28. Do Henryka Reeve’a
2 sierpnia 1831 r., Genewa
Mój kochany Henryku!
Żaden człowiek tyle dla mnie nie zrobił, co ty, oprócz Leacha na Salève, lecz było to raczej skutkiem zbiegu okoliczności; a tu, jest to skutkiem Twojej przyjaźni. Powiedz mi, jak możesz być moim przyjacielem? Ale jednak jesteś nim, a ja Twoim. List Twój, Henryku, miał na mnie wpływ ogromny. Odebrałem go wczoraj wieczorem po powrocie ze spaceru, podczas którego dużo mówiłem o tobie i o H. I natychmiast poczułem się tem, czem byłem niegdyś.
Reevie, Henryku najukochańszy, rozkoszowałbyś się, gdybyś mógł widzieć, w jaki stan mię wprawiłeś. Widziałbyś mię, jak, dysząc ciężko z gorączki i zapału, wymawiam imię H., przebiegając wielkiemi krokami mój pokój z wyrazem twarzy, zdradzającym, że wierzę jeszcze w przyszłość i że czuję się dość silnym, by walczyć ze swymi bliźnimi. Mówię Ci, że silny dziś jestem, krzepki, potężny. Dusza moja rwie się naprzód, żądna czynu. Ale oto, gdzie rozpoczyna się męka. Kładę się zgnębiony i cierpię, jak istota bierna. Podniecony, tak jak Ty w tej chwili mię podnieciłeś, chciałbym działać, działać, działać nieprzerwanie. Ale cóż widzę: smutne mury mego pokoju i jego purpurowe firanki. Oto, gdzie dusza moja jest zamknięta, oto zakres mego rozwoju.
Moja droga, moja własna, jedynie droga, moja ukochana, droga Henrieta! A więc spotkasz się z nią; już ją widziałeś! Czy słyszysz bicie mego serca? Czy widzisz nieokiełzaną niecierpliwość, która wstrząsa całem mojem ciałem? Nie mam już czasu, by Ci powiedzieć, co masz czynić. Lecz wszystko, co uczyniłeś, uczyniłeś dobrze. Chciałbym, żebyś jej powiedział wszystko, żebyś mówił do niej z zapałem, który, gdy osiądzie na Twojem czole, daje rysom Twoim wyraz poetyczny, porywający, zwycięski. Jestem pewien, że jedna lub dwie łzy błysnęły w Twojem oku i że ona całe wylała ich potoki. Chwila musiała nawet dla Ciebie być bardzo piękną, chociaż ona nie jest Twoją ukochaną. Tak jest, Henryku, utrzymuję, że to spotkanie zostawi ślad głęboki w Twojej duszy, że nie przejdzie bez skutków, że zrodzi myśl nową i poetyczną i że później wspominać je będziesz z rozkoszą. Wiem co mówię — nie jest to tylko przeczucie, ale również i doświadczenie. Lecz kto wie?... Może radość i zapał mój wzbudza coś, co ma być moją zgubą. Może zbliży się do Ciebie ironiczna, wzruszona, surowa, otrząsając z pogardy palce, jakby chciała strząsnąć na podłogę krople wody lub krople trucizny, i powie Ci: „Przyjaciel Pana był niegdyś i moim. Teraz, gdy uchybił honorowi i nie spełnił swoich obowiązków, dziwię się stałości, z jaką Pan go jeszcze kocha. Dla mnie jest to odtąd niemożliwe. Czy zechce Pan wstąpić do nas na herbatę?”.
