podeprzeć. A każda chata potrzebowała podparcia i naprawy, bo choć nie było wielkich napadów ze strony Zakonu, w mniejszych wyprawach, czynionych na ochotnika, nie oszczędzali oni ni człeka, ni zwierza, ni drzewa, ni schronisk, które lud litewski klecił sobie z chrustu i kamienia.