II
Pośród nocy setne pochodnie biją w zamek carowej; potrząsają nimi zbrojne ręce. Dziwnie czerwone połyski biegną po hełmach i skrzydłach husarzów; po kolczugach pancernych, po sajdakach Tatarów, czepiają się grzyw końskich i buńczuków kozackich, pieszczą się z bogatymi jelcami u szabel.
Lud ten cały na dziedzińcu krzyczy, to grozi, to woła i wita. Myślą, że białogłowę wrzaskiem zastraszą, o żołd wołają, o nadgrody, o rzędy na konie, o zbroje na mężów, o skarbów rozdanie. Dobra pora: męża Dymitra zabili, sama została, niech nam więc sypnie z krużganka kamieńmi z mitry carów, niechaj samą koronę nam rzuci, my toporem posieczem twarde złoto na sztuki! Hej, pani! Hej, carowo! Hej, Dymitrowska żono, hospodarko nasza! A prędzej przybywaj, ukaż się nam i udaruj nas!
Zgiełk naokoło bram, zgiełk po dziedzińcu; tłoczą się ku drzwiom, ale tam mąż sam jeden stoi, a jego z tłumu żaden nie zaczepi; bo jemu z tego tłumu żaden nie sprosta.
On czasem potrząsa szyszakiem jak lew grzywą, a szyszak ma lekki, który dzielnemu cięciu się nie oprze; lecz za to u pasa wisi szabla, co każde cięcie odbije i za cios niedoszły razem śmiertelnym odda; bycze barki marszczą się nad kształtnym ciałem, nogi nieprosto się trzymają, jak zwykle u tych, co częściej na koniu biegną i śpią, niż chodzą i śpią na ziemi; jednak one potrafią i naprzód skoczyć, i w tył równie giętko się cofnąć; w otworzystych oczach znać, że i do surowych, i do namiętnych spojrzeń zdatne, pokrwawą teraz zaszły ich białka, czy to, że krew do nich bije, czy to, że w świetle pochodni pływają, a w źrenicy pali się namiętność do boju i łupów i do wszystkiego, co rzuca człowiekiem po szlakach niebezpieczeństwa, u końca których śmierć go lub panowanie czeka. Lica osypane perzyną, spadłą od promieni stepowego słońca, na czole dwie blizny, a nad ustami wąs się jeży gęsty, czarny, ulubiony od wojownika, zapuszczony w pierwszym jego obozie, głaskany pocałunkami dziewczyn, w dniu bitwy zakręcany z chlubą, postrach wrogów; uśmiechów wesela i uśmiechów wzgardy nieodstępny towarzysz.
Na piersiach bechter34 — i znać, że piersi niezwyczajne takiej zbroi, bo czasem oddech ciężki z nich wyjdzie; one w kaftanie lub koszulce stalowej narażać się lubią, nie dbając o życie, spotkawszy się z niebezpieczeństwem, tak jak kochanek, kiedy zejdzie się z kochanką. U pasa wisi młotek; nim rozbija rycerz pętlice na zbrojach obalonych wrogów, by nie psuć klingi swojej po drodze ku ich sercu.
Ciągle milczy i przy drzwiach gwałt całej tłuszczy na surowym spojrzeniu wstrzymuje, a kiedy przystąpią, jednym znakiem dłoni, jednym wykrzyknikiem odrzuca ich od siebie.
Pośród wrzawy głos odezwał się z góry, podobny do przeciągłego gwizdu:
— Najjaśniejsza carowa ukaże się wam niedługo — czekajcie!
I młodzian o szarfie zielonej stał oparty na kracie krużganku; nie rzekł i słowa więcej, ale spojrzał na żołnierstwo z uśmiechem czy litości, czy goryczy, jakby urągając tłumowi. Może też i dawny zwyczaj przypomniał, kiedy wolno mu było z góry patrzeć na mnóstwo i pogardzać nimi.
— W szeregi się zewrzeć, zstępuje carowa! — zagrzmiał wojownik od progu, a na ten głos wnet krzyki ucichły wśród szczęku zbroi i stąpań spieszących na miejsca swoje.
Husarze, pancerni, Kozacy, Tatarzy, w porządku stanęli na podworcu. Już światło pochodni nie łamie się wśród rozerwanych orszaków, ale po rzędach kirysów jednym długim płynie strumieniem od jednej bramy do drugiej i na ostrzach dzid zapala płomyki, które błyszczą szeregiem jak lampy w galerii.