Niech Bóg w swojem miłosierdziu oszczędzi mi tej ostatniej próby po Twoim liście, który wzniósł mię tak wysoko nad mój stan rzeczywisty, że stałem się silny, potężny, pełen zapału i ognia. Nie zrozumiesz, w jakim stanie znajduję się teraz. Co za pomieszanie szczęścia i cierpienia, widm mego pierwszego uczucia i upiorów mojej smutnej przyszłości! Ileż namiętności głos swój podnosi we mnie, jakże czuję głęboko, że was kocham, ją i Ciebie, jakież rzucam na siebie przekleństwa, z jakąż litością uśmiecham się, obserwując duszę swoją, tak zmienną, tak dziecinną, tak chwiejną, która w jednej chwili przejść może od zgnębienia do męstwa, od znękania do zapału, od słabości do mocy; a potem wiem, że to długo nie potrwa, że znowu padnę na ziemię i to padnę z wielkiej wysokości, że przełom się zbliża, gdyż wznoszę się jeszcze, gdyż z każdą chwilą szał mojej miłości wzrasta, gdyż teraz dałbym życie, by ją choćby z daleka zobaczyć! Lecz znam się dobrze. Gdy najwyższe napięcie gorączki minie, przyjdzie mi wrócić do niepewnych wspomnień, do bladych, drżących barw, znowu wzdychać lub milczeć w dumie swojej, płakać miast60 pewnem spoglądać spojrzeniem, jak to czynię w tej chwili. A spojrzenia moje są płomieniem, a dusza moja jest ogniem.
Moja biedna H..., moja droga Henrieta! Szczegółów, Henryku, szczegółów! Najdrobniejsze, najbardziej błahe, wszystkie są dla mnie poezją, z wyjątkiem czepka i braku włosów. Utrzymuję, że to kłamstwo, jawne i podłe kłamstwo. Najmniejsze jej słówko, najlżejszy jej ruch, słowa piosenki: Serce moje i lutnie itd., itd. Jak jej pokój jest urządzony? Czyś widział coś pochodzącego ode mnie przy niej? Napisz mi wszystko, wszystko, żebym mógł, nim zginę nędznie, odetchnąć jeszcze raz wonnem powietrzem mojej pierwszej, mojej jedynej miłości! Twoje talenta dyplomatyczne są wspaniałe. Polacy zwyciężyli; król Francuzów wołał razem ze swoim ludem: „Niech żyje Polska, niech żyją Polacy!”.
Ale, przyjacielu mój, między tylu rozdzierającemi mię namiętnościami, pośród tylu bólów i cierpień mam dla Ciebie w głębi mej duszy błogosławieństwo uroczyste i pełne spokoju, które przesyłam Ci w dowód wdzięczności i przywiązania. Choćbym był miotany na wszystkie strony, rozbity, nieprzytomny, rozgorączkowany lub znękany i rzucony w pył, w błoto, znajdę zawsze dla Ciebie to błogosławieństwo zarówno w dniach walki i wysiłku, jak na śmiertelnem łożu. Błogosławię Cię, mój przyjacielu, Ciebie i tę, którą tak kochałem.
Zyg. Kras.
P.S. By nie tylko słowami, lecz i czynami Ci się odwdzięczyć, kazałem w tej chwili zawołać do siebie Vauchégo i powiedziałem mu: „Trzeba mi w ciągu 48 godzin splotu włosów Konstancji Sautter. Oto pieniądze, weź wóz, dziś lub jutro, jedź do Bourdigny. Żadnych głupstw, ani skandalu! Działaj ostrożnie i przywieź mi włosy. Słyszałeś?”. Rozumiesz, mój drogi, jaki głos, jakie miałem spojrzenie. Przyrzekł, że je mieć będzie. Pojechał. Burza się zrywa, grzmi, wybieram się na jezioro. Żegnaj.
Mia cara Enrichetta, my dear Harriet, Mamma...61.
Czy przypominasz sobie wszystkie fazy mojej miłości, która wykwitła, jak słońce, na niebie mego życia, zeszła, jak księżyc, a teraz znów wskrzesiła słońce, bo użyczyłeś jej swoich promieni, swojej przyjaźni, swego zapału, Henryku! Niech Bóg Cię błogosławi, bądź wielki i sławny. Mój drogi, skoro jestem tak roznamiętniony, jak teraz, kręcę się ciągle w kółko, obracam temi samemi słowami, gdyż, zwróć na to uwagę, jest to rodzaj szaleństwa, rodzaj natręctwa myśli, a wtedy nie mogę powiedzieć, wyrazić nic innego, tylko tę jedną myśl, która staje się bądź różą, oplatającą moje czoło, bądź gwoździem, wbijającym się w mój mózg.
Oto dlaczego cały list dzisiejszy jest jednem powtórzeniem od początku do końca. Kto inny zobaczyłby w nim niewiele, a dużo humbugu — Ty zaś ujrzysz w nim prawdę, ujrzysz w nim wskrzeszonego na czas pewien trupa, nędznika, wznoszącego czoło z dumą, którą czuł niegdyś, i chwytającego oburącz przeszłość, by uczynić z niej siłą wyobraźni teraźniejszość.
