54. Do Henryka Reeve’a
17 lutego 1832, Genewa
Drogi Henryku!
Odgadłeś: saint-simoniści są antychrystami naszego wieku. Weź pisma ich: topią w nich rzeczy tego świata w oceanie piękna, doskonałości i rozkoszy, a jednocześnie dążą do hierarchii surowej i niewzruszonej; chcą urobić niewolników, obdarzonych wszystkiemi możliwemi doskonałościami. Niebo jest słowem, które nie ma już u nich powodzenia, i tak bywa zawsze, gdy zbliżają się ostatnie dnie jakiegoś społeczeństwa. Są przedstawicielami upadku naszej społeczności, ostatniem słowem naszego rozwoju; na wpół przebiegli, na wpół fantastyczni, najszlachetniejsze, najwyższe uczucia układają w formułki matematyczne. Na próżno zamykaliśmy ich świątynie: nie zginą, nie dlatego, by byli prawdą, lecz dlatego, że są kłamstwem. A bywają niekiedy epoki, w których kłamstwo życia samoistnego nabiera i dochodzi do swego kresu. Lecz, gdy to następuje, bądź pewien, że światu tylko lat kilka jeszcze pozostało, że otwiera się gdzieś wielka przepaść, która pochłonie stare społeczeństwo, i że nowe zarodki, niespostrzeżenie wprawdzie, poruszają się już i znajdują na świecie, by utworzyć nową społeczność. Któż wybierać zdoła między despotyzmem, a demokracją? Zadam Ci pytanie: czy nie czujesz pogardy i czasami współczucia dla biednej ludzkości, zakneblowanej w Rosji, a wyjącej we Francji i Anglii słowa, których nie rozumie? A później spójrz na Włochów, którzy nie umieją umierać w dniu bitwy i którym za całą sławę służy nazwa spiskowca. U nich teoria i praktyka są to dwie różne rzeczy. Oni mogą mówić o rzeziach: nie bój się, w dniu walki będą w bilard grali. Lecz są inni ludzie, którzy ich słyszą, którzy ich podziwiają i z ich pomysłów wytworzą rzeczywistość. Ach! Niech mi nie mówią, że cnoty rycerskie nie są z naszego czasu: poezja, muzyka, sztuka, wszystko zmieni się może — cnota nigdy. A jeśli Nemrod, polując dnia pewnego w lesie, zdobył się na akt łaski, to Mikołaj mógłby dziś czyn ten powtórzyć, i byłoby to równie dobre, jak było dobre niegdyś. Lecz utrzymuję i wierzę w to, że społeczeństwo nasze znika i zginiemy wszyscy w okropnych wstrząśnieniach. To wiara moja; szczycę się nią, gdyż walka, którą będziemy musieli stoczyć, doda sił memu sercu. Wiem — zginę, lecz cóż to znaczy? Przysięgam Ci, Henryku, że na tym świecie dotychczas widziałem tyle podłości. Był to traf szczęśliwy, że spotkałem Ciebie na swojej drodze. Ty masz duszę nie z materii; lecz oni wszyscy — Mikołaj, jak i Saint-Simon, to błoto, błoto, mój przyjacielu! Spójrz na świat, w rozmowach wielkich czy małych, na salon czy na salę obrad, na pojedynek między dwoma wrogami czy na wielkie bitwy — wszędzie to samo. Na ziemi pięknem jest jedynie to, co Bóg stworzył. Daj mi szalupę w dzień burzy, zaprowadź mię na morze lodowe w noc letnią, pokaż pośród zabawy dziewczę, które jeszcze nie zwiędło pod oddechem mężczyzn. W tem tkwi piękno, ale reszta — reszta jest błotem. Niebo musi być dla nas kiedyś wielkie i wspaniałe, skoro ziemia nam się wydała tak nędzną i małą.
Co do miejsca połączenia Rodanu z Lemanem, to zwrócę Ci uwagę, że Benet, Lombard i Duchesne chcieliby się wybrać na Twoje spotkanie; bardzo im na tym projekcie zależy. Byłbym samolubem, gdybym przekładał moją radość nad ich przyjemność. A więc sądzę, że zrobimy lepiej, jeśli będziesz oczekiwał nas z rana w Collonges. Przybędziemy wszyscy konno lub na wozie, a ja przyprowadzę Ci konia, milordzie. Spędzimy pół dnia na rozmowie, wreszcie ku wieczorowi ruszymy konno do Genewy. Zresztą robię tylko propozycję, a Ty wydasz rozporządzenia. Żegnaj, oznacz dzień! Żegnaj!
Twój do grobu.
Zyg. Kras.
Oczy mię bolą. Co do cygar, jestem bez grosza. Przywieź je dla Duchesne’a. Nie widziałem się z nim, ale przypuszczam, że je kupi. Ja dziś na przykład mam nie więcej, niż pięć franków. Pluję na to.
55. Do Henryka Reeve’a
20 lutego 1832, Genewa
Drogi Henryku!
Bal cudzoziemców odbędzie się dopiero 5 marca. Masz więc dość czasu.
Cholera zabiera w Londynie trzynaście osób na piętnaście. A lud powie: „Jak to? Ci, którzy są bogaci, mniej umierają niż my. Oddzielą się od innych, mają lekarzy i pomoc. Ale, jeśli my mamy już umrzeć, zemścijmy się przynajmniej dzisiaj! Do bitwy! Naprzód piki i siekiery! Rozbijajmy okiennice domów! Niech dywany domów wylatują rozdarte na kawałki i osypią kwiatami ulice, jak w dzień święta! Dzieci i żony nasze wiją się w kurczach. Konają nędznie na tapczanach. Niech łup, wzięty na bogaczach, otoczy je w ich ostatniej godzinie! Naprzód, naprzód! Cholera czyni spustoszenia między nami. Zabijajmy, zaczynajmy! Potem umrzemy”. Brawo moi przyjaciele, naprzód! Gdybyście byli chrześcijanami, umieralibyście w milczeniu; lecz któż będzie mówił o krzyżu? Sztandar ludu, to głowa, potrząsana w powietrzu na pice. Palcie i burzcie! Niech każdy ma do zaniesienia w wieczność swoją miarę zbrodni. Szlachta, stan trzeci, biedni i bogaci, ściągnęli nieszczęścia na swe głowy, gdyż Jezus Chrystus wybrał ich sobie jako lud swój, a oni nie umieją czekać na swego króla. Za kawał mięsa, za kielich wina, za sztukę złota wyrzekają się swego dziedzictwa niebieskiego. I dziś Szatan klaszcze w ręce z radości, patrzy na ziemię, jak dziecię na zabawkę, mówiąc: „Złamię ją”. Gdyż dzieci, cokolwiek o nich można powiedzieć, mają coś szatańskiego w swej naiwności i złości.
Wczoraj rozpocząłem dwudziesty pierwszy rok mego życia. Mam w sercu coś podobnego do ognia. Namiętność jakaś rozwija się we mnie, namiętność silna i straszna. Żegnaj, śnie, żegnajcie ciche godziny wieczorne, marzenia u kominka, słodkie natchnienia zmierzchu, obojętne i spokojne rozmowy! Nie masz szczęścia, nigdy nie zastajesz mię w spokoju! Taki już mój los, że zawsze widzisz mię, gdy jestem obłąkany, czerwony, w rozpaczy lub szale. Oczy mię bardzo bolą. Być ślepym! Nie jestem Miltonem. Niech Bóg mię przed tą próbą uchroni! Przybywaj, przybywaj! Dnie są piękne, wiosna na widnokręgu, a jezioro jest, jak za dni naszej młodości. Przybywaj! Z żaglem lub z wiosłem suńmy po lazurze lub kołyszmy się wśród fal piany! Widzę, jak przybywasz. Ciągniesz za sobą widmo, które wyśmiewa się ze mnie i mówi: „Żadna kobieta na ziemi nie kochała Ciebie”. Niech i tak będzie! Oddałbym wszystko za czarę opium. Zasnąć i marzyć o życiu, rozkoszy, męce, walkach morskich i bitwach — burzach i o dniach pogodnych, o całym świecie, w którym ja byłbym bohaterem. Żegnaj! Jeśli ktokolwiek Cię kocha, to ja.
Zyg. Kras.
56. Do Konstantego Gaszyńskiego
Genewa, dnia 9 marca 1832
Drogi Konstanty! Jakże to przeszło wszystko i dzieciństwo, i miłość nasza! Pamiętasz li erę fajkową89, i wieczorne rozmowy, i romanse nasze, pracę moją, wiersze Twoje, łowy opinogórskie, przechadzki w ogrodzie warszawskim, zazdrości i miłości moje, smutne zatargi w uniwersytecie, pośród których Ciebie jednego przyjacielem i obrońcą miałem? Gdzież to wszystko się podziało? Gdzie ojczyzna, gdzie tyle dusz szlachetnych, gdzie tyle krwi polskiej? Dawnom nie wylał łzy jednej, sądziłem, że ich źródło wyschło we mnie, bo mózg mój spiekły od dawna, ale dziś zapłakałem, odbierając Twój list, czytając pismo przyjaciela. Jako duch, co powstaje z grobu, takeś zawitał do mojej duszy. Wygnańcze za świętą sprawę Polski, bądź mi błogosławiony! Jako Cię kochał Zygmunt tako Cię zawsze kocha.
Jeśli usłyszysz, że mnie potwarzają, nie broń mnie, ale pomyśl: „To kłamstwo”. Znałeś mnie i znaj mnie dotąd! Gorzkie przetrwałem chwile. Jakom zaczął nieszczęśliwe życie, takoż się ono ciągnie i dalej tym samym wątkiem. Dwudziestego piątego marca przeszłego roku wróciłem z Włoch do Genewy i dotąd tu siedzę. Ten cały czas przeszalałem, przebolałem, przechorowałem. Wszystkich sposobów używałem, by dostać się do was, ale silniejsze nad moje ramiona zapory drogę mi zajęły; musiałem słuchać o waszych bojach i siedzieć na miejscu. Zaprawdę Ci powiadam, że mi dnie i noce na gorączce z początku, później na szaleństwie zeszły. Wycierpiałem za winy wszystkich przodków moich. Teraz nadszedł czas odrętwienia. Los, który mnie zawsze towarzyszy, i teraz nie odstępuje mnie. Za dwa miesiące muszę wrócić tam, gdzie brzęczą kajdany, „do krainy mogił i krzyżów!”. Tam, na grobie Polski, modlić się będę. Mam przeczucie, że nie dotrzymam oburzeniu mej duszy. Sybir mnie czeka. Tam zastanę rodaków.
Teraz powiedz mi, Konstanty, co myślisz robić? Potrzebujesz li czego, może pieniędzy? Niedużo ich mam, ale te, które mam, są na Twój rozkaz. Nie mógłbyś tu przyjechać? Zastałbyś tu Załuskiego Romana i Reeve’a, Anglika, o którym Ci tyle razy pisałem, którzy mieszkają ze mną. Rozpisz się, opowiedz mi swoje dzieje! Może byś do Polski chciał wrócić? Wyrobiłbym Ci to przez ojca. W Polsce sądziłem, że Ciebie mieć będę jednego, któremu rękę mógłbym ścisnąć i serce wyjawić, a Ty w Paryżu. Dopytywałem się wciąż o Ciebie. Ojciec mi w ostatnim liście pisze, że kazał wszędzie Cię szukać, nigdzie wiadomości o Tobie powziąć nie zdołał.
Tego listu, proszę, byś nikomu nie pokazywał i nie mówił, co w nim jest, jeśli mnie kochasz.
Pisz! Na pół ślepy jestem i oczy piekielnie mnie bolą. Pisz natychmiast! Mój adres jest: Au Molard, chez Mr Le Grand, Genève. Wierzaj, że ten, który Cię kochał dzieckiem, kocha Cię i teraz, kocha z całej duszy, mój drogi Konstanty!
„A wtenczas znowu radośni, weseli,
Dawnego szczęścia będziem obraz mieli,
Ożyję w twojem, ty w mojem wspomnieniu90”.
57. Do Konstantego Gaszyńskiego
Genewa, dnia 17 marca 1832
Drogi Konstanty! Odebrałem Twój list z 13 marca. Konstanty, Konstanty! Przeszła młodość moja po części na złudzeniach, po części na rzeczywistości, a ona rzeczywistość tyle była gorzką, że czasami zdawała mi się złudzeniem złego ducha. Ani Ty do mnie, ani ja do Ciebie, dostać się nie mogę; związane mam ręce, czuwają nade mną, paszportu mi nie dadzą, szpiegów tu niemiara, niechże się choć raz wynurzę! Ha, jakże ich nienawidzę, nie cierpię tych Moskali! Pamiętaj plunąć na moją pamięć, jeśli kiedy posłyszysz, żem od nich co przyjął, żem któremu z nich rękę ścisnął, lub ukłonił się...
Jadę niedługo do Polski, tam ich szarańcza zaległa nasze niwy. Przejdę między nimi z dumą człowieka, pana zwierząt; w Warszawie trzech dni nie pobędę — do Opinogóry pojadę...
Jeśli będę mógł wydobyć się z ujarzmionego kraju po kilku miesiącach, to wrócę do Europy; wtedy, Konstanty, zobaczymy się. Ale wątpię; tygrys swych ofiar nie wypuszcza nigdy. Mam przeczucie, że Sybir zamknie mój zawód zmarzłemi wroty. Znasz mnie, wiesz, że mam duszę ognistą, niespokojną w łonie; to łono za drobną jest dla niej chatą, ona zawżdy pnie się na lica: w słowach, w spojrzeniach, w rumieńcu na wierzch się wydobywa. Nie wytrzymam. Zresztą niechaj wola Boga się dzieje! Jeślim nie walczył z bracią, niechaj przynajmniej wycierpię to, co oni!
Teraz napisz mi, gdzie Twoja matka? Chcesz li, bym u niej był? Przyszlij mi listy do niej! Ale to wszystko dopiero za miesiąc. Trzeciego lub czwartego maja stąd wyjeżdżam i na Wenecję i Wiedeń jadę do Polski; piętnastego augusta będę w Opinogórze. Mogę Ci przesłać sto pięćdziesiąt franków, napisz mi, na czyje ręce i jak.
Dużom się odmienił, Konstanty! Serce w niczem się nie odmieniło, bo sam Bóg zawiesza serce w piersiach dziecięcia i ono zawsze jednakiem zostaje, ale głowa, wyobrażenia, sądy, dużo się odmieniły. Nauczyłem się daleko częściej o niebie myśleć, niż o ziemi, zwątpiłem o szczęściu, bo widziałem iż to istna mara, a za nią gonić nawet nie warto: Que l’homme soit malhereux, pourvu qu’il soit grand rzekł Cousin, i ja tego zdania jestem. Wielkość zaś u mnie zależy na tem, by cierpieć i nie żalić się, by ziemią pogardzać i zawsze być gotowym do odepchnienia jej od siebie, jak łódkę od brzegu. Kiedyś, Konstanty, miłość i sława bywały mojemi bóstwami: pierwsza jako mgła się rozeszła, zamiast drugiej doczekałem się hańby.
Jednak nie powiem, by we mnie wygasła poezja; jeszcze nieraz natchnienie wraca. Napisałem tego roku dużo rzeczy, wszystkie gorączką i rozpaczą napiętnowane, ale teraz czas nadchodzi, by wziąć się do poezji czynów, a poezja pióra niechaj mi służy tylko za piosnkę, nuconą przez mamkę. Nie mam dosyć mocy duszy, by stać się „szpiegiem” Coopera,91, ale będę tem, czem Bóg mię stworzył: dobrym Polakiem, zawżdy i wszędy. O kajdany, o śmierć nie dbam; ciało moje w ich ręku, ale dusza — nie!
Na wpół oślepłem, ledwo widzę litery. Bóg daj, by to przeszło, bo mi to jest męczarnią.
A teraz przyjm me dzięki za to, że mnie kochasz jeszcze, za to, żeś nie zwątpił o nieszczęśliwym. I nadal też nie wątp nigdy o tym, którego młodość tak jest ściśle połączona z Twoją, że wspomnień tych dwóch młodości nic rozerwać nie zdoła, ani Ty sam nawet, gdybyś kiedy chciał. Ale Ty nie zechcesz, bo ten, który Cię kochał, aż do grobu Cię kochać będzie. Pisuj, pisuj!
P. S. Zaklinam Cię, byś nikomu listów mych nie pokazywał!
58. Do Konstantego Gaszyńskiego
Genewa, 27 marca 1832
Drogi Konstanty! List Twój z 24 marca w tej chwili odbieram. Męczę się, złożony niemocą oczów i gorączką, do której niejedna się przyczyna przyłożyła. Życie mi jest festynem, do którego zasiadłem z cierniową koroną miasto92 kwiecia na głowie, z pucharem goryczy przed sobą miasto czary nektaru. O, kochaj mnie zawdy93, kochaj, bo wielu mnie nie cierpi, bo ci, którzy mnie kochali przestali mnie kochać! Miałem kochankę, a dusza jej była z ognia; dziś mną ona pogardza, bom nie bił się za Polskę. Nie wie, jakie zawady mi ramiona do piersi przykuły.
Konstanty, nie jestem Twego zdania w tem, co mówisz o szlachetności. Szlachetność jest perłą, której nie można rzucić ni w puchar miłości, jak Kleopatra, ni w czarę zemsty. Ale można milczeć i czekać, można przybrać postać głupca lub rozpustnika, uczonego lub gospodarza, i czekać; a kiedy godzina wybije, pójdzie się na śmierć. Myśleć o śmierci za Polskę jest ostatnią moją pociechą i rozkoszą; wszystkie inne odpadły ode mnie, gdyby zwiędłe liście; ale drzewo, choć obnażone, jeszcze potrafi wyzywać do boju wichry i nie ugiąć karku przed burzą.
Chciałem Ci uwagę uczynić co do Twoich wierszy, co do pierwszych, któreś mi przysłał. Nie przypominaj Francuzom, że Polacy za nich walczyli! Naprzód, Polacy za Polskę walczyli; Szwajcary tylko za insze narody, to jest za pieniądze, się biją. Jeśli Francuzi zapomną o Polakach, to Bóg o nich nie zapomni. Ja teraz nie cierpię Francuzów.
Poszlę Ci zaraz jutro 150 franków. Reeve Ci się kłania, jako mój przyjaciel mojemu przyjacielowi.
Czytaj Szekspira, to największy poeta! Byron jest dzieckiem w porównaniu z nim. Nie daj się uwieść nową literaturą tych przeklętych Francuzów, którzy o kochankach piszą, a nigdy nie kochali, którzy świat malować chcą, a w Boga nie wierzą i świata nie znają. Prawda jest najwyższą poezją, szumność jest pianą, z której kilka farb się dobywa, ale za pierwszym powiewem nikną — i po nich na wieki. Religia jest skrzydłem, którego cień na poezję wiecznie zlewać się winien. Patrz, od religii, od krzyża chrystusowego odstępuje ziemia; ale powiedzcie mi wszyscy, kędyż nowy ołtarz się zjawił, kędyż klęknąć mam przed nowem bóstwem? Teraz nam, Polakom, trzymać się krzyża przystoi, bo tyran wygania katolicyzm z kraju naszego. Krzyż i szabla! Pod temi znamiony wybawimy Polskę, lub zginiemy. Jeśli ziemia nam nie dopisze, mamy wieczność przed sobą. Ściskam Cię, pisuj wciąż i wierzaj mojemu kochaniu!
Przez bankiera mego poszlę jeszcze dziś wieczorem pieniądze do bankiera paryskiego. Ten Ci je poszle i odda wraz z biletem ode mnie, w którym będzie Twój adres.
59. Do Konstantego Gaszyńskiego
Genewa, 24 kwietnia 1832
Drogi Konstanty! Wciąż słaby jestem, oczy mnie bolą i mam gorączkę moralną i fizyczną, bo wiem, co mnie czeka. Posłałem Ci Mickiewicza, „Pamiętnik dla płci pięknej” i Hermana94, do Paryża; doszły-li Cię te książki lub nie? Przejeżdżało tędy dziesięciu oficerów polskich z pułkownikiem Gawrońskim na czele; przypomnieli mi Polskę i żem za Polskę się nie bił. Źle, źle mi jest, niedługo pożyję, mam duszę za ognistą na moje nędzne ciało. Jeśli nie masz już czasu pisać z Valenciennes do mnie, bo wyjeżdżam czwartego maja stąd, to przyszlij w połowie czerwca Twe listy do Wiednia, poste-restante, a tak w końcu maja pisz do mnie do Wenecji. Rozstajem się, Konstanty mój! Ja idę popracować około wspólnego dzieła, nie na otworzystych polach, gdzie chwała czeka, ale pośród ciemności, gdzie kajdany czekają. Bądź co bądź, świętej dokonam powinności; bądź co bądź, czy się uda lub nie, umierając, tę będę miał otuchę, że Bóg mi nagrodzi za męki tej ziemi, że Ty i ci kilku, co mnie znali prawdziwie, wyleją łzę jedną po moim zgonie i pamięć o mnie zachowają, jako się zachowywa pamięć snu, mianego w dzieciństwie. Żyjemy w wieku, w którym śmierć jest igraszką dnia każdego. Konstanty, mnie coś wróży, że już nigdy Cię nie przycisnę do serca mego. Ja przepadnę bez chwały, bez znaczenia, ale Ty pamiętaj, żem był dobrym Polakiem, pamiętaj, żem nade wszystko Polskę miłował, że proszę co dzień Boga, by mi dozwolił za nią zginąć, czy w boju, czy na rusztowaniu, byleby za nią, to będzie dniem najpiękniejszym mego życia, a mało dni czego wartych w niem było. Żegnam Cię i ściskam! Oby moje uściśnienia, oby serca mego bicie mogło przez ten martwy papier w pierś Twą uderzyć. Pisuj i bądź mi zdrowym; płaczę jak dziecko, bo dzieckiem Cię kochałem i dotąd kocham.
60. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 16 czerwca 1832
Drogi Konstanty! Odebrałem Twój list wczoraj. W ciemnym pokoju, sam jeden, otoczony lekami, mam czas rozmyślać nad przeszłością i przyszłością, mam czas rozpamiętywać, żem za Polskę się nie bił. Nie wiem, co ze mną będzie, oczy zagrożone ślepotą, całe ciało rozstrojone; może niedługo pójdę tam, gdzie tylu poszło, bez sławy, bez miłości i żalu ludzi, bom nic nie zrobił, bom żył na świecie, jak kawał deski, co płynie po morzu, aż wreszcie zgnije i pójdzie na dno. Nikt o mnie wiedzieć nie będzie, moje prace zaginą ze mną razem, moje natchnienia do trumny pójdą.
„Kto raczy podjąć imię nasze z niepamięci piasku”? A przecież nie tak nędzne serce biło pod temi piersiami, mógłbym był i śpiewać i walczyć; przeznaczenie inaczej chciało i chce.
Czy pamiętasz, drogi Konstanty, ciechanowskie błota, owe czasy, owe łowy, owego dubelta, coś Ty zabił, a któregom chciał zaprzeczać Tobie — a później z Danielewiczem podróż do Opinogóry, nocleg u Wąsowicza w borach? Rozpamiętuję ja to wszystko teraz z zamkniętemi oczyma.
Tu miesiąc mam bawić, a może i dłużej, bo kiepsko ze mną. Bądź mi szczęśliwym i zdrowym, ufaj w sprawiedliwość Boga: berła i korony przeminą, ale Jego sprawiedliwość nie przeminie! Pisz tu do mnie! O Fredra każę się dowiedzieć. Kochaj mnie zawsze, a kiedy umrę, wspomnij czasem o przyjacielu lat młodych! Niech żyje Polska!
61. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 14 lipca 1832
Tu Cię mam! Doszedłeś do materializmu! „Szczęście jest celem życia, trzeba unikać nieszczęścia”. Brawo, brawo! Popioły Epikura zadrżałyby z radości, gdyby Cię usłyszały.
A ja sądzę, że się mylisz. Raczej nieszczęście jest celem nieuniknionym życia. Przez nie osiągamy pamięć u ludzi i błogosławieństwo u Boga. Wszystkiemi memi życzeniami i wszystkiemi memi modłami wywołuję Cię z tłumu, przyjacielu. Jakże możesz sądzić, że Ty jeden pozostaniesz w spokoju, gdy świat cały w ruch będzie wprawiony!
Choroba matki Twojej zmartwiła mię bardzo, ale miała jeden dobry skutek: wzruszyła Cię, zmiękczyła Twe serce, zmniejszyła Twoje samolubstwo. Podoba mi się również zorza miłości ojczyzny, wschodząca w Twojem sercu. Bogu niech będą za to dzięki!
Widuję często brata Augusta. „To człowiek przeszłości” powiedzieliby członkowie klubów, a ja mówię: „To człowiek szlachetny i mężny, jak jego szabla”. Członkowie klubów nas zgubili. Nie możesz sobie nawet wyobrazić ich szaleństw i wściekłości. Ci nędznicy, szewcy, przechrzty i krawcy, chciwi pieniędzy, nie znający wcale Polski i jej przeszłości, chcieli dojść do majątku, zarobić, spekulować na giełdzie, wieszając, oczerniając i podburzając, a teraz rozpowszechniają broszury przeciwko wszystkiemu co mamy naprawdę wielkiego i szlachetnego. Oni nazywają to arystokracją. Ale, jeśli mię kochasz, to wierz mi i pamiętaj, że poza arystokracją nie ma nic w Polsce, ani talentów, ani światła, ani poświęcenia! Nasz stan trzeci jest niczem, nasi chłopi są maszynami. My jedni stanowimy Polskę. I pewnego dnia, po wielu poniesionych ofiarach, spotka nas to, że zostaniemy powieszeni przed ołtarzem ojczyzny. Taki jest bieg zdarzeń, nieodwołalny bieg zdarzeń. Czasy muszą się wypełnić, gdy nadeszły. Radykalizm podniesie nas, by nas obalić i zetrzeć z oblicza ziemi. Niechby przynajmniej po nas coś dobrego spotkało ten kraj nieszczęśliwy. Niech się powodzi tym nowym ludziom, by stali się znowu wielkim narodem. Co do nas, pracujemy na naszą zgubę, a jednak pracujemy; to nasz obowiązek i Bóg nas widzi. A później przyjdzie szubienica i wieczność. Rozważ dobrze te słowa, namyśl się nad nimi raz jeden i drugi! To nie nagły rzut ducha, lecz owoc długich medytacyj. Pisz w dalszym ciągu do Wiednia. Oczy moje ciągle w tym samym stanie.
Na zawsze Twój.
Zyg. Kras.
62. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 14 lipca 1832
Drogi Konstanty! Wciąż zdrowie moje takie same, ni wprzód ni wstecz nie cofnęło kroku. Koźmianowi nawzajem się kłaniaj! Donieś mi, gdzie też nasz Kazimierski? Nigdym nie mógł pojąć, skąd owemu dziecku o słabym wzroku i niemęskim głosie przyszła chętka do teorii o krwi i panowaniu. Dokazywał on ci to niepomału jak słyszę; czybyś był to przepowiedział wtedy, kiedy u mnie bywał i o Bielskim, Kromerze etc. rozpowiadał?
Wiesz? Kiedy zarzucam wzrok na przyszłość, widzę jedno śmierć dla nas, to jest dla tych, którzy są mojego i Twego zdania. Czy z góry, czy z dołu, przyjdzie na nas wyrok. Rozważ dobrze, co chcę zawrzeć w tych krótkich słowach. Ale przeto nie powinniśmy się strachać: gińmy, byleby była Ta, dla której zginiemy, a o rodzaj śmierci się nie pytać. Ale ten rodzaj z Francji przybędzie.
Za miesiąc lub półtora pisz do mnie do Warszawy; jeśli tu dłużej pozostanę, to Ci doniosę. Przestrzeń, która nas dzieli jest morderstwem dla myśli naszych; jakżebym pragnął z Tobą pomówić! Bądź co bądź, wiecznym Ci jest przyjacielem
Zygmunt.
63. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 25 lipca 1832 r.
Szwadron huzarów poprzedzał trumnę, inny postępował za nią; i trumna i oba szwadrony przemknęły prędko, prawie galopem, nie, jak to we zwyczaju przy pogrzebach. Lud przyglądał się temu tłumnie, ale widział niewiele poprzez dwa rzędy żołnierzy i bagnetów, którymi ulice były obramowane. Potem żołnierze otoczyli kościół. Przybytek Boga otworzył się tylko dla kilku wybitnych osobistości i znikło w nim na zawsze ciało syna napoleonowego. Inaczej wcale stać się nie mogło. Napoleon był dziełem, dzieckiem rewolucji, sam niczem innem jak rewolucją, a tacy ludzie nie zakładają nigdy dynastyj. Toteż syn jego był tylko czemś przypadkowem. Umarł trzy dni temu w dwudziestym pierwszym roku życia, z temi słowami na ustach: „Nie ma nic między moją kolebką a grobem”. A jednak do łez mógł pobudzić widok tego pogrzebu, przechodzącego tak szybko, jak przesunęło się w ciągu chwil kilku tyle sławy i nadziei. Urodził się królem Rzymu, umarł księciem Reichstadtu, a później cisza i zapomnienie.
Stajesz się uosobieniem zdrowego rozsądku; czuję, że czeka mię to samo: trzeba będzie pożegnać wszystko. Przekleństwo! Ale obaj marzyliśmy i kochali się wzajemnie. Kochajmy się tak samo po przebudzeniu. Jednak poezja wróci jeszcze do nas kiedyś.
Wyjeżdżam stąd 6-go. Pisz jeszcze tutaj, a później do Warszawy.
Zyg. Kras.
64. Do Henryka Reeve’a
Warszawa, 15 sierpnia 1832 r.
Drogi Henryku!
Jestem w Warszawie, chory jak pies. Mam pijawki wkoło pleców i oczy zaczerwienione, jak potępieniec. Wychodzę za kilka minut, żeby się spotkać z moim ojcem w naszej willi. Żegnaj, mój drogi! Mam tylko czas napisać te kilka słów i prosić Cię, żebyś zawsze był mi przyjacielem, choć nadejdzie może czas, a z nim wiadomości, które usłyszysz z przykrością.
Twój i to na zawsze.
Zyg. Kras.
Ach, mój drogi! Leży mi na sercu kamień, który nie chce we łzach się rozpłynąć.
65. Do Henryka Reeve’a
18 sierpnia 1832 r. (Opinogóra)
Drogi Henryku!
Gdym otrzymał list Twój przed godziną, siedziałem w pokoju, który mam zamiar Ci opisać. Mury białe, bez obicia, w oknach firanki białe i zielone, wzdłuż ściany wspaniały fortepian, obok na stole, gotowalnia z litego srebra: czarki, zwierciadła i wszystkie drobiazgi, służące do czyszczenia paznokci, zębów, włosów itd., itd.; flakony pełne najwytworniejszych wonności; dalej stoi kominek z dwoma małemi globusami, a obok błyszczą zawieszone na murze trzy dubeltówki, dwa rogi myśliwskie, w złoto i kość słoniową oprawne, pistolety wykładane srebrem, torby myśliwskie, różki do prochu itd. Dalej drzwi, dalej piec, dalej łóżko moje, stojące pod kątem do pieca, przykryte denkiem, płótnem i szlafrokiem kaszmirowym. Tuż obok łóżka olbrzymia szkatułka, napełniona podręcznemi drobiazgami, w której po przybyciu znalazłem cztery tysiące złotych i gdzie złożyłem listy H. Dalej stoi biurko, gdzie wznosi się wazon ze starożytnego brązu z bukietem kwiatów w otoczeniu moich książek angielskich, mojej pozytywki i krzyża z Kolizeum, mego sztyletu i znanych Ci rzeczy. To mój pokój. W chwili gdym list Twój otrzymał, siedziałem koło kobiety, która grała i śpiewała dla mnie. Znasz ją — to pani Z.95. Mój drogi, co powiesz na to wszystko? Oto zostałem wielkim panem, ja, Bousingaud. To ojciec przygotował mi to wszystko na mój przyjazd. Z okien moich widzę na wzgórku zamek gotycki budowany dla mnie, z wieżą w rozety i z kolumnami maurytańskiemi, pod nim, w dole trzy stawy i pełno zieloności.
Widziałem się ze swoim ojcem. Byłbyś zobaczył łzy, spływające po jego bliznach i wąsach, gdy mię przyciskał do łona. Później poszliśmy razem do grobowca mojej matki i tam wobec trumny, którą Ci opisałem w Adamie, dał mi swoje błogosławieństwo. Słodkie i święte jest błogosławieństwo ojca.
Pomyślisz może, czytając te słowa: „Jest spokojny”. A więc nie! Mam gorączkę, spać nie mogę. Lecz niekiedy wspomnienia dzieciństwa gromadzą się wkoło mnie i wtedy rzucam na chwilę spokojne spojrzenie na te równiny, na te zboża polskie, które drżą wkoło. Z oczyma mojemi nieco lepiej. Uściskaj Załuskiego, gdy do niego pisać będziesz. Mój przyjacielu, mój dobry, mój drogi przyjacielu, myśl często o mnie! Nic jeszcze nie wiem o przyszłości, używam po trochu teraźniejszości. Zabiłem parę bekasów. Żegnaj! Wierzchowiec arabski czeka na mnie; puszczę się cwałem na chwilę.
Twój na zawsze.
Zyg. Kras.
66. Do Henryka Reeve’a
20 sierpnia 1832 r., Opinogóra
Gdy nie jesteśmy już u brzegu życia, gdy oddaliliśmy się trochę w stronę pełnego morza, wtedy zdarzają się czasami chwile ciszy. Jak to się stało, że miłość i sława przestały mię dręczyć? Bo młodość moja nie jest już tak świeża i gwałtowna, jak za dni namiętności mojej i szału.
Ukląkłem na grobach przyjaciół z lat moich dziecinnych, by modlić się i rozmyślać. Wkoło cmentarza przelewają się fale kłosów, nic tylko kłosy, nieocienione niczem; ani jedna kępa drzew nie wynurza się ponad ten ocean zboża. Wiatr północny wyje i zrywa w dole na widnokręgu chmurę po chmurze, wznosi je aż do słońca, a później strąca z wysokości nieba. Błękit ukazujący się między chmurami blady jest, powietrze chłodne, kilka modrzewi kołysze się koło mnie, a jednak spokój panuje w mem sercu i modlitwa moja prostszą drogą dochodzi do Pana, niż te, które szeptałem przed laty na szczycie gór i nad brzegiem morza, bo ci, którzy śpią wkoło mnie, kochali mię niegdyś.
Nagle inne obrazy mieszają się z otaczającemi mię wspomnieniami. Twarz cudzoziemki goni za mną, aż do trumny mojej matki. Dwie kobiety są w tem podziemiu. Jedna, której miłość błogosławiła memu urodzeniu, odziana w strój umarłych, milcząca, nieruchoma — druga, strojna w kwiaty życia, z okiem błyszczącem, wsparta o ołtarz, wskazuje mi palcem stopnie, na których nigdy nie uklęknę obok niej. Widzenie łzy mi wyciska z oczu; dawniej szał by we mnie wywołało.
Myśli moje innym popłynęły torem. Rozkosz bezwładu mię ogarnia; głos mój stał się cichy i rzadko kiedy słowo jakieś pada z ust moich. Ale dziwne sceny odgrywają się w mojej duszy i żyję w świecie, którym nie rządzi żadna jedność. Marzenia moje przenoszą się w przeszłość, potem podsuwają mi coś z przyszłości, lecz i to prędko znika. Białe żagle i błękitne fale, pieśni włoskie i dźwięki jakiejś obcej mowy wirują wkoło mnie. Wszystko o czem marzyłem i myślałem, wszystko co budziło we mnie niepewne pożądania, znowu przychodzi mi na pamięć — lecz to labirynt, gdzie błądzę na wpół odurzony, na wpół śpiący, a sił mi nie staje, by się ze snu otrząsnąć i skłaniam się ku temu czarowi, który mną włada, jak człowiek złamany zmęczeniem pochyla się ku łożu.
5 września
Zaszła zmiana w scenie mego widzenia. Jak Manfred, wywoływałem duchy: „Astarte, mów do mnie!”. Namiętności są błaznami, którzy drwią ze mnie. Nienawiść stała się miłością, a później? Później — było to o zmierzchu: czy widzisz piękny księżyc? A później? Później — było to w pewien piękny poranek. Oto moja ostatnia strofka, przyjacielu. Zrozum i lituj się nade mną! Znowu kilka chwil szczęścia, a później przyjdzie skrucha i kara.
Nie mam anioła stróża, jak Schelling, lęgnę się pod skrzydłami szatana.
Za cztery dni jadę do Petersburga. Jesteśmy przyjaciółmi na śmierć i życie, Henryku! Bóg by Cię pokarał, gdybyś przestał być mi przyjacielem. Piszę Ci do Monachium, gdyż nie wiem dokąd list ten zaadresować. Zostajesz tylko trzy dni w Dreźnie. Napisałem tam do Ciebie. Żegnaj. Napisz mi do Petersburga poste restante. Przyjaźń nasza nie jest tego rodzaju, by przypadek mógł ją przerwać; jakiegoś określonego faktu trzeba, by ją zniszczyć, lecz bez tego zerwanie jej byłoby zbrodnią.
Ja zawsze Twoim przyjacielem zostanę.
Zyg. Kras.
5 września 1832 r., Opinogóra
Wszystkim moim przyjaciołom w Europie pożegnanie.
67. Do Henryka Reeve’a
Knyszyn, 22 września 1832 r.
Drogi Henryku!
Odebrałem list Twój z Drezna tu, w jednej z naszych posiadłości, leżącej na drodze do Petersburga. Udaję się tam z moim ojcem. Napisałem Ci już o tem do Monachium, nie wiedząc, gdzie Cię szukać, gdyż nie powiedziałeś mi dokąd się udajesz po opuszczeniu Drezna, a tam dwa dni tylko miałeś pozostać. A więc, drogi, odnajdę Cię we Frankfurcie. Obliczyłem czas i pewien jestem, że list ten nadejdzie w porę. Jadę do Petersburga; będę tam za dwa tygodnie. Tam więc mi napisz. A teraz, jeśli mię zapytasz: „Jak długo tam zostaniesz? Co tam będziesz robił?” Odpowiem Ci: „Nie wiem”. Zresztą znasz mię i wiesz, że lubię pić, jeść itp., i że nic na świecie nie może wpłynąć na zmianę moich poglądów w tym względzie, nic, nic... Toteż, ponieważ obaj jesteśmy birbantami, będziemy przyjaciółmi i niech jeden może zawsze liczyć na drugiego. Nigdy nie zdołasz sobie wyobrazić, Henryku, przez jakie zdarzenia fantastyczne przeszedłem teraz, ani jakiem życiem żyłem przez miesiąc od czasu mego przybycia do Polski. Cały mój pobyt w Opinogórze był w najwyższym stopniu dziwny.
A więc nie znałem tej kobiety, o której tyle mówiłem. Zobaczyłem ją znowu i pokochałem. Przyszła do mnie z przebaczeniem na ustach. Wtedy opowiedziałem jej o swojej miłości lat dziecinnych, o późniejszej udręce, zazdrości, nienawiści, cztery lata trwającej, wreszcie o miłości swojej. Bo takie już moje przeznaczenie, że nigdy nie mogę ujrzeć tej kobiety, by jej nie kochać. Wreszcie odeszła, nazywając mnie ciągle bratem, a ja odpowiadałem jej ciągle: „Kocham Cię”. Nic nie wymogła na mnie, ani ja na niej. Pozostaliśmy na miejscach, które los nam przeznaczył.
Bóg nie pobłogosławi takiemu jak ja człowiekowi. Żegnam Cię. Pamiętaj, że chociaż jestem może wszystkiem, czem tylko pomyślisz, to jednak, Henryku Reeve, nikt w tym stopniu co ja, nie jest Ci przyjacielem. Przyjaciel, to nie źdźbło słomy, które zdmuchnąć można. Byliśmy przyjaciółmi i będziemy przyjaciółmi, a wrota piekielne nas nie przemogą. Żegnaj, żegnaj! Pisz do Petersburga.
Zyg. Kras.
23 września
Ponieważ jestem dzisiaj spokojniejszy, powiem Ci jeszcze słów kilka przed zapieczętowaniem tego listu. Zacząłeś właśnie rok dwudziesty. Niech Bóg Ci błogosławi, Henryku, niech Ci da siły do zniesienia życia, bo życie teraz jest czemś więcej, niż życie dawniej. Za dni naszych opuszczają nas i sen i spokój. Jesteśmy wszyscy podobni żebrakom, którzy chodzą przez dzień cały, a nie wiedzą, gdzie spoczną wieczorem. W tym wieku wiele nam potrzeba miłości, a pod tem słowem „miłość” rozumiem wszystkie więzy, wszystkie uczucia, łączące dwie dusze, które się rozumieją. Koniecznem jest dla harmonii wszechświata, by w chwili, gdy wszystko się załamuje, przynajmniej dusz kilka, duchy niektóre łączyły się, zbliżały ku sobie i kochały tak silnie, jak inne wzajemnie się nienawidzą. Dwóch ludzi, którzy są przyjaciółmi, to dziś wyspa pokryta zielenią na morzu ciemności. Henryku, według tego świata jesteśmy młodzi, a jednak obaj jesteśmy starzy uczuciami swemi. Wieleśmy sfer przebiegli; wszystko, prawie wszystko nas zawiodło, oprócz nas samych. A więc zadawalajmy się sobą, stwórzmy z nas dwu jedność i niech ziemia rozpada się i pęka wkoło nas! Nie zapomnisz nigdy, jestem pewien, że rozpocząłeś rok dwudziesty życia w tych starych, tajemniczych Niemczech. Niech Bóg Ci błogosławi, Henryku! W tej chwili cały do Ciebie należę. Czuję, jakbym był przed krzyżem w Kolizeum, gdyż myślę o Tobie, gdyż błogosławię Ci z oddali całem jestestwem swojem, a uczucie to czyste, spokojne, majestatyczne. Namiętność jest wielką poezją — spokój większą. Patrz, Henryku, jak olbrzymie robię Ci ustępstwo. Może być, dlatego, że spalony jestem namiętnością i potrzeba mi chwili ciszy. List Twój mi ją przyniósł, list ten tak słodki i spokojny, zawiera tyle z przeszłości! Wszystko w nim, aż do imienia Konstancji, wyraża modlitwę i przebaczenie, smutek i opatrzność. O, tak, jesteś pod względem moralnym o wiele doskonalszą istotą ode mnie. Idziesz krokiem wolnym, ja biegnę. Padnę któregoś dnia, ale Ty nie padniesz. Żegnaj! Kochaj swego prawdziwego przyjaciela, który Cię kochał i tak bardzo kocha!
Zyg. Kras.
68. Do Henryka Reeve’a
22 października 1832 r., Petersburg
Drogi Henryku!
Oto znów jesteśmy połączeni, wiedząc, gdzie się nawzajem szukać mamy. Masz słuszność — dla nas nie ma już błogosławieństwa miłości. Mogę zginąć ze wzruszenia u stóp jakiejś kobiety, ale nie ukocham nigdy obrazu niewinności, nigdy już złudzenie nie będzie równie święte, jak wówczas, gdy w Paquis całowałem, jak brat, moją kochankę, chociaż drżałem z namiętności. Co do osoby, o której Ci mówiłem, to chce mi ona być jedynie siostrą: „Żywię dla ciebie” pisze mi ona „uczucie bardziej czyste, bardziej eteryczne, niż miłość. Nie ma nic samolubnego w mojem przywiązaniu. Błogosławić będę tym, którzy Ci szczęście dadzą, ukocham tych, których Ty kochać będziesz, a gdy świat cały Cię opuści, odnajdziesz mię taką, jaką dzisiaj jestem. Moje uczucia dla Ciebie są tak czyste, że aniołowie by je przyjąć mogli”. Oto jej własne słowa. Oceń myśl i styl.