Jazda porozrzucana na skrzydłach, niewzruszone i konie, i jeźdźcy, milcząca piechota, jedno35 szmer biegnie po rotach, podobny do szumu gałęzi, śniegiem odwisłych.
Młodzieniec znikł z krużganku i giermkiem przed carową ukazał się u drzwi. Głębokim był pokłon, którym wódz uczcił schodzącą panią, ale też śmiałym spojrzenie, które na nią rzucił. W nim przebija ufność w własną siłę, obietnica obrony i nadzieja nadgrody, nie w łupach i żołdzie, nie w łaskach padających z wysoka, świetnie jak rosa, chłodno jak szron zimowy; ale w tych względach, którymi piękność osładza trudy walecznego — rozkoszy pucharem.
Maryna odpowiedziała także spojrzeniem, a więc mąż jął iść za nią, z ręką na szabli, strzegąc jej kroków jak ojciec, rozpływając się w jej widoku jak kochanek.
A carowa wyglądała tej nocy właśnie, jak trzeba na draźnienie męskiego serca; na licu płonie od namiętnego oczekiwania, na czarnych włosach złota mitra się wznosi, tak kształtnie rzucona, że i jednego pukla nie zasłania i jej blaskom żaden pukiel nie szkodzi; płaszcz odpada od ramion, za każdym krokiem zsuwa się bardziej, już ciągnie się po ziemi; ale za to ramiona błysnęły spod niego. Szata znad piersi gwałtownym biciem tych piersi odsunięta, rąbek jeszcze został biały, przejrzysty, słaba opona przeciw rozhuźdanym oczom. I włosy też z wolna spływają w dół na ramiona, na plecy. Och! Kto na nią patrzy, tej nocy długie zachowa wspomnienie. Statku36 i urody tyle na tych licach, tyle hartu na czole, że marmurem wydaje się białym, a tyle ponęty, błagań, rozkazów na ustach, że zdają się liściami róży drżącymi w powiewie — raz je wiatr mocny rozrywa, znów cichy głaszcze i spokoi.
A jako na panią licznych ziem i grodów, przystało, obziera szeregi rycerstwa; czasem też łza spłynie z powieki, niby męża pamięć — to pamięć Kremlinu. Każdego wyniosłość zadziwi, płacz wzruszy. Pierścienie, rozwiązawszy się, lunęły deszczem czarnych włosów, który aż do stóp się spuścił; ona, je podjąwszy, pięć razy dłonią okręci i znów w czarne chmurki zepnie, które wiszą nad czołem; wreszcie zawoła w uniesieniu, odrzucając natrętne sploty od twarzy, przebiegając szeregi, to uśmiechem nęcąc, to wzrokiem z ognia burząc dusze, gdzieniegdzie sypiąc złoto i srebro:
— Nieszczęśliwej pomoc dajcie, waszmoście! Kiedy patrzę, ja biedna i nieboga, na tyle zbroi i oręża, jeszcze wzrasta we mnie serce; bo wiem, że Polak odbieżyć nie umie. Prawą jestem szlachcianką polską, waszmoście, prawą carową waszą — i tu oglądała się na hufce Moskwy — ani wy siostry, ani wy pani swojej nie puścicie na śmiech u ludzi, na nędzę u świata. Wielki kniaź Dymitr legł pod żelazem zdrajców; ależ ja i syn mój zostali; on śpi w tych komnatach, niewinne dziecię, nie wie nic o losie ojca; uśmiechało się przed chwilą do matki, a ja mu obiecałam w duchu pomoc i tron należny. Nie odstąpię przeznaczeń boskich, które mi koronę na to czoło dały, by ją to czoło nosiło do grobu. A więc radźcie pomiędzy sobą, radźcie, waszmoście, o was samych, bo ja, choćby jeden giermek tylko przy mnie się opowiedział, z tym jednym jeszcze pójdę ku bramom stolicy mojej!
Po tych słowach nagłym zwrotem ręki wyrwała szablę z pochwy Agaj-Hana — i klingę obróciła ku piersiom; zda się przy pochodniach, że wąż ognisty wspina się do tego łona.
— Pomścijcie mnie, waszmoście! Zemsty, zemsty za panią waszą. Tam poćwiertowane ciało leży w borze, tu pani wasza, a na ostrzu tej szabli waży się jej życie; bo hańby i sromu37 krew moja nie znała nigdy, nie pozna i dzisiaj. — Ratunku, pomsty ja wołam po was!
I żelazo piersi dotknęło, i ręką mocno ściska szablę, a nad tym obrazem śmierci na ustach w górze ulatuje uśmiech niewieści, uśmiech, jakim pierwsza niewiasta nęciła Adama.