Henrieto! Jak słodko mi pisać to imię! Henrieto, Henrieto, Henrieto! Oby była szczęśliwa, a ja jeszcze godnym jej miłości, jej wspomnienia. Nigdy ręka moja do niej należeć nie będzie, ale niechże przynajmniej wargi jej będą w stanie wymówić imię moje bez wykrzywienia się ze wstrętem. Dzień, w którym zdołam jeszcze wzbudzić w niej zapał, będzie moim najpiękniejszym, najszczytniejszym dniem, choćby był dniem mego zgonu. Oczekujmy naszego przeznaczenia, a mogąc jeszcze pysznić się tem, że mną nie pogardzasz, wznoszę błagalnie oczy i ręce ku niebu, ku Zbawicielowi naszemu. A oto moja modlitwa: „Niech ona będzie szczęśliwa i niech on będzie szczęśliwym, a ja niech zginę, walcząc za swoją ojczyznę!”.
29. Do Henryka Reeve’a
1831 Genewa, 29 sierpnia
Mój drogi Henryku!
Czy Ci nie mówiłem? Czy Ci nie powtarzałem? Próbowałem wbić klin, tkwiący w mojej głowie, w Twoją. Nie chciałeś temu wierzyć, a raczej uwierzyłeś, ale ponieważ mię kochasz, chciałeś oszukać zrazu siebie, później mnie. „Że hrabia przybył do Polski”. W tych słowach zamknięte są i całe moje przeznaczenie, i wszystkie obowiązki, i cała jej pogarda, a wierz mi, pogarda jej jest głęboka. To bunt duszy, długo ujarzmionej, która pojęła, że jej ujarzmiciel nie jest wcale wyższy od niej, lub że upadł, a z chwilą, gdy upadł, oczarowanie, urok, potęga, wszystko prysło, załamało się, rozpadło. Moja miłość znad Lemanu była silnym talizmanem: byłem tem, czem utrzymywałem, że jestem. Podnieciłem ją przyszłością i sławą, ciemnemi odblaskami i wielkością. Inaczej nie mógłbym podbić tej pięknej duszy. Ale gdy przyszłość ta rozwinęła się w nędzne łachmany, wleczone w błocie, zamiast ukazać się jako aureola, błyszcząca nad trumną, talizman stracił swą moc i nie pozostało zeń nic, prócz wiecznego wspomnienia we mnie i najwyższej pogardy w jej duszy.
Kochasz mię tak bardzo, że nie obawiam się prosić Cię, byś podtrzymywał od czasu do czasu w jej sercu niejasne wspomnienie o mnie, bądź przez moje listy, bądź posyłając jej moje pisma, bądź spotykając się z nią, i to wtedy, gdy będziesz chciał, gdy będziesz mógł, gdy Ci to nie będzie nieprzyjemne. Poślij jej Marię Shelley! Co ona o tem powie, albo raczej co o tem pomyśli.
Ogłosić naszą korespondencję! Oto kobieta, która słabo jedynie rozumie rzeczy wewnętrzne a dąży tylko do uzewnętrznienia się, do formy, do blichtru. Ach, gdyby wiedziała, że w listach tych złożone są dni rozpaczy jej ukochanego, jego noce, spędzone w gorączkowym szale, jego żale i nadzieje, daremne walki, jego siły i chwiejność jego słabości, zarodki jego sławy i owoce jego ostatniej hańby, zadrżałaby na myśl samą ukazania ich w świetle dnia, jak drżały dziewice starożytne, dotykając kartek ksiąg sybilińskich. Dam Ci temat dla Twego poematu.
Czterdzieści lat temu żyła w Chamonix młoda dziewczyna, prosta chłopka, zrodzona w chacie pośród masła i sera. Ale natchnienie nawiedzało ją od dzieciństwa.