A więc odnalazłeś Sw.? Stachelberg, który tu bawi, zawsze jeszcze w niej zakochany. Czy mówiła Ci o mnie? Z oczyma memi źle. Lekarze tutejsi wróżą mi utratę wzroku. Duwal oddał mi Twój liścik. Kocham go prawie, bo widział Cię prawie miesiąc temu. Ojciec mój jest dla mnie aniołem. Zresztą jestem chory i samotny przez dzień cały, wieczór spędzam w swoim pokoju i nic robić nie mogę. Życie mi cięży. Daj mi nicość, a złożę w niej moją zmęczoną głowę, ale nicość jest chimerą.
Kilka dni temu przyszedł mi w nocy pomysł poematu, pomysł potężny. Wyskoczyłem z łóżka, wołając: „Anch’io sono pittore!96”. Poezja jest częścią składową mego jestestwa. Oczy mię palą, czaszka moja się rozszerza, cierpię... Ach, Henryku, gdybyś był przy mnie, przy Twoim Zygmuncie! Jakże lubiłem słyszeć, gdyś nazywał mię Zygmuntem, a wolałem zawsze, by inni nazywali mię Krasińskim. To wielkie miasto, Petersburg, masa olbrzymia granitu; gdy śnieg pokrywa jego domy, wydaje mi się, że jestem między skałami. Matce Twojej moje uszanowania i przywiązanie mego serca. Dla Moultonowej i dla Rogeta tysiąc pozdrowień. Czy nie mógłbyś się dowiedzieć, co H. porabia? Nie ma dnia, żebym o niej nie myślał; to rodzaj mgły, która mię nigdy nie opuszcza. Pędzimy obydwaj w pustyni, biały koń na przedzie, chmury, sępy, skały ustępują nam z drogi, naprzód, zawsze naprzód, aż nadejdzie godzina spoczynku wiecznego, aż nastąpią dla mnie mroki ślepoty. Wątpię, czy będę miał siły, by żyć jako ociemniały. Boże mój, odwróć ode mnie ten kielich! Ale czy mam prawo modlić się do Boga? Ach, módl się za mnie Ty, który jesteś czysty i mniej namiętny! Módl się za przyjaciela swej młodości! Żegnaj! Pisuj do mnie możliwie często! Nie wiem, z kim się Leach żeni. Żegnaj, żegnaj! Ani Salcburg, ani nic innego nas nie rozdzieli. Jacky jest głupcem. Bądź zdrów!
Z. K.
69. Do Henryka Reeve’a
Dn. 1 listopada 1832 r., Petersburg
Kochany Henryku!
Przeczytaj jeszcze raz ostatni list, który Ci napisałem z Wiednia. Mylisz się bardzo, mówiąc o dobrych obiadach, pięknych kobietach itp. Posłuchaj opisu mego życia. Siedzę od rana do wieczora w swoim pokoju o srebrno-zielonem obiciu. Pośrodku niego cztery kolumny greckie, za niemi łóżko moje, piec i kominek, fortepian i kanapa, a wreszcie dwa okna, które wychodzą na podwórze i na niebo, zwykle pokryte ciężkiemi chmurami. Zresztą zbytku mam powyżej uszu. Wstaję, przechadzam się, piszę trochę, później kładę się, przechadzam się — i tak w kółko, zawsze to samo. Nauczyłem się myśleć. Stanę się dzikim i głębokim myślicielem. Oczy mnie bardzo bolą. Wiesz, dawniej wina, cygara, kobiety było mi trzeba, by mię oszołomić — dzisiaj upijam się, myśląc intensywnie, śledząc tok rozumowania. Czasami czuję, jak nerwy rozprężają się w moim mózgu. Wiesz, co za stworzenie ze mnie? Jak Ci się zdaje, do czego mię podobne życie doprowadzi? A zdrowie mi nic robić nie pozwala. Nie wychodzę, nie widuję się z nikim, nie znam nikogo. Wskutek klimatu tutejszego cierpię na swój dawny reumatyzm itd., itd. Mógłbym powiedzieć, jak człowiek z Longwood: „Ten klimat mię zabije”. Zresztą nie sądź, że dusza odchodzi razem z ciałem. To prawda, że nuda i obrzydzenie bezustannie mi towarzyszą, ale siła, która tkwi na dnie, tam pozostanie i nie ulegnie zmianie. Hamlet jest piękną tragedią. Czy przypominasz sobie tę piękną Wenecję i te dni promieniste, i Lido, gdzie Trevor walczył ze żmiją, i żagiel wzdęty, krzyżem haftowany, który ukazał się nam o zachodzie słońca jak widzenie niebiańskie? Przypominasz sobie naszą przechadzkę po ogrodzie? Czy przypominasz sobie przejażdżkę konną do Gex i tę noc ciemną, podczas której powiedziałeś, mijając mię cwałem, że kochasz Konstancję? Wydaje mi się, jakby to wszystko zdarzyło się na innej planecie przed mojem urodzeniem i, gdy słyszę głos Twój, to jest on jakby głosem ducha z innego świata. Żegnaj. Nie zrozumiesz nigdy, jak Cię kocham.
Zyg. Krasiński.
Twoje wiersze do K. są smutne i spokojne, poważne i proste; są dobre.
70. Do Henryka Reeve’a
12 grudnia lub 22 grudnia 1832 r., Petersburg
Drogi Henryku!
Z oczyma mojemi tak źle, że zaledwie mogę Ci kilka słów napisać.
Lud nie jest ojcobójcą, gdyż rzuca się na coś, co mu obce. Czy lud ma przeszłość, czy ma przodków? O nie, a więc nie jest ojcobójcą. My byśmy byli ojcobójcami, gdybyśmy podali rękę ludowi.
Przeczucie, że oślepnę, wzrasta we mnie. Ale powiedz mi, czy z moim charakterem mogę być niewidomym? Czy dusza moja może się zadawalać mrokiem? Zresztą, niech losy się spełnią. Żegnaj, drogi Henryku! Najserdeczniejsze ukłony Paulinie.
Zyg. Kras.
71. Do Henryka Reeve’a
6 stycznia 1833 r., Petersburg
Drogi Henryku!
Jestem ciekaw odpowiedzi tego osobnika. Jakim głosem przemówi przyszłość do przeszłości, która zwraca się do niej z zapytaniem i chce wiedzieć, czem ona jest? Otóż ja, lepiej niż ktokolwiek, wiem, że przyszłość być musi. Rozumiem pochód tryumfalny tej przyszłości: widziałem go nieraz w moich rozmyślaniach i powtarzam jak Hugo, mówiąc o Antychryście: „Przyjdzie”. Wiem, że miniemy wszyscy jak garść prochu, nigdy nic rzeczywistego nie podziwiając, ani kochając, a wiele nienawidząc. A jeśli coś kochamy, to wyłącznie przyszłość, ten świat marzeń i nicości. Jeśli rozpatruję rzeczy, jako filozof, widzę w nich jedynie wieczny porządek, godny podziwu; lecz jeśli rozpatruję je, jako człowiek o sercu i uczuciach ludzkich, związany z tą ziemią, mający długi rząd przodków, w hełmach i pancerzach śpiących w trumnach swoich, i przeszłość wielką, pełną czynów i imion braci swoich, widzę w tem tylko brak ładu. A wtedy mówię sobie: „W imię Jezusa będziemy cierpieli, walczyli nawet, jeśli nas zmuszą do tego, a w chwili walki przyjdzie nam na pomoc siła barbarzyńcy lub rycerza, który był naszym praojcem”. A gdy zginiemy, niech porządkują ziemię na swój sposób — nikt im przeszkadzać nie będzie. Ale sądzę, że nadejdzie dzień, w którym miłość znów weźmie górę. Gdyż Bóg jest sprawiedliwością i pięknością, wszechświat jest harmonijny, a ja nieśmiertelny. Gdy mówisz o wiekach wieków, padam na kolana i ubóstwiam, podziwiam, kocham. Jeśli mówisz o teraźniejszości, podnoszę się z klęczek i zobaczysz, że na ustach moich pojawi się uśmiech sceptycyzmu. Błogosławmy Bogu za to, że nas pobłogosławił błogością przyjaźni! A teraz zaklinam Cię, przerwij wszelkie stosunki z P.! Spotykamy niekiedy istoty, które działają na wyobraźnię, a nie przemawiają do serca: unikaj ich od pierwszej chwili, lub gorzko tego później żałować będziesz, gdyż, mojem zdaniem, wyobraźnia bez serca równa się szatanowi samemu. Wierz człowiekowi, który kilkakrotnie nabył w tej mierze smutnego doświadczenia!
Zobaczymy się na wiosnę. Znowu będziemy mieli sobie do powiedzenia tysiące słów, wszystkie zawarte w jednem, które nazywa się „przyjaźnią”. Żegnaj, mój drogi Henryku! Jestem ciągle chory; stan moich oczu się pogarsza. Pokłoń się ode mnie moim przyjaciołom genewskim!
Zyg. Kras.
72. Do Henryka Reeve’a
20 stycznia 1833 r., Petersburg
Kochany Henryku!
W tym samym czasie doszliśmy do tych samych wniosków. Początek roku 1833 zastał nas obydwóch dość znudzonych marzeniami i miłością, a może złudzenie to jest jeszcze marzeniem. Spędziłem wieczór sylwestrowy w towarzystwie dwu dzieciaków: Stachelberga i Drwala, którzy miauczeli jak koty i wyśpiewywali głupstwa. Możesz sobie wyobrazić, jakie to na mnie zrobiło wrażenie. Ale w tej samej chwili, w której mówiłeś z Marią Eichberger, ojciec mój wszedł do pokoju i przycisnął mię do łona; była to dla minie chwila uroczysta, występująca wyraźnie na płaskiem tle całego tego wieczoru. Zresztą ogarnęła mię również głęboka gorycz. Nie są to już młodzieńcze napady melancholii, które zawsze mają w sobie coś orzeźwiającego, nie są to też owe przekleństwa i porywy wściekłości, które podkopywały moje zdrowie i stworzyły w zakresie szaleńczej poezji Adama. Jest to raczej smutek męski, bez uroku, bez szału, dość spokojny, a silniejszy i bardziej stały, niż jakakolwiek radość, którą sobie przypomnieć mogę. Czytałem tej zimy Ballanche’a, Damirona, Quineta. Później czytałem Biblię i pomyślałem, że filozofia warta jest tyle, co miłość: można być Werterem w obu kierunkach. Następnie napisałem rzecz, która podobna jest do czegoś, co było we mnie, to znaczy do zamętu i do kilku myśli, dość głębokich. Nazwa dość dziwaczna: Irydion Amfilochides. Jest to Grek w Rzymie. I, umierając, wspomina słodkie Argos.
(Ręką Z. Krasińskiego): Pierwsza to moja próba dramatyczna. Całość jest na wpół dramatem, na wpół opisem i opowiadaniem.
(Dyktowane)
Powiesz mi, że zamierzasz wrócić do Anglii. Sądzę, że źle czynisz. Powinieneś jeszcze trochę rozmyślać, uczyć się i widzieć. Zanim rzucisz się w przepaść, Kurcjuszu, wyszukaj sobie najpiękniejszego rumaka, przywdziej najpiękniejszą zbroję, żeby przynajmniej lud podziwiał Cię, gdy przejeżdżać będziesz; później znikniesz.
Biedna Anglio, którą kocham przez miłość dla dwojga istot, z których jedna jest rzeczywistością, a druga widmem! Jeszcze tylko lat kilka, a wszystko się spełni.
(Ręką Z. Krasińskiego). „I anioł olbrzymi wziął kamień, jak wielkie koło młyńskie, i cisnął go w morze, mówiąc: — Tak obalony będzie siłą wielki gród Babilon i nigdy więcej znaleziony nie będzie”.
(Dyktowane)
Zostań przynajmniej do maja w Niemczech i przyjedź do Wiednia, by spędzić ze mną dni kilka! Pójdziemy razem do katedry św. Szczepana. Jakże piękna i jedyna była myśl chrześcijańska, która wzniosła katedry średniowieczne! Któż ją dziś rozumie?
Nie pisuj już do mnie do Petersburga, lecz do Warszawy, gdzie spędzę dwa tygodnie, zanim pojadę do Wiednia. Zabieram ze sobą człowieka, o którym Ci często mówiłem i z którym zapoznać Cię pragnę. Miał niegdyś wielką przyszłość przed sobą. Dziś nieszczęścia, od niego niezależne i marzenia, od niego zależne, razem złączone, przyszłość tę złamały. Dużo ma do mnie podobieństwa, żadnego prawie do Ciebie. Żegnaj, mój drogi, niech Bóg Ci błogosławi! Często myślę o Tobie.
Zyg. Krasiński
73. Do Henryka Reeve’a
25 stycznia 1833 r., Petersburg
Drogi Henryku!
Znowu niesmak, apatia i niepewność przechodzą przez Twoją duszę. Chciałbyś być małem dziecięciem, żeby skryć się na łonie matki. Żałujesz, że nie możesz kochać. Z tem wszystkiem trzeba skończyć, mój przyjacielu; należy znosić z poddaniem życie i cierpienia, nawet gdy nie możemy przykładać balsamu złudzeń na nasze rany. Niegdyś pragnęliśmy zostać istotami poetycznemi, dziś stać się musimy istotami moralnemi i żyć w rzeczywistości, to znaczy toczyć ciągłą walkę, która z wolna nas spala, walkę, wywiązującą się między pojęciami naszemi a faktami i powodującą zmianę naszych pojęć i ustępstwa, czynione z musu przez naszą duszę, tak bezwzględną i wspaniałą przed laty, na rzecz świata materii, czynu i korzyści itd. Jednak i w tem jeszcze tkwi ogrom poezji. To już nie miłość, sława, potrzeba pieśni i opowiadań, lecz przeciwnie, uczucie, że wypełniamy nasze obowiązki w cieniu, nieznani, zapomniani, niedocenieni, że pracujemy w pocie czoła, nie myśląc o żadnej nagrodzie ludzkiej, ani o spojrzeniu piękności, ani o wieńcu laurowym i zadawalniając się własnem przeświadczeniem, tem poczuciem wewnętrznem a głębokiem własnej godności, bez starania się o okazanie tego innym, gdyż to byłoby próżnością, podłością i stratą czasu: ludzie nigdy nie rozumieją człowieka. W tem wyrzeczeniu się, w tej pełnej miłości dumie, w której nie ma nic z gorzkiej pogardy, okazywanej ludzkości przez niektórych geniuszów, spostrzegam ogrom poezji i ku niej wyciągnę ramiona. Gdyż ja całe życie zostanę poetą: rolnikiem, mnichem, żołnierzem, bogaczem, nędzarzem, rzemieślnikiem będąc, zawsze zostanę poetą. Urodziłem się poetą i nie dbam, czy mię kto podziwia lub rozumie, prócz Ciebie. W tych kilku słowach wypowiedziałem obszerną teorię; zastanów się nad nią przez chwil kilka, Henryku!
Dlaczego uciekasz przede mną, przyjacielu, gdy ja kieruję się ku Tobie? Nie jedź tak prędko do Paryża, udaj się do Wiednia! Być może, że zetknięcie się naszych dwu dusz więcej da nam obydwom korzyści, niż wiele innych widowisk lub książek. Skończyłem właśnie i uzupełniłem poemat, z którego Ci czytałem ułamki w Wenecji, i z którego Ci przetłumaczyłem jedną scenę w którymś z mych listów — scenę wywoływania duchów. Nazwa jego: Widzenie. Usiany jest wspomnieniami H., a na pierwszej stronicy widnieją słowa:
Ukochanej powiedziane i teraz i na zawsze.
Nigdy już kochać nie będę, jak kochałem. Mój przyjacielu, proś Boga, by Ci dał silną duszę; nie tak silną, by nie odczuwać namiętności, lecz dość silną, by je przezwyciężać. Żegnaj, przyjedź do Wiednia! Żegnaj, mój Henryku!
Zyg. Kras.
74. Do Jen. Franciszka Morawskiego
St. Petersburg, 30 stycznia 1833 r.
Po tysiąc razy dziękuję Panu Jenerałowi za Jego łaskawą pamięć o mnie. Nie mogąc sam pisać z przyczyny bólu oczów, muszę cudzego pióra używać, by Mu oświadczyć wdzięczność moją i chwil kilka, jeśli pozwoli, z Nim pomówić. Myślę, że może będzie przyjemnie Panu Jenerałowi w dalekich stronach usłyszeć rozmaite wieści literackie, chociaż literatura teraźniejsza mało ma w sobie powagi i wielkości; przypatrzyłem się jej z bliska siedząc przez dwa lata w Genewie, która jest stekiem wszystkich wiadomości naukowych Europy.
Widziałem tam kilku znakomitych ludzi, przejeżdżających różnemi czasami, naprzód Chateaubrianda, który, przypiąwszy różę białą do czarnego fraka i w oną różę wlepiając oczy, przechadzał się dosyć smutny; pono wspominał sobie męczenników swoich. Czasem mówił starodawne komplementa kobietom i potrząsał głową, bo nie miał pieniędzy. Kto by dobrze zważał, poznałby w jego żywych oczach próżność bez miary. Na jego czole nie mogłem wyczytać nic chrześcijańskiego. Potem poznałem się z Wiktorem Hugo; natura wydoskonaliła w nim wszystkie zmysły tak, że wzrokiem sięga ogromnych odległości, słuchem wyrównywa dzikim Ameryki, a Marcinkowskiego (Jaxę) przechodzi o wiele w żarłoctwie, w dumie zaś szatana. Powtarza zawsze: „Po Karolu W. Szekspir — po Napoleonie ja”, twierdzi, że doskonale pojął swój cel od dziesięciu lat przeszło i że ku niemu dąży matematycznie: gwiazdą wschodzącą jego nieśmiertelności ma być epopeja napoleońska, nad którą pracuje. O ile sądzić mogę, zda mi się, że chęć zysku jest najdzielniejszą jego pobudką, poezja ta cała jest poezją bankierów, pozbawiona czucia i harmonii, ni jedna jak u starożytnych, ni rozmaita w swojej prawdzie jak u Szekspira, ale potworna, osypana marzeniami gdyby pieprzem, utwór dnia jednego handlowego, cień nędzny i znikomy w dziejach sztuki, żadnej prawdy nie mający za podporę, jedno tę, że przynosi pieniądze. Nie mówię ja tu o samej fantastyczności, której barwa cechuje wszystkie te płody, bo zda mi się, że fantastyczność jest prawdą, jak np. u Hoffmanna — i w rzeczy samej, są fantastyczne zdarzenia w życiu, kształty w naturze, uczucia w duszy, tony w muzyce. Wydać je doskonale, przeniknąć się całą ich prawdą, jest tak trudnem w poezji, jak w fizyce spostrzeżenia nad magnetyzmem i elektrycznością, ale zda mi się niezmiernie łatwą rzeczą napisać jakiekolwiek bałamuctwo, ułożyć niejaką, że tak powiem, arytmetyczną kombinację z kilku zbrodni i przezwać cudzołóstwo, morderstwa, oszukaństwa, pijaństwa, karty etc. etc. imieniem „fantastique”, bo któż, proszę, sprzeczać się z nim będzie, że to tak nie jest, kiedy fenomena fantastyczne niezmiernie są ulotne i niepojęte dla wielu. Tam, gdzie Byron, ostrzeżony szeptami geniuszu, swojego jedynego anioła stróża, stanął, zatrzymał się i już nie szedł dalej, tam właśnie początek ich drogi, a droga ta wiedzie w przepaść nie ich samych, bo oni wiedzą, że kłamią, że nie mają żadnego natchnienia, ale tych, którzy ich czytają i wierzą im — servile imitatorum pecus97.
Pierwsze miejsce piastuje między nimi Balzac, niby to filozof, niby poeta. U niego prawie wszystkiem jest mechanizm stylu, zależący na obwijaniu jednej myśli tysiącem wyrazów, na przeciąganiu scen, na sztucznem odwlekaniu, na wmawianiu w czytelnika, że coś niezmiernie ciekawego się zbliża. W tem zachodzi wielkie podobieństwo między nim a każdym grzechem, który łudzi, ciągnie do siebie obietnicami, a nigdy ich nie dotrzyma. Zresztą dążeniem Balzaca jest materializm; i tak np. w jednej z ostatnich powieści swoich pod tytułem Louis Lambert opisuje człowieka o mdłem ciele, o cudnem licu, o potężnej duszy, rozwijającej się wewnątrz siebie bez żadnego zewnętrznego wpływu, kształcącej coraz bardziej wszystkie swoje władze, spostrzegającej najdrobniejsze szczegóły analityczne, a zarazem umiejącej się podnieść do najwyższej syntezy, przenikającej tajemnice, dochodzącej do samych niebios. Przez cały czas sam autor się rozpływa nad tym cudem stworzenia, z czułością, z zachwyceniem ściga za postępami tego umysłu i najpiękniejszemi, najczystszemi przymiotnikami go otacza (cette brillante intelligence, exquise, céleste, délicieuse98), a kiedy omamił czytelnika, zda się, oderwał go od ziemi, przeniósł go do kraju ducha, jednym wyrazem obala tę całą budowę duchową, wykrywając, że wszystkie objawienia tej duszy, głębokie jej myśli i przeczucia, są jedynie skutkiem szkaradnego nałogu, cała zaś powieść poświęcona kochance. Jest w tem coś ohydnego, nie myślę zaś by było coś fantastycznego.
Pan Jules Janin na pierwsze wejrzenie ma więcej ognia i popędu; jego Barnave jest niepospolitem dziełem. Jako się Byron przejął charakterem szatana i postawił go na nogi, tak Janin przejął się hrabią Mirabeau i utworzył z niego kolosalną postać, wokoło której jednak dużo jest grochu z kapustą. Styl jego z początku czaruje, zda się, tęczą połysków, ale to trwa krótko, gdyż ten sam zupełnie układ wyrazów wraca wciąż, gdyby zwrotka w balladzie. Wynalazku jeszcze mniej jak u Balzaca, ale za to karty pełne, tomów zawżdy cztery, zapłata u księgarzy, a do tych dochodów dodać trzeba jeszcze jeden: Panna Mars, owa sławna aktorka, go utrzymuje.
Eugéne Sue pisze powieści morskie; ma on niekiedy błyskawice poezji, ale cóż z tego, kiedy każda piękna postać, którą opisze z początku święta, pełna szczerości i powabów, musi koniecznie stracić cześć w końcu i przemienić się na obrzydłą. Znać, że się w jego mózgu powikłał korsarz Coopera z korsarzem Byrona, a z owej mieszaniny powstały dziwne bałamuctwa, zemsty najszkaradniejsze, nienawiści bez przykładu etc. etc.
Charles Nodier czasem jeszcze głos swój podnosi, ale krótko przemawia i przepowiada koniec rodu ludzkiego; on jeden wierzy w to, co mówi, insi żadnej wiary nie mają, żadnej myśli wspólnej, wielkiej — miasto99 jedności mają monotonię — słowem, cała teraźniejsza literatura jest śmieszną w swoich okropnościach; styl składa się z kilku pewnych wyrazów: révélation, fatal, virtuellement, pantelant, mission itp... Rzecz zaś snuje się ogniwem z trumien, z sztyletów, z domów gry i rozpusty, z namiętności pofałszowanych, z uczuć wykutych, jako się kują złe wiersze za pomocą truflów i wina. Otóż to się łacno daje zrozumieć, że po dobrym obiedzie, który jest antynaturalną rzeczą, nerwy żołądka, wprawione w ruch chorowity, przesyłają część swej gorączki nerwom mózgu, a stąd owe wszystkie marzenia, sprośności, które są tem samem, co wątroby gęsie, z których złożone pasztety strasburskie: chorobą, sztucznie sprawioną gwoli większej rozkoszy żarłoków.
I tak pan Soulié świeżo wydał Les deux cadavres; treść tej powieści oparta na trupie Kromvela i na trupie Karola I-go. Rozmaite losy tych dwóch ciał opowiada autor. Ze wszystkich scen jedną tylko Panu Jenerałowi opowiedzieć chcę: Barsteat pragnie zemsty nad Karolem II-gim, który kazał stracić jego ojca za to, że podpisał wyrok śmierci Karola I-go. Długo więc nad nią rozmyśla, a nareszcie wynalazłszy, pośród nocy ciemnej bierze się do jej wykonania. Idzie po trumnę, w której leży ciało i głowa odcięta Karola I-go, ową trumnę kładzie na barki i niesie do rowu przed domem kochanki, która jest córką nieprawą Karola I-go, dziwnym trafunkiem wychowaną w domu Barsteata, towarzyszką jego lat dziecinnych, siostrą dawniej, a teraz lubą, jedyną pociechą, ukochaną nade wszystko. Woła na nią, by wyszła z domu. Szesnastoletnia dziewczyna, ładna, niewinna, rozmiłowana, śpieszy na głos kochanka; wtedy walka następuje w duszy Barsteata, chęć zemsty przeważa. Wymaga więc od niej, by mu się oddała zupełnie; ona, nieboga, złoży pocałunek na jego ustach i rzecze: „Otóż dostałeś mnie”, ale on tłumaczy jej, że to jeszcze nie wszystko i ciągnie nieszczęśliwą do trumny ojca; owa trumna staje się łożem jego rozkoszy. Gdzież tu poezja? Gdzie harmonia? Same fałszywe tony. Są w muzyce niektóre fałszywe akordy, które, powiązane z następnemi zgodnemi, w ogóle swoim tworzą najświetniejszą harmonię; dobór takich fałszywych i melodyjnych tonów w poezji tworzy, jak mi się zdaje, fantastyczność. Ale oni bez żadnej sztuki, bez żadnej uwagi, samemi jedynie fałszywemi grają, a każą słuchać i mówią: „Patrzcie, jaka doskonała muzyka! My pierwsi ją wyjawili światu”.
Od kiedy średni stan wziął przewagę i nazwał się osiemnastym wiekiem, można było przewidywać, że literatura stanie się spekulacją, że tomy na funty sprzedawać się będą. Trzeba poecie, by wierzył w siebie i w poezję jako w cel, nie jako w środek, inaczej stanie się bankierem i kupcem, kupcowi zaś wszystko jedno, czy bohatyra posłać na skałę, by tam umarł wśród mąk, czy napisać i rozsiewać najfałszywsze zasady. Upatruję wielkie podobieństwo między polityką angielską a dzisiejszą literaturą francuską. Do tego jeszcze dodać można różne insze wpływy. Publiczność łaknie takowych obrazów, bo jej ojcowie i ona sama już objadła się i opiła wszystkiemi trunkami, mianowicie krwią. Takowi ludzie nie mogą czytać idyll Gesnera; nerwy ich rozdrażnione do najwyższego stopnia, trza wraz nowszych poruszeń. Rzymianom pod koniec cywilizacji starożytnej trzeba było igrzysk i biesiad; to był ich szał zmysłowy, ostatnia konwulsja zmysłowego świata. Teraz to jest nasz szał moralny, może ostatnia konwulsja naszego świata. Byron także się do tego przyłożył, on pierwszy porwał razem tysiąc obrazów i rzucił razem, ale któż mu wyrówna? Kto go naśladuje, przepaść musi. On jest sobą samym, początkiem żadnej szkoły być nie może, a kto wie, czy nie jest końcem romantycznej, ostatniem echem średnich wieków, bo, choć powątpiewa, jak Spinoza, szydzi, jak Wolter, nieraz w nim coś rycerskiego się obudza, powstaje nagle baron angielski w szyszaku i zbroi, pan nad mnogimi wasalami, a choć nie wierzy ukrzyżowanemu Bogu, jakże doskonale pojmuje i Danta, i Tassa i, gdyby100 oni sami, ich głosem przemawia. Jednak Don Juan ogromny wpływ wywarł na teraźniejszą literaturę francuską. Stało się, jako się dzieje zwyczajnie z naśladowcami: chcąc utworzyć coś podobnego, przesadzają, a nie rozumiejąc geniuszu, któremu hołdują, wszystkie jego piękności i prawdy zamieniają na fałsze. Pamiętam wiersz Pana Jenerała:
Jam się wieszczem mych czasów, a nie małpą, zrodził.
Ja bym się teraz do nich podobnie odezwał i jeszcze nieco inaczej:
„Jam się wieszczem mych czasów, a nie świnią, zrodził”.
Tymczasem Lamartine z żoną Angielką wsiadł na okręt i popłynął do Palestyny, rzucając brzegi ojczyste z ściśniętem sercem poety, którego nie rozumieją. On miał wiarę, a choć nie uniknął monotonii, kto go czytać będzie, uwierzy w niego. Ja nieraz płaczę za średniemi wiekami, za ową poezją, która utworzyła Danta i dźwignęła katedry gotyckie. Jako błyskawicy służą za tło czarne chmury, tak jej tłem były podania północy, skandynawskie Sagi — a jako Eschylos przypomniał sobie świat zniszczony tytanów i natchnął się nim i wskrzesił go na chwilę, tak Szekspir, chrześcijanin, przypomniał sobie mity zatracone północy i wyrósł na olbrzyma. Gdzie owa poezja dzisiaj? Staliśmy się drobnymi, a mamy się za poważnych i groźnych, okropności nasze w śmieszność przechodzą, a co w teraźniejszej literaturze jest najzgubniejszem, najbardziej przeciwnem porządkowi wszech rzeczy, przeznaczeniom duszy ludzkiej i celom ludzkości całej, to, że każda walka moralna kończy się na zwycięstwie złego, a kiedy szatan przemoże, kiedy gach osiędzie w domu i mąż mu zawierzy, kiedy filozof, rozumując, dojdzie do najfałszywszego wniosku, szaleniec dostąpi celu swych namiętności — wtedy zapada kurtyna. „Skończyło się. Widzowie, wracajcie do domu!”. Poezja to na wspak natury, bo przeznaczeniem duszy jest cierpieć, zmagać się, ale wreszcie ujrzeć Boga; szatan snać rozgościł się na tej ziemi, wiele serc natchnął i serdecznie się raduje. Chciałbym tych wszystkich panów, którzy sobie tak łatwo marzą o trumnach, trupach, zabójstwach, nienawiści i zemście, widzieć za bramami Paryża w jakiem niebezpieczeństwie; pana Sue w burzy na morzu, pana Janina wśród konwencji narodowej, a Balzaca obok jakiego rycerza z czasów Ligi, który by mu groził sztyletem. Pono by uciekł, jako niegdyś Jaksa przed korpusem oficerów w Lublinie.
Poznałem także zagranicą Mickiewicza. W nim jest prawdziwa poezja, bo szuka prawdy i jedynie prawdy — umrze z głodu, a nie będzie zmyślał fałszywych uczuć; od nieba dostało mu się natchnienie, jakie znamionuje wieszcza, połączone z wielką potęgą myślenia i rozumowania. Do tego jest wielka harmonia między wyobraźnią, a jego sercem. Tamci wszyscy francuscy mają wyobraźnię, ale serca nie mają, wyobraźnia zaś bez serca prowadzi nieraz kobiety do zbrodni, a mężczyzn zawsze do głupstwa. Byłem z Mickiewiczem w Rzymie; tam trza żyć w przeszłości i owóż żyliśmy w niej. Nie przeto jednak rozumiem, iżby Mickiewicz nie znał swojego wieku i nie pojmował go. Ostatnich jego poematów jeszcze tu nie ma; jeśli nadejdą przed moim odjazdem, niezawodnie je prześlę Panu Jenerałowi. A teraz, kiedy się obrócę ku literaturze polskiej, głuche milczenie. Mnie się zdaje, że trza wrócić do starych pisarzy, stamtąd czerpać i z tych pysznych, porozrzucanych kawałków marmuru wybudować świątynię.
W Anglii zjawił się młody poeta Tennyson — same dotąd ułamki wydawał; ma w sobie wielką prostotę i razem bogatą wyobraźnię. Jedną strofę z niego pamiętam:
The poet in a golden time was born,
With golden stars above,
Dowered with the hate of hate, the scorn of scorn,
And the love of love.101
Moore jeszcze czasem zaśpiewa piosnkę; romanse wychodzą podług formy Walterscota nieboszczyka — fantastyczność francuska nie ma w nich miejsca.
Znudziwszy Pana Jenerała tą długą gadaniną, upraszam Jego, żeby raczył na mój zamiar uważać, a nie na wykonanie jego. Przyłączam serdeczne ukłony moje dla Jenerała Milberga; przyjmijcie Oba wszystkie moje życzenia, wszystkie chęci życzliwe, które składam życzliwem sercem, a których nigdy czuć nie przestanę. Zapewne kiedy ten list dojdzie do Pana Jenerała, już mnie wtedy tu nie będzie, a zatem nie mogę spodziewać się odpisu, tylko tę mam nadzieję, że kiedyś miasto102 słów pisanych będą słowa prawdziwe i uściśnienia.
Polecam się łaskawej pamięci Pana Jenerała i powolne103 mu służby moje zalecam.
Zygmunt Krasiński
75. Do Henryka Reeve’a
Petersburg, 5 lutego 1833 r.
(List dyktowany)
Drogi Henryku!
Gdy ja dla Ciebie stałem się pojęciem, Ty pozostałeś dla mnie człowiekiem, kształtem ludzkim, jednem słowem Henrykiem Reeve o wysokiej postaci, bladej twarzy, słodkim i czarującym, a niekiedy wyniosłym i szorstkim w obejściu, którego znałem i którego widuję prawie co dzień, skoro rozkażę mym myślom zebrać siły. Zdaje mi się tylko, że wiele lat minęło od chwili, gdym po raz ostatni uścisnął Twą rękę przed katedrą salzburską; i w pewnej mierze nie jest to złudzeniem, gdyż od dnia tego dokonała się we mnie praca lat kilku. Z początku wstrząsnęły mą duszą gwałtowne wzruszenia, później nastąpiły gorączkowe marzenia, dalej wyrzuty sumienia, to znaczy świadomość, że zakłóciłem porządek i harmonię piękności tego świata, wreszcie zjawiły się rozumowania i rozmyślania, które prawie zawsze występują z czasem po nieustannych cierpieniach fizycznych. Dużo myślałem też o ludziach. Niech Bóg mi przebaczy, że doszedłem do konkluzyj, poniżających ludzkość: oto, że tłum zna tylko pożądania, a nigdy nie rządzi się rozumem, że człowiek jest wszystkiem, że on wszystkiego dokonywa, a ludzie są niczem. A jednak człowiek zawsze obowiązany jest poświęcać się dla ludzi, a nigdy nie poświęcać ich dla siebie. Choć przekonany, że szczęście na tej ziemi jest niemożliwe, musi w nie wierzyć dla innych i dążyć ze wszystkich sił ku temu urojonemu celowi. Wielka to i święta mistyfikacja; źródło jej leży w stanie niedoskonałości naszej. Przekonany jestem, żeśmy wszyscy istotami niedokończonemi: na tem polega grzech pierworodny. Następnie myślałem o kobietach i znalazłem, że są to istoty ziemskie, zdolne w chwili przełomu stać się aniołami; złudzenie trwa krótko i anioł opuszcza ziemię. Jednak dziwne zjawiska we mnie się odbywają; zdaje mi się nagle, że słyszę skrzydła anielskie wkoło siebie, a później spośród tych wszystkich postaci, które podnoszą się z przeszłości, jedna nigdy nic ze swego podniosłego charakteru nie traci, wydaje mi się zawsze czystą i świętą, spokojną i promienną, a wtedy budzi się w mej duszy cała moja tkliwość i rezygnacja. Zwróć na to uwagę, że sen ów odgrywa się całkowicie w przeszłości, że nie ma żadnego związku z przyszłością, żadnego bezpośredniego działania na teraźniejszość. To jakby święta, zmarła w kwiecie lat swoich i pochowana przez pierwszych chrześcijan w katakumbach rzymskich. Noc i milczenie otaczają jej grobowiec, a ja przychodzę czasami, by uklęknąć i zmówić modlitwę.
Myślałem również o świecie i jego ustroju. Odkryłem w nim prawa niewzruszone, mechanizm kompletny, koła i liny, jednem słowem całość matematyczną. Ale się na tem nie zatrzymałem, chociaż jest to może wystarczające. Poznałem nadto, że przy każdem kole, każdej linie, każdej cyfrze, już w całość związanych, w ruch wprawionych i wypełniających swe przeznaczenie, było nadto coś jeszcze, jakieś działanie bezpośrednie, jakaś myśl uduchowiona, być może, że duch jakiś lub anioł, i to nazwałem życiem. Jednakowoż istnieje już życie organiczne w każdem kole, w każdej linie, ale to inne życie, o którem mówię, jest wyłącznie mistyczne. Każde zdarzenie, każde zjawisko może być wytłumaczone przez jedną z tych metod, co jest mi dowodem, że obie działają wspólnie i są słuszne. Każdej chwili, sądzę, odbywa się we wszechświecie przemiana, transfuzja jednej z tych form życia w drugą. Oto dlaczego wierzę również silnie w ducha Cezara, mówiącego do Brutusa: „Zobaczysz mię pod Filippi”, jak w prawa Keplera i Newtona.
Ale w życiu realnem trzeba być wielkim mechanikiem, gdyż świat dnia powszedniego jest jednym olbrzymim mechanizmem. Zamknij ogrom ten w jednem pojęciu, a będziesz miał życie mistyczne, anioła stróża ziemi. Ale, ponieważ trzeba żyć w szczegółach, w analizie, a nie w syntezie, i my zmuszeni jesteśmy zapomnieć o aniele, a chwycić się koła i liny. Tam całe życie mistyczne wymyka się spod obserwacji naszych słabych oczu, jak powietrze, zamknięte w butelce. Butelka jest dla nas wszystkiem, ważymy ją, nie zwracając uwagi na wagę powietrza; wszystkie obliczenia nasze się zgadzają, choć, ściśle biorąc, są tylko przybliżonemi. Otóż we wszechświecie matematyka jest też tylko przybliżeniem; trzeba być szaleńcem, by się nią nie posługiwać w życiu codziennem.
Nie pisz mi do Petersburga, jeno do Warszawy. Czy przyjedziesz do Wiednia? Od tygodnia jestem chory, jak pies, a zdrowie pogarsza się stopniowo. Żegnaj, drogi Henryku! Uszanowania dla matki Twojej i niech Bóg Cię chroni i błogosławi.
Zyg. Krasiński
76. Do Henryka Reeve’a
Warszawa, 4 kwietnia 1833 r.
(List dyktowany)
Drogi Henryku!
Byłem w drodze, przeżyłem zimę całą. Odebrałem 5 listów od Ciebie i nie mogłem na nie odpowiedzieć, nie mając już sekretarza. Ponieważ teraz znowu opuszczam dom ojców swoich, będę Ci mógł pisywać jedynie, o ile miłosierny przypadek pozwoli mi spotkać jakiegoś współczującego śmiertelnika, raczącego podjąć się pisania pod mojem dyktandem. Ty zaś pisuj mi, jak możesz najczęściej, do Wiednia.
Koniec Fausta dowodzi mi, że Goethe był naprawdę wielkim wieszczem, większym od samego Byrona, gdyż, rozpatrzywszy Manfreda, Kaina, Marina Faliera etc. etc, zobaczysz, że wszędzie potępienie wieńczy dzieło. W tem Byron jest tylko przybliżeniem do poezji wszechświata — nie objął go w całości; Goethe zrozumiał wszechświat, walkę złego z dobrem, i dał zatryumfować dobru. A jednak pod względem formy Goethe jest jeszcze ze szkoły osiemnastego wieku. Bywają chwile, w których Goethe bierze sobie za wzór Diderota. To bardzo dziwne, że ten człowiek zwyciężył w końcu świat i pychę szatana. Potężny również jest pomysł, że Faust w końcu staje się ślepy. Ale tak być musiało. Wyczerpał wszystko na ziemi, wyczerpał wszystko w piekle. Wszystko się dla niego skończyło i teoria, i praktyka: zaprawdę, musiał oślepnąć. W muzyce Wolny Strzelec Webera jest tem samem, co Faust Goethego.
Opis Twój śmierci poety Żyda przypomina opowieści fantastyczne Juliusza Janina i Balzaca. W gruncie rzeczy jest trochę suchy. Byłeś artystą tam, gdzie Ci należało być chrześcijaninem. Piękny to opis śmiertelnego łoża, ale brak mu czegoś, czegoś, co nie jest sztuką, lecz prawdą. Gdyż sztuka, to jedynie prawda prawdy i uczucie uczucia, a nie uczucie samo. Artysta doznaje niewypowiedzianych rozkoszy, ale przeznaczone mu są również większe cierpienia, niż komukolwiek innemu na świecie. Wprawdzie egoizm jego jest podniosły, ale bądź co bądź jest egoizmem. A co zrobi, gdy znajdzie się w położeniu, w którem należy przestać być sobą, jeśli się chce szczęścia? Tu piekło jego się zaczyna. Nie będzie nigdy wiedział, co to w rzeczywistości miłość kobiety, gdyż dla niego wszystko jest nim samym. Wszystko sam stwarza: świat, posąg, wiersz, kochankę. Kocha swoje arcydzieła, lecz nic innego nie kocha. Dlatego rzeczywistość jest dla niego trucizną. Oto dlaczego nie może nigdzie znaleźć spełnienia swych życzeń, ani końca swych marzeń. Wszystko, co nie jest nim, wstręt w nim wzbudza i do rozpaczy przyprowadza. Żyje wśród ludzi, jak Kain, nosząc przekleństwo na czole swojem. A jednak kocha aż do szaleństwa, pragnie dobra, życzy szczęścia światu, choć świat go na każdym kroku odpycha. Ale skoro sam jest, czuje się szczęśliwym, silnym, jak półbóg. Dlatego też wielki artysta nie jest nigdy ani dobrym małżonkiem, ani dobrym ojcem. To straszne! Oto, co wywołało nienawiść Byrona do świata, oto co wstręt w nas wzbudza tam, gdzie wielu ludzi znajduje przyjemność i mądrość. Drogo trzeba opłacać zetknięcie z tajemnicami bogów! Jedna kropla, która spadła ze sfer nadziemskich na nasze czoło, niezdolnymi nas czyni do ziemskiego życia; a jednak nie staliśmy się aniołami, pozostaliśmy ludźmi, ale nie mamy już braci. A później, jeśli mamy słabe ciało, napadnie nas może powolna gorączka lub obłąkanie nawet. Piszę Ci to wszystko w stanie najwyższego rozstroju nerwów, w sali gotyckiej naszego pałacu, pełnej herbowych zbroic, dzid i mieczy.
Żegnaj! Napiszę Ci jutro lub pojutrze.
Zyg. Krasiński
77. Do Henryka Reeve’a
7 kwietnia 1833 r., Warszawa
Drogi Henryku!