Agaj-Hana twarz natężona, oczy wlepione w carową, nie chce utracić i jednego jej słowa, i jednego jej ruchu. Rozpływa się w milczącej rozkoszy i wzrokiem ssie jej wdzięki, jak pszczoła nachylona nad kielichem kwiatu; może mu się zdaje, iż ten obraz marzeniem, co się stawiło na rozkaz wyobraźni, więc niewzruszony, we wschodnim letargu duma i szaleje. Drugi mąż nie dotrzymał niecierpliwości swojej — porwał za pałasz i mignął dwa razy kręgiem naokoło hełmu.
— Mołodźcy! Hej, do mnie! Hej, do Zaruckiego! Ja przy carowej, a moi przy mnie! —
To mówiąc, zbliża się do niej, wskazuje na szyki, co przebiegły, a oczy wyskoczyły mu na wierzch od namiętności, drży barkami, drży ramionami, już mu ramiona podnoszą się do piersi, zaokrąglają się pomimo woli, coraz bliżej jej kibici.
Uśmiech wdzięczności był mu zapłatą — on przestał na takowej teraz, a później inszej zażąda. Wraca Maryna pośród krzyków do zamku, huczy rycerstwo i wita ją swoją panią, potem rozbiegnie się po mieście. — Na dziedzińcu ciemność i milczenie, lecz tam po ulicach, lecz owdzie po rynkach wrzaski i kłótnie, smolne ognie i kagańców błyski.
Komnata Dymitra nieboszczyka lśni się bogatym sprzętem. Zasłony u łoża, firanki u okien, obicie po ścianach błyszczą haftami, w framugach wiszą bechtery i karaceny38 złotem nabijane, a z hełmów zlewają się pióra, to białe, to czerwone,
Pośrodku stoi Maryna z lampą w dłoni, z błędnym wzrokiem. Z rana dziś jeszcze porwał się z tej ciepłej pościeli kniaź i zatrąbił na łowy; tu przed łowami jeszcze pił do swoich Tatarów, aż rumiany od napoju, zataczając się, wyszedł tymi drzwiami; już nie wrócił — już nigdy nie wróci.
Zda się jeszcze wdowie, że widzi na srebrnolitej poduszcze twarz o srogich i nadętych rysach, oczy pełne chuci i bezwstydu, że słyszy, jak to ciało, rozmarzone po uczcie, przewraca się i pokoju znaleźć nie może, jako drze przez sen kosztowne nakrycia i futra lub pada na podłogę i jak nieżywe się toczy.
Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Żalu zapewnie39 żadnego nie czuje; obrzydzenie tylko, a jeśli jaki żal doń się miesza, to że dwa silne ramiona odpadły od jej sprawy; może też przyszło jej do serca, że on był ojcem jej synaczka.
Waha się, niepewna, czy pójdzie dalej. Coś, zda się, ciągnie ją ku owym drzwiom na pół rozwartym obok łoża, za którymi schody blade kręcą się i giną w ciemności. To postąpi, to się cofnie, a kiedy się nie cofa, to się zatrzymuje, gdyby40 wryta — o oczyma wbitymi w te drzwi, w te schody, dysząca, z rzędem zimnych kropli na czole.
Ale w jej męskim sercu niedługo bojaźni przewaga, jakąkolwiek ta bojaźń być może. Więc lampę dzierżąc przed się, weszła na schody i poszła nimi. Dziwne to przejście. Splotami węża wiją się stopnie, czasami w dół wracają, potem w górę się wspinają. — Znać po kształcie muru, że się jest w okrągłej wieży — ale nigdzie strzelnicy — jedno41 grube ściany wszędzie, a czasami hak żelazny na promieniu lampy występuje z cienia, a schody wciąż środkiem idą, ledwo ścian się dotkną gdzieniegdzie, zresztą42 wiszą nad głębią czarną, z której dołu wychodzą szumy i głuche szelesty, niby to woda pieni się w bąbelkach i te bąble pryskają — niby to wiatr zakrada się pomiędzy ciasnoty i bije się z nimi.
Długo błąkała się carowa, ale to jej nie odstręcza; równym zawsze stąpa krokiem; trwoga z jej twarzy zniknęła, tylko została wola i ta ją dalej, wyżej, coraz wyżej, coraz wyżej popycha. Błysnął zamek żelazny, błysnął łańcuch ze stali u stalowej kłódki: w murze czarnym drzwi się bieliły — a od ich kamiennego progu most rzucony aż do schodów, wisi nad przepaścią, bez poręczy, cienki, drżący od kroków carowej, choć dopiero doń się zbliża. — Cóż dopiero, kiedy na nim stanie!