Twarz jej nie była piękna, jak twarze piękności ziemskich, lecz wyrazista, jak zarysy obłoku, zawierającego w sobie ducha. Oczy jej świeciły ogniem lodowców. Była to Joanna d’Arc gór. Ukochała namiętnie piękność przyrody; opuszczała rodziców swoich i swe kozy, by wdzierać się na skałę, oddychać błękitnem powietrzem, wpatrywać się w słońce dniem, a w księżyc nocą. Przepaść była stopniami jej ołtarza, lawina muzyką, a gdy huragan okręcał się wkoło niej, wznosiła się lżejsza i smuklejsza ku ostrym szczytom górskim. W dwudziestym roku życia namiętne jej umiłowanie śniegów i błękitu pociągnęło ją ku szczytowi Mont Blanc. Poszła za strzelcami kozic skalnych, ludźmi, uszlachetnionymi przez niebezpieczeństwo, jak mówi Byron. Zapuścili się oni między czerwone iglice, by nową utorować sobie drogę. Szła za nimi odważnie i wesoło. Wchodząc na górę, śpiewała pieśni swego dzieciństwa. Mówiła głosem ożywionym, gdy dosięgła lodowców, gdy weszła wyżej nuciła piosenki, szepnęła cichym głosem słów kilka między czerwonemi iglicami, wreszcie zamilkła, ale szła ciągle, a oczy jej były równie błyszczące, jak u stóp góry. Szła, póki oczy jej nie poczęły gasnąć, a lica blednąć. Krople potu zimnemi sznurami oplotły jej czoło, kolana ugięły się pod nią, kroki jej stały się urywane, a ona szła ciągle. Na koniec usiadła, a łono jej biło jeszcze miłością dla szczytu Alp, którego dosięgnąć nie mogła. „Zostawcie mię na śniegu” powiedziała do swych towarzyszy. „Dążcie do swego celu, byście go osiągnęli. Odważyłam się na zbyt wiele, bo za dużo pragnęłam”. Lecz wtedy ogień tej duszy namiętnej przeniknął do serca dzikich strzelców. Jakby iskra elektryczna padła na tych ludzi twardych, śmiałych, hartownych. Porwani zapałem, który wzbudziła w nich młoda dziewczyna, wzięli ją na ramiona i nieśli ją coraz wyżej, coraz dalej wśród tysiąca trudów, pokryci potem, rozbici o skały, broczący krwią. Zanieśli ją aż na szczyt Mont Blanc’u i tam nadali imię Marii z Mont Blanc’u. To jedyna kobieta, której stopy dotknęły śniegów króla Alp i diamentów, osadzonych w jego koronie. Od tego dnia tylko pod tem imieniem znana jest w dolinie.
Zrób coś z tego!
W wierszach o nocy w Sallanches, któreś mi przysłał, jest siła: o to Cię zawsze proszę. „Nim góra Ararat obeschła” jest dobre. Myśl natychmiast unosi się ku pierwotnemu światu, a widok gór zawsze wywołuje w naszej duszy obraz tego pierwotnego świata.
Powiedziano mi, że Prevost został saintsimonistą; według tego, co mi piszesz, nie jest to prawdą. Chętnie wierzę, że jest to dusza olbrzymiej miary, ale czemże byłby piorun, gdyby nigdy nie padał poza swoją chmurą?
Nie poddawaj się wpływom poezji Hugo’a! Jest to poezja bez myśli, polegająca wyłącznie na wyrażeniach. Wielkim błędem Hugo’a, Balzaca i całej tej generacji ponurych poetów, którzy obawiają się zmoknąć podczas ulewy, jest nadmiar wyobraźni przy ubóstwie uczucia. W ustroju ich duszy brak harmonii. Czytaj ich: co Ci z tego pozostanie, nie będzie pełną, harmonijną całością. Czytaj Szekspira i Byrona! Niektóre szczegóły wydadzą Ci się dysonansami, ale całość wytworzy zgodną muzykę. Wielki poemat powinien naśladować wszechświat, gdzie szczegóły wydają się czasem dziwaczne, ale gdzie całość jest boska.
Zyg. Kras.
Co o tem myślisz? Czy dobrze zrobię, pisząc do H...? Dusza moja się na to wzdryga. Odpowiedz prędko! Nie zapominaj, że H. już więcej do mnie nie pisuje.