Marzenia naszej wyobraźni, złudzenia, będące w młodości formą naszego bytu, są przy rozważaniu analizy praktycznej tego świata kłamstwem; lecz, widziane z pewnej wysokości, stają się prawdą wyższego świata, gdzie wszystko jest syntezą i gdzie nie znajdujemy wieczystej analizy krwi i potu. W naszych marzeniach, w tych podniosłych tworach, które jednak tłumowi muszą się często wydawać śmiesznemi, nie odczuwamy nigdy najpospolitszych trudności, gotowiśmy stawić czoło piorunowi niebieskiemu; ale, jeśli wypadnie nam zrobić dwa kroki, powiedzieć słów kilka, jednem słowem zbliżyć się do życia ziemskiego z jego codziennemi wypadkami, upadamy ze znużenia. A jednak, przysięgam, miałbym dość siły, by przebyć z kochanką swoją pustynię Sahary, gdyby kochanka moja była tem, czem są sny moje. Co to wszystko znaczy? Znaczy to, że niegdyś, w czasach poprzedzających upadek człowieka, światem rządziły prawa odpowiadające tym prawom, które dziś budzą się niekiedy w naszej duszy, i że po spełnieniu się naszych przeznaczeń, świat na nowo do tych samych praw powróci. A więc w marzeniu przebywamy w innym świecie, ale nie jesteśmy przez to ani nieukami, ani szaleńcami. Szaleństwem byłoby jedynie, gdybyśmy sądzili, że możemy zastosować prawa naszych marzeń lub naszej syntezy do analizy tego padołu; ale każdy z konieczności początkowo w błąd ten popada. Jedni w nim trwają: są to istoty słabe, niedoskonałe, ale pełne słodkiej poezji i nieszczęścia. Inni, oceniwszy należycie swoją młodość i nie zrozumiawszy wzniosłego ostrzeżenia niebios, wyobrażają sobie, że wszystko skończone i że świat rzeczywisty, to nędza i analiza. Ci również są istotami słabemi i niedoskonałemi, które kończą na zepsuciu materializmu. Mało jest ludzi, dość sił mających, by znosić trudności i przeszkody, by zdecydować się na wejście wprost do życia rzeczywistego, jedynego, które doprowadza do jakichkolwiek wyników, i by zachować przy tem niewzruszoną wiarę w obietnice, dane im w dniach ich szału, gdy spostrzegali chwilami sfery promieniste, do których nigdy później nie udało im się dotrzeć. Oni jedni czegoś dokonają. Złudzenia są więc symbolem. Trzeba umieć łączyć je z faktami. Zrazu odrzucamy stronę materialną życia, żyjemy wyłącznie życiem duchowem; to długo trwać nie może. Trzeba, by człowiek się przetworzył, by dusza przeniknęła ciało, a jeśli przeobrażenie to dokonało się w nim, dokona się ono również w jego poezji. Obrazy nabiorą więcej kolorów, wszystko stanie się u niego charakterystycznem; zagłębi się on w tradycję, nie będzie spędzał dni swoich przysłuchując się aniołom, wywołując szatanów, ale będzie w wysokim stopniu człowiekiem. Zrozumie swoich braci i zwracać się będzie do wyższego świata, jakby się zwracał do wspomnienia kochanki lub do przeczucia błogiego szczęścia. Wtedy ludzie go zrozumieją i powiedzą mu: „Bądź pozdrowiony!”. Nie czuję się zdolnym do tej roli. Społeczeństwo wzbudza we mnie wstręt przeraźliwy. Każde zetknięcie się z istotą ludzką sprawia, że staję się zimnym i natchnienie moje znika. Tylko w samotności jestem silny. Biada mi! Nie mogę przyzwyczaić się do tego, że moi bliźni zużywają niegodnie wszystko, co piękne i wielkie, na pokrywanie wszystkiego, co brzydkie i podłe. Miłość, sława, przywiązanie oznaczają jedynie — interes. Oto zdanie, określające najlepiej organizm społeczeństwa: „To więcej, niż zbrodnia, to błąd”. Ja przynajmniej mogę się schronić do świętego przybytku przyjaźni. Moja wiara w nią nigdy się nie zachwieje.
Za trzy dni jadę do Wiednia i spodziewam się tam listów od Ciebie. Drogi Henryku, zmieniliśmy się diabelnie od czasu, gdy nasze życie bohaterskie, nasza epoka kosmogoniczna skończyła się. Wątpię, czy dostaniesz Karolinę. Ale jestem pewien, że przez prośbę o jej rękę narazisz sobie matkę, a lepiej mieć za wrogów wszystkich mężczyzn, niż jedną kobietę. Mówię z doświadczenia.
Zyg. Krasiński
78. Do Henryka Reeve’a
Warszawa, 9 kwietnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Mamy dziś dzień wielkanocny, dzień długiego monologu, który wypowiedział Faust, gdy, zrozpaczony po wyczerpaniu wszystkiego, chciał skończyć ze sobą. Ale dzwony rezurekcji wytrąciły mu z ręki zatrutą czarę. Powietrze wiosenne przemknęło do sali, gdzie rozmyślał i łono jego, przed chwilą suche i puste, wezbrało jakiemś tajemniczem, a ogromnem życiem. Nie ma nic bardziej wzruszającego i poetycznego, niż Wielki Tydzień w kraju katolickim. To dramat skończony a wspaniały. W pierwszych dniach mamy chwałę ziemską, tryumf. Chrystus przechodzi przez Jerozolimę, pokrytą kwiatami i zielenią, lud jest obecny, krzyczy, klaszcze w dłonie, pijany entuzjazmem. Lecz trwa to dzień zaledwie. Scena się zmienia, wszystko się ściemnia. Następują prześladowania, niepewność, obawa; powoli niebo i ziemia zaczynają przyjmować udział w dramacie. Śpiewy w naszych kościołach stają się żałosne, ołtarze pokrywają się kirem. Przeczucie katastrofy wzrasta z każdą chwilą i pokrywa wszystko. Nadchodzi wieczór ostatniej wieczerzy, którą Syn Człowieczy spożywał na ziemi; i tu jeszcze budzi się coś wzruszającego, słodkiego i promiennego, jak gdyby nie miał umrzeć, ale natychmiast potem organy ryczą i rozlega się grzmot beznadziejnego zniszczenia, nieskończonego potępienia. Wtedy w przybytku świętym zasłona rozsuwa się na dwoje, burza grzmi, a później wszystko znów staje się spokojem. Ostatnie westchnienie wydarło się z piersi. Bóg umarł, a więc musi nastąpić spokój, spokój nicości. Wtedy nie ma w naszych kościołach ni złota, ni srebra, ni świateł. Cała wspaniałość została usunięta, cała piękność zniknęła. Schodzimy gdzieniegdzie do ponurych podziemi i padamy twarzą na ziemię u stóp grobowca. To zmierzch nieożywionego chaosu, to wspomnienie życia, które już nie jest życiem. Nagle z tego uroczystego milczenia, z tego tytanicznego spoczynku, z tego bezmiaru boleści wznosi się okrzyk zwycięstwa, młodości wieczystej i miłości. Przyroda święci zmartwychwstanie Pańskie wiosną. Precz z czarnemi zasłonami! Niech drzwi grobów zamkną się na wieki! Muzyka, światła, drogie kamienie, kwiaty wychodzą z ukrycia, jak gdyby następowało znowu stworzenie nowego świata. Dramat skończony, duch złego rozwiał się, nie pozostawiając śladów nawet w przestrzeni. Podnieśmy oczy: niebo jest błękitne, słońce lśni. Któż myślałby o śmierci w dzień podobny! Nie ma więcej śmierci we wszechświecie! Faust został zbawiony, bo w dzień ten wierzył.
Odkąd człowiek, z którym jadę, grywa mi Wolnego Strzelca, zrozumiałem walkę złych i dobrych duchów. Ta muzyka jest niezrównana. To nie wytwór daleko posuniętej i znudzonej sobą cywilizacji. Przeciwnie, to wieki średnie i więcej może, niż wieki średnie. Gdyż w tych akordach przerażających, głębokich jest coś z podań skandynawskich; niejasne wspomnienie walk bogów z olbrzymami wypełnia duszę. To Eschylos, Szekspir, to Nibelungi. Niekiedy słyszymy głos biednej Małgorzaty, anioła, porzuconego na ziemi, który wyciąga ręce ku niebu, a w oddali odpowiadają z kolei głosy nadprzyrodzone, ginące wkrótce wśród burzy. Wtedy rozpacz ogarnia serce, las jęczy i stary dąb pada pod uderzeniem piorunu. Piekło jedynie pozostaje na świecie, demony wyją i same nie wiedzą, czego pragną. Wszystko im jest obojętne, byleby panowały nieład i ciemności. Lecz anioł nie będzie zwyciężony, choć pochylił swą słodką głowę na piersi i zamilkł na chwilę. Nawet jego milczenie, jego zmieszanie zawiera obietnicę szczęścia i, gdy wzdycha, westchnienie jego, choć słabe i niepewne, słyszymy wśród burzy i czujemy, że szatan nie przemoże. Każ sobie zagrać tę muzykę, a staniesz się podwójnie poetą! Rozumiem tę walkę równie dobrze, jak Dante, jak sam Goethe, ale nie umiem jej wyrazić. A jednak kiedyś ją wyrażę, jeśli nie padnę przedwcześnie. Żegnaj, drogi Henryku, pisz do Wiednia! Uszanowania dla matki Twojej a błogosławieństwo boskie dla Ciebie. Jeśli możesz, przyślij mi wiadomości o H. Czy nie można by w jakikolwiek sposób dostać jej portretu? Pomyśl o tem, drogi Henryku! Byłoby to szczęściem dla mnie.
Zyg. Krasiński
79. Do Henryka Reeve’a
Kraków, 20 kwietnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Miłosierny przypadek, wielkie bóstwo tego świata, sprawił, że spotkałem w Krakowie mego krewnego, Karola Krasińskiego, który w dobroci swojej zechciał mi służyć za sekretarza. Mam nadzieję, że tym razem przynajmniej list będzie pisany ortograficznie.
Wyjechałem z Warszawy z człowiekiem, o którym Ci mówiłem. Jest to wielki muzyk, o bladej twarzy, umiejący lepiej wyrażać swoją poezję w akordach, niż we wierszach; zresztą myśli głęboko i może dojść do ogromnej abstrakcji. Dziś mamy dzień wiosenny i stare kościoły Krakowa wydają się odmłodzone w tem powietrzu łagodnem i pełnem światła. Wszędzie tutaj znajdują się ślady dawnej Polski. Kraków jest polską Weroną. Czy przypominasz sobie naszą przechadzkę do grobu Julii? A więc doznaję tych samych wrażeń tutaj. Przeszłość wyciąga ku mnie ramiona i przygarnia mię łagodnie do swego łona, by dać mi starcze błogosławieństwo. Każda wieża, każda strzała, każda dzwonnica myśl jakąś dla mnie wyraża. Ukołysany jestem marzeniami jak dziecię, które niczego nie oczekuje i żyje z dnia na dzień w domu ojców swoich, sądząc, że zawsze tak będzie. Chcę dzisiaj, żeby wiek dziewiętnasty dla mnie nie istniał. Zanurzam się cały w czasy, w których symbole wznoszą się wkoło mnie jako arabeski gotyckie, arkady fantastyczne i nawy katedralne. Spójrz na tych wszystkich rycerzy, którzy wyszli z swoich grobów, na tych wszystkich królów, wybranych przez naród, idących ku ołtarzowi i padających na kolana dla przyjęcia olejów świętych! Spójrz na przodków moich, którzy drżą wkoło mnie! Cała dawna Polska powstała na mój głos. Oto ona, jest tu, tu! Spójrz, jaka wielka, jaka wspaniała, błyszcząca orężem, głośna krzykiem, harmonijna śpiewem, jedyna tarcza Europy przeciw niewiernym, prowadząca sama jedna walkę olbrzymią od wrót Konstantynopola aż do murów Wiednia. A teraz nie ma już śladów dawnej Polski: jest to przeszłość skończona, zupełna, poetyczna. Nowa może powstać i do tysiąca przemian da się zastosować, lecz rzeczy samej nie ma i nie będzie.
Napiszę Ci do Wiednia krótki list, do którego włożę długi urywek. Proszę Cię, przeczytaj go i prześlij w jakikolwiek sposób H.!
Żegnaj, mój drogi! Z oczyma memi co dzień gorzej. Uszanowania dla matki Twojej. Kochaj mię zawsze, a gdy oślepnę, będziesz mię jeszcze bardziej kochał.
Z. Kras.
80. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 7 lipca 1833
Drogi Konstanty! Przypadkiem się dowiedziałem, że jesteś w Montpellier i że Ci się wcale nie wiedzie; wierzaj mi jednak, dobrześ zrobił, żeś nie pojechał do Ameryki. Nie wiem, czyś odebrał list, który przeszłego roku w miesiącu auguście napisałem do Ciebie z Opinogóry wraz z Danielewiczem, w odpowiedzi na ten, w którym mi donosiłeś, że za kilka dni odbijasz i płyniesz tam, gdzie jeszcze są ideały. I w tem gorzko się myliłeś, drogi mój Konstanty, bo na tej ziemi nigdzie ideałów nie ma, są tylko one w sercu naszem jako przeczucia i w niebie, jako rzeczywistość, ludzkie zaś życie oddane analizie potu i krwi. Ucieszyło mnie mocno, kiedym się dowiedział, żeś został w Europie, kiedy pomyślałem, że łańcuch, który nas łączył od lat najmłodszych, nie zapadł w głębie oceanu, rozciągnął się tylko, rozdłużył po naszym starym lądzie.
Teraz winienem Ci zdać rachunek z dopełnienia życzeń Twoich i danych zleceń odjeżdżającemu do Polski. Pisałem do Twojej matki trzy razy, donosiłem jej o wszystkich sprawach, tyczących się Ciebie, wreszcie jej donosiłem, jakoś przykazał, że opuszczasz Europę. Właśnie w kilka dni po odebraniu tej smutnej nowiny sam pojechałem do Petersburga i tam w środku zimy odebrałem list od Twojej matki, w którym była łaskawa mi dziękować za doniesienia o Tobie.
Przeleżawszy cztery miesiące i pół w łóżku, coraz słabszy na oczy i na duszy, wyjechałem do Polski i stamtąd puściłem się do Wiednia wraz z Danielewiczem i tu odbywam kurację długą, nudną, niewiele mi polepszenia przynoszącą. Wierzaj mi, Konstanty, nieraz myślałem i myślę o Tobie, nieraz, leżąc w gorączce, cierpiąc z zamkniętemi oczyma, przypominam sobie twarz Twoją, głos Twój, wszystkie ruchy Twoje. Jakżeś Ty się musiał zmienić od czasu, w którym zawsze wesół, zawsze z konceptem lub wierszem na ustach przychodziłeś do mnie, zapisywałeś na kominie „erę fajkową”, czytywałeś mi o Władysławie Łokietku, a ja Ci się odpłacałem Władysławem Hermanem. Mój drogi, cóż Ty robisz teraz? Smutnym jesteś w krainie południa i wiosny; piękności natury, o których tyle marzyłeś dawniej, na nic się nie zdały Twojemu sercu. Cóż Ci po cieniu pomarańczowych drzew, cóż Ci po woniach kwiatów, rosnących naokoło, kiedy przyjaciół nie masz wokoło siebie, kiedy matka Twoja nie wie może o Tobie, jedyną tylko ma pociechę w powtarzaniu czasem imienia Twego. Ależ i mnie los nie obdarzył swojemi dary: w głębi duszy mojej osadził wiele myśli i uczuć wiele, które żrą i palą, i nasłał na mnie wielu nieznajomych, wielu obojętnych, którzy mi krzyczą chórem: „Tyś szczęśliwy”, bo słyszą śmiech mój nieraz, konceptów tłum, żartów mnogość, a nie domyślają się nigdy, że pod tą powłoką coś głębszego smuci się, czasem rozpacza.
Coraz gorzej zdrowie mi się psuje: nerwy moje drgają wciąż, jak struny, i przyjdzie do tego, że same fałszywe akorda wydawać będą. Wiek, który nas otacza, ciąży na mnie. Tytan starożytności jednej góry, złożonej z warstw gliny, z popiołu bez myśli, z lawy i ognia bez duszy, zrzucić nie potrafi — gdzież się człowiekowi jednemu spodziewać, że zepchnie sponad siebie nawał tylu myśli, cisnących go na dół, ogrom, pełny życia i przekleństwa. Piszę jeszcze czasem, ale nie z taką wiarą, jak dawniej; gdzież się podziały wszystkie wiary moje!
Przesyłam Ci wraz z tym listem małą sumkę 360 franków; może Ci się na co zda, a przynajmniej na to, żebyś był pewny, że Cię nigdy nie zapomnę i najszczerzej zawsze kochać będę.
Odpisz mi zaraz i, jeśli masz jakie polecenia, daj.
Twój Z.
81. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 21 novembra104 1833
Twój list z Korsyki wczoraj odebrałem w Rzymie. Są chwile, są głosy, które dochodzą mnie, jak gdyby z łona wieczności: Twój właśnie brzmiał mi tak wczoraj. Kiedym pomyślał, że razem wzrośliśmy, że przestrzeń pokoju mojego w Warszawie, gdzieśmy tyle godzin przeżyli, rozszerzyła się na lądy i morza, dzielące Rzym od Bastia, do Aix, zdało mi się to dziwnem. Oba błąkamy się po świecie, a dom nasz, powiedz, z której on jest strony?
Ja tu zimę prześlęczę, bo lubię te gruzy, lubię tę karę, która spadła na miasto wieczne, na miasto ucisku i podłości, egoizmu i zbytków, słowem na ten Rzym, co był otchłanią, pożerającą wszystkie narodowości świata. A teraz, spojrzyj na te ruiny, na ten bluszcz, rozkosz zieloną jaszczurek, na te groby pomieszane, powikłane, leżące w pustyni, w Kampanii Rzymskiej, a potem pójdź do pałacu cezarów, do Kolizeum, do gmachów Karakalli! Olbrzymy stawiali te mury, tysiąc ludzi skonało, nim drugie tysiąc dźwignęło te filary, te stosy rzniętych, dłutowanych opok, a dziś wyryte na nich dłonią czasu przekleństwo, jak na czole zbrodniarza, i Rzym leży zwalony, leży i gnije, leży i nie powstanie więcej!
Tu dopiero masz wszystkie idee tego świata, rozciągnięte na ziemi i zdeptane: patrycjat w sarkofagu Scypiona, w grobie Metelli, zwierzchnictwo ludu w cyrku gladiatorów, w pałacach cezarów, bo cezar był najwyższy trybun, cezar był niegdyś reprezentantem ludu. Patrycjat, choć srogi, nieubłagany, egoista, miał cnoty wielkie, znał, co to poświęcenie dla swojej idei, co to walka długa, uporczywa i śmierć bez trwogi. Ale lud i cezar nie znali nic, nie umieli nic; byli zwierzętami, zataczającemi się wśród krwi i złota. Patrz, jak się rozpili: z Rzymu przodków swoich zrobili rynsztok rozkoszy i legli w nim, i przeszło lat trzysta leżeli w nim, aż zagrzmiała trąba Północy, aż przyszli barbarzyńcy i znieśli ich precz na wieki!
Ale razem tu jest świętszy widok: krzyż tu panuje, katolicyzm tu stanął po wszystkich wzgórzach; on świat ocalił, a razem w miłosierdziu swojem obronił ostatki starego świata. Żebyś tu był, ukląkłbyś i uwierzyłbyś. Poeto, wstydź się nie być katolikiem!
Teraz Ci powiem coś, ale żądam od Ciebie najświętszego słowa przyjaźni, że nikomu, bez wyjątku, nie powiesz nic o tem. Mam dramat, dotyczący się rzeczy wieku naszego; walka w nim dwóch pryncypiów, arystokracji i demokracji; tytuł: Mąż. Przeszlę Ci manuskrypt; nie wątpię, że zyski będą, bądź łaskaw je przyjąć od przyjaciela. Rzecz, sądzę, dobrze napisana. Jest obrona tego, na co się targa wielu hołyszów: religii i chwały przeszłości. Bezimiennie powinno być wydrukowane; nikt nie powinien domyślić się autora. Słyszysz, Konstanty! Jeśli mnie kochasz! Ten wyraz usta Ci na kłódkę zamknie, nieprawdaż? A rzecz ułożysz następującym sposobem: pan Jędrzej Firlej umarł w Korsyce kiedyś i Ty tam był. Młody to był Polak; umierając, powierzył Ci manuskrypt ten, prosił o wydrukowanie. Przyszlij mi swój adres, odpisz czy się podejmujesz tajemnicy, a przesłanem Ci dzieło zostanie. Pamiętaj, że mnie kochasz, że żadne względy nie mogą Cię zniewolić do wydania tego, co Ci przyjaciel powierza105.
Mickiewiczowi ode mnie tysiąc uścisków. Żegnam Cię. Mój adres: Piazza di Spagna Nr 26 Roma.
Ściskam Cię najserdeczniej, najserdeczniej.
Jeśli wpadnie Ci w ręce Agaj-Han, drukowane we Wrocławiu u Korna niedawno, to myśl o mnie!
82. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 16 decembra 1833
Drogi Konstanty! Czego Ty naśladujesz formę mickiewiczowską? Czego Ty nie dążysz do udzielności, do głębszych myśli? Czego Ty bierzesz poezję, jako styl, jako skupienie pewnej ilości porównań, a nie jako rzecz, jako duch, z którym przez długie namysły zapoznać się trzeba. Np. wiersz Twój o Napoleonie jest to Delavigne, jest to to właśnie, co inni wszyscy powiedzieli o Napoleonie: ale ja chcę, byś Ty coś powiedział. Dalej, w Olszynie piękne i trafne porównanie odchodzącego morza i zostawiającego muszlę za sobą, ale czemu efekt cały psujesz zaraz wierszem: „Tutaj muszlami były nieprzyjaciół ciała”. Na co ten opis, to wytknięcie, że ja to i to powiedzieć, a to tylko, nie co inszego, chciałem?
Pamiętaj, że poezja jest syntezą, analiza zawsze jej szkodzi. Uczucie poetyczne przecież jest nieopisanem, syntetycznem, kiedy się więc rozrabia na słowa, na myśli, trzeba, o ile sposób, zachować jego naturę: podnieść ramię i wskazać ludziom, a niech oni rozbierają, ile promieni w tej gwiaździe i jak szybko światło jej bieży do ziemi. Daję Ci te rady i krytyki bez bojaźni, by Ci się nie spodobały; gdybym Cię nie kochał serdecznie, tobym Ci powiedział, że nic z tego nie widziałem w Twoich wierszach. Myśl głębiej, myśl głębiej, drogi mój Konstanty! Wyzwól się raz na zawsze z form cudzych i w poezji, i w polityce! Odrzuć fatalizm warszawski, który jeszcze przebija w Tobie!
Co Ty nazywasz duchem rewolucyjnym u nas, co Ty mienisz przez „przytłumienie” jego? Czyś się dotąd nie przekonał, że wszystko było niedojrzałe, że ideę wielką wcielono w krzyk i hałas, i mierność? Jej niedobrze było w tych łachmanach, więc usunęła się. Ale powiedz mi, cóż nie było miernością, co nie wyszło u nas na ostatnią nędzę: i zapał, i olbrzymi terroryzm, co miał być nowym 93 rokiem, i poezja pisana, i elokwencja mówiona, czy to nie małe dzieci wszystko? Czemu Ty, drogi mój Konstanty, ufasz słowom, jakoby przyjaciołom doświadczonym? Słowa, wierz mi, są niczem, ale możem się przyzwyczaić do uważania ich za wszystko. Krótko mówiąc, nie rozumiem Twoich utopij o rzeczypospolitej, kiedy żyjesz śród najzepsutszego towarzystwa. Potem naucz się ważyć ludzi na wartość ich, przekonaj się, co to są imiona głośne, sławy, czyny, trąbione po świecie. Mój drogi, mój przyjacielu! Wierzaj słowom kochającego Cię szczerze, zamknij się w sobie nieco, myśl udzielnie, rozważaj sam, odłóż entuzjazmy, które zwykle kończą się niczem, bo w słowach siłę duszy wyrzucają na wsze strony świata, a kiedy do czynu przyjdzie, idź te siły zbierać tam, gdzie wiatry je poniosły!
Improwizacja Konrada jest dzielna, „Pielgrzymstwo106” jest tak głęboko pomyślane, jak nieczęsto zdarza się myśleć naszemu wiekowi, ale przez krewkość ludzi będzie ono raczej szkodliwem, niż użytecznem, bo mało kto zrozumie cele autora, cele najczystsze, najświętsze. Mickiewicz jako człowiek jest jeszcze piękniejszym, niż jako poeta; on jeden szczerze mówi, on jeden wie, co poświęcenie. Dlatego myślę, że źle mu jest pomiędzy ludźmi, którzy interes swój mają na celu, a słowo „poświęcenie” przyczepiają do siebie, jak liść figowy na posągach, by zakryć, wiesz co.
Agaj-Han jest meus. Sądzę, że nie było jeszcze po polsku dzieła formy takowej. Poemat prozą, często liryczny; zresztą może być głupstwem, bo myślę, że wiek 19-ty jest wiekiem mierności pod wszystkiemi względami, co pochodzi z tego, że wspólnej idei w nim nie ma, a indywidualność ludzka, jakkolwiek genialna, za słaba, jeśli nie w związku z ideą, tyczącą się ogółu świata. I dlatego też w poezji sztuka przepadła — sztuki dziś nie ma, są tylko sztuczki pojedynczych ludzi.
Manuskrypt Ci przyślę, kiedy będzie przepisany; jest on po polsku. Daruję Ci go, zrobisz, co zechcesz; jeśli nie wydrukujesz, to będziesz miał pamiątkę po przyjacielu, a pamiętaj imienia jego nigdy nie wydać! Jeśli będę miał fundusze, to Ci prześlę na to, zresztą za miesiąc poślę samo pismo. Danielewicz Cię ściska. Pisz do mnie zaraz i wierzaj, że Twój Zygmunt Cię kocha.
83. Do Henryka Reeve’a
Rzym, 19 grudnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Nie poznaję Cię więcej! Cóż za zmiana zaszła w Tobie! Wydaje mi się, że dusza Twoja jest zacieśniona i ze wszystkich stron otoczona zaporami, że wyobraźnia Twoja dobrowolnie dała się skrępować ciężkiemi łańcuchami, jednem słowem, że umysł Twój zapuścił się w filozofię niemiecką, jakby w jeden z tych podziemnych lochów egipskich, gdzie powietrze jest ciężkie, a droga ciemna. Obowiązkiem moim i przyjaźni mojej ostrzec Cię przed tem zawczasu. Jeżeli masz być poetą, nie bądź metafizykiem. Jeżeli masz być mężem stanu i czynu, nie bądź filozofem niemieckim! Poznaj wszystko, ale nie umieszczaj swego serca tam, gdzie są tylko formułki i frazesy, a nie ma ani uczucia, ani myśli! List Twój, zaprawdę, jest dla mnie niezrozumiały, ale co w nim rozpoznałem natychmiast, to wpływ Monachium i może p. Edwina Hell. Dlaczego zamykasz się w celi? Dlaczego patrzysz na Boga przez szczelinę? Pozostaw to jakiemuś Niemcowi o niebieskich oczach, duszy, zbudowanej na kształt labiryntu, włosach prostych i długich i sękatym kiju, podobnym do tych, które nosili sofiści, wyśmiewani przez Lukiana. Wyjdź, udaj się między ludzi, badaj ich charaktery i namiętności, niezależnie od tego, czy przeznaczone Ci jest, byś ich później opisywał, czy też kierował nimi! Dobra erudycja powinna być sztuką, a nie nauką. Posługuj się Spinozą i Oryginesem, jakbyś posługiwał się dwiema myślami, przechodzącemi Ci przez głowę. Ale nie rób sobie przyjaciół z tych dwu umarłych, nie żyj z umarłymi, ograbiaj ich tylko, jak Twoi przodkowie, barbarzyńcy, którzy zabierali broń, a zostawiali trupa. Widziałem kilkakrotnie, że Niemcy wywierały wpływ bardzo ujemny na obcych. Trzeba być Niemcem, by móc wykorzystać naukę niemiecką, jak trzeba być Indusem, by zrobić coś z mitów indyjskich.
Co do uczucia i myśli, jestem odmiennego, niż Ty, zdania. Sądzę, że myśl znajduje się na połowie drogi między pierwszem, niewyraźnem uczuciem, a uczuciem końcowem, zupełnie jasnem; myśl jest czemś wypracowanem, analizą, pracą, pochodzi z uczucia i za cel ma również uczucie. Szczytem doskonałości jest czuć to, co się uprzednio zrozumiało, to znaczy czytać biegle po sylabizowaniu, grać bez nut na klawicymbale to, czego się wyuczyło nuta po nucie, objawiać ludziom w formie natchnienia to, co się zebrało przez długie lata w pocie czoła. I w tem widzę podziwu godne prawo opatrzności, która w końcu przyznaje nagrodę wysiłkom duszy, poezję obliczeniom matematycznym, zwycięstwo umęczeniom długiej walki.
Co do mnie, jestem ciągle chory, chociaż mam się lepiej. Poetyzuję jeszcze i wierzę nawet w moje postępy. Ale postęp dokonywa się w sposób anektywny przez myśl i cierpienie. Dawniej natchnienie przychodziło częściej, gdyż jest ono łatwe, gdy się pisze jedynie błahostki o sobie; w tem z Tobą się zgadzam. Dwa miesiące temu ukazał się we Wrocławiu poemat mego wyrobu na 210 stronicach, wzięty z dziejów tych czasów, gdy ojcowie moi pustoszyli Moskwę, a Polka wstępowała na tron carów, by zginąć później w pustyniach Azji. Jest to dzieło, którego styl i forma są nowością w naszym języku. Piszą mi, że zrobiło wrażenie.
Od tego lata piszę dramat, traktujący o sprawach obecnych tego świata, o zasadzie arystokratycznej i ludowej. Bohater jest hrabią i poetą zarazem; przeciwstawiłem mu naczelnika ludu, człowieka genialnego, niskiego pochodzenia, który kroczy na czele miliona szewców i chłopów. Wprowadziłem sceny konwulsyjne na ruinach zburzonych katedr, wściekłe śpiewy, chóry przechrztów, saint-simonistów, kobiet wolnych, proroków przyszłości, lokai wyzwolonych, rzeźników, obojętnych na wszystko prócz namiętności do krwi przelewu, klub zabójców. A wśród tego pokazałem wodza, rozumiejącego swoje dzieło, i wyznawców, porwanych zapałem i nic nie rozumiejących. A później nakreśliłem postać hrabiego, poety, śpieszącego bronić swych braci do zamku gotyckiego, ostatniego ich schronienia.
Jest samolubny jako poeta, mężny jako szlachcic, a nadto jako poeta ma poczucie uczucia. Czuje co to znaczy być dobrym mężem, a powoduje śmierć żony z szaleństwa i boleści; czuje, co to być dobrym ojcem, a syn jego odziedziczył obłąkany umysł swej matki. Oślepł i śpiewa przyszłą zagładę swego stanu. A przy tem hrabia Henryk ma ambicje: cieszy go, że jest wodzem tylu baronów i książąt, którzy zebrali się by zginąć. Słyszy w lochach podziemnych groźne głosy. Dawne ofiary feudalizmu grożą mu: „Nic nie kochałeś, nic nie czciłeś prócz siebie, prócz siebie tylko. W tobie zebrał ród twój całą duszę swoją i za to po kilku dniach chwały zginiesz na tej samej skale boleści, gdzie zginęliśmy z ręki ojców twoich. Nie masz dla ciebie nadziei ni na ziemi, ni w niebie!”. On jednak walczy wściekle, nie chce się poddać, szydzi z braci swoich, hrabiów i baronów, którzy chcą układów, wzywa jeszcze Chrystusa i Marię, chociaż czuje piętno wiecznego potępienia na czole; ale, widzisz, jest poetą chrześcijańskim. Wreszcie zbliża się szturm ostatni; każe przyprowadzić syna na wały; mówi mu: „Czoło matki twojej było niegdyś takiej samej bieli i miękkości”, a później dodaje: „Rozstajemy się, mój synu, czy wiesz na jak długo? Wkrótce wśród chórów anielskich ty nie raczysz rzucić kropli rosy swemu ojcu, pożeranemu przez płomienie. Żegnaj, Jerzy mój, żegnaj!”.
Kula trafia Orcia, pada. Hrabia rzuca się naprzód i woła: „Nazad, w przepaść, syny wolności!”. Walczy po raz ostatni, a gdy tłumy hrabiów i baronów zapytują go z dziedzińców zamkowych, dokąd ich prowadzić każe, odpowiada im: „Na śmierć”; i nakazuje pędzić ich przeciwko wdzierającemu się ludowi. Wreszcie, gdy zamek wzięto, rzuca się z murów, a jego ostatnie słowa są te: „Wdarli się na wieże i patrzą, czy nie odkryją gdzie hrabiego Henryka. Jestem tu, ale wy mię sądzić nie będziecie. Ja się już wybrałem w drogę, ja stąpam ku sądowi Boga (posuwa się dalej ku brzegowi przepaści). Widzę ją, całą czarną, obszarami ciemności płynącą do mnie, wiecznie jaśnieje, a nic nie oświeca (krokiem dalej się posuwa). Biegną, zobaczyli mię! Jezus Maria! Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki! Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!”. Potem skacze w przepaść.
Zwycięstwo należy do ludu. Tych, którzy wierzyli w jego miłosierdzie, posłano na śmierć. A wtedy naczelnik w towarzystwie proroka, miotanego konwulsjami, wstępuje sam na mury i przybywa przypadkiem na miejsce, gdzie leżą szabla i strzępy odzieży hrabiego, które rzucił, skacząc.
Leonard (prorok, entuzjasta, młodzieniec)
Bledniesz, mistrzu.
Pankracy (naczelnik)
Czy widzisz tam wysoko, wysoko?
Leonard
Nad ostrym szczytem widzę chmurę, czerwoną od ostatnich promieni słońca.
Pankracy
Znak straszny na niej.
Leonard
Oprzyj się na mnie: coraz to bardziej bledniesz.
Pankracy
Lud cały słuchał mnie przed chwilą — gdzie jest lud mój?
Leonard
Słyszysz ich okrzyki? Wołają ciebie, czekają na ciebie. Odwróć wzrok od tej skały! Oczy twoje zdają się umierać, przykute do jej szczytu.
Pankracy
Jest tu, nieruchomy. Trzy gwoździe, trzy gwiazdy błyszczą u jego boku, ramiona jego dwie błyskawice.
Leonard
Kto? Gdzie? Zbierz siły.
Pankracy
Galilaee vicisti! (kona)
Ujrzał krzyż i dzieło jego okazało się kłamstwem. Zwyciężony został w chwili swego zwycięstwa; gmach jego jest zburzony, a on umiera, powtarzając słowa Juliana Apostaty.
Żegnaj, Henryku! Napisz mi natychmiast!
Zyg. Kras.
Biedna H. W. To mi serce łamie.
84. Do Henryka Reeve’a
(Bez daty)
Drogi Henryku!
Amen! Gdy dowiedziałem się o małżeństwie H., poczułem dreszcze w piersiach, a potem zapadłem w sen gorączkowy, który trwał pół godziny, a gdym się zeń obudził, byłem bardzo rozstrojony i myśl moja błądziła. Stan ten trwa aż do dzisiaj i nie mogę zrozumieć, że H. jest zamężna, chociaż z drugiej strony dziękuję za to Bogu i proszę Go, by jej błogosławił na nowem stanowisku. Dziwne są te dawne uczucia, które drzemią w naszem łonie, i nagle budzą się bez siły i bez szału, lecz pełne goryczy i tęsknoty. Oto przynajmniej dramat rozwiązany, skończony i spełniony.
Jeszcze raz: amen!
Szliśmy tą samą drogą i w jednaki sposób dokonaliśmy naszego biegu. Te same uniesienia do tych samych doprowadziły nas wyników. Mnie do nudy i bezczynności, Ciebie do erudycji i krytyki. Wszystko to, choć różne formą, jest apatią i wskazuje na wielki brak w nas obydwóch rzeczywistego życia i dających się stwierdzić czynów. Lecz Ty jesteś w o wiele lepszem, niż ja, położeniu. Dziś, jak i w dniu, gdy marzyć i podniecać się rozpocząłeś, stoisz mocno na nogach i posiadasz wielkie zdolności, które Twoje badania naukowe coraz bardziej rozwijają. Ja jestem zdyszany i zniszczony fizycznie, moja siła wewnętrzna nie ma organów rozwoju, toteż zwraca się zawsze ku sobie i sama siebie pożera.
Walerian także mi napisał list pełen stoicyzmu i animuszu. Sądzę, jak Ty, że mu się trochę w głowie przewraca. Ktoś powiedział, a ja to powtórzę teraz, że mierność, która się upiera, więcej dokona, niż geniusz, który się zniechęca. Ale zresztą jest to naprawdę człowiek honoru i serca.
Powiedz mi, proszę Cię, Henryku, co się z nami stało? Czem są nasze dawne myśli, czem nasze życie minione? Czy jest jeszcze w nas cośkolwiek z tego, co było w 1830 i 31 r.? A wiesz, jaką wielką różnicę zaznaczyć należy? Oto, że niegdyś robiliśmy wiele, źle, ale mieliśmy wiarę, dziś mało i dobrze robimy, ale bez wiary, bez celu, bez nadziei, z przyzwyczajenia raczej, niż z natchnienia; tylko, ponieważ przyzwyczajenie jest wielkie, nabyte i zręczne, dzieło ma formę artystyczną. Coraz bardziej mię zadziwia wiek nasz, zadziwiają młodzieńcy i młode kobiety, które mię otaczają. Nikt nie chce być sobą, każdy marzy o tem, by zostać Napoleonem. Kobiety drwią, gdy im się mówi, że powinny być małżonkami, matkami itd. Chcą być wielkimi politykami, wodzami. Cała ta szczytność jest po prostu śmieszna; rozpasana wyobraźnia unosi się nad wszystkimi głowami, a mało jest piersi, które zamykają serca. Stąd ta cała góra głupstw, długa nić nudy, starająca się znaleźć zajęcie, a odmawiająca przyjęcia każdego i rzucająca się wówczas w nadzwyczajność, w fantastyczność, w której tarza się bez celu, choć z odrobiną talentu, nie stwarzając nic, nic nowego; przeciwnie, żyje w okropnej jednostajności, gdyż brak jej pierwiastka twórczego — serca. I zobaczysz, jak całe to nędzne pokolenie dzięki napadom nerwowym minie przed czasem, niby liść zeschły. Wszystko gotowe, by sierp Niszczyciela znalazł na drodze swojej tylko słabe kłosy. Wielkie lenistwo panuje między ludźmi naszego czasu. W tem tkwi tajemnica ich słabości i ich marzeń awanturniczych, braku sztuki w ich poezji, energii w polityce, wiary w religii. Gdyż aby stać się wielkim człowiekiem, trzeba być niestrudzonym. Duch, rozmiłowany w spoczynku, oddany gnuśności, oddala się jedynie od potęgi ruchu myśli boskiej: to potępieńcy, to męczarnie jednostajności. Poznałem teraz wiek ten, a wszystkie jego płonne podniecenia przypominają mi fanfaronady pijackie bezsilnego Falstaffa. Gdzieżeśmy zaszli, Henryku?
Niech Ci Bóg błogosławi! Niech Bóg chroni H. W. Kochaj zawsze człowieka, który przynajmniej (śmiało to twierdzić może) ma serce. Pisz do Rzymu!
Zyg. Kras.
Czy odebrałeś mój przydługi list ze streszczeniem Hrabiego Henryka? Jeśli spotkasz H., nie mów jej nigdy więcej o przeszłości! Powiedziane jest, że kobieta opuści ojca swego i matkę (ja dodaję: i kochanka), by pójść za mężem swoim.
85. Do Henryka Reeve’a
20 lutego 1834 r., Rzym
Drogi Henryku!
Odebrałem wczoraj list Twój z 4 lutego. Byłeś bezustannie zajęty i widzę w Tobie żywą wiarę w pracę Twoją. To dobrze. Ale powtarzam, nie stawaj się zanadto Niemcem! Co do mnie, zmuszony byłem od dawna porzucić wszelką erudycję. Prawie od dwóch i pół roku nie przeczytałem ani jednej książki. Miałem co prawda lektorów, ale częściej spałem podczas ich jednostajnego czytania, niż słuchałem. Stąd pochodzi, że zapomniałem wszystkiego, co umiałem (a nie było to zbyt trudne), i niczego nowego się nie nauczyłem. Toteż stałem się zapewne wielkim nieukiem. Tak się losom spodobało. Spostrzegam nawet, że zmniejszyły się zdolności przyrodzone, które posiadałem kiedyś. Często urywam w połowie zdania; nie wiem, co powiedzieć kobietom, a rozmawianie z mężczyznami mię nudzi. Leżę samotny na sofie, żadnej z sobą nie wiodąc rozmowy, i żyję przykrem uczuciem wyczerpania duchowego, a moja miłość własna silnie podupadła. Człowiek, który do takiego stanu doszedł, powinien przynajmniej starać się o materialne rozkosze życia. A ja i tego nie czynię, gdyż tutaj również odznaczam się głęboką nieznajomością rzeczy i brak mi nici przewodniej. Wobec tego zaniepokojony zwracam się ku sobie, jak wąż, i pożeram ostatek swej duszy. Przy sposobności: wczoraj skończyłem rok dwudziesty drugi. Zdawało mi się, że jestem bardzo stary wszystkiem, prócz doświadczenia, i zwróciłem się do siebie z długim powinszowaniem, którego zwrotką było: „Jesteś niczem”. Ale wieczorem spotkałem w jakimś salonie bardzo piękną pannę, która powiedziała mi, że ma lat dwadzieścia pięć. Ona również nic nie zrobiła, nawet dziecka, i pocieszyłem się, patrząc na dwie śliczne zmarszczki, zaczynające się rysować na tem czole dziewiczem.
Często przechadzam się w Kampanii rzymskiej, zyskując tem katar i odciski; ale jest to coś bardzo pięknego. To najrozleglejsza nuda, nuda najlepiej wyrażona, jaką znam. Jest tam i milczenie, i zgrzybiałość, i bezmiar zarazem. Ruiny rozpadają się w proch powoli. Ludzie, błądzący między nimi, podobni są owcom, które pasą; wszystko tam ponure, bez nadziei, bez postępu, wszystko stoi w miejscu, a raczej posuwa się z wolna ku nicości. Ja i Kampania rzymska to jedno, a krzyki puchaczy, radujących się na tych murach, odpowiadają w zupełności napadom wesołości, które budzą się niekiedy w sposób urywamy i błazeński w mojem sercu. Zresztą mało kogo widuję. Znam la Bidoyera, syna sławnego pułkownika. To chłopiec lat dziewiętnastu, rześki, krzepki, o dobrem sercu i nienasyconym apetycie. Jest to wielka przyjemność dla mnie, gdy widzę, jak je i śmieje się. To mi przypomina, że był czas, gdy i ja dużo jadałem i śmiałem się głośno. Widuję młodą, wysoką dziewczynę, zagrożoną suchotami, bardzo muzykalną, pełną nauki i talentów, pożeraną nudą i w najwyższym stopniu dziwaczną: hrabiankę Kalikstę Rzewuską, córkę sławnego Rzewuskiego, który był emirem w Arabii i zginął w ostatniej wojnie. Lubię dosyć drażnić się z nią i sprzeczać. Jest zupełnie naturalna i dobra. Przyglądając się jej, zbieram bardzo cenne obserwacje o tem, czem jest erudycja, poezja, muzyka, i przekonywam się, że wszystko to nie warte macierzyństwa. Widuję ciotkę swoją, księżnę Lubomirską, podległą ostrym bólom bez nadziei na wyzdrowienie, pełną rezygnacji, prostą i słodką, jak anioł, niegdyś jedną z pierwszych piękności w Polsce, dziś istotę świętą i zgnębioną cierpieniami. Czuję się bardzo mały, ile razy jestem z nią razem. Taka jest moja powieść.
