XIV
Już słonko dawno schyliło się ku zachodowi, cisza po przyjęciu przyjaznych posłów zapanowała nietylko na zamku książęcym, lecz i w całem Wilnie. Tylko z nad szczytu świątyni Perkuna wilk żelazny zionął otwartą paszczęką i dym i skry wyrzucał, mieszając je ze mgłą jesienną.
Wzdłuż ogrodzenia schroniska poświęconych dziewic przesuwał się Jaśko, przystając i nasłuchując co chwila, lecz prócz szumu gałęzi, otrząsających pożółkłe liście, żaden dźwięk stamtąd nie dolatywał. Nagle przeszyło nocną ciszę jakieś jękliwe westchnienie, jak gdyby szamotanie się ze snem, który gwałtownie ktoś chce od siebie odpędzić, potem popłynęła cicha pieśń z za ogrodzenia...
Pieśń przeciągła, tkliwa, którą wychowaniec Wilczego Gniazda tak często słyszał w domu starego ślepca, a którą najpiękniej śpiewała Grażusa... Młodzieniec wstrzymał oddech, chcąc się tej pieśni przysłuchać, gdy nagle, tuż prawie zaświecił mu przed oczami blask zapalonego łuczywa, które wyciągnięta dłoń przechodzącego trzymała zdala od siebie, jak gdyby nią sobie chciała drogę rozświecić...
Idący jednak nie potrzebował tego, był to bowiem Tubingas, któremu noc nie przeszkadzała ciemnością, ani słonko nie pomagało swem światłem.
Szedł on szybko, trzymając syczące i miotające złotawe ognie drzazgi, na plecach dźwigał pęk ziół suchych, podpierał się jak zwykle laską, a podążał od tej strony świątyni Perkuna, którą kapłani przechodzący mogli wejść o każdej porze dla złożenia objaty podróżnej. Łuczywo snać zapalił u świętego ognia i spieszno z niem kierował się pod wzgórze, na którem stało nowowznoszące się Gedyminowe zamczysko.
Część jego była z kamienia, lecz to cząstka zaledwie, w której się mieściły książęce skarby i do której w ostateczności uchodzić mieli ludzie przed nieprzyjacielem, reszta jednak zamku była z drzewa na podmurowaniu kamiennem.
Ślepiec, pchany jakąś niezwykłą siłą, przebył okalającą zamek fosę, a szedł z taką pewnością, jakiej najlepiej widzący człek wśród jasnego dnia nie posiada; wdarł się później po wystających kamieniach podmurowania i tuż u stóp drewnianej ściany zatknął łuczywo, otaczając je przyniesionemi trawami i rzucając ciche, lecz pełno grozy wyrazy, wśród których wzywał kilkakrotnie Perkuna...
Jaśko, ujrzawszy idącego spiesznie Tubingasa z łuczywem, niepostrzeżenie posunął za nim.
Wyraz grozy na pomarszczonej twarzy ślepca, oświeconej krwawym blaskiem palącego się łuczywa, kazał się domyślać, iż nie próżno z ogniem w dłoni drogę tę przebiega.
Lecz Tubiugasowi, zda się, ubyło lat, tak szybko bieżał, a w przechodzeniu głębokiej fosy, nawet zręczny i przyzwyczajony do niebezpiecznych skoków, wychowaniec Wilczego Gniazda nie mógł mu dorównać. Tem więcej, iż nie chciał, aby starzec domyślił się czyjejśkolwiek obecności; zdala więc tylko, ukryty w rowie, przypatrywał się robocie starca, wiedząc, iż żadna siła nie byłaby mu zdolną przeszkodzić.
Tubingas, dokonawszy swojej zemsty, odwrócił się ku zamkowi, podniósł obie dłonie do góry, jakby rzucał niemi pociski, a jednocześnie miotał wyrazy klątwy, które głuchem echem odbijały się od ścian otaczającego zamek parowu.
Uchodził tak, oświecony łuną coraz szerzącego się ognia, który zamiast obejmować ścianę, pod którą był podłożony, zajął stos nagromadzonych, tuż po przeciwnej stronie, do dalszej budowy, berwion i desek.
Zaledwie zeszedł z podmurowania ślepiec, od drugiej strony wdarł się Jaśko i jął rozrywać palące się już drzewo, a jednocześnie zaczęto budzić się po okolicznych, rozrzuconych u stóp zamczyska, siedzibach.
Gwar i wrzask przestrachu wzrastał coraz więcej, lecz zbudzeni z pierwszego snu, nie wiedzieli, co się dzieje, i myśl o napadzie nieprzyjaciół, najpierw im przyszła do głowy.
Jeden więc brał oszczep i biegł na wroga, inny wołał do wspólnej obrony, inny jeszcze chciał uprowadzać niewiasty i dzieci, kryć dobytek i mienie, nikt nie spieszył gasić pożaru.
Tylko Jaśko rozrywał z nadzwyczajnym wysiłkiem deski, aby płomieni nie dopuścić na ścianę książęcej siedziby. Nagle jednak runęło przepalone drzewo, a z niem i dzielny młodzian stoczył się w rów, przysypany palącemi się jeszcze głowniami.
Tem zarwaniem palących się desek, ogień oderwał się od głównego budynku, resztę żaru straż zamkowa ugasiła, a schodząc, dobrze już nad ranem, w fosę, okalającą zamczysko, spotkała leżącego pod niemi Jaśka.
Potłuczony był jak jabłko leśne, spadające z wysokiej jabłoni, obłocony i oblany wodą, cuchnącą, na poły przegniłą. Lecz ta trocha wody w rowie ocaliła mu właśnie życie, bo deski palące się, w niej ugasły, a błoto goiło jego rany.
— To ten podłożył ogień i nie zdoławszy uciec, sam runął z żarem! — zawołał ktoś ze straży.
— Perkunowi go na objatę! — krzyczał inny.
— To teu sam, co z wnukiem Tubingasowym uciekł od Krzyżaków!
— Ten sam, co go Siewros u dziada od spalenia wyprosił!
— Spalić go teraz!
— Perkun! Perkun! Tubingas! — wrzeszczano dokoła, chwytając na wpół zemdlonego, i wywlókłszy z fosy, podążano z nim do świątyni.
— Stójcie! — krzyknął nagle głos tuż około rozjuszonych ludzi.
Na ten głos łagodny, lecz stanowczy, ucichły gwary roznamiętnionych czcicieli Perkuna, którzy rzuciwszy biednego Jaśka, stanęli w pokorze.
— Jak śmiecie wlec człeka na objatę bez zezwolenia wielkiego Kunigasa, lub knezia Gedymina? — rzeki powoli Bernard.
Przywykli do poszanowania tego ślepca, którego obok Tubingasa i samego księcia widywali, zaczęli się uniewinniać.
Bernard z mowy ich dowiedział się, kto był ów nieszczęśliwy młodzieniec i o co go posądzano. Tem gorliwiej więc zajął się omdlonym, rozkazawszy odnieść do swojej siedziby, gdzie jął leczyć jego rany. Wytłomaczył też zżymającym się po chwili posłuszeństwa ludziom, że powinni całą sprawę najpierw Gedyminowi przedstawić, a pod sąd starszyzny i Wielkiego knezia ją oddać.
Tymczasem o nieszczęściu przyjaciela dowiedział się wkrótce i Siewros: przybieżal więc do izby Bernarda i już obadwaj czuwali nad poranionym i oparzonym Jaśkiem.