30. Do Henryka Reeve’a
2 września 1831, Genewa
Od dwóch dni nie modliłem się do Boga i mam gwałtowniejszą gorączkę, niż kiedykolwiek. Z łatwością domyślisz się ze słów tych, że walka straszliwa odbyła się we mnie. Walczyłem z niewzruszonem przeznaczeniem, jak bohaterzy starożytni, i, jak oni, uległem.
Przyjechał tutaj niejaki p. Łubieński, by poprzeć pożyczkę polską. Człowiek ten pozostał przez kilka dni w Genewie i nie zwrócił się do mnie, ani mię odwiedził. Na godzinę dopiero przed swoim odjazdem, o godzinie 7 rano, przysłał do mnie swojego rudego bratanka, którego znasz, z prośbą, bym do niego zaszedł. Przyszedłszy tam, znalazłem człowieka o wszystkich szczególnych i charakterystycznych rysach rodziny Łubieńskich. Przyjął mnie bardzo uprzejmie i, poprosiwszy, bym przeszedł do jego gabinetu, oznajmił, że wyprawa, do której będzie należał książę de la Moskowa, wyjedzie z Hawru, by żeglować morzem w kierunku Litwy, że mi proponuje, bym wziął w niej udział, że wystarczy, bym do Paryża pojechał, że odebrał depeszę od generała Kniaziewicza, w której jest mowa o mnie. — Po czem obrócił się na pięcie i bez pokazania mi depeszy zabrał się z powrotem do swojego śniadania, złożonego z jaj na miękko. Nie mogę Ci powtórzyć dosłownie jego przemowy, lecz zauważyłem, że plątał się okropnie i że chciał mię podejść; w jakim celu, tego nie wiem, to rzecz jego sumienia. Trzeba Ci wiedzieć, że jest to stryj Leona Łubieńskiego, który znajduje się obecnie w Paryżu. Uczułem, że chciano mię oszukać lub zastawić na mnie sidła, lecz czułem jednocześnie, że obowiązkiem moim jest dać się schwytać w nie z zamkniętemi oczyma, z chwilą, gdy ubarwiano to świętem imieniem Polski. Wyszedłem z mocnem postanowieniem wyjazdu.
Jest tu jeden były kapitan, Polak, wynalazca jakiejś metody chronologicznej, który daje lekcje. Jest to człowiek, wyróżniający się erudycją i dobry wojskowy, niejako duszą i ciałem mi oddany. Powiedziałem mu, że trzeba, by jechał ze mną. Duchesne pożyczył mi 250 franków. Spakowałem swoje manatki wśród łez i zaklęć Jacka. Byłem nie do wzruszenia, lecz zaczynałem gorączkować. Ale oto Jacky idzie do tych panów z Genewy i każe mię oddać pod dozór policji, bym nie mógł wydostać się z miasta. I oto łapie paszport do Paryża i daje mi słowo honoru, że pojedzie za mną, że jest w rozpaczy, lecz w Paryżu będzie wywoływać wszędzie zajścia, które znajdą odgłos we wszystkich gazetach w połączeniu z pochwałami dla mnie, a obelgami i potępieniem dla, wiesz, kogo....