Nie wiem, co zrobię. Oczekuję tu swego ojca na wiosnę, ale, jeśli pojedziesz do Genewy, Henryku, to się zobaczymy znowu i pić będziemy z pucharu dni minionych dość zwiędłemi wargami.
Żegnaj, mój drogi, najserdeczniejsze pozdrowienia dla matki Twojej.
Twój na wieki.
Zyg. Kras.
Prześlij mi streszczenie szczegółowe swojej pracy!
86. Do Anny Ankwiczowej
(Rzym, około 15 marca 1834)
Pani żądasz nowin ode mnie, bym nie gadał o Bertramie107 ale o sobie i o Rzymie. — Bertram a ja wszystko jedno. O Rzymie powiem, że mnóstwo narodu się nazjechało na Wielkanoc. Polaków dość, Aleksander108, Sołtan, Stanisław Sołtyk, Rajecki, Jastrzębski, Bobry109. Z nowin zaś włoskich dwie tylko wiem: pani Rzewuska wdowa idzie za Zdzisława Zamoyskiego, a panna Alopens za młodego La Ferronaye. Teraz, żeby Pani mnie zawiesiła miecz Damoklesa nad głową, to już nic więcej nie wiem. Oh, prawda: król i królowa neapolitańscy tu są: król chodzi po sklepach i targuje się o luidora, hurmem lud wali za nim.
Ja 11-go kwietnia Rzym opuszczam i jadę do Münich przez Florencję, Genuę, Genewę i Zurych, a to wszystko z Sauvanem110, który twierdzi, że moje zdrowie znacznie pochylone i spiesznie idące po drodze złego, a zatem że trza ostatnich i najmocniejszych użyć środków do poratowania jego. Te środki mają być: wody mineralne około Ems. Bóg da mi to, że będę miał szczęście może Panią tam obaczyć, a potem razem na zimę do Neapolu. Wierzaj mi Pani, bez Pani Rzym nic nie wart, bez Pani Polacy się nie znają, nie widzą, bez Pani nudno i długo, ponuro ciągną się wieczory. O Panią Rzym woła, o pannę Henrietę wołają z nim; obiecałem Rzymowi, że Panie tu wrócą, a więc jadę, pędzę ku brzegom Renu, stamtąd porywam Panią i Pana Hrabiego i pannę Henrietę, a dzień, w którym wjedziem do Rzymu, będzie podobnym do tych dni, w których tryumfatorowie szli na Kapitol. — Bądź Pani łaskawa w pierwszych dniach junji111 napisać mi parę słów do Münich, — gdzie przyjadę 2 lub 3 czerwca — i nadmienić o swoich zamiarach. — W Neapolu na ten czas nie będę. Danielewicz jedzie tam na 12 dni i list do panien Rosetter zawiezie, potem wraca do Rzymu i razem we trzech puszczamy się. Oczy moje wściekle mnie bolą, za tę bazgraninę niech one mi będą wymówką. Dziękuję bardzo za zdanie łaskawe o Agaju112. Ja zaczynałem już myśleć, że to wielkie głupstwo, a co do Gwiazdy proszę nie wydawać autora113. Dziwię się sądowi Montalemberta, bo ten kawałeczek jest tuzinkowym, a największa jego zasługa, że bez zmyłek gramatycznych jest napisany.
Tak mnie już moja kochana choroba przygnębiła, tak mi się wkradła do mózgu, że myśleć nie mogę, pisać tem bardziej. — Już nie wiem, co to jest poezja; przekonywam się, że poezja pisana jest niczem w porównaniu z muzyką, bo muzyka jest sama poezją, a poezja pisana jest tylko naśladowaniem poezji, uczuciem uczucia, obrazem malowanym rzeczy żyjącej. Zresztą bądź nie bądź to pewna, że nie wiem, co się dzieje ze mną, że głupieję co dzień i Bertram mi już niewiele pomaga. Ze służby go wypędzę, niech wraca do piekła.
Księżna Czartoryska zdrowa, o Pani często wspomina; ile razy się widzim, mówimy o Pani. Pani Circours jest tutaj dotąd, byłem parę razy u niej.
Szkuta się rozbiła z Karlistami w Rzymie; biedne i nędzne to zwierzęta. Proszę o jedną Zdrowaś Maria za mną, bym zupełnie nie zgłupiał, proszę o tę Zdrowaś Maria Pani, panny Henriety i panny Marcjanny114
Zyg. Kras.
87. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 28 marca 1834
Drogi Konstanty! Niech Ci Bóg odpłaci Twoje serce ku mnie; ile razy czytam listy Twoje, tyle razy lepszej jakiejś nabieram otuchy. Wczoraj był Wielki Czwartek. Siedziałem w kościele św. Piotra do godziny dziewiątej w wieczór, słuchałem Miserere. Nic wznioślejszego nad te głosy ludzkie rozpaczające, konające z bólu i żalu, rozchodzące się z wolna po tem ogromnem sklepieniu, między masy cieniów, masy złota, marmurów i drogich kamieni, zanurzonych w ciemnościach. Nad grobem Piotra pali się gromnic kilka, a reszta kościoła, to nicość cieniów, to nieskończoność cieniów, chaos jakiś z marmuru i cieniów. Świat, jakiegoś nie widział nigdy. Bóg wszędy — Bóg, co skonał na krzyżu — i dziś On, o tej czarnej godzinie, kona w każdym zakącie tego olbrzymiego gmachu. Szumy burzy, zda mi się, słyszę, bo wiesz, On dech wyzionął wśród burzy. Ogrom wieczności, zda mi się widomy, zaczyna się za tym ołtarzem. Patrz! Ołtarz wysoki, wysoki, jak olbrzym, niknący w górze, u stóp jego gromnic kilka, a za ołtarzem ciemność, wieczność, i reszta kościoła, i te pieśni wszystkie, płaczące nad Bogiem umarłym, nad mękami Boga!
Gdzie nadzieja wasza, ludzie, kiedy Syn Boży zniknął i nie ma Go? Ale trzeciego dnia On zmartwychwstanie i świat ten zbawi.
Czemuż Ty tu nie jesteś — serce Twoje pożarłoby wszystko, o czem piszę. Pojąłbyś sercem, co to była śmierć Chrystusa.
Ale ja już pisać, opisywać nie umiem; czuję głęboko, ale wyrazić, co dzień mniej wyrażać umiem. Nie wiem, co się ze mną stało.
Odebrałem Twoje dziełeczko115. Najlepiej Ci się udały kawałki z serca pisane, np. Pomnik księcia Józefa, kiedy siebie samego opisujesz dzieckiem u ojca. Chowam tę książeczkę, jakby włosy Twoje. Za dziesięć dni stąd jadę; pisz mi do Genewy na 12 maja, do Münich na pierwsze dni czerwca. I tą razą nie obaczymy się, ale przyjdzie chwila, w której się obaczymy. Żegnam Cię. Myśl o Zygmuncie i proś czasem za nim Boga!
Z.
Danielewicz serdecznie Cię ściska. Odbierzesz z tym listem pięćset franków. Oczy mnie żrą, palą, rozdzierają. Żegnam Cię i ściskam. Nie turbuj się o matkę; gdyby się co jej stało, toby mnie byli napisali z Polski.
88. Do Henryka Reeve’a
(7–8 czerwca 1834)
Drogi Henryku!
Na próżno oczekiwałem od Ciebie listu z Monachium. Musiałeś widocznie pisać do mnie do Genewy, przez którą jechać nie mogłem. Wyruszyłem na Wenecję, by wrócić do Europy, a teraz jestem z ojcem w Kissingen w pobliżu Würzburga, gdzie piję wody. Wczoraj spotkałem tutaj panią Edwin Hill Handley, z którą się zapoznałem. Znajduję, że ma umysł wybitny i obejście wykwintne. Mówiliśmy dużo o Henryku Reeve, i nie wiem w jaki sposób zeszliśmy na H. W. Dowiedziałem się, że po jej ślubie przez tydzień nie wychodziłeś z domu i wydawałeś się smutny. Powiedz mi, mój drogi, czy zrobiłeś to z miłości do mnie, do niej, czy do siebie, gdyż nie umiem zagadki tej rozwiązać. Uwagi pani Hill Handley o Tobie wydały mi się bardzo trafne, ale dowiodły mi, drogi Henryku (nie gniewaj się o to!), że jest jeszcze coś dziecinnego w Twym charakterze, a trochę afektacji w Twojem obejściu. Ale to przejdzie z czasem, gdy Twa miłość własna upokorzona zostanie właśnie przez to, czem błyszczeć chciała i gdy się przekonasz, że afektacja nigdy długo łudzić nie może. Najgłupsi nie dadzą się na nią łapać dłużej, niż przez dwa lub trzy miesiące, a człowiek, choć trochę obyty w świecie, pierwszego dnia się na niej pozna. Zresztą, o ile zauważyć mogłem, pani Hill Handley jest jak najlepszego zdania o Twoich zdolnościach i sądzi, że masz świetną przyszłość przed sobą.
Pamiętaj rzecz jedną, Henryku; nikt prędzej, niż kobieta, nie dojdzie do sedna rzeczy, nie pozna odwrotnej strony medalu. Gdy będziesz miał z jakąkolwiek kobietą stosunek miłosny, nie staraj się nigdy czegoś w nią wmawiać. Bądź naturalny, a będzie Cię kochała. Nie mówię tutaj o miłości w rodzaju Konstancji. Miłość podobna, jako że jest wyłącznie na wyobraźni oparta, musi we wszystkiem przesadzać i wznosić się do obłoków. Ale miłość męska, miłość dojrzała, musi być ugruntowana na prawdzie, na piękności i ponętach z jednej, na sile charakteru z drugiej strony. Bez siły charakteru, bez panowania nad sobą niczego na tym świecie spodziewać się nie możemy — ani kobiety, ani sławy, ani ojczyzny. Panowanie nad sobą, to prawdziwa poezja wieku męskiego, to siła, to potęga. Starajmy się więc ją osiągnąć! Wszystkiego, o czem Ci mówię, Henryku, sam doświadczyłem. Przeszedłem przez wszystkie te stany i w końcu miałem dość rozumu, by poznać, że przez całe życie robiłem wyłącznie głupstwa. Zapewne istnieje na świecie olbrzymia poezja, ale to nie ta, którą pisaliśmy i wymyślaliśmy. To ta, którą czujemy, gdy chwila poetyczna nadchodzi, ale wtedy, na Boga, słowo: „poezja” nawet nam do głowy nie trafia. Obrzydliwe jest wymuszanie z siebie poezji, kalanie każdego wrażenia przez chęć urobienia zeń dramatu; trzeba żyć, czuć, doświadczać. A wtedy zacznij pisać jakiegokolwiek dnia, jeśli Ci czasu starczy! A mówię Ci, to, co dnia tego napiszesz, będzie czytane i uznane za dobre, bo odpowiada wszystkim uczuciom ludzkim. Różnorodności! Różnorodności! Bądź złożony, jak otaczający Cię świat, i jednolity, jak Ty sam jesteś. Byron był widmem długiej i burzliwej nocy, straszliwem, gdy trwała ciemność, zapomnianem, gdy nadeszły zorze. W promieniach słońca trzeba szukać i odkrywać. Kto naśladuje Byrona, będzie miernotą. A z ręką na sercu: czyż kiedykolwiek robiliśmy coś innego prócz naśladowania Byrona?
Żyć, żyć, wychylić do dna czarę życia, szczęścia i smutku, powodzenia i przeciwności... A później z piórem w ręku!... Jeśli nie lepiej schylić głowę na piersi i spocząć w grobie.
Żegnaj! Napisz do mnie za dwa tygodnie do Frankfurtu nad Menem!
Zyg. Kras.
89. Do Konstantego Gaszyńskiego
Kissingen przy Würzburgu, 10 lipca 1834
Drogi Konstanty! Twój list odebrałem jeszcze w Münich przed trzema tygodniami, ale że potem zaraz wyjechałem, a tu spotkałem się z moim ojcem, nie miałem chwili jednej wolnej do odpisania Ci. List Twój do matki posłałem przez ojca mego do Polski i dojdzie niezawodnie. Ja lepiej mieć się zaczynam, już mnie nie męczy tak pisanie. Teraz najpiękniejszą podróż zrobiłem przez Florencję, Wenecję, Münich. Wenecja to kochanka moja wśród miast wszystkich, w niej przez ośm dni prawdziwie byłem szczęśliwy. Na zimę wracam do Neapolu; czy tam się czasem nie zobaczymy? Tymczasem pisz do Frankfurtu nad Menem, bo jeszcze ze dwa miesiące zabawię w Wiesbaden i Ems.
Dużo ja przez te czasy myślałem nad życiem ludzkim i odkryłem wielką prawdę, że moc nad sobą samym jest poezją dojrzałości, jak rozpasanie wszystkich uczuć jest poezją młodości. Wiesz Ty, że Byron stracił względy moje: wielki zapewne poeta, ale kto go chce naśladować, ten będzie miernym i ślamazarnym. Byron, potem, nie rozumiał rozmaitości, a to jest połowa całego stworzenia. By dobrze pisać, trzeba żyć wprzódy. Ja zarzucam na pewny czas pisanie, biorę się do życia: wychylę kilka pucharów wesela, kilka pucharów boleści, po ludzku kochać będę, po ludzku cierpieć, a potem siądę i napiszę, i to będzie dobrem. Materia nie jest tak podłą rzeczą, jak sądziłem dotąd; my przez wieczność całą będziemy w materialnych ciałach; nie ma ducha bez materii, jak nie ma myśli bez słowa, jak nie ma ciała bez formy. Są rozkosze i jest poezja materialna. Tę należy harmonijnie pomieszać z poezją ducha, a wtedy stanie na nogi człowiek upoetyzowany, wtedy każdy go pozna i pokłon mu odda. Inaczej nikt by nie uczuł sympatii do niego, inaczej byłoby to stworzenie nieorganiczne na ziemi, może organiczne na księżycu lub Jowiszu, ale tutaj marne, niezrozumiałe. Tak więc się zmodyfikowałem i z chmur zstąpiłem, i chmury mam odtąd za baldachim nad głową, nie za pobyt i mieszkanie. Co różni człowieka prawdziwie i poetycznie pojętego od człowieka idealnego czysto? To, że w pierwszym jest ciągłe życie, to jest przemiana i walka uczuć, a w drugim tylko myśl jedna, tor jeden, metoda zawżdy ta sama. Są chwile uniesienia i opadnienia: to się życiem zowie, to jest ruch, to śledzić i poznać należy. Stąd się wywija, że człowiek nie może ciągle być wielkim, rozumnym, natchnionym, dramatycznym. Jeśli go takim wystawisz, to będzie afektacja, przywara, brak rozsądku. Czego najwięcej trzeba unikać, to, żeby bohatery nasze nie wyglądały na aktorów. I stąd pochodzi przesada literatury dzisiejszej, że autorowie, miast doznawania sami uczuć i faktów, przestają na chodzeniu regularnem na teatr i tam uczą się, jakby z natury, kiedy już teatr jest nauką, wyciągniętą z natury. Przez drugie ręce więc odbywa się poezja epoki naszej i stąd jest śmieszną i przesadną.
Twoje sonety uważam za wielki postęp; więcej w nich kolorytu, niż zazwyczaj, i myśl w każdym jest. Ciekawym bardzo Pana Tadeusza i nowego dzieła Lamennais’go. Już to w modę wchodzi pisać ewangelicznym stylem. Mickiewicz zaczął, Lamennais ciągnie dalej; zobaczysz, że wreszcie tyle się ewangelii namnoży, że vaudeville pan Scribe napisze ewangelicznie. Co to małp się zawsze kupi naokoło geniuszu! Za jeden geniusz sto tysięcy głupców musi się urodzić, jakby masa ducha była na tym świecie skończona, jak masa materii, i tylko mogła się ukazywać bardziej skupiona w wielkich ludziach, i za to też zaraz rozrzedzać się musiała w ich współczesnych. Żegnam Cię, drogi mój Konstanty. Danielewicz i mój ojciec Ci się kłaniają. Nie zapominaj o Twoim
Zygmuncie.
90. Do Konstantego Gaszyńskiego
Frankfurt, 23 augusta116 1834
Drogi Konstanty! Odebrałem Twój list w Wiesbaden. Widzę w nim, że żyjesz jak możesz, to jest szukasz zatrudnienia i zajęcia się, gdziekolwiek się zdarzy. Ja żyję, ale jak żyję? Tobym trudno opisał. Naprzód we mnie jest pierwiastek zgubnej goryczy, który objawia się ciągle, czy się rzucę na chmury i siedzę nad ziemią, czy zejdę na ziemię i rzeczywistości się chwycę, tak, że rzeczywistość jeszcze zda mi się ideałem. Fizycznych nawet rozkoszy dopełnionych nie ma, umysłowe jeszcze błędniejsze. Gdzież jesteśmy? Gdzie żyjemy?
Dwudziestego septembra117 wyruszę zapewne do Włoch. Do tego czasu pisz do Frankfurtu, potem do Genui, a potem do Neapolu. Moja babka przeszłego miesiąca oddała ducha Panu Bogu. Czy pamiętasz, ileśmy razy jedli u niej obiad w Warszawie? Biedna, sama była, bez syna i wnuka, umarła wśród cudzych ludzi.
Jeśliś czytał w gazecie „Polonais” kawałeczek pod imieniem Etoile, to mój, dostał się zaś tam szczególnym, nieprzewidzianym przeze mnie sposobem. Zachowaj numer ten, a potem mi go prześlesz, gdzie Ci napiszę, jeśli możesz. Mój Agaj-Han wielkie, jak słyszę, robi wrażenie w Galicji, Krakowie i Poznańskiem. Żegnam Cię, mój drogi. Jabłonowskiemu, o którym wyobrażenia mi nie zostało, bardzom wdzięczny. Ulrychowi się kłaniam. Tysiąc z serca uścisków Tobie. Od Twojej matki nic nie odebrałem.
Z.
Napisałem w tych dniach powieść à la Balzac; wchodzi do niej romans mężatki z oficerem polskim w Londynie, po wzięciu Warszawy, wchodzi i Grzymała monstrum, i Lelewel etc. Zda mi się, że udała mi się. Addio!
91. Do Henryka Reeve’a
1834 r. Wiesbaden, 25 sierpnia
Drogi Henryku!
Od blisko sześciu miesięcy żyjesz w nieświadomości dzieł i czynów bohaterskich swego przyjaciela. Ledwo dwa lub trzy listy odebrałeś od niego. Teraz, w chwili wytchnienia, jaką daje każde działanie, poznasz ogólnie stan duchowy, przez który w czasie tym przeszedł.
Ubiegła zima nie przyniosła mi żadnej ulgi, ani duchowej, ani fizycznej. Rozciągnięty na swej sofie w Rzymie, dręczony smutnemi myślami, czułem, jak z dniem każdym mniej miałem w sobie życia. Nie mogłem już pisać. Ale zdrowie moje było tak słabe, że pragnienie to wydawało się prawie szyderstwem. A jednak zdarzyło mi się spotkać to, co przeczułem na dziesięć dni przed moim wyjazdem do Rzymu. Toteż, skoro tylko iskra padła, a wzrok mój doznał wzruszenia i wstrząsu, odrzuciłem precz od siebie wszelkie względy, jak się rzuca pochwę szabli w sprawie na śmierć lub życie. I taką była dla mnie ta sprawa. Bez nagłego przejścia od uśpienia do stanu świadomości, od apatii do namiętności, od bezwładu do czynu, groziło Ci poważnie, że zastaniesz mnie idiotą.
Otóż od tej chwili, a jeśli się nie mylę był to dzień Wielkanocny, natychmiast po błogosławieństwie papieskiem prowadziłem życie rzeczywiste, a pełne marzeń, życie ciała i ducha, życie ludzkie wreszcie, otoczone poważnemi niebezpieczeństwami i śmiesznemi małostkami, upiększone w przerwach poezją, przeniknięte smutkiem przez przykre sytuacje, wznoszące się chwilami do tragiczności i popadające z kolei w błazeństwo; życie, przeplatane podziwem i szyderstwem, słabością i egzaltacją, błahostkami w rodzaju mody, wstążki, plotki, i sprawami poważnemi, uroczystemi, jak uwiedzenie, upojenie miłosne, wyrzuty sumienia kobiety cnotliwej po poświęceniu się, nienawiść do tego, który jest jej mężem, tysiące obaw niespodziewanego podejścia i zemsty, tysiące wyczekiwań szczęścia, sto razy zawiedzionych, a raz spełnionych, wreszcie rozkoszy — koniec zwykły podobnego dramatu, gdzie, jak mówi Balzac: „Dwie piękne dusze są rozdzielone przez wszystko, co jest prawem, a połączone przez wszystkie uwodzące siły przyrody”. A sceny te, Henryku, odgrywały się we Florencji, Wenecji, podczas zachwycających wieczorów, gdzie wszystko żądało rozkoszy i miłości. A później, przejeżdżając niekiedy pod Mostem Westchnień, słyszałem głos mówiący mi: „Zbrodnia i kara”. Ale głos ten niczem był dla pożerającej mię namiętności. Często cierpiałem, jak potępieniec; wzrok mój prawie zupełnie był zniszczony, a mimo to w południe, w blaskach olśniewających słońca włoskiego, wiozłem ją w swej szalupie na Lido, do Malamoco, do Chiosy.
Przypominam sobie, że jednego wieczoru, przechadzając się w świetle posępnem księżyca na pustem wybrzeżu Lida i oglądając znowu miejsca, gdzie byłem z Tobą, opowiadałem jej o bladym i wysokim Angliku, który strzelał z pistoletu do białych muszelek, kruszących się pod naszemi krokami. Powiedziałem jej, że ten Anglik był moim przyjacielem młodości i że zna tę, którą kochałem niegdyś. Zadrżała, a później zapytała o imię Twoje, zapytała o imię pani Burdett. Była bardzo piękna owej nocy. W rysach jej było coś z odaliski i z anioła. O czem myślałeś wtedy, gdy mówiłem o Tobie w miejscu, gdzieśmy byli razem? Było to 22 maja. Później zaprowadziłem ją do swej gondoli; Chiopeta rozwinął żagle. Mąż był w innej barce. Wiatr okropny się zerwał; uczuła przestrach. Powiedziałem jej: „Gdyby Henryk Reeve był tutaj, poprowadziłby łódkę pewną ręką; to jemu zawdzięczam swoje wiadomości żeglarskie”. Schwyciłem za wiosło, opuściłem reję i tak dopłynęliśmy, podrzucani falami laguny, do placu świętego Marka.
Po opuszczeniu Włoch wszystko się zasępiło, jak niebo i otaczająca nas przyroda. Monachium, Kissingen, Frankfurt były pełne namiętności i miały chwile rozkoszy; ale okoliczności stawały się coraz trudniejsze. Mąż zaczął pilnować, ogarnęła go zazdrość i niepokój. Nareszcie rozstaliśmy się; ja zostałem w Wiesbadenie, ona pojechała trochę dalej. Niekiedy wyjeżdżam na dwa lub trzy dni, żeby się z nią zobaczyć. Ale towarzystwo, które ją otacza, nic nie robi, prócz plotek, i zazdrości jej piękności; toteż cnotliwość tych pań bardzo ją szarpie.
Widzisz więc, jak żyłem. Od pięciu miesięcy ani razu się nie modliłem, a jednak nie odczuwam skruchy, tak silna była we mnie konieczność działania, która pchnęła mię do używania życia wszystkiemi memi zmysłami, do szukania zbawienia tam, gdzie inni śmierć znajdują. Zdrowie moje poprawiło się; wśród tysiąca niepokoi, tysiąca wyczekiwań nerwy moje znów nabrały sił. Chciałem żyć i żyję. Ale teraz zbliża się chwila rozstania. Ponieważ nie była to nigdy miłostka ludzi z towarzystwa, lecz dramat smutny, prawdziwy, namiętny, zgubny i silny, muszę być przygotowany na cierpienie dojmujące i długie. Niechaj tak będzie!
Żegnaj! Pisz mi jeszcze do Frankfurtu! Ani słowa o tem nikomu! Chciałem Ci opowiedzieć tę historię, żeby Ci dać obraz stanu mego ducha. Żegnaj!
Zyg. Kras.
92. Do Joanny Bobrowej
28 października 1834 r. Mediolan
Pani!
Czemuż nie mogę Ci przysłać garści tych kwiatków, które wokoło mnie rozkwitają, skrawka tego bezchmurnego błękitu, który lśni nad mą głową! Sprawiłyby one może Pani przyjemność kontrastu w smutnem pod szaremi chmurami mieście, w którem Pani obecnie zamieszkuje, a dla mnie te piękności mało mają pożytku. Niegdyś pobudzały one moją myśl, nadzieję, wspomnienia; lecz minęły te czasy naiwnych wrażeń, wiary dziewiczej w piękne położenie, w piękny dzień. Wszystko pochłonął pierwiastek goryczy, oschłości, pragnień daremnych, które z dniem każdym wzrastają we mnie i sprawiają, że rzucam na błękit nieba włoskiego równie smutne spojrzenie, jak i na zadymiony sufit mego pokoju w oberży.
Jestem w Mediolanie. Nie podejrzewają tu jeszcze zbliżania się zimy. Słońce nie rzuca tu jeszcze takich długich, żółtawych świateł, jak te, które już widzieliśmy razem we Frankfurcie, gdy kładły się na wioski razem z obumarłemi liśćmi, zmiatanemi przez wiatr, z liśćmi, które nie mogły trwać dłużej, niż przez jeden sezon. Przeciwnie, ono świeci z całą siłą ponad katedrą, która, nie wiem dlaczego, przypomina mi wodospad Terni.
A propos; pewnej nocy, gdy przechodziłem, zdaje mi się, przez ciemny wąwóz Brenneru, Danielewiczowi przypomniała się jego rozmowa z Zosią. Sądzę, że zajmie ona Panią. Dziewczynka położyła raz główkę na jego kolanach, a ponieważ spoglądała figlarnie w górę, Konstanty zapytał się jej, czy wie, co to jest niebo. „O, tak — odpowiedziała — jest tam moja dobra przyjaciółka, Józefa”. — Jakże to? — „O, widzi pan doktor, bo pan jest pan doktor, ona zasnęła pewnego dnia, potem przyszło czterech ludzi, zamknęli ją do skrzyni i, wziąwszy na ramiona, zanieśli ją prosto do nieba”. — Nie wiem, co na to odpowiedział Konstanty. „Tak, tak, mówię panu, że ją zanieśli do nieba na ramionach. I kiedy Mimi jest grzeczna, moja dobra przyjaciółka przychodzi powiedzieć dobry wieczór grzecznej Mimi — widzi pan doktor”. Jest coś wzruszającego w pojęciu tego dziecka, które nic jeszcze nie wie o odległości, dzielącej nas od nieba, które wierzy w całej czystości swego serduszka, że śmierć jest snem tylko, a zbawienie duszy — krótką podróżą. Trzeba być bardzo niewinnym, aby nie mieć pojęcia o przeszkodach, które piętrzą się między ziemią a Bogiem. Piękne jest zapytanie Lolly w ogrodzie Borghese, lecz mniejszego znaczenia, niż pojęcie Zosi. Każda osoba dorosła mogłaby to samo wyrzec o księżycu, lecz wątpię, czyby która mogła w czystości swych wierzeń powiedzieć to, co powiedziała Mimi. Jest w tem coś wzniośle dziecięcego, jest coś anielskiego w tej prostocie. To naprowadza mnie na to, co miałem napisać Pani o Jej kuzynce. Skończyłem to w Mediolanie. Nie posyłam natychmiast, bo trzeba to przepisać czytelnie, a bardzo mnie bolą oczy. Starałem się do tych kilku wierszy o losie duszy, co uleciała z ziemi, wprowadzić nieco pierwiastku anielskiego, którego mi odmówiono, według zdania wielu. Pierwsza to rzecz, jaką napisałem w życiu, wyrzekając się w niej zupełnie środków piekielnych. Sama Pani orzeknie, czy mi się udało — prawdę mówiąc, te ostatnie zaczynają mnie nudzić. Mam ich dosyć w swem łonie. Chciałbym widzieć przynajmniej jutrzenkę rozleglejszą, piękniejszą, światło nie tak wyczerpujące i cienie mniej posępne i kształty mniej złowrogie itd.
Jedyny moment silniejszy, jakiego nie odczułem od dawna, tak od dawna, że dni, godziny nawet wydają mi się bardzo długiemi, przeżyłem wczoraj w La Scala. Pani Malibran śpiewała Normę. Jej śpiew to nic jeszcze, lecz jej gra, to oblicze, zmienione przez zazdrość i rozpacz, lecz jej ręce, drżące w uniesieniu, lecz jej oczy płomienne, zwracające się bezustannie od Adalgisy ku Sewerowi, od Sewera ku Adalgisie, zatrzymujące się potem w złowrogim, spokojnym, imponującym majestacie na obliczu człowieka, którego niegdyś kochała. A gdy w scenie duetu wymawia słowo: „Giura118. dreszcz elektryczny wstrząsa widzami. To słowo „Giura” rozbrzmiewało w głębi mojej duszy; później ostatnia chwila — śpiew wspomnienia i śmierci — modły na kolanach u stóp jej ojca. A rysy jej twarzy coraz bardziej pokrywające się cieniem śmierci, jej rysy, targane konwulsyjnie, miłość, ogarniająca ją znowu, jej głowa, z rozburzonymi włosami chyląca się na piersi temu, który wraz z nią chce zginąć, jej wzrok namiętny, wlepiony weń po raz ostatni i ta czarna zasłona w rękach ofiarnika, powiewająca już nad jej czołem, pobladłem z żalu i miłości. Ach! Ta kobieta wstrząsa mną w tej chwili siłą artyzmu. Zdawało mi się, że widzę prawdziwą Normę, wierzyłem w wieczną rozłąkę — potem zasłona spadła, a wycie parteru przypomniało mi rzeczywistość.
Czy Pani przypomina sobie ten wieczór w Kolonii, gdy patrzyłaś na tę wieżę nieskończoną, nie mogąc wytłumaczyć sobie odczuwanego w owej chwili wrażenia? Niechże Pani przypomni sobie oczy Alberta Dürera w galerii monachijskiej i niech Pani powie, czy nie ma uderzającego i mistycznego podobieństwa pomiędzy tą katedrą a tym portretem?
Jestem prawie pewny, że Pani przepędzi zimę w Dreźnie pomiędzy panią Ch. i panią G., jak Pan nasz między dwoma łotrami. Błagam Panią, ponieważ Pani właśnie robi spostrzeżenia nad oryginałem, którego ja mam być kopią, niechaj mi Pani powie, czy moje zachowanie się jest w czymśkolwiek do niego podobne? Ta myśl jest dla mnie nieznośną. Zresztą to małostka z mej strony, że myślę o tem.
Pani Wacławowa jest w Wiedniu — zakorzeniła się w salonie pani Rozalii. Biedna kobieta! Jak też muszą wyśmiewać się z jej fałszywej erudycji, z jej zachwytu nad Balzakiem i długiej czupryny! Ale, mój Boże, wpadam w sieć komeraży — mówię o istotach, o których powinienem zapomnieć, jak się zapomina o pyle wielkich gościńców.
Cóż Pani jeszcze powiem? Powiem Pani, że często z wielkim żalem myślę o chwilach, które przebyłem w Pani towarzystwie, nawet wtedy, gdy byłaś nieruchoma, blada, milcząca — bo więcej jest szczerości w najgorszym Pani humorze, niż w chwilach najpogodniejszych u innych, a stąd pochodzi, że i więcej jest powabu. Co do mnie, jestem o tem najmocniej przekonany, że bardzo często musiałem nudzić Panią. Wybacz mi Pani! Mówią, że nieobecni są jak umarli. A Pani wie, że nie można odmawiać przebaczenia zmarłemu. Mój Boże! Wchodząc w życie, bynajmniej nie zapowiadałem tego, czem się stałem. Oto, widzi Pani, wierzyłem mocno w piękną przyszłość, a dziś ta przyszłość rozchwiała się wprzód, nim tchnienie moje mogło jej dosięgnąć. Czemże jestem? Tułaczem rzucającym się na kanapy setek oberż, co wieczór na inną, kopiącym sobie codziennie własnemi myślami coraz głębszą mogiłę, pojmującym dobrze, iż wśród innych okoliczności mógłby sobie wytknąć inną drogę, nieco szerszą i szybszą, lecz, że wśród tych, które dziś kierują jego istnieniem, trzeba spać, chrapać, wreszcie — zasnąć na wieki! Kobieta nie potrzebuje sławy — lub raczej sława jej zamyka się w ciaśniejszych granicach. Dla niej szmer salonu jest pieśnią zwycięstwa, lecz, gdyby go była pozbawioną na długo, może na zawsze — ach, niech Pani pomyśli, czy nie wytworzyłby się w niej wstręt i rozgoryczenie?
Otóż moim salonem przestrzeń dwóch tysięcy mil kwadratowych, mojem towarzystwem — czternaście milionów ludzi, a nie ma już w tym salonie uroczystości, muzyki, śpiewów, tańców. Draperie spadły na ziemię, światło lamp zbladło wśród zapadających cieniów, kobiece stroje zniknęły i tylko kilku mężczyzn pozostało nieruchomych przy swoich wywróconych do gry stolikach. Cóż robić! Trzeba przełamać serce na dwoje, jak zgina się kartę, która zawiedzie w faraonie. Lecz źle czynię, mówiąc Pani o tak smutnych rzeczach, Pani i beze mnie dość ma czarnych myśli. Przeciwnie, chciałbym Panią natchnąć wiarą, którą straciłem. I czemuż przyszłość nie miałaby uśmiechnąć się Pani? Lolly stanie się kiedyś kobietą, jakich mało będzie na świecie. — Zosia będzie słodkiem stworzeniem i — pewny jestem tego — szczęśliwem. W dzielności jednej, w szczęściu drugiej znajdzie Pani radość i pociechę.
Ponieważ nie wiem, gdzie jest Teodor i jak do niego mój list adresować, kładę go w list Pani, spodziewając się, że Pani prześle mu go łaskawie.
Pozwoli Pani złożyć u swych stóp moje najgłębsze uszanowanie.
Oddany Pani
Zyg. K.
Niech też Pani raczy przyjąć zarazem wyrazy uszanowania, które Konstanty polecił mi przesłać Pani.
Spodziewam się być w Rzymie za dwa tygodnie, a najsłodszem dla mnie oczekiwaniem jest to, abym tam już zastał wiadomość o Pani i o jej bliskich.
93. Do Konstantego Gaszyńskiego
Mediolan, 30 oktobra119 1834
Czy Ciebie nie ma w Aix, żem tak dawno nie odebrał listu od Ciebie? Przed dwoma miesiącami pisałem do Aix z Frankfurtu, w odpowiedzi na list, w którym mi opisywałeś jarmark w Beaucaire. Teraz jadę do Neapolu, ale w Rzymie zabawię z piętnaście dni. Tam adresuj pierwszy list swój i czekaj na moją odpowiedź.
Zdrowie moje dźwiga się nieco, ale próżnia ducha, o której tyle razy Ci wspominałem, odzywa się często. Są chwile, których nie życzę nikomu, a które duszę mi rozstrajają. W tych chwilach łamię we dwoje serce moje, jak kartę nieszczęśliwą, która przegrała dziesięć razy raz po raz w faraona. W tych chwilach wszystko mi się tak bez nadziei wydaje, życie ziemskie tak ograniczone, tak ciasne, a żądania moje tak ogromne, że wątpię o wszystkiem!...
To pewna, że dotąd nic nie zaspokoiło pragnień moich na tym świecie. Ani żądzom mojej miłości własnej, ani żądzom serca mego nigdy nie stało się zadość, choć miałem szczęśliwe chwile dla jednych i dla drugich. Ale zawsze więcej, dalej goni myśl moja; często nawet nie wiedzieć gdzie. Sam nie wyrozumiałbym, czego żądam, ale czuję skorpiona żądań, przewracającego się we wewnętrznościach moich, który, nie dostawszy nic, sam siebie zakłuwa. Tyś nie tak stworzony: Ty miewasz błogie dni, pełne dziękczynień ku Bogu i ku ludziom, którzy Cię kochają; Ty nieraz wieczorem przestajesz na zmierzchu, Ty pośród czarownej okolicy przestajesz na jej pięknościach. Przynajmniej przez chwilę jesteś cały, dopełniony w sobie samym; nie czujesz, jakoby część jakaś Twoja nie była przy Tobie, ale wyprzedziła Ciebie i goniła dalej, i żądała więcej, i rozdzierała swojemi wołaniami resztę Twej spokojnej duszy. Ty dlatego niezawodnie lepszy, cnotliwszy będziesz ode mnie. W Tobie namiętność nigdy w rozhuzdanie nie przejdzie. Jej najwyższym szczeblem będą łzy rozczulenia, a we mnie zdarzyć się mogą wściekłe uniesienia, rozpacze nieopisane, bo, im więcej żądam, tem częściej się zawodzę. Ty także ciągle będziesz czynny, a ja zapadnę w lenistwo, w odrętwiałość i lata przeleżę, by powstać raz jeden, by pięści pogryźć własnemi zębami lub pieśni odśpiewać w natchnieniu serca mego, i znów zasnąć potem. Takie istoty, jak ja, powinny były urodzić się w nieprzeklętym świecie, poczynającym żyć, w wiośnianym Edenie, przed grzechem pierworodnym, kiedy wszystko było świętem i wolnem — lub prosto w piekle, jeśli im już los kazał narodzić się wśród niedopełnionych, w grzechu i karze żyjących stworzeń.
Pan Tadeusz jest epopeją drobnej szlachty naszej, jest wiecznym, jak Don Quichotte, jak Poliszynel we Włoszech, przenosi o cztery głowy Monachomachię, jedynem jest dziełem dla Polski. Wallenrod jest poema arystokratyczne, Pan Tadeusz jest poematem drobnej szlachty.
Mochnackiego Powstanie narodowe Polski jest ciężkiem do czytania, ale ma swoje zasługi. Niemiecki styl zgubił Mochnackiego. Bóg go stworzył redaktorem: to jest Dmóchowski, podniesiony do ideału. A propos: Dmóchowski wciąż spekulacje księgarskie robi; przyznaj, że trzeba mieć geniusz, by wynaleźć co do wydrukowania w miejscach, w których Walter-Scott zakazanym bywa. Osiński jakąś odę wypalił; przyznaj, że i na to geniuszu jakiegoś miedzianego trzeba — poëtis atque pictoribus120. Co też to za głupia była poezja, co nas otaczała w dzieciństwie naszem, co też to za głupi ludzie dawali nam pierwsze wyobrażenia o filozofii i literaturze! Mój Boże!
Danielewicz serdecznie Cię ściska; stał się z niego kompozytor wielki muzyczny. Geniusz muzyczny buchnął raptem z głowy, jak Minerwa całkowita, uzbrojona, z jowiszowego mózgu. Wszyscy znający się przyznają mu ogromny talent. Addio, mój drogi Konstanty, kochaj mnie i nie zapominaj!
Z.
94. Do Joanny Bobrowej
Mediolan, 4 listopada 1834
Pani!
W chwili wyjazdu z Mediolanu, gdzie pozostawałem do dnia dzisiejszego, zatrzymany przez kwarantannę, którą zmuszony jest odbyć każdy statek parowy w Genui z powodu cholery, wzbudzającej szaloną obawę w królu neapolitańskim, posyłam Pani to, co napisałem o jej kuzynce. Niechaj Pani widzi w tem tylko zamiar spełnienia jednego z jej życzeń, bo samo wykonanie — jestem przekonany — nie wiele warte. Jedenastego b.m. przybędę do Rzymu. Ze smutkiem powitam okna Pani na Corso — i wszystko, aż do starego Aignera, będzie na mnie sprawiało wrażenie przez pamięć chwil, przebytych w domu Pani.
Jak się Pani miewa? Czy lepiej pod kierunkiem Carrusa, czy też Sauvana?
Co do mnie, dość marnie się czuję. Nudzi mię wszystko, co mię otacza, i to, co otaczać mię będzie — wskutek powziętego z góry uprzedzenia. Nie widzę innego środka, jak tylko porzucić któregokolwiek dnia scenę, gdzie dla mnie roli nie ma. Być wśród figurantów — rzecz mała i licha. Ażeby zaś grać pierwsze role, potrzeba primo: innego teatru, następnie potrzeba... Bóg wie, czego potrzeba. — Czy wygrałem zakład? Czy Pani była na balu? A może przegrałem? Bal to piękna rzecz dla tego, kto ma lat piętnaście i wybiera męża lub nawet szuka żony! Dla reszty śmiertelników jest to mdłe przepędzenie czasu, jednakże myślałem często, że chciałbym ujrzeć Panią na balu, ażeby wygrać zakład, jestem bowiem przekonany, że Pani ożywia się na dźwięk muzyki, na widok wesela i girland z kwiatów — albo może się mylę. Gdyby Pani wiedziała, jaki jestem samotny od czasu, kiedy nie słyszę dąsów Lolly i dowcipów Mimi, a potem tego przeciągłego akcentu bony: „Idźcie do drogiej waszej Mamusi!”.
Istotnie, stałem się rośliną pasożytną w salonie Pani, a wie Pani, że bluszcz, latorośl winna i wszystkie gatunki tych badyli więdną i zamierają, gdy się je odrywa. Oto i teraz zdaje mi się, że wszędzie spostrzegam powóz Pani albo karocę jej męża, zdaje mi się, że słyszę wszędzie jej głos i jej dzieci. I zawsze się mylę, i wracam do tych złudzeń, bardziej, niż zwykle, zawiedziony. Dziwny to zwyczaj szukać osób żywych tak, jakby się szukało i wywoływało zmarłych. I jestem pewny, że, gdyby Pani mogła widzieć myśli moje, zawsze ku Niej zwrócone, znudziłoby to Panią nareszcie. Teodor powiedziałby, że to jedna z moich myśli dziwacznych lub jeden ze śmiesznych zwyczajów. Niechaj to sobie będzie, jak chce, ale tak jest. Jestem dość samolubnym, aby nieustannie, dwadzieścia razy na dzień wyobrażać sobie, że spostrzegam błękitny lub różowy kapelusz Pani, czarny lub biały jej męża, że widzę przesuwający się trzewiczek Lolly i rozwiane loki Zosi — a to wszystko sprawia, iż mniej nędznie przepędzam moje nędzne dni.
Jeden tylko wypadek mógłby zmienić bieg moich myśli i nieznośny stan mej duszy. Oto: gdyby statek parowy się rozbił, i gdybyśmy wszyscy wraz z nim się rozbili. Wtedy można przypuścić, że zupełnie ukojony zasnąłbym na dnie Morza Śródziemnego. Lecz, skoro marzę jeszcze, to pewna, że marzyć będę o dawnym nałogu znajdowania się w salonie Pani.
Przyjmij Pani wyrazy mego najgłębszego szacunku.
Zyg. K.
95. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 1834. 11 listopada
Pani!
Wczoraj otrzymałem list, który Pani była tak dobra do mnie napisać, natychmiast po mojem przybyciu. Przy odczytywaniu go zdawało mi się, że słyszę dźwięk tych samych dzwonów, o których Pani mówi. Doprawdy, jest coś gorzko smutnego w przeczuciach Pani samej o sobie i w opinii, jaką Pani sobie o mnie wytworzyła. Niech Bóg broni, aby się pierwsze kiedykolwiek spełniły, niech Bóg broni, aby Pani drugą zachowała. Że ja mogę leżeć w łóżku, że mogę być oddzielony od świata — to naturalnie, to dobrze; lecz co do Pani, o którą cały świat się upomina i ma prawo się upominać, to straszne wiedzieć, że Pani jest w łóżku, to straszne wiedzieć, że Pani jest cierpiąca, myśleć, żeś sama, zupełnie sama w cierpieniu, a potem jeszcze przyjdą fałszywe przyjaciółki zasiąść u wezgłowia Pani, przyjdą z radością w sercu, że już nie możesz ich zaćmiewać, przyjdą oświadczać ci zainteresowanie się i współczucie — a Pani będzie wiedziała o tem wszystkiem i będzie zmuszona dziękować im dla zachowania konwenansu. Nie ma nic okropniejszego nad te ludzkie konwenanse wtedy, gdy się leży na łożu boleści. Nie uwierzy też Pani, jak cierpię z tego powodu, że Pani cierpi.