Pojrzała raz tylko w dół i na mostek weszła. Ani wprzódy próbowała jego mocy, wysuwając nogę jedną, drugą na schodach trzymając; ani schyliła się, by ręką pociągnąć po nim, ale od razu weszła, nie oglądając się z tyłu, ku drzwiom jedynie dzierżąc oczy; deszczka ugina się pod jej stopami jak fala pod łódką, a jak pod falą jest otchłań, tak i tu dna nie masz!
Śnieżnymi palcami przebiera po łańcuchu, targa ogniwa — rdza została na palcach — nic więcej oderwać nie potrafi; a zatem dobyła spod szaty długiego sztyletu o błękitnych żyłach, o niezłomnym harcie. Kilka razy uderzyła i łańcuch się przerwał — zawisł jak długi na klamce — przypięła lampę do niego i obuma43 dłoniami bierze się do kłódki; a lampa, kołysząc się z wolna, kręgiem światła jej postać oblewa, lecz każdy promień, co się zapuści dalej, czy w dół, czy w górę, skonać musi wśród cienia; ona jest wyspą bladego światła wśród dwóch otchłani ciemności.
I kłódka nie dotrzymała ciosom sztyletu, bo i ostrzem, i rękojeścią tłukła w nią carowa; drzwi otwarte. Dlaczegóż nie wejdzie natychmiast? Dlaczegóż przynajmniej stopą nie uchwyci się progu? — Wszakże niebezpieczeństwo dokoła, wszak belka coraz gnie się bardziej — już jęczy, bo bliska pęknięcia! Nie — ona stoi i patrzy w ciemną komnatę. Bliską celu znów słabość napadła i nie śmie postąpić, jak ten, co doszedł krat smętarza44 i od nich wraca się nazad. Potrzeba jej było skoku, by się wyrwać z zadumania czy trwogi. Rozczuchrana, z pomieszaniem na licu, drżąca, przymrużając oczy, wpadła do komnaty i podniósłszy lampę, rzuciła wzrok naokół, spiesznie, błędnie: tym pierwszym wzrokiem nic nie zobaczyła. Dopiero po chwili zmysły odzyskała, a wtedy, kiedy spojrzała, wszystko zobaczyła — i ściany ubrane w pajęczyny, i strzelnic dwie, i sklepienie ostro pnące się w górę, ślady dymu po nim i piec żelazny, szerokie krzesło i stół dębowy z dwoma księgami, krymką hebrajską, z guzami z rzemienia do hebrajskiej modlitwy. Pokój to skryty zabitego kniazia. Znać na kurzu podłogi stóp jego ślady, szata długa zarzucona w kącie, a na roztwartych księgach pismo niechrześcijańskie, ni greckie, ni łacińskie.
Lampa wypuszczona runęła na posadzkę — nie zagasła jednak, owszem, żywszy blask na wsze strony miecie45 — a piękna wojewodzianka sandomierska załamała ręce w gorzkiej rozpaczy. Patrz na nią teraz, a ujrzysz nie dumną królowę, nie hardą panią, ale kobietę we łzach, marzącą o swojej młodości, o domu ojców, o szlachetnym rodzie, o polskich niwach, o pierwszej miłości, wśród niemych dowodów hańby i poniewierki.
Sprawdziły się poszepty ludzi, Agaj-Hana sprawdziły się słowa. O patrz na nią teraz, patrz jako urodziwa w swojej boleści, jako te lica stateczne rozmiękłe od płaczu, świeższymi się wydają. Wprzódy były świetnym, ale suchym kwiatem; rosa czułości go teraz oblała, płomień oczu mgłą się otoczył i zza tej mgły milej świeci, jak promień słońca zza wiośnianej chmury, tak lekkiej, że się nie godzi nazywać ją chmurą.