Ale oto, jeszcze całkiem inna sprawa. Dowiedziałem się, że ta wyprawa, to kłamstwo i wymysł Łubieńskiego, że książę de la Moskowa jest ojcem rodziny, który nie myśli zgoła o zapuszczaniu się w lasy litewskie, wreszcie, że na mnie liczą w Paryżu, lecz tylko na moje zdolności umysłowe (jest to zdanie wyjęte z listu, który przybył z Paryża do Genewy), nie zaś na miecz mój i ramię. Chciano by mi dać miejsce Olszowskiego! A więc uczyniono na mnie małą zasadzkę. Miejsce Olszowskiego? Listy przepisywać! Nie, to nie dla mnie! Chcę walczyć i wylać ostatnią kroplę swej krwi, lecz zostać gryzipiórkiem dyplomatycznym, gdy inni stają się bohaterami, to może dobre dla duszy Olszowskiego, lecz jest nieodpowiednie i poniżające dla mojej. Mogę ująć za pióro i natchnienie moje spisywać, lecz nie chcę kreślić świętego imienia mojej ukochanej Polski co dnia w listach, notatkach i listach, dawanych do przepisywania. Chcę je wyrzeźbić z szablą w ręku na piersiach Rosjan. Wszystko, lub nic! W końcu znów przeszedłem duchową walkę, a walka ta, przyjacielu, była silna, wielka, straszna. Niemożliwość materialna, nienawiść do skandalów, odkrycie podejścia, zatrzymały mię i zakończyły walkę. Jej ślady pozostały, ale być może, że te dwa dni maligny, rozpaczy i egzaltacji, kolejno po sobie następujących, zabrały jeden rok mojemu wątłemu ciału. I dlaczegoż bym tego żałował? Oby życie moje skończyło się prędko! Lepiej niechaj się skupi w kilku dniach namiętności i szału, niż by się miało rozciągać i rozprzestrzeniać na lata gnuśności i niedołęstwa. Lecz nie miałem zamiaru czynić tego wszystkiego dla ludzi, ze względu na interes, ambicję lub sławę. Wiem teraz, że każda szlachetna dusza posiada w głębi swego serca coś świętszego od sławy: jest to myśl o poświęceniu nieznanem, cichem, milczącem, myśl o obowiązku, który spełnić trzeba dla swojej własnej wewnętrznej sławy, a nie dla dobrego zdania innych, które wychodzi z tych samych ust, co i oszczerstwo. Nie czyniłem tego dla ludzi, lecz czyniłem to dla jednej kobiety i dla Boga. Lecz raz jeszcze los mój odepchnął mię od brzegów mogiły i raz jeszcze zebrał nad moją głową pogardę mojej ukochanej i pogardę bliźnich moich.
Zacząłem czytać Dantego po włosku, nie znając ani jednego słowa tego języka, i rozumiem Dantego. Jakżeż ponure, podniosłe i imponujące są wieki średnie! Jak dobrze dostrajają się do każdego ciemnego i ponurego obrazu! Jakżeż boleśnie spada zimny deszcz na potępieńców! Jakżeż gorzko unoszą się w powietrzu, jak jesienne liście, dusze potępione! A obok ukazują się Charon starożytny, Cerber starożytny. Wszystko jest na swojem miejscu; groźby starożytnego i nowego świata. Bogowie spadli z niebios, lecz bogowie piekielni zachowali swoje trony. Dante jest jednym z tych geniuszów, którzy przedstawiają nie ród jeden, nie wiek, lecz konstelację całą, drogę mleczną wieków.
A więc spakowałem był wszystkie swe rzeczy. Listy Twoje dałem Rogetowi, by je przechowywał u siebie aż do chwili przesłania ich Tobie. Listy H. zapieczętowane dałem Duchesne’owi, by Ci je oddał, gdy na wiosnę pojedzie do Anglii. Wszystkie moje rękopisy zostawiłem u Rogeta, by Ci je oddał także, i to wszystkie: polskie, angielskie, francuskie, gdy przybędziesz do Genewy. Uczyniłbyś z niemi, co by Ci się żywnie spodobało. Jeśli znów zdarzy się okazja, zrobię tak samo.
W tych dniach odebrałem list od Leacha, który mię głęboko zasmucił. Człowiek ten jest każdego dnia bliższym zguby. Przyjemności wycieńczą go. Nie może znieść ciężaru życia, stara się odurzyć. Udaje wesołość, lecz spod wesołości przebija rozpacz. Nieszczęsny, jest on na ziemi jedyną istotą, którą uznaję za nieszczęśliwszą od siebie. Bo ja jednak mam świat cały na swoje rozkazy, świat moich myśli, mam cały świat przyszłości, świat niewidzialny, on zaś nie ma nic, chyba tylko nieco błota i piasku pod stopami. Pije lub śpi w ramionach prostytutki, albo gwiżdże, śpiewa i jęczy. W tem samem miejscu żłobi się grób, do którego zejdzie. Jeśli w dalszym ciągu tak będzie postępował, zgubi się, i to zgubi na wieki. Chciałbym go przywieść z powrotem ku temu, czem mógłby być przy swoich zdolnościach i dumie. Lecz wysiłki moje są daremne. Biedny Leach, gdy sobie przypomnę łzy jego, westchnienia, chwile szczerego wylania, a potem chwile ciemnego, ponurego, dumnego smutku, czuję żal głęboki, gorzką troskę. Jeśli go zobaczysz, ściśnij mocno dłoń jego ode mnie.