Jednakże Sauvan pociesza mię trochę, utrzymując, że niedomaganie Pani długo trwać nie może i nie ma w sobie nic groźnego. — Teraz chciałbym powrócić do tego, co Pani mówi o mojej wyobraźni, o fałszywości tej wyobraźni i o tem, że ja sam wiem doskonale, iż moje idee są fałszywe. Za każdym razem, kiedy Pani dotknie mojej miłości własnej lub moich myśli takich, jak je wynurzam, będę miał dla Pani jak najgłębszą wdzięczność, bo wówczas albo wytknie Pani coś śmiesznego we mnie, a ja postaram się pozbyć tego, lub wskaże mi Pani błąd, a ja postaram się z niego poprawić. A wówczas jeszcze mi zostanie coś głębszego, szlachetniejszego, niż śmieszność, coś prawdziwszego, niż błąd — zostanie mi głąb mej duszy i tam będę mógł cofnąć się z uczuciem pociechy.
Lecz, oskarżając mię, że sam wiem, iż moje idee są błędne i że je podtrzymuję tylko przez zamiłowanie do mistycyzmu i potęgi złowrogiej wróżby, czy wie Pani, co czynisz? Zarzuca mi Pani złą wiarę, podkopujesz grunt we mnie, zstępujesz w najgłębsze tajniki mego serca i mówisz: „Tam jest tylko wyrachowanie — ten człowiek stworzył sobie doktrynę poetyczną, której nie odczuwa, z której — być może — sam się wyśmiewa, a idzie za nią, aby tylko oszukiwać innych”. Otóż, widzi Pani, gdyby ktoś przyszedł z bardzo daleka i powiedział mi, że Pani tak o mnie myśli, nie uwierzyłbym w to. Nie pojmuję, jakim sposobem mogła powstać w Pani podobna myśl o mnie. Wzbudzać tego rodzaju opinie w tych, których się nad wszystkich poważa, na których nam najwięcej zależy — jest to prawdziwe nieszczęście. To jedna z najdotkliwszych przykrości, jakich doświadczyłem w mem życiu. Bo przecież zna mię Pani tak dobrze, jak mało osób na tym świecie. Żadnego z mych błędów, żadnego z dziwactw, niczego, co tylko jest we mnie złem, nie ukrywałem przed Panią — lecz z drugiej strony spodziewałem się, że Pani wie o jedynej, być może, dobrej rzeczy, którą zawiera dusza moja — o mojem sercu, bo ono właśnie zawsze powstrzymywało mię od uciekania się do fałszu względem Pani, bo zawsze okazywałem Pani jak największy szacunek i jak najszczersze uwielbienie. I właśnie dlatego, że uwielbiałem i szanowałem Panią, nie mogłem nigdy mówić Pani nic innego, jak tylko to, w co sam mocno wierzyłem. To, co by mi Pani sprawiedliwie zarzucić mogła, to chyba coś nieokreślonego w myślach moich, w przeczuciach, w opowiadaniu tego, co mi cięży zawsze i wszędzie — ale czy taka nieokreśloność jest złą wiarą?
Nieokreśloność oznacza dwie rzeczy: albo brak związku między uczuciami, których dusza doznaje, albo też rzeczy mocne i pewne, które przeniknęły aż do szpiku kości, lecz które nigdy całkowicie z ust nie wyszły — które na wpół tylko mogą się wyrażać, bo są zbyt bolesne, aby się w całości wyrażać mogły — które przez to samo wreszcie, że nigdy z duszy nie wyjdą całkowicie, rzucają na wszystko, na najmniejsze szczegóły, coś smutnego i nieukojonego. Jeżeli Pani jeszcze pamięta nasze wspólne rozmowy, jeżeli jeszcze mogę się spodziewać, że ich wspomnienie nie zatarło się w umyśle Pani, jeżeli Pani zauważyła to, co wyrażałem, i to, czego nie domówiłem, jeżeli lepiej, niż moje określone wyrazy, ma Pani jeszcze w pamięci moje długie i pozytywne milczenia — niech Pani sama orzecze, w którym z tych dwóch przedstawionych Pani wypadków ja się właśnie znajduję? Powiedziałem, że Pani była sprawiedliwą, oskarżając mnie o nieokreśloność. Chciałbym dodać jeszcze jedną myśl swoją. Sprawiedliwość tem jest prawie w sferze duszy, czem matematyka w sferze ciał. Obie są surowe i niewyrozumiałe. Obie są córkami Rozumu a nie Serca. Otóż nigdy nie przestanę wypowiadać mej wiary w tym względzie. Rozum wydaje mi się znacznie niższym od serca, a wszakże to nie na sprawiedliwość Boga liczymy, lecz na jego łaskę i miłość nieskończoną, kiedy wznosimy oczy ku niebu, aby Go prosić o litość nad nami. Na przyszłość, błagam, niech Pani nie ma o mnie tak złej opinii, niech Pani nie stawia mnie w rzędzie chorych z przywidzenia. Niegdyś życie moje musiało być zbyt piękne, skoro wyobraźnia moja sama jedna mogła je zwarzyć, a jeżeli ono się zwarzyło, to dlatego, że wielu modlitw wcale nie odmówiono, że wiele nadziei, i to słusznych, nie spełniło się, że pozytywna rzeczywistość zagrodziła mi drogę. Ta właśnie wewnętrzna wiara sprawia, że najczęściej nie odpowiadam wcale na oskarżenia i na uwagi, jakie mi czynią, bo myślę wówczas, że godność moja nie powinna zważać na nic; lecz tu nie było tego wypadku. List Pani przeraził mię, bo pragnąłem go zawsze, chciałbym go ciągle — i życzę sobie, aby Pani miała o mnie pojęcie szlachetne. Umysł mój mogę rzucić krytykom świata jako rzecz, którą mało sobie ważę — lecz, jeżeli już raz wyraziłem i odkryłem komukolwiek najtajniejsze uczucia mojej duszy, mam prawo żądać, zgodzi się Pani, aby je ten ktoś zrozumiał i nie wydawał o nich tak okrutnego sądu, jakim był sąd Pani. Niechaj Pani zapyta tych, którym nic z mej duszy nie powierzyłem, którzy mię znają tylko z widzenia i słyszenia w świecie. Wszyscy oni powiedzą Pani, że nie znali nigdy weselszego i szczęśliwszego człowieka. Niech Pani zapyta tych, którzy mię znają i pojmują. Odpowiedzą Pani, że nigdy nie znali człowieka smutniejszego i bardziej ponurego. Być może powiedzą też, że nie wiedzą, dlaczego. Bo to „dlaczego”, Pani, to ostatnie schronienie mej duszy, to jej niewidzialny zakątek. W starożytnych świątyniach znajdowały się zasłonięte posągi. Gmin przychodził i oddalał się, nie znając tajemnicy — lecz byli ludzie, którzy ją posiadali, chociaż nigdy nie podnieśli zasłony! Dlatego też powinna by Pani wierzyć, że nie ma złej wiary w człowieku, co bywa wesołym tylko dla tych, których chce złudzić, a zawsze jest smutny z tymi, którzy mu są drodzy.
Jeżeli Panią znudziłem, daruj mi! Tak, czuję to, znudziłem Panią. Niech Pani przeczyta to, co piszę, jako dowód wysokiego poważania, najszczerszego, największego szacunku, jaki dla Pani odczuwam; bo, gdyby było inaczej, starałbym się odpowiedzieć w tonie lekkim i żartobliwym, nie poruszyłbym aż do głębi mej duszy wszystkich bolesnych prawd, które tam się rozpościerają i złożone są na zawsze — lecz nie śpią.
O, Pani, jakże jest smutnym dla mnie obraz Twych cierpień! Jakże chciałbym być w Dreźnie, chociażby dlatego, aby codziennie zasięgać o Pani wiadomości, aby rozżarzać węgle na Jej kominku, lub od czasu do czasu opowiedzieć Pani jaką starą opowieść. A co do czarnej wyobraźni, to sądzę, że i Pani także jest bardzo wrażliwą.
Po cóż Pani myśli o swych ostatnich godzinach? Dla kobiety tyle jest rozsianych po świecie uśmiechów, tyle codziennych drobiazgów, zdobiących dowolnie jej byt; tymczasem dla mężczyzny jest tylko pole bitwy i trybuna. Nie, Panią jeszcze otoczą objawy szacunku, czci i hołdów. Jeszcze na drogę Pani rzucać będą wieńce kwiatów. Będzie Pani miała chwile, w których poczujesz całą świeżość młodości i najpiękniejsze nadzieje. I jeżeli w jednej z takich chwil spotkam Panią wesołą, wielbioną, z uśmiechem na ustach, królową wśród szmeru i zachwytu, to, tak, jak i dziś, mało elegancki, mało mający nadziei, powiem Pani: „Kto z nas miał słuszność?”. A jednak wówczas szczęśliwym będę, widząc Panią w chwili pełnego wdzięku poddania się i radości. Bo ileż razy, gdym Panią widział omdlewającą na kanapie, pragnąłem w duszy, chociażby z daleka, zobaczyć Panią świetną i olśniewającą wśród ciżby, tłoczącej się za Nią.
Postanowiłem pozostać w Rzymie, by przepędzić tu cały karnawał. Długo nienawidziłem Rzymu — teraz kocham go. Niech Pani będzie tak dobra i napisze mi kilka słów, abym wiedział, jak się Pani miewa. Będę w największym niepokoju, dopóki nie otrzymam wiadomości o Pani.
Zyg. K.
Dzięki Ludwice, że myśli o mnie!
Zakaz pisania o kuzynce Pani przyszedł już za późno. Prawdopodobnie już Pani otrzymała urywek, który posłałem z Mediolanu. — Nawet przelotne życzenia Pani były dla mnie zawsze prawem.
96. Do Henryka Reeve’a
1834 r. Rzym, 12 listopada
Masz najzupełniejszą słuszność, gdy zarzucasz mi jednostajność: zawsze to samo, wielka fala, która wznosi się i opada. Toteż wedle praw mojej jaźni jestem teraz pogrążony w najgłębszej apatii. Wszystko mi obrzydło, nienawidzę nawet obłoków, które przechodzą nad mą głową, i żądam od Boga, od przyrody, od społeczeństwa ludzkiego, od wszechświata czegoś, co mogłoby wypełnić moje serce i pustkę mojej duszy. Próżna i pusta jest dusza moja. Jestem tylko grobem pobielanym. Myśli moje nie warte są zgnilizny kości umarłych. Z dniem każdym staję się bardziej samotnym, bardziej odosobnionym na świecie. Z każdą chwilą mniej mam wspólnego z ludźmi. Wszystko, co ich w całości spotyka, mnie częściowo się tylko zdarza. Ich najprostsze przyjemności zawierają dla mnie olbrzymie przeszkody, a z drugiej strony moje pożądania i namiętności są dla nich niezrozumiałe. Nie wiedzą, jak mię nazwać. Jednego dnia mówią: „To szaleniec”, a potem: „To dziecko”, wreszcie: „To demon”. A cóż oni o tem wiedzą i cóż ja sam wiem o tem? Wiem tylko, że ciężar mię przygniata, nuda pożera, a żądze nieokiełzane mną miotają. Chciałbym rozpłynąć się w czemś, co bym kochał, jak święta kocha Jezusa Chrystusa. Chciałbym, żeby mnie spotkało to, co Semelę, gdy Jowisz w swojej chwale zeszedł do wezgłowia jej łoża. Stała się popiołem mocą płomienia, którym była. Siłą uczucia stała się nicością. A ja czasem jestem tak bliski nicości, że pożądam gorąco wrażeń półboga, by się podnieść i uzdrowić.
Ach, nieraz, gdy jestem sam w pokoju, w dzień duszny i mroczny, gdy po wchłonięciu tego, co mi pozostało jeszcze z myśli i wspomnień, wstaję ze swojej sofy bez wiary, bez miłości, bez nadziei, zdaje mi się, że z rozkoszą zwróciłbym się przeciwko wszystkiemu, co żyje i co istnieje, przeciwko sobie samemu, przeciwko latom, które przeszły, i tym, które mi do życia pozostały. Bywają uczucia piekielne, które wślizgują się niekiedy do serca ludzkiego. Cierpienie fizyczne sprawia, że wracamy do Boga, że podnosimy oczy ku niemu, by zlitował się nad nami. Ale cierpienie moralne odpycha, oddala nas od nieba. W duszy, która się pożera, która zwraca się ku sobie i naprzód nie postępuje, rodzą się zachcianki szatańskie, pożądania pychy bezgranicznej, halucynacje zemsty przeciwko najwyższej potędze wszechświata. Zdziwisz się, Henryku, słysząc, że tak przemawia człowiek, który niegdyś tak silnie wierzył w Boga i tyle pokładał w nim nadziei. Ale szedłem szybko po drodze wiodącej do zguby. Stałem się łupem moich żądz i moich namiętności; nic mię zadowolić nie mogło.
W znoju upłynęło życie moje zarówno na drodze zła, jak na drodze dobra. Skutki występku i cnoty były dla mnie prawie jednakie, to znaczy: żadnej pociechy, żadnego spokoju serca. Często, źle czyniąc, czułem w sobie pełnię sił i rodzaj fanatycznej świętości. Często, postępując dobrze, czułem w duszy gorycz i słabość. Wyprowadziło to z równowagi moją religię, moją filozofię, jednem słowem wszystkie moje wierzenia; wreszcie nicość mego życia napełniła po brzegi czarę obrzydzenia. Nudziłem tych, których najbardziej kochałem. Kto mnie zna powierzchownie, utrzymuje, że jestem wesoły, że mam serce i umysł, że wdzięk i pomoc we mnie znaleźć można. Kto mnie zna dokładnie, ucieka przede mną, pyta mię, kim jestem, skąd przychodzę. Kobieta, którą najdłużej kochałem i która mnie najsilniej kochała, wyobraziła sobie w końcu, że jestem diabłem. Jednem słowem, jestem w wojnie z ludźmi, mymi braćmi. Wszyscy mię nudzą i zanudzają. Świat od gwiazd do kwiatów, od pojęcia anioła do pojęcia dziecka stał się dla mnie nudnym, powtarzającym się dowcipem. Jestem za młody, by w łeb sobie palnąć, za stary, by szkołę na nowo rozpoczynać. Jestem jedynie zdatny do odgrywania roli skorpiona przez lat dziesięć, a następnie do wydania swego ostatniego tchnienia w przekleństwie lub w długiem ziewnięciu. Ach, jeśli wiesz, gdzie znajduje się promień nadziei, nowa zorza, wiara młoda, zdolna mi serce wypełnić, powiedz mi o tem, Henryku! Daj mi ideę lub rzecz, którą bym mógł ubóstwić, z której bym mógł sobie ołtarz uczynić, a ległbym przy niej i żyłbym miłością, uwieńczony kwiatami, osnuty kadzidłami, otoczony muzyką. Widziałem dzisiaj chłopa polskiego, brudnego i zgrzybiałego, który z kosturem w ręku i z dwiema muszlami pielgrzymimi na plecach przyszedł pieszo z Warszawy do Rzymu, by klęknąć u grobu św. Piotra. Gdy go zobaczyłem, pozazdrościłem mu jego podróży, jego idei, która tak silnie go pchnęła naprzód. Daj mi ideę podobną, a jeszcze jeden świat stworzę!
Jadę do Neapolu dopiero za dwa i pół miesiąca. Nie mam najmniejszego pojęcia, co dalej zrobię. Ale przyjedź w lutym do Neapolu, a zobaczysz coś w rodzaju trupa, toczonego przez robaki. Handley jest tem, za co go uważasz. To człowiek, który ma całe moje poważanie. Żegnaj! Uszanowania dla matki Twojej, ukłony dla Waleriana.
Zyg. Kras.
Pisuj do mnie, jak możesz, najczęściej.
97. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 29 novembra121 1834
Przybywszy do Rzymu, ugrzązłem i siedzę tu do czwartego marca, potem do Neapolu jadę. Pisz więc tutaj: Hôtel Spillman, via della Croce. Wciąż słaby jestem na duchu, roją mi się fantasmata w sercu i mózgu, nieskończone żądze, niewymowne upragnienia, którym nigdy nie stanie się zadość, jako się nigdy nie stało. Są chwile, w których upadam na łóżko i leżę jak martwy, ale są i takie, z których myśli duszy mojej wytężam, gdyby ramion tysiąc, w które objąć chcę świat cały, wszystkie piękności ziemi i nieba. Tak Briareus, olbrzym, stąpał ku mieszkaniu bogów i, dostawszy piorunem w łeb, zwalił się pod gruzami gór, które dźwigał. O, gdybym choć raz mógł na jawie obaczyć wszystkie moje ukryte żądze, sklejone w ciało, ubrane w formę! Ponieważ jestem mężczyzna, ta forma musiałaby być kobietą. Nie byłby to posąg Pigmaliona, ale ona, utworzona z żebra duszy mojej; poznałaby mnie, byłaby mną i sobą zarazem. O, wtedy, sam na sam ukląkłbym przed jej śnieżnem ciałem! Nie byłaby to Wenus grecka, owszem, w jej urodzie przebijałaby powaga Apollina belwederskiego, ale ta uroda wzniosła, ta duma wzroku, to panowanie nad wszystkimi w łzy by się rozpłynęło przede mną. Dla mnie ona by śpiewała piosenkę dziecinną, dla innych straszną pieśń natchnienia.
Dzisiaj, nie wiem skąd, poezja mnie odwiedziła. Ale nie ma, nie ma jej! Pięść gryzę, jak niedźwiedź litewski łapę swoją w zimie.
Przesyłam Ci z tym listem sto piastrów rzymskich, co podobno czyni pięćset trzydzieści franków; przyjm je ode mnie, a jeśli Ci się na co zdadzą, to wdzięczność z mojej strony pozostanie, żem mógł sobie, mój drogi, ulżyć chwil kilka tego przeklętego życia.
Z.
Napisz co w rodzaju Pana Tadeusza, np. Uniwersytet Warszawski z wszystkiemi śmiesznościami swemi; bohaterem takiego poematu mógłby zostać Lach Szyrma.
98. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 4 grudnia 1834
Pani!
Milczenie Pani sprawia mi niepokój okrutny. Zdaje mi się zawsze, że widzę Panią cierpiącą i omdlewającą na łóżku lub na kanapie. Potem nieraz myślę o antypatii, jaką wiem, że Pani ma do pisania listów, i to mię wówczas pociesza, gdyż, wiedząc o tem, wolę przypisać milczenie Pani temu, co nazwałbym niedbałością, zniechęceniem, wahaniem się, lub wreszcie wolą nawet, aniżeli niezdrowiem. Jednakże, bądź co bądź chciałbym mieć przynajmniej od Pani te słowa: „Lepiej mi”. Potem przychodzi mi jeszcze na myśl, że moje lub Pani listy giną, a dostateczna jest przestrzeń między nami, aby niezręczność pocztyliona mogła mi złe sny sprowadzać. Jednem słowem, chciałbym bardzo wiedzieć, co się z Panią dzieje. To może śmieszność z mojej strony lub dzieciństwo, nie móc zapomnieć łatwo o osobach z któremi żyłem, mówiłem wiele, u których stołu siadałem, których szczęściem zainteresowałem się, których dobroci zawdzięczałem dni nie tak ponure i milczące jak te, które zwykle spędzam z sobą samym.
Świat w ogóle inaczej w takich razach postępuje; tak nawykł zmieniać znajomości, przystosowywać się do wszystkiego i żyć powierzchownie, że pożąda jedynie nowości i nigdy nie żałuje przeszłości, dość podobny w tem właśnie do dzieci, które bawią się dobrze tylko nowemi zabawkami. Lecz ludzie mówią, że tego właśnie potrzeba, a życie większości z pośród nich upływa na przedstawianiu się i żegnaniu, co jest najwyższym konwenansem, przyjętym w towarzystwie. Tam, gdy się powie: „żegnam pana” lub „żegnam panią” — wszystko skończone ku wielkiemu zadowoleniu stron obu. Ja jestem inny i, gdy znałem kogoś długo, gdy raz poświęciłem mu coś głębszego, niż słowa i bilety wizytowe, wtedy wyraz „żegnam” zawiera dla mnie nadzieję zobaczenia go znowu i obietnicę myślenia o nim, żądania ciągle o nim wiadomości, życzenia mu ciągle dobrze, świadczenia mu przysług za każdym razem, gdy Bóg sposobność nadarzy — oraz prośbę, aby ten ktoś zechciał czasami przypomnieć mnie sobie. — Oto widocznie nowe źródło nudnego dziwactwa, które Pani odkrywa we mnie. Lecz, Pani, czyż mogę się zmienić? Czy człowiek może sprzeciwić się Stwórcy swemu i być innym, niż go stworzono? Do dzisiejszego dnia przynajmniej to było niemożliwem; być może przyjdzie i to z postępem oświaty. Opierając więc na tych zasadniczych podstawach moją korną prośbę, pytam się, czyby Pani któregokolwiek dnia lub wieczora, znalazłszy przypadkiem na stole kawałek zmiętego papieru, urywek papilota lub szczątek tektury, nie mogła ołówkiem, piórem lub szpilką skreślić kilku wierszy, które by mi powiedziały, jak się Pani miewa i co dokazuje moja młoda narzeczona, Lolly, a potem przesłać mi je przez smutne śniegi, które dzielą Panią od Włoch, równie smutnych dla mnie, jak śniegi. Bo i ja także zapadłem na chorobę piersiową i cierpię dość silnie, by mniemano, że mi zagrażają suchoty — ponure dziedzictwo, jakie mi przekazała matka moja wraz z wyobraźnią, jeszcze bardziej ponurą. A Pani powie, przeczytawszy te wyrazy: „Ach, ach! Oto znów choroba z przywidzenia. Należałoby wyryć na jego grobie:
Tu leży
ten, który wyobraził sobie,
że umarł”.
Nieprawdaż?
Ale chcę Panią pobudzić do śmiechu. Dajmy pokój smutkom! Bawi tu pani Bobonigo, która według mego zdania jest kobietą najśmieszniejszą, lecz zarazem ma najwięcej przebiegłości i taktu ze wszystkich kobiet, jakie tylko znałem. Ona też zwiedzie wielu — a biada temu, kto wpadnie w jej sieci, zawsze zastawione, zawsze przygotowane, zawsze drżące pożądaniem schwytania ofiary; bo już nadaremnie błagać będzie o czułość lub litość. Znajdzie tylko ironię i sarkazm, próżność i miernotę tryumfującą. Czasami bywam u niej. Zastaję ją zawsze leżącą, utrzymującą, że jest słaba, schylającą głowę na ramię, układającą się na kanapie, dopóki nie znajdzie najpowabniejszej pozy i wtedy mówiącą nieokreślenie, cichym głosem, jak osoba zatopiona w potężnych marzeniach. Otóż jedynem jej marzeniem jest uważać, czy sprawia efekt. Przy tem na stoliku z boku znajduje się alabastrowe popiersie Chrystusa Buonarottiego i tuż zaraz alkoran u stóp wspaniałego krzyża z drogich kamieni i złota. Olbrzymi stos romansów tworzy jakby poręcz nad brzegiem stołu — bliżej niej leżą plany architektoniczne, projekty pałaców i kościołów na Ukrainie, aby nie powiedzieć w Hiszpanii. Dalej drzwi uchylone do buduaru markiza Bobonigiego. Tam ośm błyszczących lasek leży rzędem na stole, zarzuconym cackami — i wznosi się srebrna toaleta na śnieżno białym obrusie.
W rzeczywistości margrabina jest dość niewykształcona. Myli się w historii, w literaturze i poezji dość często, aby książęta rzymscy, jej wielbiciele, uważali ją i rozgłaszali jako studnię uczoności. Na fortepianie gra nie tak biegle, jak pani Groch. Dość dobrze brzdąka na gitarze. Słowem, utrzymuję, że to zupełnie pani Otylda, tylko mająca trzy lub cztery razy więcej pieniędzy na wydatki i fałszu do ukrywania się, ale w gruncie rzeczy jest ten sam brak naturalności, to samo szalone pragnienie zawracania głowy wszystkim i każdemu, te same środki, wymyślone, aby zainteresować sobą i rzucić melancholijną zasłonę na swe rysy, które więdną same z siebie, ta sama sztuka i zabiegliwość i wyrachowanie w dramatyzowaniu każdego ruchu, każdego kroku, każdego wyrazu. Wyższość margrabiny polega na tem, że jest obdarzona większą inteligencją i większą znajomością zwyczajów wielkiego świata. Wyższość pani Otyldy jest w tem, że nigdy nie przywdziewa sukien wygorsowanych.
Po porównaniu tych dwóch znakomitych dam widzę, że papier już się kończy. Żegnam Panią i niech Bóg zsyła na Panią wszystkie swe błogosławieństwa. Kazałem odprawić msze w kościele Il Jesù e Maria al Corso. Czy mogę, Pani, pochlebiać sobie nadzieją, że otrzymam wkrótce wiadomości o zdrowiu Pani i jej dzieci?
Zygm. Kras.
Konstanty poleca mi złożyć Pani swoje najgłębsze uszanowanie.
Przed dwoma dniami widziałem rękę Pani u jednego rzeźbiarza na Corso.
99. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 1834. 9 grudnia
Pani!
Jestem bardzo wdzięczny za to, że Pani była tak dobrą i napisała do mnie. Zarzuca mi Pani, że źle zrozumiałem Jej pierwszy list — przepraszam, stokrotnie przepraszam — lecz nie może mi Pani wyrzucać tego, że ze wszystkich sił pragnąłem się uniewinnić. Chciałem, aby Pani wiedziała, aby Pani wierzyła, że są istotne nieszczęścia, związane z moją istotą, z moim losem — nie dlatego, aby Panią zainteresować tą istotą lub tym losem, lecz aby Panią przekonać, że ta istota nie kłamała, nie udawała wobec Pani, a jeśli miała nieszczęście znudzić lub nie podobać się Pani, mniej w tem było jej własnej winy, niż winy przeklętego przeznaczenia — bo ono, Pani, jest przeklętem.
Tak, Rzym ma dla mnie jeden potężny powab, ten właśnie, że tu wiele cierpiałem i wiele uwielbiałem — ale też ten jedyny, bo widuję księżnę Lubomirską, którą cienie śmierci z dniem każdym coraz bardziej spowijają — bo nigdzie nie chodzę. Spaceruję nawet rzadko. Nadzwyczajnie cierpię na piersi, a trochę mniej na oczy, co pozwala mi pisać czasem i czytać, poruszyć to tu, to tam kilka iskier w popiołach mojej wyobraźni, która niegdyś obiecywała mi sławę a dziś zanika, jak cała moja istota. Jednak, zanim zniknę z widowni, chciałbym na niej zostawić coś, co by mię przypomniało tym, którzy nigdy nie słyszeli mego imienia. Na kilku stronicach chciałbym zebrać wszystkie me myśli, wszystkie me marzenia, wszystkie moje oddalone ambicje, które — czuję to — nie urzeczywistnią się nigdy. Chciałbym to, co stanowiło cel moich myśli, wcielić w jeden silny, majestatyczny wyraz, potem niech się spełni wola boża. A ponieważ akcja tego, nad czem pracuje mój umysł, rozgrywa się w Rzymie, w głębi katakumb, wśród męczenników, na wyżynach Kapitolu, obok purpury cezarów — oto także dlaczego wolę pobyt w Rzymie, niż w Neapolu. Przy tem w Rzymie — jak to Pani mówiłem — wiele cierpiałem i wiele uwielbiałem.
A oto jeden ustęp z listu Pani przypomniał mi ponurą historię, historię, którą często sam Pani opowiadałem. Czy Pani przypomina sobie te blond włosy Cecylii Metelli, którą rzucono do Tybru — to ciało kobiety tak pięknej i tak kochanej, która, spoczywając w ciszy grobu, w ciągu wieków była z niej wyrwana na rozkaz kilku nędznych księży i niemiłosiernie strącona do rzeki, na której brzegach królowała uśmiechem i łzami. Spierali się nawet, czyby nie lepiej było spalić jej szczątki a popioły rozsypać, lecz za wspólną zgodą postanowili wrzucić ją do wody, w czasie ciemnego jesiennego wieczoru, przy wyciu gwałtownego wichru. I uczynili to bez miłosierdzia! Czy Pani przypomina sobie to podanie?... Czy Pani wyobrażała sobie kiedykolwiek tę biedną Cecylię, pogrążającą się w głąb Tybru i tych czarnych ludzi w długich sutannach, cieszących się nad brzegiem z dzieła swego? Mówią jeszcze, że kobiety, którym poruczono stoczenie trupa w nurty, zatrzymały się, przejęte bojaźnią i litością, na widok tych falujących włosów, tak delikatnych, rozwijających się na wietrze i w lokach spadających na jej łono, którego śmierć i czas zniszczyć nie mogły. Lecz księża nazwali je buntownicami i wzywali imienia Boga miłości i miłosierdzia dla usprawiedliwienia świętokradztwa, a Cecylia Metella, podrzucana, porywana, wpół pochłonięta, popłynęła z biegiem rzeki w stronę morza. Żaden żeglarz ani rybak nie zobaczył jej już nigdy. Niekiedy w samotnej wieży słychać słabe jęki, podobne do tych, jakie wydaje opuszczona dusza, gdy wichry rozniosły ostatnie rękojmie jej miłości, jej ostatnie pamiątki.
Nie wiem, skąd przypomniała mi się ta cała historia — niech Pani sama powie — nieprawdaż? To dziwne! Nie wiem, jakim wypadkiem wczoraj rozmowa wpadła na Drezno, i Sołtan opisał mi most na Elbie, potem Chrystusa, który się tam znajduje; to musi być rzecz bardzo piękna.
Mój Boże, mój Boże, pyta mię Pani, dlaczego pozostaję w Rzymie. Rzym, to tak jak ja — ruiny wśród skwarnej pustyni piołunu. Rzym ośmielił się wszystkiego żądać od nieba: panowania nad ciałami i nad duszami — potem nadszedł dzień, kiedy się on znalazł leżącym wśród cierni i wężów, przetrząsanym przez cudzoziemca, żołnierza, wędrowca, przygnębionym swemi własnemi wspomnieniami, opadającym na siłach ze znużenia. Dziś kona on w pięknych promieniach słońca, kona, spowity w błękit swego nieba. Na każdym z jego kamieni napisano: „Bez nadziei”.
Lecz zdrowie, zdrowie Twoje, Pani! Niech się Pani szanuje, wraca do życia i do towarzystwa! Dręczę się bardzo często myślą, że Pani źle się miewa. Proszę Boga, aby obdarzył Panią radością i szczęściem. Ciągle o Pani myślę, a im więcej myślę tem bardziej podziwiam to wszystko, co przymioty Pani mają wzniosłego i pięknego — tem bardziej umysł Pani, wolny od wszelkiej przesady, przedstawia mi się jako wznoszący się ponad te wszystkie wykrygowane marionetki, które świat zwykł nazywać „czarującemi kobietami” lub „mądremi kobietami”. Słowem, jedyną moją pociechą jest myśleć, kiedy skończę to, czego nie zacząłem — życie (bo gdzież ja żyłem?). Niech Pani zechce niekiedy z dobrocią wspomnieć o człowieku, który nigdy nie przestawał życzyć Pani takiego szczęścia, jakie tylko dusza jego pojąć mogła.
Z żywą radością dowiedziałem się, że się Pani zabrała do angielskiego, bo, jeżeli się nie mylę, to ja pierwszy tę myśl Pani poddałem i udzieliłem pierwszych lekcyj w Kissingen. Czy Pani pamięta ten stoliczek, tego Szekspira czarnego i starego, ten wspaniały monolog Hamleta, który Pani tłumaczyłem i którego pierwsze wiersze udało się Pani tak poprawnie wymawiać:
„To be or not to be, that is the question122!”
Czytałem wiele rozmaitych rzeczy, ale nigdy nie znalazłem na tym świecie nic, co by dla mnie równało się nieprzepartej mocy, potędze magicznej tego wiersza. Pani też wie, jak go kocham i jak często go powtarzam. Dziesięć razy dziennie jest on na mych ustach i w mojej myśli — to jak ogniwo magiczne, które się wpiło wokoło mego serca — to jak przyjaciel, którego odnajduję w danych chwilach, czasem to jakby wspomnienie, potem znów jak nadzieja. Zdarza mi się, iż wymawiam go we śnie, iż chcę po przebudzeniu coś powiedzieć a zamiast tego, zaczynam: „To be or not etc.”.
To dziwne, że tych kilka słów tak skrępowały moją duszę.
Pyta mię Pani, co czytać po przeczytaniu Moora. Niechaj Pani weźmie Byrona — Manfreda Byrona lub jego Bride of Abydos, albo Parisina lub też Giaura. Niech Pani nie czyta Don Juana. Jest to dzieło, którego ja sam, aczkolwiek zahartowany w pojęciach mojego wieku i goryczy naszej literatury, nie mogę czytać bez cierpkiej, głębokiej przykrości — tyle tam rozsiano ironii. Wątpię, czy kobieta może być szczęśliwą po przeczytaniu tego poematu. Przede wszystkiem niech Pani przeczyta Five Worshippers Moora. Niech Pani kupi poezje Felicji Steamans. Są to słodkie, dźwięczne poezje kobiece — sprawią one Pani przyjemność. A potem, kiedy Pani pocznie łatwiej rozumieć język — przystąpi Pani do Szekspira Romeo i Julia; najpiękniejsze to marzenie miłosne, jakie człowiek wcielił w wiersze; potem Otello, Makbet itd. — a wreszcie najtrudniejszy ze wszystkich Hamlet, dla którego rozpoczęła Pani naukę, i obym mógł wtedy znów znaleźć się przy Pani, by go czytać wraz z Panią.
Otrzymałem właśnie listy od ojca mego, w których z najżywszem zajęciem dopytuje się o Panią i poleca mi kilkakrotnie zapewniać Panią przy każdej sposobności o jego uwielbieniu i najprawdziwszej, najszczerszej przyjaźni.
Wczoraj pozdrowiłem w imieniu Pani sosny willi Borghese i widziałem księżyc, wznoszący się nad nimi. Wiele było osób, cały świat elegancki Europy, używający przejażdżki w faetonach, tilbury i karocach na ruinach starego Rzymu. Markiz Bobonigo na czarnym koniu, uszczęśliwiony nadzieją spożycia obiadu o godzinie 6-ej, ambasadorowie i ambasadorowe wszelkiego rodzaju. Ja byłem z Sołtanem i obydwaj mieliśmy bardzo skromną minę wobec tych wszystkich wielkości. Nie znaliśmy nikogo, nikt nam się nie kłaniał; chodziliśmy wśród tłumu z szyderstwem w sercu — ja przynajmniej, bo jakżeż nędzne są te wszystkie wystrojone i wykrygowane istoty, które ruszają się błyskotliwie na scenie świata! Ileż razy z głębi duszy rzucałem im pociski pogardy! Jednakże czegóż ja więcej dokonam, niż oni wszyscy? — Jak oni, przeminę obcy, nieznany. A będą oni mieli nawet jedną sławę więcej ode mnie: sławę salonów, rautów, balów, pikników itd. itd.
Pełną jest goryczy dusza moja. Niekiedy czuję przeklętą nienawiść ku wszystkiemu, co mię otacza; akordy boskie wypuszczają tylko przelotne dźwięki, później wracają ciemności. Szczęście na tym świecie, to jak muchy z Pratolino — gdy przeleciały, noc staje się jeszcze ciemniejszą. Oh, jak te wieczory florenckie były czyste i spokojne! Czy Pani pamięta, jak galopowaliśmy o zmroku, jak harmonijnie roztaczały się wkoło nas cienie wieczorne — jak wszystko, co jest ponurego i nieszczęsnego w życiu, było daleko od serc naszych? Dni podobne, to aniołowie, którzy ulatują, a gdy znikną, nicość powraca do swych praw.
Onegdaj mieliśmy tu trzęsienie ziemi, dziś oczekujemy go znowu.
Spodziewam się, że Pani nie odmówi prośbie, z jaką się do Niej zwracam. Donoś mi, Pani, często o sobie, mów jak ze zdrowiem, opisuj mi osoby, które widujesz! Zdaje mi się wtedy, że jestem bliżej Pani. Już raz o tem Pani mówiłem. Jestem stworzeniem nałogowem, a tyle dni spędziłem obok Pani, że te, które teraz daleko od Pani przepędzam, są o tyle tylko dla mnie warte, o ile mi przynoszą wiadomości o Pani. Tysiąc pięknych słów dla Loli, ściskam Mimi, a u stóp Pani składam mój hołd najgłębszy i wszystkie życzenia szczęścia. Żegnam Panią. Farewell123.
Zygm. Kr.
Aleksander Potocki przybędzie tu niezadługo — obecnie jest w Paryżu, skąd zabierze do Rzymu księcia Eustachego Sapiehę. Co powiedziałby na to Anioł Melancholii?
Karol Chodkiewicz jest także w Dreźnie. Wszyscy Karolowie umówili się, aby przybyć do Drezna. Zresztą ten to wyborny chłopiec, trochę ociężały.
Pani Drzewiecka jest w Dreźnie — Jaroszyńscy przepędzą całą zimę we Florencji; młodszy za miesiąc przyjedzie odwiedzić mię w Rzymie. A propos, czy Pani widziała w Dreźnie w galerii portret Alberta Dürera, o którym Pani tyle mówiłem?
Czy Jugiel przysłał Pani Nieboską komedię?
100. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 24 grudnia 1834
Jeden rok mija, drugi nadchodzi, i dla większości ludzi nic to prawie nie znaczy. Dzieci przez kilka dni cieszą się, myśląc o podarkach gwiazdkowych. Redaktorowie kalendarzy, księgarze i handlujący zabawkami również o tem myślą; zresztą z wyjątkiem tych kilku błahych myśli, kilku istot, rok, który kona, i rok, który się rodzi, służą tylko do tworzenia towarzyskich frazesów i zwykłych komplementów. Dla mnie zawsze jest coś tajemniczego i przykrego w tych ostatnich dniach kończącego się roku, coś nieokreślenie uroczystego miesza się z mojemi myślami. Wtedy podwójnie kocham to wszystko, co na tym świecie kochałem, jak gdyby rok nadchodzący miał wznieść o jedną tamę więcej między mną a nimi. Niegdyś to był okres mej żarliwości, moje dni modlitwy. Siła nieznana pchała mię do kościołów i modliłem się, o nic nie prosząc, bez żadnego celu, jedynie dlatego, aby się modlić. W owych dniach mogłem również zwracać się słodko ku memu dzieciństwu, cofnąć się, że tak powiem, na łono matki. Dziwne marzenia nachodziły mię nocą, widziałem znowu osoby, z któremi związany byłem, smutne myśli, lecz bez goryczy, bez ironii, wspomnienia poważne i spokojne, nadzieje słodkie i marzące. Jednem słowem, ta pora roku wywierała znaczny lecz niepojęty wpływ na moje serce i umysł. I dziś jeszcze to odczuwam i również nie wiem, z jakiej przyczyny. Czyżby mi się zdawało, że jestem przy zgonie starca, który usypia, jak lampa wyczerpana, lub przy narodzinach dziecka, którego życie, chociaż krótkie, jednak może być obarczone burzami? Czy tak, czy inaczej — w tem właśnie usposobieniu umysłu ośmielam się złożyć u stóp Pani życzenia, które dla Niej żywię. Życzę Pani wszelkiego szczęścia, wszelkiego spokoju, wszelkiej pociechy. Oby ten rozpoczynający się rok, oby te wszystkie, które poza nim się tłumią, przyniosły Pani same tylko trwałe radości, nigdy nie więdnące kwiaty. Ujrzy Pani jeszcze wiele wydarzeń; będą wśród nich i takie, które rzucą może zasłonę smutku na niektóre chwile Jej życia, będą może takie, które obudzą Twoją litość, i zdarzą się może nieszczęścia, z któremi dusza Pani współczuć będzie, bo taki jest los ludzi, że życzenie im szczęścia nigdy niezamąconego mogłoby zdawać się gorzką ironią lub życzeniem dziecka. Lecz poprzez te zmiany i te niestałości losów, które wokoło Pani krążą, niech serca Jej nie rozdziera nigdy próżnia, brak nadziei, myśl o nicości — niech ono czuje, lecz się nie łamie — niech cierpi, lecz niech zawsze znajdzie pociechę, niech się urzeczywistnią jego nadzieje — niech na czole córek Pani serce to znajdzie zawsze myśl miłosną, błogie schronienie przed tem wszystkiem, co jest na ziemi zimnego, kłamliwego i złowrogiego.
O północy, w chwili rozdzielającej rok, w którym widziałem i rozmawiałem z Nią, od tego, w którym już Pani nie zobaczę, nie będę już z Nią rozmawiał, myśl moja będzie zwrócona ku Bogu, a imię Pani cichutko przemknie po moich ustach. Jeżeli wtedy anioł jaki unosić się będzie nad ziemią, on mnie usłyszy i zaniesie prośbę moją do nieba, bo każda prośba prawdziwa — taka jest moja wiara — jest przynajmniej słuchaną; czy wysłuchaną, tego nie wiem!
Gdybyś, Pani, tu była, lub gdybym ja był przy Pani, chciałbym wypowiedzieć Pani wszystkie moje myśli, opowiedziałbym Pani wszystkie moje pojęcia o chwili, która jeden rok odrzuca w przeszłość, a drugi wydziera przyszłości. Powiedziałbym Pani, jak bardzo nie lubię w dniu tym uroczystości i balów, jak mi się zdaje, że każdy powinien uklęknąć i modlić się, zamiast tańczyć i pić, bo któż z nas wie, co mu przyszłość gotuje? Alboż ja wiem, czy za rok w dniu takim nie będę w więzieniu lub wśród śniegów? Alboż ja wiem, czy nie będę na innym świecie, na jednej z tych gwiazd, na które Pani tak lubi nocą spoglądać? Pani będzie — to Jej przepowiadam — na ziemi, a Lolly przyjdzie powiedzieć: „Życzę mamie dobrego nowego roku”.
Dunin umarł; widziałem pogrzeb, wychodzący z domu, gdzie Panią po raz pierwszy ujrzałem. Księżna Golicyn, z domu Złotnicka, jest tu, w tym samym, co i ja, domu. To dziwne, że w Ems musiała odwołać się do Pani dobrego serca, a odtąd znalazła dość pieniędzy, aby odbyć podróż do Włoch.
Sołtan zawsze ubolewa, że Pani już nie ma w Rzymie, i nieraz wieczorem zdarza się, że, kończąc u mnie cygaro lub nudną jaką rozmowę u Ankwiczów, powiada: „Ach, gdyby Pani Bobrowa tu była!”. Ankwiczowie zawsze są wyborni i gościnni. Lecz to dowód wielkiego panowania nad samym sobą, gdy ich próg przestępuję. Pewne oczy, które nazywam „zdechłemi oczyma”, zawsze wpatrzone we mnie, czynią mi ten dom nieznośnym.