Powieki spuszczone, piersi dyszą smutno jak u dziewicy, która dotąd nie zaznała świata i z pierwszą boleścią spotkała się na świecie; ramiona opadły na dół z niemocy, ale nie wiszą jak nieżywe, dotąd w nich jest zaokrąglenie pełne wdzięku; na czoło pochmurność, która na łzy stopić się nie może, na czole pozostała duma, ale poniżona, cierpiąca. Tysiąc wspomnień w tej chwili tłoczy się w serce, w serce niebogie Marii, słabej niewiasty, opuszczonej, zdradzonej, przelękłej: i wspomnienie pierwszego męża, dziarskiego, hojnego, któremu tak pięknie pasowała korona carów, i towarzyszek dzieciństwa, i sadów ojcowskich, gdzie owoców i murawy siła — i kaplicy z grobami Mniszchów, gdzie dzwony tak smętne, gdzie modlitwa tak powabna, za dusze przodków i szczęście rodziców; aż tu znów wali się przepych Kremlinu i ślub z błogosławieństwem króla polskiego, i dary bogate, i tłumy bojarów niewolników, i wesele, i pierwsza noc wesela z oblubieńcem młodym, walecznym, panem rozległej krainy; a potem — spiski i mordy. Ach! To nic jeszcze — więzienie i wygnanie. — Ach! to nic jeszcze — ale drugi ślub — drugi mąż. — Ach! To wspomnienie serce jej rozniosło na ostrzu swoim. I znów spoziera na Biblią i Talmud, na krymkę i szatę czarną; zadrżały kolana, usuwają się ku ziemi, rękę wyciąga, jak gdyby wzywała pomocy, mdło w piersiach nieszczęśliwej, już pada — wtem ją z tyłu ręka zatrzyma i śmiech szyderczy wróci do życia pychy i gniewu.
— Huryso moja, a wszak moje słowa niekłamliwe jak rosa, co błyszczy z rana — w południe szukaj, a nie znajdziesz jej kropel. Ha! Niewierny tu przesiadywał, modlił się pies, a ty jego żoną, ciebie w ramionach trzymał, twoje usta brudził swoimi. Huryso moja — nie taki, nie taki mąż przystoi tobie! —
Łez już nie było na jej twarzy ni rozrzewnienia w duszy — ale choć obrażona, choć chciałaby karcić młodzieńca, nie może w tej komnacie rozkazywać. Tu służalec, tu giermek jej przewagę wziął nad nią, bo zastał kobietę, tam gdzie trza było jej, by zastał carowę. Więc milczy i w powagę się stroi, czuje bowiem jeszcze wilgoć po licach i ostatek słabości w sercu. Chwili jeszcze jej trzeba, nim całkiem weźmie górę nad wzruszeniem.
Agaj-Han podniósł lampę i wprost ją trzymał naprzeciw pani; pałają mu oczy żywiej od lampy, na rysach migają uczucia, jak obrączka światła nad pianą potoku; ukląkł Azjanin i obie ręce w krzyż złożywszy na piersiach, zawołał, zaśpiewał raczej:
— Sułtanko moja, tulipanie piękności, żaglu biały na lazurowym jeziorze mej duszy, o rajski ptaku mój, niech zrzenicy twej piorun nie pada na mnie! Kroków twoich strzec chciałem w tej pustej wieży, a zarazem jako goniec przybyłem. Hetman kozacki, Igor Sahajdaczny Zarucki, twoim rozkazom się stawił, czeka w sali zamkowej na ciebie, jako na wschód słońca. —
Tu uśmiech szyderczy utkwił mu na ustach i dodał z przeraźliwym krzykiem.
— Szablę ojcowską uniosłem z pożaru i rzezi, a szabla to krzywa, do cięcia i do rąbania, z ostrzem bez miłosierdzia, z klingą bez skazy; piętnaście strzał noszę w kołczanie, a każda ma żądło, którym ssać krew lubi. Dżyryd też w puściźnie mi został, lekki, płytki, z pancerza i piersi pod pancerzem szyderca, a do tego i handżar46 u mnie zimny jak wąż, śmiertelny jak wąż, ale bez dzwonków, i jak wąż ostrzegać nie raczy. Huryso, czy dosyć na jednego wroga? A teraz powtórzmy: hetman kozacki, Igor Sahajdaczny Zarucki, czeka na swoją panią.
Maryna nie odpowiedziała i słowa; nie wiedzieć skąd, ale przyszło do tego, że giermek zmusił ją do milczenia. W jego ruchach, rysach, w głosie, w odwadze pełnej urągania się, w zapale dziecinnym, w marzeniach wschodnich było coś uroczego — może i ten urok padł na carowę; nie, żeby dopuścić go miała bliżej siebie, jedno47 znosi jego mowy i szały, jak gdyby upodobała sobie w jego dziwaczności. Kiedy zeszła do zamkowej sali, musiał Agaj-Han ustąpić — wyszedł, Zaruckiego żegnając wzrokiem tygrysa. Tajemną została na zawsze owej nocy rozmowa. Hetman wyszedł o brzasku, a poznał giermek na jego palcu pierścień, jeden z setnych pierścieni carowej.