Moje uszanowania dla Matki Twojej. Cóż ona robi na wsi? Czy myśli niekiedy o Arielu i Lemanie?
Żegnaj!
Zyg. Kr.
Skrzyneckiego zmuszono do opuszczenia armii. W Warszawie zamordowano 40 osób. Krukowiecki uśmierzył rozruchy. Wiadomości te zabrzmiały w mej duszy, jako wyrok nieubłaganego losu, który cięży nad moją ukochaną Polską. Skrzynecki był jedynym człowiekiem, który mógł przeciwważyć olbrzymią potęgę Rosjan, gdyż miał odwagę bohatera, geniusz wodza i poświęcenie męczennika chrześcijańskiego. Nie widziałeś go nigdy, lecz ja, który przypatrywałem mu się tyle razy w dzieciństwie, mogę w myśli sobie uprzytomnić tę postać wyniosłą i prostą, twarz bladą i surową, oczy czarne i spokojne, chód szlachetny i pewny, gdy znika wśród rzędów żołnierzy, których żegna. Człowiek ten był wielkim mężem. Bogu tylko zaufał. Nie wykrzykiwał, jak nikczemnicy, którzy dziś Warszawę gubią: „Zwyciężyć lub zginąć!”, lecz byłby zwyciężył lub zginął. Opłakuję Skrzyneckiego, jakbym ojca opłakiwał, gdyż nie widzę już nikogo, kto by mógł Polskę ocalić. W nim był zawarty wyrok boski. Rozdarto ten wyrok łaski, zmuszając go, by armię opuścił; jakżeż cierpieć musi wielka jego dusza jeśli widzi, że on mógłby był Polskę zbawić, a ona musi zginąć, skoro go już nie ma.
Powtarzam Ci: Skrzynecki był wielkim człowiekiem, mężem opatrznościowym, który się rozbił o przeznaczenie. Przez długie lata przygotowywał się w milczeniu do walki, gdyż walkę przewidywał. Ludzie, jemu podobni, mają też swoje natchnienia. Wiele nocy strawił, zapomniany, nieznany, ucząc się, jak się bronić na polu bitwy. A gdy wybiła jego godzina, widziałeś go, znalazł się na swojem stanowisku, był gotów i czekał. Od dnia tego nie przestawał zwalczać wrogów i namiętności, rozdzierające jego braci. O siłach swych nie zwątpił, gdyż otrzymał je z góry. Wszystko mu było zaporą, a nie pomocą. Całą armię, która o Bogu zapomniała, przywiódł ku Bogu z powrotem. Ośmielił się wobec bezbożników oznajmić, że jest chrześcijaninem, a wszyscy, którzy go otaczali, stali się chrześcijanami przez wpływ jego przykładu, co jest znakiem wielkości. Przez to dokonał jednego z największych przewrotów, o jakim słyszałem, że się zdarzył kiedykolwiek w jakimkolwiek tłumie dusz. Potem walczył, był zwycięzcą, nigdy zwyciężonym, choć drobne były jego siły i słabe środki. Cierpiał, jak niewielu ludzi cierpiało, a wtedy, gdy może już układał w swej głowie plan zagłady dla Rosjan i wiecznej sławy dla Polski, był zmuszony złożyć dowództwo.
Mam złamane serce i oczy ku niebu podnoszę, by błagać Matkę Boską, Królową Polski. Mówią o układach. Radziwiłł udał się do obozu Paszkiewicza, który otacza Warszawę, a o armii naszej ani słowa. Czyż 60 tysięcy ludzi może zaginąć, jak dziecię zbłąkane w lesie? Układy! Ależ to obłąkani, to tchórze! Uczeni i teoretycy to wszystko robią. Nie ma między nimi ani jednego poety myśli lub czynu. Gdzież jest Skrzynecki, gdzież armia, szlachetna armia polska? Jeśli Polska, przyjacielu, ma znów zginąć, nie czuję już w sobie siły, by pozostać na ziemi. Dzień, w którym Warszawa się podda, będzie dla duszy polskiej sygnałem, by opuściła ciało. Żegnaj, przyjacielu! Odpisz prędko! Czy przypominasz mnie od czasu do czasu H.?
Twój do śmierci
Z. Kras.