Otrzyma Pani ten list w 1835 r. Piszę go jeszcze w 1834 do jednej z najpiękniejszych moich przyjaciółek. Miałem 22 lat. Boże miłosierny, stawiam cyfry, jak ta Reichberg!
Raz jeszcze niech Pani przyjmie moje życzenia — raz jeszcze powtarzam je Pani z głębi mej duszy: Be happy and calm and bright124. Dla Lolly tysiąc słów miłych i ten mały bukiecik na gwiazdkę.
Zyg. Kras.
Mężowi Pani przesyłam kartę wizytową do Kijowa.
101. Do Adama Sołtana
(bez daty)
Odebrałem Twój list w Ems, tysiąc razy Ci za niego dziękuję, tysiąc razy. Nie uwierzysz, ile Twój szacunek i przyjaźń Twoja ima się serca mego, ile Twój głos, przychodzący z oddali, wywarł wrażenia na mnie. Wkrótce, jeśli Bóg da, zobaczymy się. Około 10 oktobra zapewne, wsiądę w Genui na statek parowy z Danielewiczem i Sauvanem125. Płynę do Neapolu, ale zatrzymam się w Civita-Vechia, puszczę towarzyszy naprzód, sam zboczę do Rzymu, by księżnie126 moje uszanowanie złożyć i Ciebie powitać, uściskać. Może się namówisz jechać ze mną do Neapolu i tam zimę bawić, co by nie przeszkadzało czasem księżnę odwiedzić w starym Rzymie. Moje losy, od kiedyśmy się widzieli, były przeplatane chwilowemi uniesieniami i długą goryczą; moje oczy mają się lepiej. Przed tygodniem miałem bardzo przykre zdarzenie. Odprowadziłem księżnę Adamową127 do Koblentz. Jej doktór ubrdawszy sobie coś do mnie, wyzwał mnie na śmiertelny pojedynek wobec dam dziesięciu; odpowiedziałem mu, że jest un assasin128. bo najgrzeczniejszy byłem zawsze dla niego. Przyjąłem wyzwanie, nastąpiły sceny najdolegliwsze dla mnie, dla księżnej. Opowiem Ci to wszystko, kiedy się zobaczymy; wreszcie on zemknął. Górowski129 stara się o amnestię. Rana Mikulskiego130 musiała Cię niespokojności nabawić, ale wyratowany i przychodzi do zdrowia. Księżnie złóż moje najserdeczniejsze uszanowanie. Danielewicz i Sauvan przypominają się Twojej pamięci i z serca kłaniają. Addio. Bądź zawsze pewny, że wdzięcznego masz we mnie i przywiązanego do Ciebie dozgonnie.
102. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 10 stycznia 1835
Bywają chwile, zniewalające pisać do tych, którzy są od nas daleko; to prawie instynkt, prawie natchnienie, którym musimy być posłuszni. Chciałoby się wtedy odsłonić swą duszę przed nimi, dać im ją, że tak powiem, do trzymania w ręku, do kołysania na kolanach, tak bardzo się czuje, że jest ona przenikniona ich wspomnieniem, że zlała się z nimi i z przeszłością. A te stany duszy smutne, marzące, nadaremnie pożądające, doznające jednak przyjemności w pożądaniu, najczęściej wywoływane są przez drobne zdarzenia, które przypadkowo dotknęły pamięci. Dźwięk jakiś, promień światła, cień padający tak, jak padały cienie minionych dni, wystarczają, aby od razu pogrążyć w niepokój i niepewność, aby roztoczyć przed nami całe miejscowości, aby wywołać w uszach drgnienia głosu, które brzmieć już przestały.
Jest to prawda, znana tym wszystkim, którzy kiedykolwiek mieli sposobność żałować przeszłości. I ja tego wczoraj doświadczyłem. Wczoraj wieczorem byłem w teatrze Apollo. Unger grała Parisinę. Gdzież ja to widziałem Unger, gdzie słyszałem Parisinę?
Zdaje mi się, że wtedy była wokoło mnie wiosna rozkoszna, że nad mą głową rozciągały się czyste, lśniące niebiosa. Gdy więc ona ukazała się na scenie, w drugim akcie, spoczywająca na łożu, w bieli ubrana, drzemiąc i marząc o Hugonie — kiedy wszedł książę Azo i drżąc z zazdrości, zbliżył się aż do spadającej około niej draperii, kiedy ona podniosła drżący głos i w marzeniu miłosnem wymówiła imię tego, którego ubóstwiała, gdy rozbudzona litośną ręką, przerażona, zdziwiona zsunęła się ze swego posłania na ziemię i z włosami w nieładzie, z błędnemi oczyma rozpoczęła swego walca rozpaczy — czy Pani go pamięta? Taki szybki, tak dobrze na tę chwilę pomyślany, tchnący namiętnością, szaleństwem prawie — och, wtedy, wierzaj mi Pani, byłem przeniesiony daleko od Rzymu, daleko od tłumu, który mię otaczał i miałem jakby widzenie gorączkowe, jakby wszechpotężne objawienie przeszłości. Im dłużej trwała ta muzyka, jaśniejszym i dokładniejszym stawał się mój wzrok, tem wyraźniej oko w oko wpatrywałem się w twarze i miejscowości, które widziałem był razem. Niech będzie błogosławioną moja wyobraźnia; jeśli mi sprawiała męki, obdarzała mnie też i rozkoszą. Ma ona w sobie moc, która drwi z czasu i wydziera mu jego ofiary. Szczęśliwy byłem wczoraj wieczorem i dziś jeszcze wspomnienie cieni, które przesunęły się przed mojemi oczami, wywołane muzyką florencką, jest tak silne jak rzeczywistość była zupełną; trzeba ją było opisać, przesłać poza Alpy, trzeba było nadać jej kształt cielesny, wyraz, cel — Panią. I dlatego też ośmieliłem się pomyśleć o nudzeniu Pani listem, chociaż przed kilku zaledwie dniami napisałem był już inny.
Gdzie Pani przebywa? Co porabia? Jak zachodzi dzień w Pani salonie? Jak zarysowują się tam wieczorem cienie? Kto Panią odwiedza, komu Pani odpowiada? Kto Panią nudzi? Jakiego koloru suknię nosi Pani najczęściej? Jakie są ten most, te ulice, te aleje, przez które Pani przechodzi? Z jaką myślą budzi się Pani, a jaka jest ta, która sen Twój poprzedza?
Muszę to wszystko odgadywać. Jest pewna gorycz w odgadywaniu, a wątpliwość — to sam szatan!
Cierpię temi dniami dość silnie na piersi. Sauvan mówi mi, abym pozostał przez całe lato i jeszcze jedną zimę w Neapolu, i brał morskie kąpiele. Utrzymuje, że przepiszą je i Pani z pewnością. Och, przybądź Pani do Neapolu, do Livorno, bo mówią, że w Genui kąpiele są najmniej dobre. Zresztą mało się troszczę o moje oczy i piersi; nie umiałaby Pani wyobrazić sobie, czem noce stały się dla mnie. Nigdy snu, nigdy spoczynku, wieczna gorączka, pożerająca ciało i ducha. Ciągłe rozpaczliwe wysiłki, aby zapełnić przepaść, która dzieli osobę od jej widma, aby zatrzymać to widmo, by z niego stworzyć człowieka. Pigmalion niegdyś tak się męczył u stóp swego posągu. Podczas tych godzin, których jednakże nie chciałbym za nic na świecie zamienić, rozdziera mnie niepokój, niepewność, żale, nadzieje. Tam jedno słowo, tam spojrzenie, tam jedno dotknięcie fortepianu, tam wyraz twarzy — wszystko to odosobnione, następujące z kolei, porozdzielane, falujące w ciemności. A ja staram się połączyć to razem, uczynić z tego całość harmonijną, lecz na to potrzeba by być Bogiem. Czy pojmuje Pani to udręczenie, tę mękę Tantala, to dzieło, ciągle rozpoczynane, zawsze niedokończone? Powiedz mi Pani, czy to pojmujesz, czy doznałaś kiedy czegoś podobnego? Oh, niech aniołowie spokoju błogosławią Twój sen — niech wspomnienie będzie dla Pani kwiatem bez kolców!... Zostaw Pani cierpienie i tortury daremnych pragnień, dalekich nadziei, życzeń niespełnionych tym, którzy zostali stworzeni na to, by się sami pożerali, by żyli ogniem i ginęli w płomieniach. Farewell — i przez miłosierdzie odpowiedz mi Pani!
Z. Kras.
103. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 21 stycznia 1835 r.
Jakże Pani się bawi w Dreznie? Słyszałem, że tam jest p. Karol Chodkiewicz, pan Karol Drzewiecki, pan Karol Krasiński, mój dawny towarzysz podróży z Wenecji do Rzymu przeszłego roku; z dam podobno pani Drzewiecka i nasze dawne, miłe znajome, i pani Sobańska, której nie znam. Jej siostra wciąż we Florencji przyjaciółkuje królowym i królewnom i książętom rozmaitego gatunku.
W Rzymie towarzystwo zawsze jednakowe i nudne jednakowo, nieopisanie, nieskończenie. Panna Czacka jedna, z którą parę słów pomówić można, reszta dzikiego obyczaju. Jest tu jakaś księżna autorką romansu, który, jeśli Pani zapamiętała, pokazywałem Pani u Jugla w Frankfurcie — Vanda ou la superstition. Więcej głupstw, zawartych w dwóch tomach, nigdy nie czytałem. Z początku śmiech bierze, potem sen napada. Syn jej kupił sobie w tych dniach za 500 szkudów komanderię maltańską i krzyż, co dowodem wielkim rozsądku matki i rozumu jego samego. Dwa czy trzy razy byłem u tych państwa, od kiedym przybył do Rzymu — wywierają na mnie wrażenie zupełnie magnetyczne — zasypiam. Księżna Lubomirska coraz głębiej zapada — coraz mniej jej jest na ziemi. Zdaje się, jakoby już niedługo zagasnąć miała. Kiedy ją żegnam co wieczór, mówi mi zawsze: „Życzę ci, byś był szczęśliwszym ode mnie”. Wychudła, zbladła, rękoma ledwo że chustkę utrzyma, oczy jej zabite w głąb, a jednak ich spojrzenia dotąd coś anielsko-słodkiego zachowały i w jej mowie odbija się słodycz serca. Tak święte musiały niegdyś cierpieć i umierać.
W tym steku nud i odrętwiałości napadło mnie wielkie obrzydzenie do wszystkich figur, kołujących naokoło mnie. Często na zapytania tych dam odpowiadać nie mogę — głos mi staje w gardle, jak ość ryby i przedłużonem ziewnięciem zwykle wywikłuję się z tego położenia.
Stary Aigner grzeczniejszy ode mnie — i wszystkich sukcesów mu z serca życzę. Świat zresztą rzymski huczny bardzo i ciągle po balach szaleje. Bolesław Potocki pierwszym fashionablem131.
Nieraz sobie myślę: gdyby Pani tu była we Włoszech! Nigdy nie mogłem wyrozumieć, dlaczego Pani tak sobie umiłowała w tem Dreznie? Śniegi, błoto, jak u nas, a ludzie jak wszędzie — nudni; przynajmniej tu, wyszedłszy z ich grona, można powitać coś lepszego, spojrzeć na niebo i podziękować Panu Bogu za kompensację — ale tam, gdzie Pani jesteś, cóż ujrzysz? Na dole twarze, napiętnowane komerażu miernością — w górze szare chmury. Mój Boże! Nic nie znam podlejszego nad komeraże, nad kobiety, które, niedorozumiewając się nawet pięknego przeznaczenia swego, trawią życie na plotkach i maleńkich nienawiściach, i drobnych zemstach, i najdrobniejszych utarczkach. U Pani tego nigdy nie widziałem — chęci tej do podsłuchiwania jednych, do szarpania drugich nigdy nie widziałem — i dlatego, ile razy sobie Panią wystawiam wśród otaczających ją teraz osób, tyle razy zda mi się, że widzę anioła wśród ludzi lub człowieka wśród małp. Rozumiem, że Pani chroni się pod ołtarze Boga, w milczenie kościołów; lepsze milczenie grobów, niż gwar istot, co chwila widokiem swoim przypominających, do jakiego stopnia poniżenia i mierności człowiek dojść może.
Serca tych istot kąsane bywają mrówkami; widzę ich uczucia, gniewy, żądze, ruszające się żywo, biegnące, upadające, jak mrówki. I wartoż było się urodzić, by nosić w piersiach mrowisko!
Gdzież Pani myśli pojechać, wyruszywszy z Drezna, bo nie myślę, by tam już Pani osiadła na zawsze. Czy Alpy, czy Apeniny nie obaczą już Pani nigdy? Czy gondola wenecka, kołysząc się smętnie, nie doczeka się powrotu tej, którą unosiła po falach Adriatyku? Czy w grocie lazurowej, tym najpiękniejszym kościele Pana wszech piękności, nie pomodli się już nigdy Pani jego dziwom? Ja, co się stanie ze mną, nie wiem. — Ja żyję od dnia do dnia — przeszłość mam za sobą i często tulę się do pamięci, ale przyszłości nie mam; to jedno wiem, że nigdy nie przestanę być wdzięcznym tym, którzy łaskawymi mi byli, że nigdy nie przestanę czcić ich wspomnienia i żądać, by na powrót zjawiły się dnie, przepędzone przy ich boku. Niech Pani czasem myśli o tem, że Ją tyle razy znudziłem, a teraz Ją żegnam i powolne służby moje Jej zalecam.
Zyg. Kras.
104. Do Joanny Bobrowej
Rzym, 8 marca 1835
Z najgłębszym smutkiem dowiedziałem się o pogorszonym stanie zdrowia Pani. Skąd ta słabość tak nagła przypadła właśnie wtedy, kiedy zdawało się, że Pani już zupełnie do sił wracasz? Skąd te tak ponure przeczucia, które niechaj Bóg odwróci? Rad bym szczegółowiej co wiedzieć, bym mógł o tem z Sauvanem pomówić, bym zarazem mógł walczyć choć z daleka, choć słowami z myślami posępnemi, które Panią trapią, które srożej niż ból fizyczny prowadzą do zniszczenia ciała, do przetrawienia duszy. Srogie bywają złudzenia na tej ziemi! Często wydarza się, że najwyższa, że najpiękniejsza prawda, dostawszy się w ręce ludzi takie przybiera pozory, tak okropnemi obleka się kształty, że miasto słodyczy i pociechy jad i fałsz tylko z siebie sączy. Widziałem już kilka takich przykładów(!) — i dzisiaj mam jeden, okropny, ciągły przed oczyma — księżnę Lubomirską. To, co miało być rajem jej chwil ostatnich, nadzieją jej lat podeszłych, stało się zgubą, trucizną, przeszkodą do wszelkiego działania, spętaniem jej myśli wszystkich, więzami jej woli. Księża jezuici rzymscy zgubili tę anielską istotę. Umysł jej przyzwyczaił się pod ich wpływem do ciągłych powątpiewań o własnej sile i czystości, do walk bez zwycięstwa, do smętności bez światła, do wahań się nad każdą rzeczą, zwanych skrupułami, do rozbierania najdrobniejszych postępków, życzeń, myśli własnych, do wyszukiwania grzechów tam, gdzie ich nie było, do wyrzucania sobie każdego słowa powiedzianego, każdego czynu popełnionego i w tej analizie bez końca, w tej mozolnej pracy ducha bez pożytku, w tem rozsypywaniu umysłu swego na garsteczki piasku, upadła siła przewodnicząca duszy, kiedy jest razem skupioną i jedną, zatracił się rozum, wola działać ustała, zostało się tylko serce anioła, szarpane zgryzotami urojonemi co do istoty swojej, ale prawdziwemi co do bólu, który sprawiają, podobnemi do tych, których chyba szatan w piekle doznaje. O takie życie, gorsze niż letarg ciągły, niż śmierć sama, przyprawili ją dozorcy jej sumienia, ludzie to ograniczeni w swoich pojęciach, to interesem wiedzeni, to rozkoszujący się w myśli podbicia jej duszy swojemu absolutyzmowi, bo ostatnią rozkoszą księdza, który nie jest świątobliwym mężem na tej ziemi — a takich bardzo mała liczba — jest, wszystkie napotkane dusze podciągać pod władzę swoją.
W każdym zawodzie człowiek, który nie odrzucił zupełnie świeckich namiętności i świeckiej pychy, dąży do tego — zdobywca podbija narody, adwokat sędziów i strony przeciwne, doktor osoby, które leczy, fashionable elegantki i młodszych od siebie, wchodzących do świata, ksiądz osoby, które spowiadają się jemu, a ze wszystkich tych najwięcej pokusy ma ksiądz do tego i może bym go uniewinnił łatwiej, co nie przeszkadza temu, że jego wpływ często bywa okrutnym, szkaradnym, niezgodnym z miłosierdziem boskiem, co nań włożyło obowiązek zbawiania, pocieszania a nie mordowania i opętywania, bo ksiądz jest samotnym, a zatem pyszniejszym od innych i chciwszym powodzeń — powodzeniem zaś jedynem dla niego jest duszę oderwać od wszystkiego, otoczyć strachem i sobie przywłaszczyć — do czego dojść nie może, jeśli jej wolności nie wydrze, jeśli w niej woli nie zabije. Dusza, w której to nieszczęście się dopełniło, mojem zdaniem, oddaliła się ogromnie od Boga. Wszystko, co osłabia jej siłę do czynów, jej potęgę co do myśli, jej sprężystość co do niepodległego ruchu, odsuwa ją od nieśmiertelnych celów, czyni ją bojaźliwą i pomieszaną, wprowadza ją w stan obłędu i chorowitości, który w końcu przechodzi w letarg, w martwość, w brak wszelkiej żądzy, nadziei, w rozpacz milczącą — i taka dusza w chwili zgonu nie ujrzy Boga, bo żyć trza, by wiedzieć, by pojąć wszechmocne życie. Nad taką duszą może przez wieki całe Anioł-Stróż płacze, nim się rozbudzi, nim zdoła rozgmatwać to, co tu na ziemi dyrektor sumienia zasklepił i powikłał.
To wszystko żadnego związku nie ma z religią, tak jak złe wiersze żadnego wspólnictwa nie mają z poezją, tak jak wszystkie błędy i usterki ludzkie żadnego uczestnictwa nie mają w mądrości i piękności boskiej. Bóg miłości i przebaczenia żyje na wysokościach niebios i gotuje nam nagrody i kiedyś, jak ojciec, nas wszystkich przyciśnie do łona, ale ludzie, którzy w imieniu jego na tym świecie rozwiązują i zawiązują są słabymi, nieoświeconymi lub złymi, podłymi tak, jak reszta towarzystwa. Dlatego choć spowiadać się należy, choć spowiedź jest może najszczytniejszą chwilą dla duszy porzuconej wśród tylu nieszczęść i omamień, myślę jednak, że przybranie człowieka, zwanego dyrektorem sumienia, jest niebezpieczną rzeczą — jest narażeniem się częściej na odpadnięcie od Boga, niż na przybliżenie się do niego. Nie ma głębszego i ciemniejszego grobu nad ten, który sama dusza wykopuje pod sobą, kiedy raz podda się niewoli, wyrzecze się swoich praw własnych i zacznie lękać się, nie dowierzać, bać się Boga a nie kochać jego. Bojaźń jest wbrew przeciwną miłości, poniża, zaciera, obraca w popiół, upadla. Miłość zaś podnosi, wolności nie odbiera, owszem każe być niepodległym i w tej niepodległości kochać namiętnie.
Czyż można sobie wyobrazić, by Pan kiedyś powitał łaskawie duszę, która rzeknie do niego: „Panie, lękałam się kar Twoich — piekło, czyściec sny moje rozdzierał, palił mnie już na ziemi i w drżeniu, w wstręcie do nich przystałam na Twoje przykazania”. — Ta, która powie: „Kochałam Cię, Panie — w miłości Twojej niechaj rozpłyną się moje przestępstwa, bo czułam Ciebie i kochałam Cię, Boże” — ta ujrzy chwałę i zasiądzie na tronie nieśmiertelności.
Nastręczone mi są te uwagi nieco podobne do kazania przez widok codzienny dogorywającej księżnej. O, strzeż się Pani takiego stanu — o, uwierz głosowi mojemu! Nie dorywczo, nie w roztargnieniu ja mówię te słowa. Długo nad tem myślałem, młodość moja przeszła na srogich cierpieniach, na modłach do Boga i dzisiaj zawsze moje kolana gotowe zgiąć się przed Tym, który jest pięknością bez granic, bez końca — ale ludziom, co czarno ubrani i krzyż noszą na piersiach, nie w sercu — mało bym zaufał. Księża po większej części są dumnymi jak tyrani, złośliwymi jak karły. Ich pokora jest udaniem, bo takiej pokory przybrać prawdziwie nikt inny by nie mógł, jak święty — a gdzież świętego szukać w XIX. wieku, w wieku egoizmu i podłości i niedowiarstwa.
Zmiłuj się Pani — czytaj Fenelona, czytaj ewangelię, módl się, ale sama; spowiadaj się, ale sama. Niechaj nad duszą Pani nikt nie rozpostrze opieki swojej zgubnej. Ta opieka jednemu tylko, Ojcu naszemu, Ojcu, który jest w niebiesiech, się należy. Aniołowi swemu, Marii, matce Chrystusa, powierzaj Pani swe myśli, cierpienia, dumania, ale nie człowiekowi, co dybie na Ciebie, jak na zdobycz, jak na moralną ofiarę swej dumy i zgryźliwości. Starych panien strzeż się zawsze, Pani, a staremi pannami dziś są królowie i księża.
Niechaj Bóg odwróci to gorzkie przeczucie duszy mojej, ale patrząc na księżnę Lubomirską, kiedy łzy do ócz mi się cisną, kiedy zrywa się ona i chwyta mnie za ręce i woła ratunku, którego dać jej nie mogę, nieraz przyszło mi na myśl, że widzę Panią, że to Pani tak znękana, obłąkana, nieszczęśliwa — że już proroctwo może się spełniło, że stoję przy Pani i że jej zbawić już nic nie potrafi... Ale to są czarne marzenia, wylęgłe z fatalnych spleenów moich. Tego nigdy nie będzie — siły tylko trzeba i prawdziwego poznania Boga, a Boga poznaje się cichą, samotną myślą i gorącą prośbą o łaskę Jego. O, jakże smutno uchodzą mi dnie i wieczory; zawsze jestem nad grobem tych, których bym chciał szczęśliwymi ujrzeć, zawsze cierpienia ich i jęki, czy z bliska, czy z daleka. Dosyć już moich własnych. Dlaczegóż przeznaczenie nie uwieńczy ich tą cząstką szczęścia, która mnie się przynależała, a której nie dostanę nigdy! Zdaje się, że księżnę będę musiał wywieść do Neapolu z sobą. Ten jedyny ratunek pozostał; trza się oderwać od jezuitów tutejszych, ale to lampa gasnąca — niedługo już tleć będzie — przewiduję, że skona w ręku mojem... może nie poznając mnie, może nie wiedząc, ani gdzie jest, ani gdzie idzie!
Przed kilkoma dniami, o 1-szej po północy, w ciasnej uliczce obok Piazza di Spagna napadł na mnie człowiek, który, jak się później wykazało; wziął mnie za Włocha, który tego samego dnia zadał mu był, kłócąc się z nim, lekką ranę w szyję. Nie miałem ni broni, ni kija nawet, ale zaraz w pierwszej chwili uniknąłem jego rzutu i skoczywszy nań, wyrwałem mu po dość długiem pasowaniu się pałkę sękatą, przeznaczoną moim skroniom. Wtedy schylił się ku nogom moim, płaszcz mój zebrał w ramiona i głowę mi jego fałdami obwinął tak zręcznie, żem splątany, oślepiony, myślał przez chwilę, że już mi przyjdzie upaść na ziemię, ale szczęściem rozerwałem klamrę na piersiach i płaszcz upadł na ziemię między nami oboma. Wtedy on, po dostaniu kilka razy własną pałką, uciekać zaczął. Ja goniłem za nim aż na Babuino. Tam go jacyś ludzie przytrzymali i dopiero wtedy poznał, że mnie nie zna i że nieznanego chciał zabić. Po tych wszystkich objaśnieniach puścić go kazałem — żal mi było go do policji oddawać — sam zaś na miejsce bójki wróciwszy nie zastałem już płaszcza mego. Jakiś Włoch, amator, musiał go sobie przywłaszczyć w mojej nieprzytomności. Wróciłem więc do domu dosyć zły z zamiany płaszcza na pałkę. Lubiłem ja ten płaszcz sieraczkowy mój, stary i podarty. Ileż razy mi służył na gondolach w Wenecji, w podróżach do Ems, do Spa etc. etc. — Ma Pani dowód, że geniusz awantur służy mi wiernie zawsze.
Niech Pani będzie łaskawa i opisze mi szczegółowiej wszystko, co Jej dolega. Niech Pani pocieszy minie doniesieniem, że lepiej się miewa, że wraca do sił, zdrowia i do spokojnej, dobrej myśli. Odległość jest męką — podwaja obawy i niepewność. O trzysta mil każda choroba jest śmiertelną. O, gdybym mógł otoczyć Panią wiosną, co tu kwitnie, zmartwychwstałabyś Pani z łoża boleści! Sam tej wiosny nie czuję, mógłbym ją tylko uczuć dla drugich.
Zyg. Kras.
105. Do Joanny Bobrowej
Neapol, 30 marca 1835
Jestem na wybrzeżach, które Pani lubiła. Potrzeba mi tylko oderwać wzrok od tej karty, aby zobaczyć od razu Capri i Wezuwiusz i całą zatokę Neapolitańską. Mieszkam w domu najbardziej z całego miasta wysuniętym, ponieważ jest zbudowany na części skały, wystającej z morza. Jest to willa di Roma a S-ta Lucia. Piękną jest zaiste przyroda w tych stronach — lecz trzeba być bardzo młodym i bardzo naiwnym, aby żyć w przyrodzie i nic nadto nie żądać. Są jednak chwile, kiedy ogrom tego widoku, tak urozmaiconego i tak wspaniałego na przemian, uderza mnie wprost w serce. W tem morzu jest coś z wieczności. Potem, gdy poruszone lekkim wietrzykiem, przerywając swą ciszę i nieruchomość, kołysze się i rozdziela na lekkie i wdzięczne fale, przychodzi mi na myśl wziąć je za kobietę, tak barwy jego są nieokreślone, miłe, zmienne, tak w każdej chwili jego odcienia i zarysy znikome zdają się zwodniczemi i gotowemi zniknąć na zawsze — i wtedy rzucam na nie spojrzenie smutku. Oh, wśród tych kwiecistych, palących wybrzeży, wobec tylu ponęt, potrzeba by mieć w sercu radość gwałtowną, a w duchu życie potężne. Wówczas pojmuję, że można być chwil kilka szczęśliwym w Neapolu. Co do mnie, pojąć Pani nie zdoła, jaki wpływ wywierają te miejscowości na myśl moją. Wszędy czytam tylko ponure przepowiednie. Ta równina lazurowa, wytworzona przez wonne wiatry u stóp czarnej góry, to rozkosz w objęciach śmierci, to raj ludzki u progu piekieł. Wspaniałym jest ten znak boży, który co chwila, jak srebrna kolumna, z łona ziemi wznosi się ku niebiosom i rozwija się tam w posępne obłoki. Gdy noc nadchodzi, jest to słup ognisty, który w górze rysuje czerwonawe światła, a na dole w głębi wód się odbija.
Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.
Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. Ale u kresu, to w ostateczności wszystko jedno! Jedna jest tylko rzecz wieczna, niewzruszona, nie ginąca — to serce jednostki, myśl ludzka, bo ona nie podlega ani przestrzeni, ani czasowi — dla niej nie może być końca, chybaby się sama zabiła. Wszystko, co żyje istnieniem widocznem i namacalnem, podlega działaniom zewnętrznym i obcej mocy, które mogą je zmienić i w proch obrócić. Lecz duszy nic zniszczyć nie zdoła na świecie — tylko ona samą siebie. Z niemocy w niemoc duch ludzki dąży niechybnie do samobójstwa. Serce, które więdnie, które zapada samo w siebie i rozpacza pod własnym ciężarem, nie złamie się, lecz zaśnie i stanie się zeschłym kwiatem. Bóg wie, czy serce takie odzyska swe tętno w dzień chwały i zmartwychwstania?
Treścią duszy jest ruch, pragnienie, działalność w każdym kierunku — bez tego nic ona nie może. Obojętność więc gorszą jest od zła, sen gorszym od szaleństwa. A gdy widzę istotę, która zasypia, serce moje krwawi się za nią, brak mi łez, aby opłakać tę stratę. Ona, nieszczęsna, nie wie, dokąd idzie, co ją czeka, co jej zagraża. Nie wie, że wyrzeka się swych praw ludzkich na tym, a boskich na tamtym świecie. Przepaść, w którą się wpada i skąd wydaje się krzyk boleści, niczem jest jeszcze w porównaniu z nicością, z letargiem. Do chwili, w której się cierpi jeszcze, jest nadzieja — bo cierpieć — to czuć, czuć — to istnieć, istnieć — to być ogniwem w łańcuchu istot, przeznaczonych do nieśmiertelnej przyszłości. Lecz, gdy powieki opadają, gdy wszystko, co stanowiło naszą radość lub nieszczęście, to wszystko, co mogło nas kiedyś wzruszać, ściemnia się, maleje, ginie w naszej pamięci, gdy dochodzimy do smutnej możności zachowania zimnej krwi względem pewnych rzeczy lub osób lub wzruszeń, gdy imię, które było nam drogie, staje się pospolitym dźwiękiem, gdy pragnienia, któreśmy żywili, przestają nas wzruszać, gdy modlitwa drży omdlewająco na naszych wargach, gdy od silnych, potężnych myśli przechodzimy do komunałów, gdy wreszcie pochylamy głowę i wzywamy zapomnienia dla uszu naszych — wtedy biada nam, wtedy zaczyna się zmrok naszego życia, wieczór naszej duszy, a noc, która ma nastąpić, będzie ponurą i niemą. Nie daj, Boże, aby była wieczną!
Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem. Jak to morze jest wielkie i uroczyste! Ileż majestatu w jego równomiernych i olbrzymich ruchach! Ręka Boga spoczywa na jego czole aż do chwili, gdy ją zdejmie, by je oddać burzom. Niechże błogosławieństwo Boga będzie i wokoło Pani! Nie lękaj się Pani niczego! Trenta Tre ciągle modlą się za Panią.
Zygm. Kras.
Czy ten bałamut Jugiel przysłał Pani książkę?
106. Do Joanny Bobrowej
Neapol, 21 kwietnia 1835
Chciałbym, aby oddano Pani ten list 7 maja. Przed rokiem w tym samym dniu raczyła Pani przyjąć ode mnie trochę ofiarowanych Jej kwiatów.
Te, które teraz Pani posyłam, zerwałem u stóp Wezuwiusza. Przybędą do Pani zeschłe i spłowiałe, jak wszystkie nadzieje, jak cała przyszłość tego, który pisze do Pani. Niech Pani wybaczy to pisanie. Lecz w przeciągu krótkiego czasu — dwóch tygodni — zszedłem znów do tego samego punktu, na którym byłem, gdym ujrzał Panią po raz pierwszy.
Zdaje się, że los raczył mi przyznać zaledwie rok wytchnienia, aby tem bardziej przygnieść mnie potem, a to morze, tak piękne dla wszystkich, dla mnie jest tylko jakby piekłem, gdy błyszczy w słońcu.
Trenta Tre modlą się ciągle za Panią. Przepowiedziały szczęście dla Lolly i dla Mimi, a mnie nie dały żadnej odpowiedzi, gdym zażądał wiadomości o sobie.
Spodziewam się, że Pani ma się lepiej. Wiadomości od Pani oczekuję, a nie odbieram ich. — Z wolna, stopniowo widnokrąg ściemnia się coraz bardziej wokoło mnie. Jeżeli zaniewidzę, nie będę mógł już zobaczyć Pani — lecz poznam Jej głos i bałamutne gwarzenie Mimi i poważniejszą mowę Lolly. Niech jej Pani powie, że jej narzeczony stracił wzrok. Pewny jestem, że to zniechęci ją na zawsze do myślenia o nim.
Żegnam. Wznoszę ku niebu gorącą modlitwę, aby Pani była spokojna i pełna sił, by letarg serca i duszy dalekim był od Pani — i oby życzenia moje się spełniły, oby kwiaty, które Pani posyłam, nigdy nie były symbolem tych, które kwitnąć będą wokoło Pani — niechaj tylko przypominają Pani istotę, która, jak one niegdyś, była spalona żarem słońca, a dziś, jak i one, niczem już prawie nie jest.
Zyg. Kras.
107. Do Konstantego Gaszyńskiego
Neapol, 26 kwietnia 1835
O nieufność względem Ciebie oskarżony z powodu Komedii, odpowiadam, że, pisząc do Ciebie, nie mam pewności matematycznej, iż mój list do Ciebie dojdzie; może być przypadek, że go inne ręce pochwycą — a wtedy co? Bo mi tak zależy na tem, tam u was, jak u nas, żeby to było pokryte milczeniem; proszę Cię więc i zaklinam o nie!
Za kilka dni udaję się do Florencji, skąd może za parę miesięcy dalej ruszę ku Tyrolowi. Odpisz mi więc już do Florencji poste-restante.
Byłem w Pompei: u wnijścia do miasta groby, zaraz potem za bramą pierwszy budynek, to dom rozpusty, śmierć i rozkosz, dwa największe działacze materialnego świata. W tej odgrzebanej mumii piękne są pomniki. Architektura grecka skandowana, jak wiersze Enejdy; matematyka, prawo rzymskie stare, w kamień wcielone. Tu dopiero starożytność się pojmuje i porównywa z nowemi czasy. Starożytni szli od nieskończoności w skończoność; co od pierwszej zarwać mogli, opisywali drugą, oddzielali od matki. My ze skończoności wychodzim, a dążym w nieskończoność. Oni mieli obręb ciaśniejszy, ale daleko lepiej go znali i rozumieli, niż my nasz rozumiemy. Stąd nasze usterki i brak powagi, i skoki, i potykania się; u nich zaś godność i surowość, bo, kto zna dobrze drogę swoją, ten poważnie i z wolna stąpa. Ale oni byli synami ziemi i ziemię wgłąb kopali; my, jak elektryczność, rozlegamy się w przestrzeń i dążym w górę, bośmy synami nieba. Weź Pompeję i weź katedrę w Kolonii, najpiękniejszą z gotyckich utworów, choć niewykończona. W Pompei równoległobok i elipsa, to są zasady, jedyne kształty, miara doskonała, filary cudownie piękne; ale wszystko ciasne, skończone, ograniczone: nic nie ma za kapitelem kolumny, na kapitelu kończy się kolumna. W Kolonii Ty idziesz za strzałą gotycką a kiedy się przerwie, Ty dalej wzrokiem sięgasz tam, gdzie Ci ona wskazuje — w niebo! W Kolonii piękność formy nie jest rytmiczną, jak w Pompei, ale pod formą żyje duch organiczny, wielki. W Pompei ducha nie ma, tylko jest ciało, i ciało najpiękniejsze, w rzeczy samej, ale zawżdy określone i nieżywe. Fidiasz nic by nie pojął w liściach kapuścianych, w żabach, karłach i potworach, dłutowanych w podnóżu każdej katedry gotyckiej, Wergiliusz plunąłby na Fausta Goethego; bo im trzeba było symetrii, jedności, regularności, co pochodziło stąd, że oni tylko jednę część człowieka znali, to jest ciało, i z tej części jedność zupełną wyidealizowali. My zaś pstrocizny musimy używać, bo śpiewamy o stworzeniu, złożonem z duszy i ciała, między któremi zachodzi walka, sprzeczność, i ból, i ruch. To, odbite w naszej architekturze, w naszej poezji, stanowi pstrociznę. Stąd my bardziej rzeczywistymi jesteśmy, prawdziwszymi, a zatem poetyczniejszymi, niż oni. Oni materialnie bardziej idealnymi byli. Większa część ludzi utrzymywać Ci będzie, że starożytni, owszem, bardziej realnymi byli, bo realność zwykle u ludzi, to materia. Lecz u mnie rzeczywistość jest to, co jest w myślach Boga i dziełach natury, a zatem, ponieważ my wyżsi dążeniem i wiedzą, zatem realniejsi jesteśmy. Im kto bliżej Boga, tem jest prawdziwszym, rzeczywistszym, a my od starożytnych odsadziliśmy się skokiem ogromnym. W tym rzucie fałdy tuniki, fibule, toga zsunęły się i zmięły na piersiach ludzkości, ale jej duch dziwnie wypiękniał i wyzwolił się.
Niech Cię Bóg wyprowadzi z choroby i zdrowie Ci odda! Addio, mój drogi! Kochaj zawsze tego, który Ci powiada i powtarzać zawsze będzie: Io t’amo132.
Z.
Przyślij mi adres matki, który zgubiłem, to się dowiem, jak się miewa i co robi. Danielewicz serdecznie Cię ściska. Jeśli posłyszysz o jakim sądzie względem Komedii, to mi napisz i wyszczególnij.
108. Do Henryka Reeve’a
Neapol, 4 maja 1835 r.
Drogi Henryku!
Nareszcie, nareszcie doszedł do mnie list Twój wczoraj. Po długiem oczekiwaniu rzeczy, które były przyzwyczajeniem, stają się wzruszeniem i niespodzianką. Donosisz mi o tysiącu rzeczy i nazwisk. Zmartwiła mię wiadomość o Twej chorobie. Strzeż się tej choroby; wciska się ostrożnie i powoli, a nagle nadchodzi chwila, gdy nie ma już ratunku. Mam nadzieję, że jest to silny katar zaniedbany. Przez miłość dla matki swojej nie myśl o pociechach, które by jej się zostały po stracie jedynego syna, lecz raczej myśl o tem, byś był jej podporą, chwałą i duszą jej istnienia. Winienem jej nieskończoną wdzięczność za zawiadomienie Cię o tem, że się o Ciebie niepokoję. Podziękuj jej w mojem imieniu z całego serca.
A teraz przechodzę do tej panny Jaskwicz. Oczywiście, to Ankwicz, córka tego starego szlachcica, który był obecny, jeśli sobie przypominasz na jednej łodzi wraz z Odyńcem i Klustinem przy pożarze mej szalupy, w której znajdowałem się z Augustem Z. Poprawiwszy ortografię nazwiska, przechodzę do nieprawdy wiadomości. Od tego dnia nie wiem jaki diabeł opętał tę rodzinę i wzbudził w niej nadzieję, że wcześniej lub później zostanę jej zięciem. W Niemczech, we Włoszech, na ziemi i na morzu gonili za mną westchnieniami, czułemi spojrzeniami i obsypywali mię uprzejmościami, zaproszeniami etc. Zrobiłem wszystko, co mogłem, by im dowieść, że jestem im wdzięczny, jako przyjaciel lub znajomy domu, ale że nigdy pierścień ślubny nie przejdzie przez koniuszek mego palca. Ale co można zrobić z ludźmi ślepymi? Z matką, która ubóstwia swoją córkę i prawdopodobnie czyta w gwiazdach, że będę jej mężem. Z młodą dziewczyną, egzaltowaną, przepojoną Byronem, zatopioną w Moorze, umiejącą na pamięć starożytności i znającą historię według dat i minut. Zresztą dobrzy i przyzwoici ludzie o doskonale z lewej strony umieszczonem sercu, bogaci gościnni, ziemianie, ale mylący się diabelnie co do wyroków Przeznaczenia. Zapewne słyszałeś o tej sprawie przez Montalamberta, ich wielkiego przyjaciela. Jest to ta sama osoba, w której Mickiewicz tak szalenie kochał się w Rzymie pięć lat temu. Właśnie mniej więcej w tym czasie zapoznałem się z nimi. Przypominasz sobie może, że w tym okresie Henrieta Willan była dla mnie słodkim i pociągającym obrazem. Przypominasz sobie może, że nosiłem na palcu pierścień z jej imieniem, który mi dała. Pierścień ten dnia pewnego zobaczyła tamta panna. Obie noszą to samo imię. Z tego zwykłego wypadku wynikł szereg nieskończony nadziei dla tej rodziny, szereg, którego nic przerwać nie mogło, ani obojętność moja, umyślnie okazywana, ani inne miłostki moje, odgrywające się pod ich nosem, ani tysiąc innych dowodów, jeden od drugiego wyraźniejszy. Bóg mi świadkiem, że zawsze starałem się wyprowadzić ich z błędu, i że nie ma winy mojej w tej historii przykrej dla mnie, a smutnej dla tej panny, która odmówiła kilku konkurentom, nie wysłuchała westchnień Mickiewicza i zmusiła go w końcu do ożenienia się z inną, wszystko dla niepewnej nadziei, nie zawierającej nawet cienia możliwości.
Piszę Ci to wszystko, byś wiedział, co o tem myśleć, jeśli kiedyś usłyszysz między Polakami, że zarzucają Zygm. Krasińskiemu unieszczęśliwienie panny Ankwicz. Nic wówczas nie odpowiadaj, daj ludziom mówić, ale miej to przekonanie w sobie, że przyjaciel Twój niezdolny jest uczynić rzecz podobną i że wszystkie jego wysiłki skierowane były na to, by otworzyć oczy tej upartej matce i tej upartej córce. Zresztą, powtarzam, są to osoby bardzo przyzwoite, bardzo bogate i bardzo dobre. Przez tę ostatnią miałem Ci przesłać załączony bilecik, który teraz posyłam wprost, by dowieść, że nigdy o Tobie myśleć nie przestałem.
A teraz przejdziemy do czegoś innego. Jest tu klasztor „Sepolte vive”; nazywają się one „Trenta tre” i jedna z nich, signora Agata, przepowiada przyszłość. Byłem tam. Kobieta, którą kocham i o której tyle razy Ci mówiłem, jest chora. Wymówiłem jej imię chrzestne u krat klauzury. Byłem oddzielony przepierzeniem od zakonnicy, której nie wolno oglądać twarzy ludzkiej; natychmiast głos jej dźwięk zmienia, inny się staje; woła, że czuje się bliską omdlenia, że serce się ściska, ale że dla niej Boga wzywać będzie. Po dziesięciu dniach powracam. Wówczas zakonnica obwieszcza mi, że ona umrze z tej choroby. Od tego dnia powróciłem razy dziesięć i zawsze powtarzano mi to posępne proroctwo. Kobieta ta nie wie, co to za choroba, wie o niej tylko, jakie imię chrzestne nosi, a wszystko odgadła. „Jest młoda, jest czuła, jest pełna miłości. Śmierć jej będzie ciężka”. Oto jej ostatnie słowa. A później o mnie, o ojcu moim powiedziała mi rzeczy dziwne, natchnienia mistycznego dowodzące, gdyż inaczej, należałoby przypuszczać, że jest obeznana z historią i polityką, co nieprawdopodobne, co niemożliwe, gdyż po przejściu chwil proroczych kobieta to prosta i ciemna, jak chłopka. Wiadomości, otrzymane przeze mnie od tej, która ma umrzeć młodo, potwierdzają słowa proroctwa. Choroba jej zaostrza się i powoli dokonywa swego okropnego zniszczenia. Cóż powiesz o tem, Henryku? Czyż posty i zamknięcie bardziej zbliżają do nieba, niż działanie?
Czytałem w tych dniach Herdera. Potężny to geniusz, występujący zaciekle przeciwko katolicyzmowi, przyznający Chrystusowi niewiele, ale podniosły swą powagą, potężny rozumem, przecinający zaostrzonym mieczem noc czasów, sędzia nieubłagany nikczemności i zbrodni, prorok czasami, zawsze świeży i majestatyczny, stojący ponad wszystkiem, w gruncie rzeczy materialista, zaczynający od materii i opierający na niej wszystkie konsekwencje duchowe, człowiek, który miał coś z Pytagorasa, coś z Arystotelesa, a nie z Platona, człowiek stworzony do rytmu i liczby, człowiek rozumiejący świątynię egipską i Fatum greckie, ale nienawidzący mroków katedr gotyckich, może dlatego, że zbyt się przyzwyczaił przez łatwość swego poetyckiego talentu do uważania poezji wyłącznie za formę, za narzędzie, podczas gdy poezja jest, ponieważ jest, a nie inaczej.
Ukazało się właśnie u Pinarda w Paryżu dzieło, zatytułowane Comedie non divine, po polsku Nieboska Komedia, które Ci polecam. Życzyłbym sobie, żebyś je sprowadził i poprosił Waleriana lub kogo innego o przełożenie przy czytaniu. Uczyń tak, proszę, i sąd mi swój prześlij! To niedługie, ma zaledwie sto sześćdziesiąt cztery stron. Gdybyś skądinąd o tem słyszał, napisz mi, co o tem powiedziano, to mię nieskończenie interesuje. Lecz „Bezbożnikiem ten, kto tajemnice Cerery...”. Jeśli przypominasz sobie Horacego, przypomnij sobie tę cytatę i strzeż się języków!
Piszę w dalszym ciągu mój poemat o Irydionie, synu Amfilocha, powoli a stale. Chrześcijaństwo, Północ i Imperium Rzymskie, które się w nim łączą, sprawiają mi dość dużo trudności. Ale jednak to idzie, to pójdzie. Wiek mój dostarcza mi obrazów zepsucia i ucisku. Mój bohater ma coś z Hamleta, ale cele jego o wiele są potężniejsze i wymagają geniuszu, bardziej do życia zastosowanego. Choć jest sprawiedliwy, przeznaczono mu zginąć, gdyż przyszedł zbyt wcześnie. Chciał spełnić w dniu jednym przeczucie wieków przyszłych. Ale przynajmniej niech cała chwała ziemi przypada w udziale tym, którzy zwyciężyli i czynu dokonali, niech jedna jej iskra padnie na zwiędłe czoła tych, którzy pragnęli wielkości i dobra, ale, opuszczeni przez świat i ludzi, mogli być tylko głosem, rozlegającym się w pustyni.
Addio. Pisz mi natychmiast do Florencji!
Twój na zawsze i na zawsze.
Zyg. Kras.
109. Do Joanny Bobrowej133
Florencja, 15 maja
Od dawna już nie miałem szczęścia otrzymać od Pani wiadomości. Jestem we Florencji. Stan oczu moich zmusił mnie do opuszczenia Neapolu. Jestem tam, gdzie byłem przed rokiem w tym samym czasie. Wszystko zieleni się i kwitnie, nocą świecą muszki, i zdaje mi się, że słyszę galopującego konia Pani. Jest mi coraz gorzej. Danielewicz prowadzi mię po ulicach za ramię, idę z oczami zamkniętemi. Wieczorem tylko mogę patrzeć, i wtedy zdaje mi się, że odnajduję dziwaczne jakieś znaki w obłokach; są to jakby kawałki krepy, jakby zielone nieśmiertelniki, które fruwają wokoło mnie. A te znaki odczuwam, lecz nie pojmuję ich. Oh, bogdajby to nie były szydercze złudzenia! Czyżby niebo drwiło z mego osłabionego wzroku, zaludniając przestwór widmami?
Jakże zdrowie Pani? Czy Pani otrzymała tę trochę kwiatów, które pozwoliłem sobie przesłać Pani na dzień 7 maja? Czy Teodor przyjechał? Chciałbym, aby mi dał wiadomości z kraju. Musiało być zimno w zimie! Aleksander Potocki jest tutaj. Przybyłem z nim z Rzymu statkiem parowym; ma on pasję do pierścieni z talizmanami. To coś okropnego, te wszystkie pierścienie. Bardzo nam dobrze razem.
Pragnąłbym wiedzieć, czy „Nieboska” doszła do rąk Pani. Ja ją otrzymałem. Chciałbym wiedzieć, że to dziecię, które się Pani niegdyś podobało, (zdaje mi się, że to było w Wiesbadenie), spoczywa już na Jej stole. Otrzymałem list z Paryża, w którym mi mówią, że nikt nie zna nazwiska autora „i że z największym entuzjazmem od Mickiewicza, Goreckiego i w ogólności od wszystkich była przyjęta”. Wyborne jest to, że mój korespondent nie więcej wie od innych i prosi mię, abym go objaśnił, jeżeli mogę. Proszę, niech Pani nie mówi tego nikomu.
Eh, co mi tam po tych wszystkich uciechach miłości własnej. Pragnąłem sławy — lecz sława, i nic prócz niej więcej, czemże jest na tej ziemi? Chlebem suchym, maczanym w pocie!
Przepędzam długie dni w zamyśleniu, a myśli moje są jakby zasłoną krepową. Są tu cyprysy, których widok dobrze mi robi. Jaką będzie moja przyszłość, nie mogę tego powiedzieć. Wiem, że kilka razy w życiu miałem duszę złamaną.
Żegnam Panią. Gdybym miał przy sobie takie dziecię, jak Mimi, zdaje mi się, że mógłbym się stać dzieckiem dla niego — tak czuję potrzebę kochania czegoś na tym świecie zimnym, obojętnym i ciasnym. Niech mi Pani powie słów kilka o swojem zdrowiu.
Zygm. Kras.
Mój adres we Florencji: Fenzi, bankier.
110. Do Henryka Reeve’a
Florencja, 3 czerwca 1835 r.
Czyś chory? Niepokoję się bardzo o Ciebie, gdyż powinienem od dawna był odebrać wiadomości od Ciebie we Florencji. Co do mnie, jestem w jednym z tych stanów duchowych, które zużywają siły, żadnej nie przynosząc korzyści. Coś wzywa mnie gwałtownie do Monachium: marzenie szczęścia mogłoby się ziścić dla mnie w jego okolicy. Dzień i noc wysilam myśl swoją, aby odgadnąć, jak obalić otaczające mię zapory, a jedną z najpoważniejszych jest to, że nie mam do rozporządzenia w tej chwili trzystu napoleonów w złocie. Wzniosłe porywy... marzenia fantastyczne, na czem się skończycie? Jeśli nie masz weksla na wehikuł, jesteś bezpowrotnie zgubiony. A odległość nie pozwala krzykom Twoim dojść do ucha, które drży, nadsłuchując. Ale może niebiosa się rozjaśnią i spadnie z nich garść złota, jak niegdyś na Danae, z tą różnicą, że w tym wypadku ja znajduję się w położeniu Jowisza.
A więc odpowiedz mi do Florencji, choć grozi Twemu listowi, że mię tam nie zastanie. Ale ponieważ nieobecność moja nie będzie trwała wiecznie (miesiąc lub półtora), później odbiorę go z poczty wyżej wymienionego miasta. To pewne, że przed tym terminem jeszcze do Ciebie napiszę. Co do małego dziełka, o którem Ci w ostatnim liście wspomniałem, to ma ono, zdaje się, powodzenie. Donoszą mi, że Mickiewicz i Niemcewicz przyznają mu geniusz i mówią o niem z zachwytem. Ale nie znają nazwiska puerpery134, i daj Boże, by się go nigdy nie dowiedzieli. Henryka uprasza się, by nie opowiadał, że już dwa razy mu o niem mówiono.
Zdrowie moje kiepskie, czego Ci dowiedzie list ten, inną, niż moja, pisany ręką. Jednakowoż dotarłem prawie do końca Irydiona Amfilochidesa, który trzykrotnie podarty i dziesięciokrotnie przerywany bądź przez me cierpienie, bądź przez me namiętności, od trzech lat nie przestawał dręczyć mego mózgu i rozrastać się w nim, wydobywając się zeń częściowo porodami. Teraz z chaosu Rzymian, barbarzyńców i pierwszych chrześcijan wydobyłem myśl, która mi leżała na sercu i myśl tę uczyniłem człowiekiem o przodkach greckich, dążącym w dniach panowania i zepsucia cezarów do zemsty na Romie, która oszukała Ateny i zdusiła Korynt. Sam jest: ojciec jego umarł, przekazując mu nienawiść przeciw cesarstwu. Matka jego, kapłanka Odyna, porwana niegdyś z Chersonezu Cymbrów, otruła się, gdy był jeszcze dzieckiem. Pozostała mu siostra. Oddaje ją Heliogabalowi, by zmąciła jego umysł i otoczyła go stopniowo szałem. Gdy to osiągnął, poskromił cesarza. Stał się jego prefektem pretorium, jego bezwzględnym panem. A wtedy przekonał go, że cezar, by zbawić cezara, musi knuć spiski przeciw Wiecznemu Rzymowi. Pobożny Eneasz swego Turnusa, to Aleksander Sewer, syn chrześcijanki Mammei. Jeden i drugi knują jednocześnie spiski. Ale Aleksander chce złożyć z tronu Cezara i wrócić siły cesarstwu, podczas gdy Irydion chce jednem uderzeniem obalić Rzym wszystkiem, co mu się pod rękę nawinie: przez Cezara, pretorianów, chrześcijan, barbarzyńców. Jego potężna, nieokiełzana myśl miota się, jakby wirami rozpaczy i nienawiści, przeciw wszystkiemu, co rzymskie, a przy tem dzień i noc udawać musi. Niewolnicy i gladiatorzy jedzą chleb w jego pałacu. Znalazł dwóch patrycjuszów, ze starożytnych rodów, doprowadzonych przez nędzę do walczenia w cyrku, i odsłonił im swoją zemstę. Scypio i Werres, obaj pokryci łachmanami, uśmiechali się na myśl zasztyletowania Romy, niegdyś ich matki, dziś ich macochy.
Wśród wszystkich tych postaci i wszystkich tych namiętności stoi obraz spokojny starca afrykańskiego, Masynissy. Majestat jego jest gorzki, jak każde ze słów jego. Wydaje się niekiedy, że żył od wieków i że nigdy nie umrze. Pierś jego pali, szyderstwo i pycha wypływają z niej strumieniem ciemności. On jest jedynym powiernikiem spiskowca. Pobudza go do cierpienia w milczeniu, powtarzając mu, że poza grobem istnieje inna Roma, z którą walczyć przyjdzie przez wieczność całą. Wreszcie skłania go do uwiedzenia i do uzbrojenia katakumb. W katakumbach znajduje się dziewica chrześcijańska, fanatyczna i czysta, którą miłość do szału doprowadza. Nie chcąc grzeszyć buntem przeciw Chrystusowi, pada zemdlona u stóp Irydiona, a później budząc się, bierze go za Chrystusa, który przyszedł zakładać swe millenium. Wszystko do tej chwili przyrzeka zwycięstwo bohaterowi tych stronic; ale w dniu oznaczonym, w chwili, gdy okiem tryumfującego Katyliny rzuca ponure spojrzenie na miasto, które ma poświęcić bogom podziemnym, w chwili, gdy podnosi rękę, by zapalić stos, mający być sygnałem pożaru Rzymu, zdradzają go chrześcijanie, ugodzeni piorunem klątwy biskupa rzymskiego, gdy, uzbrojeni, wybiegają z łona katakumb. Wtedy on, który stał się chrześcijaninem, wraca do bogów matki swojej, do nieubłaganego Odyna. Heliogabal i boska Elsinoe, siostra nieszczęsna, giną. Następuje walka krwawa, rozpaczna z Aleksandrem Sewerem. Później, gdy wszystko stracił, gdy żaden dziryt, żaden miecz go nie dosięgnął, ucieka, jak Orestes, daleko ku brzegowi morskiemu. Tam oczekuje go Masynissa, żądając, by mu sprzedał duszę. Zwyciężony poznaje w ostatniej swej godzinie, że był jedynie myślą proroczą o zburzeniu Rzymu, myślą tylko, niczem więcej. Wtedy oddaje duszę swą księciu ciemności; ale żąda za to zapłaty. Chce, przez dzień jeden przynajmniej, widzieć Rzym ten, którego nienawidził, w błocie i pohańbieniu. Masynissa zgadza się na to i usypia go w jednej z jaskiń gór Latyńskich. Dzień, w którym się obudzi, nie będzie ani dniem Alaryka, ani dniem Attyli: jest to noc roku 1835, gdy, po panowaniu w Romie materii i ducha, z pierwszej pozostały w Rzymie jedynie ruiny, z drugiej zgrzybiała teologia.
Wstęp ma kształt poematu, reszta jest dramatyczna. Koniec, przebudzenie, będzie balladą. Wybacz, mój drogi, że nudziłem Cię tak długo streszczeniem mego dziełka. Żegnaj i kochaj mię zawsze!
Zyg. Kras.
111. Do Konstantego Gaszyńskiego
Livourno, 14 czerwca 1835
Za trzy dni jadę do Niemiec, do wód Kissingen w pobliżu Würzburga. Tam będę przez trzy tygodnie, pisz tam do mnie. A potem wracam na jesień do Florencji, na zimę do Rzymu.
Jeśli takeś się zakochał w malarstwie, tobyś dopiero tu mógł użyć widoku arcydzieł. Ja jakoś dość obojętny jestem na obrazy; może to i stąd pochodzi, że nie mogę patrzeć na nie długo bez bólu w oczach. Co pojmuję być wzniosłem, to pierwszą chwilę natchnienia malarskiego, kiedy twarz, niewidziana na ziemi, staje mu, jak gorejące słońce, w mózgu i świeci, jak nadzieja — ale następny mechanizm sztuki nieznośnym byłby dla mnie. Wolę pisać: atrament mi nie śmierdzi, palców nie mażę, nie żyję w jadowitej atmosferze. Ale, jeśliś dobrze pojął, co malarz i jego dzieło, stosunek między nim a niem, to powieść twoja Ci się uda. Po francusku nie radziłbym jednak pisać. Horacy mówi: „Nie noś drzewa do lasu”; a potem nie napiszesz tak, jak Janin lub Sue. Wreszcie świętym dziś obowiązkiem dla każdego z nas o ile możności pisać po polsku; jedyny to kamień, pozostały z gruzów — budujmy na nim! Potem, pisząc po francusku, styl swój polski zepsujesz; niepodobna dobrze w dwóch językach pisać, chyba listy. Duch człowieka różnorodnych form nie może przyjąć, żeby jedna nie następowała na kształty drugiej. Zresztą, jeśli czujesz się na siłach wystarczenia tym olbrzymim, zdaniem mojem, trudnościom, to rób podług myśli swej! Addio.
Z.
O Magnusie135 nic nie wiemy. O matce Twojej doniosę Ci wkrótce.
112. Do Henryka Reeve’a
Kissingen, dn. 10 lipca 1835 r.
Drogi Henryku!
To niemożliwe, niemożliwe! Nie będę mógł być w sierpniu ani w Schlangenbadzie, ani w Ems. Kobieta, którą w życiu najbardziej kochałem, ostatni koniec mej młodości i początek mego wieku dojrzałego i męskiego, będzie w tym czasie w Tryjeście i Wenecji. Przeznaczenie ciągnie mię ku niej, gdyż po raz ostatni w życiu przycisnę ją do serca. Bawi teraz tutaj. Jestem potężny i szczęśliwy, jak bóg pogański. Za kilka dni wyjeżdżam do Ischlu; później, mniej więcej na początku sierpnia, udam się do Tryjestu. Napisz tam! Po dniach tych, które się kończą i które nigdy nie powrócą, złożę swoją koronę młodości i szaleństwa. Stanę się mężem. Bieg mego życia będzie może nic nie znaczący dla ludzi, którzy mię otaczają, ale wypełniony, ciemny i straszny w tajnikach mojej duszy. Praca bez wytchnienia jest celem, który, jak Saturn, pożera swoje dzieci, zanim wyrosną, lecz niech się co chce dzieje! Takim się urodziłem, takim umrę. Rozpocząłem od fanatyzmu miłości i sławy, później goniłem w milczeniu i uroczyście za innym fanatyzmem, pewny, że Bóg tam, gdzie jest... Czytaj św. Pawła!
Zyg. Kras.
W tych kilku słowach masz całą duszę moją i przeznaczenie.
113. Do Anny Ankwiczowej
(Wenecja, wrzesień 1835)
Żem w Iszlu szukał Henriettas Stelle, zaświadczyć mi mogą wszystkie echa, co odbiły moje grzmiące kroki, wszystkie drzewa, które pokaleczyłem, wdzierając się wzwyż i staczając się na dół, wszystkie kamienie, które postrącałem w przepaść, wszyscy włościanie, których się pytałem o drogę, a którzy mi jej nie przekazali. — Trzy dni szukałem — i to miejsce było dla mnie jak ognik latawiec po trzęsawiskach, co usuwa się dalej coraz i dogonić go nie sposób. Wreszcie stało się, żem znalazł dnia trzeciego. Stolik doktor Gotz zabrał, dwie ławki tylko zostawił — i stoi jawor z literami A. H. na korze swojej. Pod jego dopóki mój pojazd nie nadjechał a wtedy pożegnałem drzewo ono, ślad dawnych cierpień i marzeń młodocianych, cichych, które niczem są dla świata, a znaczą może wiele w niebie, i puściłem się dalej, ku Salzburgowi. Teraz jestem w Wenecji, w Wenecji mojej kochanej, własnej, której nikt mi nie odbierze. Pływam po morzu w rybackich barkach, obwisłych żaglami, lotem od Piazza do Molo i Chiesa i dalej; barka sunie bokiem po wodzie, wiatr pcha ją mocniej od pary i żyję życiem, które kocham.
Za kilka dni udam się ku Rzymowi. A Panie gdzie jesteście? Czy w Wiedniu, czy w Miechowie, czy w Krakowie? Ja myślę, że w Ober-Braunerstrasse. — Czas jest cieniem wspominałem sobie salon Pani, piękny, księżyc po nocach świeci, a wtedy Wenecja staje się światem duchów, światem prorokiem tego, który kiedyś nadpłynie ku nam i porwie nas w swoje fale, błękitniejsze jeszcze, bardziej szklarnie jeszcze, niż szyby Adriatyku, niż niebo Włoch. — Ale to dla niektórych tylko, bo dla innych będą tam dziksze skały i potężniejsze burze, niż bywały tutaj. Nad Wenecję nic nie znam świętszego, piękniejszego. Jej milczenie wymowniejsze, niż wszystkie karety i bruki, o których Descar marzy. A cóż się stało z tym bohaterem bojaźni, z tym mazaczem herbów własnych? Kiedy gdzie zobaczę garkuchnię, wtedy jego postać staje mi w pamięci etc. etc.
Ale przypomniałem sobie: należy hołd złożyć i myto za przejście Alp, podatek u wejścia do Włoch zapłacić pannie Henriecie. Inaczejby mnie dalej nie puściło ni morze, ni niebo Włoch. A zatem płacę, złą monetą pewno, ale proszę darować, bo wyjeżdżam z Austrii. Moje uszanowanie p. Hrabiemu. Przypominam się pamięci p. Marcjanny136. Kilka razy sięgnąłem ręką po mgłę, przesuwającą się nad moją głową na skałach Tyrolu, by z niej zasłonę śnieżystą jej utkać na dzień strasznego sądu zakonnych obłóczyn, ale mgła przeleciała; może i jej zamiar przeleci. Upraszam o wiadomości o sobie i swoich, a teraz żegnam i proszę wierzyć temu, co kilka razy powtarzałem, o wdzięczności całego serca mego. Pani Hrabiny najniższy sługa
Zyg. Kras.
P. Danielewicz składa uszanowanie swoje.
Mój adres: Rzym, Torlonia.
114. Do E. Jaroszyńskiego
Wiedeń, 1835 r. — dnia 10 decembra137
Drogi Edwardzie!
Padłem na kolana i podziękowałem Bogu, kiedym przed kwadransem list Twój z 24 now[embra] odebrał. Zdało mi się, że coś jaśniejszego, lepszego stało się na świecie, że wiosna jakaś niespodziana wróciła. Bo trza Ci wiedzieć, że smutne, okropne wiadomości się rozchodziły, tak okropne, że już tylko pomoc w Bogu zdawała się zostawać, że po nocach żal ciężył mi nieznośnie na sercu że po nocach widywałem straszne miejsca straszne, ostateczne sceny, że wtedy jeden ratunek był mój w modlitwie, jeden ratunek chodzić do kościoła św. Szczepana i msze kazać odmawiać, jakby już za duszę, co odleciała, za istotą, z którą wieczny, straszny rozdział nastąpił! Oh, przez Ciebie ja wróciłem znowu pod te ciemne arkady gotyckie, dla Ciebie, od dawna rozbratany z śpiewami, z obrzędami, z temi gromnicami wśród ciemności, poszedłem przed ołtarze. Bóg widzi, żem szczerze się modlił, żem silnie ściskał dłonie w niewymownym żalu, żem Go prosił, jak dziecko, co krzyczy i krzyczy, i chce koniecznie czegoś! Chwała Jemu, chwała Bogu — Bogu, że rozśmiały się niebiosa, że przynajmniej otucha się znalazła, że nie ma tego przedziału, gorszego od śmierci, w którym wie serce o drugiem, że bije, a choćby pękło za nie, pękłoby samo, nadaremnie.
Są smutne pasma życia, są dni stroskane na świecie, są położenia, w których dusza odpycha, jak może, ciało, by jej lepiej było po rozerwaniu łączących tasiemek; ale są też chwile zbawienia, chwile uniesienia i dziękczynień dla tej miłości, która strzeże i z toni wyrywa. Im toń głębsza, tem akord wesela, co z niej wychodzi, potężniejszy, anielszy. Taki ja usłyszałem dzisiaj!
Słuchaj! Ty chcesz wciąż mi dowieść, że ja dobry byłem dla Ciebie a Ty nie dla mnie. Porzuć te dowodzenia, nie możesz w nich tylko sofizmami postępować. Powtarzam Ci, żeś Ty był dla mnie nie po ludzku dobrym, ale po anielsku, że żadnej równości w tem nie istnieje między nami, że ja czuję w tem całą niższość moją. Myślą, zapewnie, i sercem kochałem Cię mocno, wielce, tak, jak wypaść musi z mojej natury niezimnej, ale czynami nigdy! Czynem Ty mnie kochałeś, Ty mi tysiąc dowodów dałeś; co są w porównaniu Twojego położenia moje okoliczności?... Choć na brzegu przepaści choć na progu śmierci, ruszałem się wolno, niepodlegle: nie ciężyła przyszłość nade mną ponura. Żyłem cały namiętnością, ogniem, który mógł zgasnąć wprawdzie, ale z własnego popędu, w jednej chwili. Cóż dziwnego, że w takim stanie mogłem myśleć o Tobie, ale Ty żeś o mnie myślał — o, Boże, pobłogosław mu za to na wieki! Nie mógłbyś wynaleźć innego adresu, przez który mógłbym pisać do Ciebie? Mam w tem pewną przyczynę. Może oskarżysz mnie o podejrzliwość, ale to jest tylko chęć odsunięcia pokusy; na co kusić ludzi a potem na nich się skarżyć?
Dzień 16 nowembra był dniem śnieżnym, ponurym, z tych dni nieśmiertelnych, które nigdy w pamięci nie wymierają, z tych dni zabijających, stanowczych, które odmieniają postawę, twarz, ruchy człowieka, a w duszy jego coś niszczą, przetwarzają, z tych dni koniecznych, w których objawia się siła przeznaczenia, jakby siła jaka natury ślepa, ogromna, bez ale!... Ten dzień przeszedł mi nie w Wiedniu, ale w jego okolicach. Ten dzień przeszedł mi, jak sen, a został się we mnie, jak męka. Kiedy pomyślę o nim, zda mi się, jakobym widział rusztowanie i słyszał ostatnie namowy księdza. Po tym dniu życie moje stało się bryłą granitu: ni mchu, ni rosy! Po tym dniu spotkałem się z p. K...; był u mnie, mówiliśmy o Tobie, mówiliśmy o rozmaitych zresztą, a bardzo obojętnych rzeczach. Byłem spokojny; on nie wie, co we mnie się działo tego pewny jestem! Potem on pojechał, i jechał tak wściekle prędko, że dogonił to, za czem gonił nadaremno, i znów obserwował ten drugi przedmiot ciekawości we Lwowie. W tem podobny do podróżującego anatomisty, co w jednem mieście jednego, w drugiem drugiego trupa egzaminował, a o duszy, co z nich wyszła, nic się nie dowiedział. Ta dusza, Edwardzie, obleczona cieniami śmierci, gdziekolwiek ona jest w tej chwili, proś za nią Boga i umiłuj ją. Ta dusza z dwóch części się składa, z dwóch serc wyzionięta, i teraz już jednością w wieczności! Chwila, kiedy opuszczała ciało swoje, straszną była, — straszną, powiadam Ci!
Ach, gdzież to drugie ciało, opuszczone, martwe? Gdzie ono w tej chwili? Ty je ujrzysz, Ty odmówisz modlitwę wspomnień nad niem, Ty je pobłogosławisz, nieprawdaż?... Ale dość o sobie! To nawet za wiele, w tem egoizm mój!
Bądź łaskaw, pisz teraz mi zawsze pod adresem: Simmy banquier à Vienne. On mi odeszle tam, gdzie będę. Wybieram się ostatnich dni decembra do Florencji; miałem jechać natychmiast po tym dniu, o którym ci wspomniałem, ale wstrzymało mnie przeczucie śmierci o Konstantym z cholery, i dlatego przeczekałem jej kryzys w Lombardii.
Co się tyczy listu z Gratz, to ja się pomyliłem, bo pisałem Ci go między Gratzem a Wiedniem, a oddałem na pocztę w Wiedniu, ale że mi się to wszystko bardzo mieszało w głowie, tom ci napisał à Gratz. Był to ten list w którym Ci wspominałem o pokusach, które czułem w Wenecji, i które doprowadziły mnie do czynu złego — opłakanego!
Ach, miałem chwile nieskończonej goryczy! Wszystko, co piękne i kochane łamało się przede mną, jak lód, co w kry się rozsypuje. Widziałem spokojne czoła, co tak pękały z rozpaczy; miałem dni, w których samo szczęście, samo uniesienie stawało się ironią, w których pomyśleć o uśmiechu, choćby smętnym, tkliwym, było nie sposób, w których łzy nawet byłyby szyderstwem, dzieciństwem, oznaką marną bólu, bo żeby go wydać, wyrazić — chyba trzeba było skonać!... Ale przeszło, przeszło. Ty wiesz, że w wspomnieniu trumny, oświeconej promieniami zachodniego słońca, trumna znika wreszcie, jedno światło się zostaje. W tem fatalizm — dusz naszych Rządca dobrodziejem jest! — Niech Cię Bóg wszechmocny strzeże i błogosławi ochroni od wszelkiego złego, wróci nam, wróci mnie Ciebie, Edwardzie drogi. Te same życzenia i uściski przesyła Ci Konstanty przeze mnie. Ciągle rozmyślamy o Tobie razem, wspominaliśmy ubiegłe chwile, frazesa twoje ulubione zwyczajne; nieraz z westchnieniem pytaliśmy się jeden drugiego, co on robi, gdzie on jest teraz. Ach, Ty biedny, Ty, coś zawsze gadał o lokomocji! Ale da Bóg, że się skończy wszystko szczęśliwie, że prawda się okaże i że się obaczymy znowu. Pisz zaraz do mnie! Addio! A jeśli ujrzysz... wtedy bądź pociechą, powiedz, iż wiesz, iż ten człowiek kocha, kogo przyrzekł kochać. Jeśli się dowiesz o szczegółach różnych, to napisz.
Dzięki Ci dzięki, mój Edwardzie, że tak myślisz o mnie. Twój
Zygmunt.
„The Phashion” także Ci się przypomina; nieraz w łysinę się palnął, mówiąc o Tobie i żałując Ciebie.
115. Do Adama Sołtana
1835. 16 decembra, Wiedeń
Odebrałem dziś Twój list. Niezawodnie po Nowym Roku stąd wyjeżdżam do Florencji a stamtąd po odwiedzeniu księżnej do Rzymu, do Ciebie. Smutny jestem, jak tysiąc nietoperzy. Twój list rozdarł mi serce. Zaraz napisałem do ojca, by się dowiedział o nich i doniósł mi, sądząc, że to Ci będzie przyjemnem138.
Z Edwardem lepiej się dziać poczyna, miałem list od niego139. Zdaje się, że przy końcu sprawy rzecz inny obrót wzięła, że pokazało się, że to wszystko niczem było, że go skażą tylko na areszt przemijający. Dopiero zawczoraj tę tak dobrą wieść odebrałem; powiedz o tem szambelanowi, o którym wieść chodzi, że muchy latem zabija w przelocie. Jednak nic tak bardzo pewnego w tem jeszcze nie ma. List od księżnej odebrałem, odpisałem zaraz. W Florencji będę jej mówił o Twoich córkach. Sądzę, że dla niej samej najlepszą by było sposobnością wyrwania się z tego stanu nicości i mienia czegoś na tym świecie. Jak tylko stanę w Florencji, do Ciebie napiszę.
Jest tu pełno magnatów. Szczęśliwy, kogo zająć mogą komeraże, intryżki, klucze na połach fraka i gwiazdy na pętlicy. Szczęśliwy, kto nie doszedł prawdy, że wszystko jest nicością i marnem ubieganiem się, że każda chwila szczęścia zapisuje lata całe boleści, tonącemu wcześniej czy później w jedynej realności, w wszechpotędze Boga. Addio, drogi mój i szanowny przyjacielu. Konstanty, Sauvan Cię ściskają. A rivederla140.
116. Do Adama Sołtana
25 stycznia 1836, Florencja
Przyjechałem tu wczoraj o dwunastej w nocy, dziś Twój list odebrałem i te inne, któreś mi był łaskaw przysłać. Chciałbym jechać do Ciebie jak najprędzej, bo mi smutno, źle, gorzko, a jestem goły jak bizon, wszystkiego mam piętnaście napoleonów. Liczyłem na pewno, że będą pieniądze u Torloniego141, muszę więc tu brać stancję na miesiąc za kilka piastrów i dopiero potem do Rzymu jechać, bo tu nikt nie pożyczy złamanego szeląga. Wszystko coraz gorzej na tym świecie, przyszłości za bajona nigdzie, Polska wszędzie w łeb bierze. Jeszcze tego trzeba było, żeby Jelski kozła przewrócił; wszystko się starzeje, błaźni, psuje. Ja sam co do moich stosunków i położenia jestem dość źle, nie wiem, co się ze mną stanie; widzę ze wszystkich wiadomości z kraju, że mnie czekają niemiłe przeprawy, że niczego dobrego spodziewać się nie mogę, ni moralnie ni materialnie.
Teraz słuchaj jednej rzeczy. Mam tu przypadkiem i za bardzo tanie pieniądze mieszkanie nie na dwóch, ale na dziesięciu; przyjedź, zmiłuj się, przyjedź, będziem stali razem! Mam wyborne hawańskie cygara, pod spodem jest kawiarnia Donnego, z której kawa rano, taniej wszystko, niż w Rzymie. Przyjedź, Adamie, kto wie, co się z nami stanie, gdzie los nas rozrzuci; kto wie, czy już długo będziem obok siebie w możności widywania się, kto wie, czy który z nas nie wybierze się w drogę. Piesa142 skończona, „pójdziem k’ chowot” w tę drogę, na której jeśli są oberże, to planety, słońca lub komety. Zmiłuj się, przebądźmy razem jeszcze chwil kilka! Rzadko się kochają ludzie na ziemi, a kiedy się kochają, niechże będą razem, niechże pomówią jeszcze z sobą, niech się uścisną jeszcze, bo każde jutro może ich rozdzielić na wieki! Księżna rada niezmiernie będzie Twojemu przyjazdowi; mówiła mi wczoraj, że chciałaby Cię widzieć. Przyjedź w interesie już samych dzieci, drogi mój Adamie! Co do Pacównej, to jużci możem tak samo z Florencji jak z Rzymu z Kniaziewiczem korespondować143, a potem byśmy razem przed wielkim tygodniem wrócili do Rzymu.
Przywiozłem Ci z wód niemieckich szklanicę i pierścień z Twoim herbem, bo chciałem, byś miał pamiąteczkę z tych miejsc, w których ja byłem. Jeśli nie przyjedziesz, prześlę Ci je przez Fenzego do Torloniego; ale usłuchaj nas, przyjedź, przeżyjem jeszcze dni kilka razem. Jeszcze raz: przyjedź — przyjedź, i kochaj mnie ciągle!
Twój.
W tych dniach spodziewam się pewnych wiadomości o Twoich synach. Salvanus144 się przypomina Tobie.
117. Do ojca
Florencja, 26 stycznia 1836 r.
Wszystko, co było nami, rozprzęga się i wraca do nicości. Zginiem, jak Żydy zginęli, ale nie utrzymamy się jak oni, choć winniśmy sobie sami. Byliśmy najniepewniejszym, najbłędniejszym, najbledszym, że tak powiem, narodem w historii ludzkości. Nic nigdy organicznego, zupełnego, całego u nas nie było: ni arystokracji, ni mieszczaństwa, ni ludu. Byliśmy politycznemi infusoriami, ale nie indywiduami. Dlatego tak łatwo koniec przyszedł na nas. Żeby nasza arystokracja miała była z kim walczyć, jak francuska, jak angielska, byłaby była dzielną i żywotną. Życie jest to tarcie się, jest to podwójność, nie zaś jedność spokojna. A szlachta polska była jednością — sobiepańską, niedbałą o nic, bo nic się jej nie sprzeciwiało, nie nauczyła się życia, w letargu leżała; obudzenie jej było śmiercią.
Ślamazarny był los nasz. Zabierało się na coś w początkach. Zdawało się, że my Słowiańszczyznę spoim i urządzim. Garnęły się do nas narody i korony, ale z niczego korzystać nie umieliśmy, nic w czas zrobić. Gdzie kiedy jaki Polak był genialnym politykiem? Gdzie kiedy Polska wpływ na Europę, reakcję choćby, wywarła? Dobrze gadać obcym o Turkach, ale w rzeczy samej wojny tureckie nie były u nas owocem rozmysłu i przewidywania, tylko dziełem chwilowem nieodbitej konieczności.
Wielki rozum, wielka zasługa, że, kiedy przyszli Tatarzy lub Turcy, to my się bronili wtedy. Ale czyśmy przejrzeli, jakoby obalić potęgę turecką? Ale czyśmy założyli sobie ją obalić, lub przynajmniej określić? Ale czyż wyprawa pod Wiedeń nie była jeszcze prostym przypadkiem — szczęśliwym!
A w naukach, w kunsztach, w sztukach cóżeśmy stworzyli? Jestże poezja, architektura, lub malarstwo, lub muzyka polska? Czyśmy mieli kiedy co polskiego na świecie, prócz rubaszności? — Ubiór od zachodniej Europy, potem od Wschodu pożyczony. Język narodowy porzucony dla umarłego, łacińskiego, potem porzucony dla żyjącego, francuskiego. Literaturka nasza z konceptów włoskich, z maksym Cycerona, z wierszyków francuskich, z ballad niemieckich wyarlekiniona.
W niczem geniuszu, ni zewnątrz, ni wewnątrz; w niczem życia, ni w polityce, ni w duchu krajowym. Po śmierci dopiero żyć się nam zachciało: kiedy nie ma, dawaj! Upiory z nas, nie ludzie. Wszystko po niewczasie. Upiory męczą się srodze: to sekret mąk naszych. Ale to przodkom naszym winniśmy.
Że wojen u nas religijnych nie było, to tylko dowód, że nikt w nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją się. Wojna jest znakiem życia. Naród polski bywał zawsze leniwy do wojny, do pospolitego ruszenia, lubił wygódki. Ale za to fanfaron wielki; bo ten tylko się chełpi, który czuje niedostatek rzeczy, z której chełpi się — ale za to małpa, bo ten tylko naśladuje, co nie ma nic własnego.
Te dwie przywary, razem połączone, tworzą afektację, brak naturalności. Dlatego też my najmniej naturalni z ludzi.
Dlategośmy często wystawni dla widzów, skąpi w domu. Dlategośmy często namiętni dla widzów, zimni w sercu. Dlatego krzyczym, nie myślimy, dowodzim bez przekonania. Jedyną tradycją stanu u nas była: swawola. Jedynym celem powszechnym towarzystwa: używanie. Jedynem pojęciem wolności: lenistwo.
Lekkomyślność nasza pochodziła zawsze z braku głębi w czuciu, z braku prawdziwych celów, słowem z braku wiar jakichkolwiek. Trza było okropnie słabych i ślamazarnych ludzi, by po oczytaniu się w starożytnych, po obznajomieniu się z całą cywilizacją europejską, dać się opanować przez jezuitów, by dać sobie wydrzeć z rąk wszystko przez ludzi, którym nie wierzyli, bo któż z panów polskich wierzył katolicyzmowi? Cała Polska, to raz protestancką, to znów socyniańską, to znów rzymską apostolską bywała.
Nigdy w Polsce ni silnego despotyzmu, ni silnej opozycji nie było. Król żaden nie był wielkim. Stefan Batory zapił sprawę swoją wielką. Ileż to prac podejmować trza było, by tym ludziom wytłumaczyć coś korzystnego dla nich, a rząd, który zawsze wnosił i tłumaczył, sam nie umiał dobrze tłumaczyć. I tak: unia z Litwą z jakiemiż trudnościami się spotkała! A unia z Rusią, z kozactwem nigdy do skutku przyjść nie mogła.
Często się przydarza, że bezinteresowność raczej jest lenistwem, tak samo jak, że pozory szlachetności pochodzą z głupstwa, tj., że są pewne bezinteresowności, że są pewne fakta, wynikające z głupstwa, którym ludzie podchlebiają, przezywając je szlachetnemi. U nas takich bardzo wielka siła. Z lenistwa naszego, z chęci używania a nie działania, srodze potępiające nas wyniknęły skutki: na drodze realnej, że nie mamy bytu — na drodze idealnej, że nie mamy wspomnień naszego bytu, życia naszego życia, tj. historii polskiej. W tym względzie żaden naród niżej od nas nie stoi. Tak tu się stało, jak we wszystkiem: mamy ułamki kościotrupowe historii, tj., chroniki, z których najlepsza chronika Naruszewicza, tyle razy obdarzona tytułem historii — ale nie mamy organicznych dziejów polskich, nie mamy całości. Stąd wynika, że nie ma Polaka, który by głębiej nie znał szkockich dziejów od swoich własnych. Przyznaję zresztą, że gdyby przyszło prawdziwie i filozoficznie komu pisać polską historię, to chyba trza by mu było być cudzoziemcem, żeby się odważyć do takiego dzieła. Serce Polaka nie zdołałoby przenieść na sobie, by odsunąć zasłonę, leżącą nad takim ogromem niedorzeczności, błędów raczej słabości, niż namiętności, głupstwa raczej, niż zbrodni, dzieciństwa raczej, niż ludzkich czynów.
Nie zdołałaby ręka polska opisywać, jako nam opatrzność wydzieliła ogrom darów swoich, jako nas postawiła na pysznej drodze, na samym środku Sławian, jako napisała w przeznaczeniach naszych, że my powinni ich skupić i uorganizować, jako nam dała potęgę, wtedy kiedy sąsiedzi byli słabi i dzicy, jako nas połączyła, nas jednych z sławiańskiego szczepu, z żyjącą i oświeconą Europą i jako my wszystko zmarnowali nie przez hojność, nie przez popęd, nie przez rozpasane namiętności, ale tylko przez nieporządek, przez opieszałość, przez brak rozumu, a nieraz i serca. Podobni w tem do tego, który nikomu szklanki wody nie dał, a stracił majątek.
Słyszałem nieraz naszych sawantów, dziwiących się, że nie ma epopei polskiej. Rzecz jasna: gdzie nie ma historii, tam epopei być nie może. Epopeje nie przez poetów, ale przez narody się robią. Grecja u stóp murów trojańskich zrobiła Iliadę. Germanie w walkach Attyli Nibelungów. Trza czynu, który by lud cały poruszył aż do wnętrzności jego — a u nas nigdy nic takiego nie było. Żadne factum w Polszcze nie wdarło się głęboko ani w uczucie, ani w pamięć narodu. A, mój Boże, mój Boże, my nie dzieci, my nie młodziki, my od tysiąca lat przeszło żyjemy! Jedyna nasza epopeja to Myszeida Krasickiego. Jedyna liryczna poezja, to Fraszki Kochanowskiego. Jedyna tragedia to Barbara Felińskiego. I w rzeczy samej tragicznego przedmiotu w historii polskiej nikt nie wynajdzie. Tam tylko jest tragiczność, gdzie były głębokie uczucia i silne namiętności.
Tragedia jest to to w teraźniejszości, co epopea w przeszłości; do jednej i drugiej trza ruchu, tradycyj poważnych i wiary w coś na świecie.
Było pryncypium, zakorzenione w Polszcze, które niszczyło wszelką w niej poezją: pryncypium buffońskie, rubaszność szlachecka, trefność dworzańska, krotofilność. W innych narodach byli szczególni ludzie, wyznaczeni na pastwę temu pryncypium: zwali się błaznami królów (Triboulet etc. etc). U nas cała szlachta ćwiczyła się w tem rzemiośle, a że wszystko przesadzamy, byliśmy nieraz fanfaronami błazeństwa (tak, jak Lacenaire był fanfaron du crime). Ileż to z tego opłakanego zwrotu ducha narodowego wyniknęło podłości i uniżenia w postępowaniu! Ileż razy szlachcic, dworzanin, tak się przyzwyczaił wszystko w koncepta stroić, że nareszcie koncept powiedział o cnocie i został łajdakiem! Ileż to sejmów przez koncept zerwanych! Samo liberum veto było rodzajem konceptu, ale to z tych konceptów, które kończą się płaczem.
Były u nas indywidualne cnoty i bohatyrstwa, ale narodowych nie było. Co u innych narodów wyszło na cnoty i zbrodnie, to u nas wychodziło na buffonady. Tam, gdzie wielkie zbrodnie, muszą być i wielkie cnoty, bo pierwiastek zbrodni i cnoty jeden: moc ducha, ale tylko kierunki różne (mówię ja tu o zbrodniach politycznych, o spiskach, o niesprawiedliwych zaborach, o dumie i żądzy panowania). U nas było ogromne nic.
Ni cnota, ni niegodziwość, ale mezzo termino: błazeństwo. Ni sroga tragedia, ni idylla niewinna, ale mezzo termino: farsa. I tak, leżąc na kożuchu, pijąc małmazję i piwo, trefnując dziwnie krotofilnie, zeszliśmy do grobu.
Teraz niech mi Papa odpowie: czy takie przyczyny nie wydają gorzkich owoców? Czy potomkom takie przeszłości nie zapisują chwil smutnych? Czy taka nicość nie wydrąża nicości w duszach, które się ku niej obracają? Czy można się dziwić, że plemię nasze, że pokolenie nasze pochyloną trzyma głowę, kiedy pokolenia przeszłe wszystkie żarty zużyły, a nam tylko zostawiły niedolę?
O, ze śmiechu, który niegdyś rozlegał się po Polszcze całej, została nam tylko zawczesna starość. Polska lat pięćset się śmiała gardłem całem i komiczną była — przez kompensacją my dziś płaczem i czujem nieco tragicznej.
Pisałem ja tak długo, choć z obawą znudzenia, jak zwykle, dlatego, że serce moje i usprawiedliwić chciałem z zarzutu, jakoby ono nic nie czuło, jakoby usiłowania drogiego Ojca nie mogły go powołać do chwili nadziei. Chciałem, z ogółu rzecz biorąc, oskarżyć okoliczności i przeszłość, a zdjąć z teraźniejszości ciężar wyrzutów.
Ludzie są tem, czem ich przeszłość zrobiła. Zależą nie tylko od chwil, w których są, ale od wszystkich, w których nie byli. Strasznemi bywają zapisy czynione przez przodków: zdrowie, choroba materialnie — radość, smutek moralnie — i jeszcze kara, lub chwała. My w testamencie dostali tylko wypłatę długów...
118. Do Konstantego Gaszyńskiego
Florencja, 9 lutego 1836
Drogi mój Konstanty! To chyba diabeł konfiskował listy, które Ci pisałem z Niemiec, a potem z Tryjestu. Pewno, pewno. Wielką radość miałem dzisiaj i za nią Bogu dziękuję, żem się dowiedział, że żyjesz; nieraz my z Konstantym, siedząc wieczorem, mówili o Tobie i myśleli już, żeś umarł. Wczoraj jeszcze prosiłem Seweryna Mielżyńskiego, żeby pisał do Prowancji i dowiedział się o Tobie. Chwała Bogu, mój drogi. A, jak widzę, nie tylko żyjesz ciałem, ale i całą duszą, bo tak piszesz po polsku i po francusku, prozą i wierszem! Oby nigdy Cię nie opuściła ta łatwość, ten dar boży, który tyle chwil słodko odpędza, maskuje tyle chwil gorzkich, kiedy nie można ni czuć, ni pisać w nich. Obyś nie przyszedł do stanu przeklętego, w którym poeta zapytuje samego siebie: „Jestże poezja, nie ma li jej na świecie? Cierpkie to zwątpienie, a zarazem za niem, jak dwa widziadła, stąpają dwa drugie zwątpienia: jedno o Bogu, drugie o nieśmiertelności duszy własnej.
Przekleństwo tym Niemcom, panteistom, filozofom! Oni chcą, by materia i duch jedno były, by zewnątrz świata, by za naturą nic już nie było, by organizm świata był Bogiem, żyjącym na ciągłej przemianie, na ustawicznem umieraniu cząstek swoich. Przeklęci, przeklęci — oni mnie pozbawili na czas długi uczucia piękności! A jeżeli to prawdą, żeśmy błaznami dni kilku, a potem prochem, gazem, infuzoriami, idącemi się zrosnąć w jakie inne błazeństwo organiczne? A jeśli prawdą, że świat tylko nieśmiertelny, a wszystka cząstka jego śmiertelna, odmienna, bez wiecznej indywidualności? Jeśli Bóg, to otchłań tylko przemian bez końca, to wieczność śmierci i urodzin, to łańcuch nieskończony o pryskających ogniwach, to ocean, w którym każda fala wspina się, by kształt dostać, i opada natychmiast bez kształtu? Ah, powiedz mi, gdzie piękność, gdzie poezja? Bo poezji nie ma bez nieśmiertelności duszy, bo poezja, to losy dusz naszych w przeszłości i w przyszłości, w porównaniu z naszym stanem dzisiejszym, bo poezja moja i każdego, to to, że był kiedyś, gdzieś, i że będzie kiedyś, gdzieś, ale ten sam, on, on zawsze, czy na ziemi, czy na jakimś komecie, czy w raju, czy w piekle, czy w czyśćcu, czy w polach Elizejskich, czy na Wallhalli, byleby to on był, on! Bez tego już mi i oczy kochanki, już i promienie słońca niemiłe. Ah, przeklęte Niemcy, filozofy!
Widzisz Ty z tej przemowy, że nie w rozkosznym jestem humorze. Żeby to nawet tylko filozofia Niemców, tobym jeszcze dał sobie rady; ale, od kiedy Tyś o mnie nic już się nie dowiedział, zaszły wypadki, które wstrzęsły mną całym od stóp do głowy i od mózgu do serca.
Teraz, co się tyczy Komedii, nie mam żadnego egzemplarza. Ta rzecz się stała przez księgarza w Frankfurcie nad Menem, i ten księgarz się przestraszył potem, i wstrzymał i wstrzymuje dotąd gotową edycję; ładu z Niemcem dość nie można, tak się boi. Edycja mała, bo tylko dwieście pięćdziesiąt egzemplarzy. Teraz, kiedy widać, że chwalą dzieło (nie tylko jeden egzemplarz, ale ze dwadzieścia wykradziono i rozesłano), powiedz mi, czy nie można by drugiej edycji zrobić? Mógłbym ja dostać od kogoś, który ma jeden egzemplarz, i przesłać Tobie, a jeśli myślisz, że zyskasz na tem, to sobie na swój zysk wydawaj! Odpowiedz mi na to! Nikt się upomnieć o podrobioną edycję nie może, bo nikt manuskryptu nie kupił.
Nieszczęśliwy ja jestem w edycjach. Wystaw sobie, posłałem teraz Irydiona i pieniądze komuś; od tego czasu ani słychu o nim, zapewne manuskrypt, by dojrzewał, do szuflady schował. Jeśli to potrwa, to ja Tobie drugi tego samego manuskrypt prześlę, Tylko, mój Konstanty, napisz mi wszystkie objaśnienia w tym względzie: napisz, jak do Ciebie co posłać, pewno do Aix, jak drukują w Paryżu, wiele arkusz druku kosztuje etc. etc, a pamiętaj być szah! z tem wszystkiem. Ciekawym niezmiernie wierszy Twoich francuskich; prześlij mi kilka w pierwszym liście!
Danielewicz serdecznie Cię ściska i zapytuje, gdzie Ulrych i prosi o adres jego.
Mój Konstanty drogi, Bóg Tobie nagrodził dobroć Twoję, wiarę Twoję we wszystko słodkie, poczciwe i piękne. Znalazłeś przyjaciół, którzy radzi Tobie, znalazłeś i cele. Ah, Ty nie czujesz tej próżni bez imienia, bez granic, w której obumieram; choroba nieubłagana, powolna, rozstrajająca nie przepsuła Ci ducha i ciała; znosisz mężnie wygnanie i w pięknem niebie są jeszcze blaski nadziei, chmury rozkoszy dla Ciebie. Ja nigdy nie mogę dojść do czegoś słodkiego, niewinnego; w poezji mojej nic nigdy nie było naiwnego, potulnego, dobrego. Szatan, nie anioł stróż mój, natchnął mnie od lat dziecinnych. Zawsze pękające serca, przeklinające siebie same serca cisnęły się pod moje pióro. Gruz i popiół, oto państwo moje, i, siedząc na tych ruinach, zżarłem ostatki nadziei i miłosierdzia Pańskiego w sobie. Powiedz mi, drogi mój, czy pamiętasz, jakem był lekkomyślny, wesoły, jak mi dni schodziły, gdyby motyle. Oh, nie! Podobno ja nigdy takim nie byłem; już w dzieciństwie mojem były namiętności, które mnie kaziły, które mi czystość duszy odebrały przed czasem; starością jakąś zawsze cechowały mnie bogi, nigdym nie był tak niewinny, tak dobry, tak ufny, jak Ty, i dlategom nigdy nie był, jako Ty, szczęśliwy. O, jakże chciałbym choć na chwilę jedną zostać dzieckiem wśród zielonej łąki świata i śmiać się do muszek, i śmiać się do kwiatów, i dziewcze jakie młodziuchne mieć u boku swego, do której mógłbym powiedzieć: „Siostro moja”. Ozwała się we mnie potrzeba niewinności, konieczny mus wiary w niewinność, kiedym już stary na sercu, kiedy już niewinności ufać nie zdołam. Coś czystego, coś czystego daj mi, a ja Ci duszę oddam w zamian! Wieku mojego nie cierpię, a jednak wszystko we mnie zgodne z wiekiem, w którym żyję: te same rozhuzdane żądze i niemożność ta sama, te same pół-wiary i pół-błyski rozumu i ta sama nuda ogromna, straszna, piekielna, zimna, jak lód, pożerająca, jak ogień. Bądź co bądź, Ty nie zapomnisz o przyjacielu lat młodych, Ty będziesz pamiętał, że on kochał Cię szczerze. Cokolwiek ze mną się stanie, Ty pamięć moją szanować i miłować będziesz. Ale to wszystko mgły, co mi mózg zaciemniają; rozpędzić ich nie zdołam.
Słuchaj, muszę co dla Ciebie napisać, jaki dramat lub co i to Ci prześlę kiedy, i to gdzie wydasz. Odpisz mi zaraz do Florencji i wierzaj, że Cię kocham z duszy mojej całej.
119. Do Henryka Reeve’a
Florencja, 25 lutego 1836 r.
Drogi Henryku!
Nareszcie odebrałem od Ciebie list, który mi przysłano z Rzymu tutaj, gdyż odbędę swój wjazd do wiecznego miasta dopiero koło Wielkiego Tygodnia. Podzielam Twoje zdanie. Można by zrobić coś wielkiego z Giordana Bruno; ale zwróć na to uwagę, że wszelka poezja panteistyczna może być tylko tem, czem są posągi bóstw indyjskich, olbrzymie, potworne, straszne i przygniatające. Jest coś zwierzęcego w poezji podobnej. Według mnie, gdy poezja traci ludzki punkt widzenia, przestaje być prawdziwą i harmonijną. Wyradza się w filozofię, w formułki i, chociaż rozwój podobny może przybrać rozmiary olbrzymie, jeśli dodamy barwy wyobraźni sztuki, nie dojdziemy nigdy do czegoś wdzięcznego, czegoś prawdziwie poetycznego, gdyż, jednem słowem, istnieje tylko jeden przedmiot poezji we wszechświecie, a nie jest to ani Bóg, ani przyroda, jeno człowiek, człowiek działający jako indywidualność nieśmiertelna poprzez przyrodę dla Boga lub przeciw Niemu. Poezja jest oparta na przeczuciu nieśmiertelności indywidualnej. Wszystko, co mię spotkało, zanim przyszedłem szukać nędzy tu, na świecie, wszystko, co mię oczekuje, gdy skończę zbierać nędzę tu, na ziemi, oto moja poezja. Ale spraw, by życie moje stało się jedyną rzeczywistością tego świata i niczem poza tem, postaw poza niem jedynie i wyłącznie wszechświat i Boga, a diabli wezmą wszelkie uczucie poetyckie. Chyba, że się zidentyfikuję z tym wszechświatem, zrobię go sobą, wchłonę go w siebie i stanę się Bogiem i wszechświatem. Tylko za tę cenę zdobędę się na napisanie kilku wierszy, ale wiersze te będą poza granicami wszelkiej prawdy ludzkiej. Nie będą ani popularne, ani ludzkie. Zwracać się będą do mózgu kilku myślicieli, ale nie pobudzą serca wielu ludzi. Oto, jakie są moje poglądy na poezję, wypływającą ze źródła panteistycznego. Świat nasz jest dziwny. Odosabnia się w odrębnych egoizmach, a następnie chce połączyć się w całość egoistyczną, pożerającą, wchłaniającą. Nie może zrozumieć wszechświata i Boga inaczej, niż według podobieństwa swego, to znaczy, że każdy osobnik, który chce być tylko sobą, nie pozwalając żyć obok siebie żadnej wolności, wyobraża sobie, że Wielki Duch postępuje tak samo. Panteizm jest wyższym rodzajem materializmu. Z niego, jak i z materializmu, pochodzi fatalizm i oschłość serca. Nienawidzę czary życia i śmierci, którą podaje mi Siwa.
Myślę teraz o wykopaniu z grobu doktora Procidy. Dwóch ludzi miernie go zgalwanizowało, Delavigne i Nicolini. Kilka muskułów wielkiego męża zostało w ruch wprawionych, a potem zapadł znowu w sen wieczny. Trzeba mu dać życie i na nogi postawić. Wyobraź sobie tego Fausta politycznego, przyjaciela Fryderyka II, przyjaciela śmiałego Manfreda, tego człowieka, wychowanego w nienawiści do papieża i w nauce przyrody, tego człowieka, który, spędziwszy życie swoje na Sycylii między Saracenami, w podeszłym wieku powziął myśl Nieszporów Sycylijskich i urzeczywistnił ją mocą swej potęgi duchowej, swej władzy nad ludźmi, zdobytej rozgłosem jego sławy naukowej i politycznej, sławy wielkiego lekarza, wielkiego przyrodnika i wielkiego obywatela. W nim masz wszystko, czego można pragnąć w poezji: ideę ogólną — przyrodę; ideę indywidualną — ojczyznę. Wywołuję cię, wielki, olbrzymi myślicielu, ciebie, ostatniego przyjaciela Hohenstauffów, ciebie, któryś ich widział wszystkich, jak ginęli przez zrządzenie losu i przez podłość ludzką, ciebie, w którym zgon nieszczęśliwego Konrada zrodził pożądanie zemsty i wolności. I ciebie również powołuję Karolu Andegaweński, bracie świętego, ciebie, hrabio Prowancji i uzurpatorze Neapolu, ciebie, pierwowzorze Ludwika XI, ciebie, rycerzu bez czci, królu bez sprawiedliwości, człowieku bez religii, zabobonny i okrutny, jak kobieta, ostrożny i chciwy, jak stary ksiądz. A później w oddali, na mglistym widnokręgu włoskim, występujcie, cienie nieszczęsne, widma szlachetne, które napełniałyście świat chrzęstem waszej broni i rozgłosem waszych niewypowiedzianych nieszczęść! I ty, piękny Enzio, któryś zwiądł w Bolonii, i ty Manfredzie, sułtanie Nury, błyskawico Kalabrii, i ty, biedne dziecię, który rzuciłeś swoją rękawicę, zanim głowa twoja stoczyła się z rusztowania! I ty, wielki mężu, ty, Fryderyku, ojcze ich wszystkich, którego jedyną słabością było, żeś nadto ukochał Piękno! Jeżeli z was wszystkich nie stworzę pieśni żałoby i zemsty, niech lutnię moją diabli wezmą!
A teraz, Henryku, racz mi napisać, co porabia R. Z. Gdyż on już do mnie nie pisuje. Gdybyś go mógł natychmiast zawiadomić, że się silnie niepokoję w Rzymie i że go błagam, by jak najprędzej pisał do mnie, to szczególnie Ci tę sprawę polecam.
Odpisz mi natychmiast do Rzymu!
Twój na zawsze
Zyg. K.
Uszanowania dla matki Twojej.
120. Do Henryka Reeve’a
Florencja, 6 marca 1836 r.
Drogi Henryku!
Kilka dni temu na list rzymski odpowiedziałem do Hampstead, według Twoich wskazówek. Dziś piszę Ci jeszcze do Paryża. Nigdy nie wątpiłem w Twoje do mnie uczucia, chciałem Ci tylko przywołać na pamięć, że jestem Twym starym przyjacielem.
Nie mogę Ci opisać goryczy, która ogarnęła mię w ostatnich czasach. Zaprawdę, spojrzenie, które rzucam światu, pełne jest rozpaczy. Zacząłem pić z czary nauki niemieckiej. Rozmyślałem nad Okenem, Schubertem, Schellingem i diabli mię biorą! Grałem rolę doktora Fausta, oni Mefistofela. Jednym słowem, głęboko czuję się nieszczęśliwy. Ale po cóż się skarżyć? Jeszcze kilka dni, a później nastąpi wieczność. Dusza moja w równej mierze czuje wstręt do idei nicości, do braku wytchnienia, nieskończonego szeregu światów, wiecznej metampsychozy nędzy i bólów. Gdyż nic innego być nie może: sen lub życie, nicość lub szczęście i zło na przemian. Otóż nie ulega wątpliwości, że w tych zmianach zło przeważa, a gdyby nie przeważało, dobro i szczęście przestałyby dla nas być słodkimi i drogimi. Stałym warunkiem jakiegoś działania musi być cel; a ponieważ celem nieskończonym jest szczęście, musi nastąpić jedno z dwojga: albo działanie ustanie po osiągnięciu celu, a wtedy mamy nicość, albo w dalszym ciągu będzie istniało działanie, od celu dalekie, a w takim razie mamy trudy i cierpienia. Nie mogę wyjść z tego fatalnego dylematu; kiedyś roztrzaskam sobie o niego czaszkę. Szczęśliwi ubodzy duchem — ich jest królestwo niebieskie!
Wkrótce ukaże się rzecz, o której Ci pisałem ostatniej wiosny i co do której odpowiedziałeś mi do Kissingen, że poznajesz w niej myśl moją dawną. Proszę Cię, nie okazuj nikomu, że wiesz coś o tym, ale proszę Cię również, abyś obserwował, jakie wrażenie wywrze i zdał mi z tego sprawę. Czy widujesz Mickiewicza? Spytaj go w rozmowie o jego zdanie o małej książeczce, zatytułowanej Nieboska Komedia, tak, jakby kto powiedział: „La Non Divina Comedia”, która nawiasem powiedziawszy, jemu jest przypisywana i której tytuł drukowano niedawno między jego ostatnimi utworami w katalogu księgarzy paryskich.
Musi to być przyjemna facecja ta Bitwa pod Kirchholmem czyli Miłość Angielki. Nie znam człowieka, bardziej zdolnego do napisania głupstwa, niż mój kuzyn. W zupełności jest na to stworzony. Posiada, prócz innych zdolności przyrodzonych, siłę muskułów, wystarczającą dla rąbania i piłowania drzewa. Szkoda, że jej nie rozwija i że używając pióra, robi swoje palce zniewieściałymi. Ale w gruncie rzeczy to bardzo dobry człowiek. Jego szczęście, że nigdy wina nie pije, inaczej stałby się najstraszniejszym zawadiaką w Europie. Jego istota wewnętrzna składa się z grubych ziarn piasku, jego mózg z jednego krzemienia, jedynie serce jego jest z ciała. Napisz, co to jest właściwie, to jego dzieło! Założyłbym się, że Angielka z bitwy pod Kirchholmem jest Angielką z przedmieścia, w którym mieszka, a sama bitwa sposobem atakowania szablą, nauczonym przez p. Verteta, nauczyciela fechtunku w Warszawie. Walerian ze swej strony wystawia Zygmunta Augusta w Covent Garden. Przyznaj, że moja rodzina, chociaż trochę głupia, jest przynajmniej pracowita.
Za dwa tygodnie jadę do Rzymu i zostanę tam do połowy maja. Rzym to coś bardzo starego i bardzo różnorodnie starego. Ja, który nigdy młody nie byłem, kocham go za jego zgrzybiałość. Czy słyszałeś o Życiu Jezusa Chrystusa Straussa, nowym dziele, obalającym naukowo i historycznie objawienie, po moralnym obaleniu go w sercach ludzkich? Dzieło to wielką robi wrzawę z tamtej strony Renu.
Ostatnie miasto polskie, Kraków, zajęte zostało przez wojska sprzymierzone. Niech drży Kartagina! Dużo musiał czasu zużyć Rzym, by podbić i wymordować Samnitów, lecz, gdy tego dokonał, zwrócił się przeciwko królowej morza. Istnieli jeszcze Hannibalowie, lecz nie było już Kartaginy. Przyjdzie dzień, gdy żal gorzki ogarnie serca kupców; gdyby choć trochę byli mężami, zachowaliby złoto swoje i klejnoty. Na lodowatych wybrzeżach żyją czyści Katoni, którzy powtarzają: Delenda est Carthago145! Przeznaczenie zbliża się, żelazo barbarzyńców odmłodzi świat. A o sercach szlachetnych, rozbitych w walce z nimi, pozostanie niewyraźne wspomnienie w rocznikach ludzkości.
Addio! Addio!
Zyg. K.
121. Do Konstantego Gaszyńskiego
Rzym, 22 maja 1836
Mój drogi! Kiedy się Ty mnie pytasz o szczegóły życia mojego, uśmiech smutny czuję na ustach: niewarte one wspomnienia, choćby dla przyjaciela, niewarte! Znałeś mię kiedyś u wstępu do życia wesołą, pełną ruchu istotą. Nic z tych czasów, ślad ich nawet nie pozostał we mnie. Szczegóły życia mego! Błądzić po ulicach, nie sypiać po nocach, ledwo słyszeć, co do mnie mówią; cierpieć wiecznie w głębi ducha, książkę do ócz zbolałych przyłożyć i odrzucić ją ze wstrętem; położyć się na sofie i słuchać muzyki Konstantego, by zaraz wstać w jakiejś rozpaczy, obudzonej pięknością dźwięków, i prosić go, by przestał grać; w karty kilka minut pasować się z szyderskim, niewidomym losem i karty rzucić na stół w nudzie; tysiącom myśli powtarzać, jak Kartuzy memento mori146, „bądźcie zdrowe”; drżeć na pewne wspomnienia, czasem puścić im serce, a potem odsuwać je od nich; sypać żarciki jakieś gorzkie, płonąć gorączką od nagiego gwałtownego śmiechu i zapaść w próżnię bezdenną, w milczenie kilkogodzinne: oto masz szczegóły życia; nie zabawią Ciebie, mój drogi, nie ucieszą Ciebie; lepiej było ich nie wspominać.
Jest tu Juliusz Słowacki, miły człowiek, ogromem poezji obdarzony od niebios. Kiedy ta poezja w nim dojdzie harmonijnej równowagi, będzie wielkim. Kordian jest poematem zapału, szaleństwa; są w nim pyszne położenia i dziwnie trafne pojęcia. Maria Stuart jest także znakomitą. Mickiewicz nawet sam nie miał tak różnobarwnej i giętkiej wyobraźni. Jednak trzeba, by te żywioły doszły w Słowackim do harmonii muzycznej, by sztuczniej jeszcze nauczył się godzić dysonanse z prawdziwemi dźwiękami. Brak mu czasem powagi, bez której poezja może być miłą igraszką, ale nigdy nie zostanie częścią świata. Tej on nabędzie, bo zdolności tak silne nie ustają, nie słabną, aż odbędą drogę sobie przeznaczoną, i wydadzą wszystkie owoce, w nich nasiennie zawarte. Garczyński nie miał i trzeciej części jego ducha, choć tak w obłoki podchwalony przez Mickiewicza.
Za dni najdalej dziesięć puszczam się w drogę, za dni zapewnie dwadzieścia będę w Kissingen, blisko Würzburga w Bawarii. Tam pisz zaraz i donieś, jeśliś słyszał o jakiej recenzji lub krytyce, lub sądzie, tyczącym się Irydiona, o którym Irydionie kiedy będziesz pisał, to proszę, byś go dłużej nie wymieniał nigdy, jak przez I.
Opuszczam Romę. Nie wiem, czy wrócę do niej, nie wiem, co mi losy gotują nie tylko w przyszłości, ale nawet za cztery miesiące. Może być, że do kraju pojadę. Jeśli pojadę, każ mszę za przyjaciela odmówić i bądź na niej obecny, bo zdaje mi się, że na moją zgubę tam zapadnę. Pamiętaj także, że, gdybym pojechał, to, co pisać będziesz, powinno być niewinne, jak idylla. Jeśli zdołam, znów, krótko zabawiwszy, wyjadę. O matce Twojej dowiem się wszystkich szczegółów, a jeśli będę mógł, sam ją obaczę. Przyszlij mnie jej adres znowu!
122. Do Henryka Reeve’a
(Bez daty)
Drogi Henryku!
Zapewne, ponieważ wróciłeś wcześniej, niż sądziłeś, do swoich penatów, nie otrzymałeś ostatniego listu, który posłałem Ci do Paryża. Twój list zastał mię w Rzymie w czasie rezurekcji, przepychu ceremonii, Miserere, ogni sztucznych i nieznośnego ciągłego deszczu. Zawiadomiłem Cię, że myśl, którą Ci przesłałem zeszłej wiosny, wyjeżdżając z Florencji, ma stać się caro facta147 i prosiłem Cię, byś mi napisał, jakie wrażenie zrobiła na cingente corona,148 przy czem zbytecznem by było powiadamiać wyżej wymienioną cingente corona o twojej dawnej znajomości z wyżej wymienioną myślą. Co do Procidy, to go opuściłem. Przez dwa lata obcowałem prawie bezustannie ze starożytnością, ze starością, z ruinami. Chcę się orzeźwić trochę i rozważyć stan obecny, czas teraźniejszy. Zresztą mógłbyś mi powiedzieć, że jest to diabelnie gorzkie, jak na środek orzeźwiający.
Pokłoń się ode mnie Handley’owi. Podaj mi o jego żonie wszystkie szczegóły, które możesz. Czy księżyc, oświetlający miesiąc miodowy, zniknął z widnokręgu? Czy nie powstrzymały go koncerty Beethovena, gdy blady skłaniał się ku zachodowi? Prawdę powiedziawszy, Henryku, zaczynam nudzić się tem przeklętem życiem wcielacza idei, które prowadzę. Chciałbym przynajmniej przez czas jakiś, by nogi moje chodziły, pierś pokrywała się potem, a ręce stwardniały. Lecz próżne to życzenie. Co do ruchu, to biję się tutaj codziennie przez dwie godziny na szable i szpady. Bohaterstwo moje posuwam tak daleko, że ci panowie nie chcą ze mną skrzyżować ostrzy. Zresztą, dzielę mój dzień między żale nad rozkoszami nikłemi, które rozwiały się w powietrzu, a chęcią zrobienia czegoś — rzeczą bardzo trudną. Później kładę się i w nocy śnię o kobietach umierających, krucyfiksach, bitwach, przygodach. Noc jest moją epopeją, mojem życiem rzeczywistem, czynów pełnem. Dzień to sen mój i niezdatność, rodzaj okrutnej niemocy... W Kolizeum, w Wielką Sobotę wieczorem dużo było ludzi, księżyc wspaniale świecił i dziesięć głosów śpiewało Miserere na szczycie amfiteatru. Corpo di Dio149! Piękny to był widok. Przypomniało mi to Benvenuta Cellini walczącego w noc podobną w tem samem miejscu z dziesięcioma legionami diabłów. To mi przypomniało całą moją młodość. Gdyż, wiesz zapewne, Koloseum wielki wywarło wpływ na moją wyobraźnię. Był taki tłum, jak w szczęśliwym dniu sądu ostatecznego. I czy mam Ci powiedzieć? Ten orszak, ten galimatias, wszystkie te wspomnienia przybrały w oczach moich postać maskarady, robiły na mnie wrażenie opery „buffo”! Patrz, jak ludzie się zmieniają! Niegdyś byłoby to opera „serio”, poematem, hymnem. Jakież nędzne stworzenie! Jakże nędzny i spodlony jest człowiek! Sam sobie jest największym wrogiem. Nie umie nawet zachować dla siebie swych najwznioślejszych uczuć w nienaruszonym stanie. Dusza jego, jak i ciało, to kupa błota, z którego dziś lepi ołtarz, a jutro rozpuści w kloace. Duch, jak i ciało, służyć mogą materiałem do wszystkiego. Forma jedynie jest boska lub nikczemna. A później filozofia przychodzi nam na pomoc i mówi: „Forma jest niczem”. Do diabła ze wszystkiem, nie wyłączając Twego przyjaciela.
Zyg. K.
Odpisz do Rzymu. Wyjadę stąd dopiero za miesiąc. Kuzynowi Walerianusowi nasze pozdrowienia.
123. Do Adama Sołtana
1836. 10 lipca, Kissingen
Po jakichże górach teraz wędrujem? Ileż wschodów i zachodów słońca nad ślicznemi jeziorami widziałeś? Czy tknęła Ci smutkiem serce dysharmonia okropna, tak fałszywo wszędzie brzmiąca między tą naturą, tyle wzniosłą, a tym ludem, tak chciwym i podłym? Każda gospoda, do której w wieczór przychodzi człowiek w Szwajcarii, niszczy urok, którym go dzień cały otaczał. Rachunki gospodarzy i tryngelty garsonów brudzą czystość ludwików i niebios i łąk zielonych, aż wróci ranek i znów zapomnisz o ludziach wśród chwały natury. Ja dotąd tu bawię; nic żadnej zmiany nie przyniosło w mojem usposobieniu, wiem tylko, że za dni kilka jadę (za dziesięć dni) do Pragi; tam Konstanty zostaje, a ja z Salvanem puszczamy się do Gräffenbergu na wodę zimną, w której będę się kąpał do połowy septembra. Pisz więc do Pragi, Danielewicz będzie mi Twe listy przesyłał. Potem co się ze mną stanie, nie wiem, ani się domyślam. Na dwoje babka wróżyła: albo ojciec do Pragi przyjedzie, i tam rozmówiwszy się rozjedziem się na nowo, albo pojadę do Polski. W tym ostatnim lub pierwszym przypadku, zawsze się będę starał Twój obraz przesłać synowi lub córkom; obaczę, komu łatwiej będzie. Jeżeli wrócim coram in patriam150, przyznam się, że to będzie dla mnie pogrążeniem się w zupełne ciemności, do piekieł zstąpieniem. Ale darmo, człowiek nie może ukuć losu swego, przeznaczenie mu go wykuło, przewiduję tylko, że na tem kowadle przeznaczenia może mię jaki młot w miazgę zdruzgocze; wtedy pamiętaj o mnie, myśl o mnie, i bądź mi zawsze przyjacielem, czy żyjącemu, czy bardzo dalekiemu, czy umarłemu. Na tej granicy, na której niegdyś ojcowie nasi chwytali z szczęsnem uczuciem rodzinne powietrze w piersi, na której klęknąwszy dziękowali Bogu, że im pozwolił wrócić z dalekich wędrówek, dziś my, stając, musim się żegnać z najdroższemi uczuciami i osobami. Dziś domem nam cudze ziemie, własna stała się gorszą, niż obca, niż daleka, bo więzieniem. W tej naszej ziemi, prócz ojca, żadnego przyjaciela, prawie żadnego znajomego nie liczę. Co dzień dochodzą mnie wieści o stanie społeczeństwa warszawskiego, które mnie przenikają zgrozą: podłość doszła nieprzebranej miary, nie ma prawie człowieka, który by umiał nawet powierzchowną godność zachować; dobry byt pieniężny i gospodarski ukołysał serca zranione, burakami i pszenicą grób polski zasypali, na wyścigi się uniżają i liżą. Mojem zdaniem roztropnością się zowie z motyką na słońce się nie porywać, ale z drugiej strony podły ten, kto plwa na motykę za to, że słońca z niebios strącić nie potrafi. Jednem słowem na śmierć smutny jestem i nigdzie żadnej nie upatruję nadziei. Najlepiej by się stało, gdybym mógł zachorować na jaką gorączkę i umrzeć. Wszystkie moje szlachetne marzenia w łeb biorą tem samem, że szlachetność jest wyjątkiem na tym świecie. Ja i Danielewicz gramy tu wściekle, by czas a raczej myśli własne zabić; dosyć nam się powodzi, bośmy dotąd wszystkich jeszcze pieniędzy nie przegrali. Rajecki, któremu się dostała w udziale cierpliwość starej Penelopy — żony Ulissesa, nie księcia Kapui — przepędza czas na przepisywaniu nut lub jedzeniu czereśni. Salvanus drapie się w łysinę i rozmyśla o znaczeniu tego słowa „koza”, ja zaś, niczego dobrego się nie spodziewając z przyszłości, wiedząc, iż każda chwila szczęścia jest wygraną na loterii, a ja w loterię wygrywać nie umiem, ni długo ni często, na wszystko gotów jestem, pocieszając się tą myślą, że jedno z dwóch zawsze wypaść musi: diabli albo człowieka wezmą, albo to, co go trapi, i z tą dewizą zasuwam się dzień po dniu w coraz grubsze ciemności. Temu rok, taki szczęśliwy byłem! Czasem, kiedy w nocy się przebudzę i wśród ciszy obrazy przeszłości przesuną się w żywych barwach, to podskakuję, jakby mi kto kulę między żebra wpakował. Addio, drogi mój — Ty, którego tak szczerze kocham i tak święcie szacuję!
Z.
Danielewicz serdecznie Ci się kłania, toż samo Salvanus i Otton Rajecki. Angliz zabity. Czy list mój odebrałeś w Genewie?
124. Do Adama Sołtana
1836. 1 augusta151, Praga
Wyjechawszy z Kissingen 26 lipca, od trzech dni już stanąłem w Pradze. Nic nie wiem o przyszłych losach, nic a nic, to tylko wiem, że szczególne próbki towarzystwa warszawskiego fashionable za dni teraz płynących, przechadzają się po Karlsbadach i Marienbadach, przechrzty, celnicy, ludzie spanoszeni od 1831 roku arendą wziętą od rządu na wódkę, tabakę, i towarami, ludzie zowiący się......., gadający o swoich kucharzach, apartamentach, o balach dawanych na Zamku pod kolumną Zygmunta, w których figurują na pierwszem miejscu wraz — aj waj! — z panami polskimi pozostałymi. Był w Marienbadzie jeden egzemplarz tych panów, z matką, z siostrami, wlokący się za tymi żydami z prawdziwie świętą rezygnacją, rozmawiający z nimi, jedzący, piknikujący, tak zupełnie oddany im, jak słyszałeś, że niegdyś starożytni oddawali się Fatom kiedy poznali, że daremna przeciw Fatom walka. Cezar sobie togą oczy przysłonił za pierwszem uderzeniem Brutusa, Katon sobie dialog Fedona odczytał i pchnął się w serce, ten zaś wzdycha i z tem samem poświęceniem się, na wolę losów, panu P. rękę ściska i kieliszkiem o jego kieliszek dzwoni. Nic zabawniejszego by dla mnie nie było, gdybym sam nie był Polakiem, ale to wszystko zmienia i, co by śmiesznością tylko się wydało, w tem znaczeniu musi podłością koniecznie być. Im bliżej do rodzinnej ziemi, tem obrzydliwsze powstają widma. Na przykład we Włoszech ujrzysz jeszcze X. X., ludzi możnych, jeszcze jakiś polor czasami czegoś mających; w Kissingen nad Renem ujrzysz z kijowskiej gubernii X., skąpego filantropa, przecież jeszcze, mówiącego dobrze po francusku, żałującego dwóch guldenów dla biednej żony, ale jeszcze, jeszcze ujść mogącego. Lecz w Karlsbadzie i Marienbadzie już wytrzymać nie potrafisz: tam ni Ukraina, ni Wielkopolska, ni Litwa, ale Warszawa się wylała, wylały się pomyje, co zostały na dnie w tej beczce, braha skiśniała gorzelników i piwowarów. Tam dopiero usłyszysz i pojmiesz, co to Polska dzisiaj: jak wszystko się płaszczy, jak wszystko przekupne, jak urzęda, przez Polaków odzierżone, dziesięćkroć razy straszniejszemi są, niż piastowane przez Moskali, jak wali się z pieca na łeb ostatek godności narodowej, jak z nędzy i hańby powszechnej korzystają Niemcy i Żydzi, jak Żydzi wszędzie i Żydzi tylko mają wpływy, znaczenie, potęgę, dostatki. A jak zobaczysz na własne oczy te figury naszego tiers-etat, gorsze tysiąc razy, niż niemieckie bankiery i epissiery niemieckie lub francuskie, podlejsze i chciwsze, niż najlichszy agent de change152, czekający w przedsionku Rotszyldów, bogatsze i potężniejsze w dzisiejszym stanie rzeczy, niż największy pan polski — to ci coś przeklętego w sercu stanie, to i łzy zakręcą się w oczach, i świat cały Ci się wyda tylko marną farsą, której chyba koniec jest początkiem czegoś szlachetnego i lepszego, lub przynajmniej ciszą!
Nie, nie, mój drogi! To jest wieczne prawo: kraj, który stał przez arystokracją, gdy ta arystokracja ginie, musi przejść przez długie lata poniżenia i podłości. Nie od razu siły żywotne, zgromadzone w niej, mogą inny kierunek wziąć i znów być jasnym płomieniem. Gdzie lud jeszcze niewywyższony na wielki — oświeceniem, tam bez arystokracji nic nie będzie i być nie może. Lud sam działać nie zdoła nigdy, reprezentanci jego prawdziwi, to arystokracja, nie kupcy, nie tiers-etat, nie bankiery. Kto porywa masy? Kto się sam porywa na drogi niebezpieczne, którym tylko przyświeca gwiazda honoru lub sławy? Kto? Lud tylko i arystokracja. Lud zaś umie tylko przez trzy dni być zgodnym, wielkim, potężnym, reszta czasu musi wpaść w ręce mniejszej liczby ludzi. Smutny jestem bardzo, wszystko dokoła kirem powleczone mi się wydaje.
Powiedz mi, czy lżejsze powietrze w górach, czy wolniej serce bije nad jeziorami? Wspomnij też czasem o mnie na tym Lemanie, kędy tyle uczuć młodego serca puściłem wraz z biegnącemi falami, kędy lubiłem marzyć o przyszłości, której nigdy nie obaczę!
Jadę do Graeffenberga za dni kilka; pisz do Pragi, tylko zaraz, ja Ci z Graeffenberga pisać będę. Konstanty i Salvanus i Otton O’Connel153 Ci się najszczerzej kłaniają. Addio, mój drogi!
125. Do Henryka Reeve’a
Grefenberg, 26 października 1836 r.
Drogi Henryku!
Dopiero dziś odebrałem list Twój z dn. 24 sierpnia. Nigdy nie byłem w Marienbadzie i generał omylił się w tem, jak i w wielu innych rzeczach. Od dwóch miesięcy jestem w Grefenbergu, gdzie biorę kurację wodną, nowo wynalezioną. Jeśli list ten odbierzesz prędko, gdziekolwiek się znajdujesz, odpisz natychmiast do Freywaldau, Śląsk austriacki, Okrąg Tropawa. Jeśli odbierzesz go dopiero później, daj odpowiedź do Wiednia, gdzie zimę spędzę. Nazywa się to po grecku: Ananke, gdy się jest oddzielonym od siebie o trzydzieści mil zaledwie, a list, który się napisało, zużywa dwa miesiące, by dosięgnąć miejsca przeznaczenia. Żegnaj. Ale jest to jednak z Twojej winy, gdyż od sześciu miesięcy ani słowa jednego nie napisałeś.
Tak jak dawniej
Zyg. Krasiński.
126. Do Henryka Reeve’a
Grefenberg, 5 listopada 1836 r.
Drogi Henryku!
Trzeba rzeczywiście nie mieć szczęścia, by nie zobaczyć się po pięciu latach rozłąki, gdy się było od siebie w odległości zaledwie dwudziestu mil; wszystko przez to, że generał wyobraził mię sobie w Marienbadzie, podczas gdy żona jego, którą widziałem w przejeździe w Pradze, wiedziała doskonale, że pojechałem do Grefenbergu, miejscowości uczepionej u szczytu góry, gdzie prosty chłop, nazwiskiem Priesnitz, wynalazł kurację wodną. Biorę ją od trzech miesięcy i odebrała mi prawie wszystkie siły. Otóż patrz, co się stało! Otrzymałem Twój bilecik, pisany 24 sierpnia z Pragi, dwa miesiące później, to znaczy 30 października wieczorem w przeddzień mego wyjazdu do Wrocławia, dokąd odprowadziłem ojca, który przybył, by spędzić ze mną dwa miesiące w pustyni. Odpowiedziałem Ci do Pragi do pałacu hrabiego Thuna, nie wiedząc, dokąd się zwrócić i zachowując przy tem jeszcze słabą nadzieję, a raczej żywe pragnienie, żeś jest jeszcze w Pradze. Ale ponieważ dotychczas nie dałeś mi żadnego znaku życia, piszę do Ciebie wprost do Hampstead. Ten zawód, Henryku, wynika jednak z Twojej winy. Prosiłem Cię w moim ostatnim liście z Rzymu, abyś pisał do mnie do Kissingen, a od sześciu miesięcy nic o Tobie nie słyszałem. Utrzymuję, żeś źle postępował względem starego przyjaciela. Jeśli życzysz sobie wiadomości o mnie, oto one:
Od trzech miesięcy dwa razy dziennie, doprowadziwszy mnie do kulminacyjnego stopnia potu, jaki ciało ludzkie osiągnąć zdoła, wrzucają mię do źródlanej wody, gdzie kilka minut pozostaję. Później każą mi brać kąpiel głowy, oczu, nóg, pół-kąpiele w tej samej wodzie. Następnie pozostawiają mię zupełnie nagiego przez dziesięć minut pod kaskadą w lesie, wreszcie w dzień i w nocy noszę mokrą płachtę na brzuchu i na głowie. Jednem słowem, jestem rybą. Możesz sobie wyobrazić, jak tego rodzaju końska kuracja wprowadza w rozprzężenie maszynę p. Zygmunta, lecz przepowiadają mu najlepsze rezultaty, których ciągle jeszcze oczekuję w przyszłości, nie odczuwając w teraźniejszości najmniejszej poprawy. Ponieważ jednak tu, w górach, zima już nadeszła, od dziś za tydzień jadę do Wiednia, gdzie spędzę zimę, używając w dalszym ciągu zimnej wody. Tam też będziesz do mnie pisywał.
Nie mogę Ci powiedzieć, w jak nędzny sposób spędziłem w najgłębszej samotności te trzy miesiące, mieszkając w chacie na szczycie górskim i chodząc dwa razy dziennie pół mili do małego miasteczka, gdzie mieszka mój przyjaciel Danielewicz, który chciał dzielić moje przykrości, mając przez cały ten czas za jedyną pociechę swoje pianino. Jeśli zobaczysz panią Handley, powiedz jej, że Danielewicz robi w kompozycji olbrzymie kroki naprzód i napisz mi nieco o tem, co porabia pani Handley. Stary Szambelan Reichberg z Monachium powiedział mi, że ma zamiar się rozwieść. Czy to prawda? W każdym razie złóż jej moje uszanowania i powiedz jej, że przypominam sobie z przyjemnością pełne harmonii wieczory, spędzone u niej. Oddaj również Handley’owi pozdrowienia ode mnie. A Ty co porabiasz? Co robisz? Jaką drogą pójdziesz?
Starzejemy się, przyjacielu Henryku, nasza pierwsza wiosna przeszła; lato się zbliża, a lato, miłosierny Boże, będzie suche! Dla mnie życie jest jedynie szpitalem, którego sala wydłuża się w miarę mych kroków.
W ostatnich czasach dużo czytywałem po niemiecku. Przysięgam Ci, że powietrze jakiegoś kraju wnosi do duszy dźwięki jego języka, gdyż, nic nie umiejąc, zacząłem czytać Jean-Paula i Okena, i Hartmanna, i Nibelungi, i Sagę Frithiofową, i Novalisa, i Goethego, i nie wiem, jak to się stało, że ich zrozumiałem. Wtedy jakby świat nowy otworzył się przede mną. Jean-Paul zrobił na mnie wrażenie nieznanego Boga, który stworzył nowe wybrzeża. Jest to dusza najbardziej świeża, jaką znam, najbardziej dziewicza. I w ogóle poezja niemiecka bliższa jest najwyższej Istoty, niż jakakolwiek inna w Europie. To też jest mniej indywidualna, mniej silna, mniej ludzka, niż Szekspir i Byron, lecz nieskończenie bardziej podniosła, szersza, mniej cielesna. Wszechświat, to wieczny bohater tej literatury. Poeci jej zlewają się ze wszechświatem, podczas gdy Byron zwęża wszechświat do siebie, a Szekspir wtłacza świat w ramy społeczności, miejsca, intrygi, którą rozwija i przedstawia. Niemcy, to trójkąt w kole, Szekspir, to koło w trójkącie. To też ile w nim siły, jakiż jest ostry, wyostrzony, przenikliwy! Ale zupełnie nie umie odnaleźć siebie, nie umie nadać sobie falistych poruszeń duszy, zlewającej się z Bogiem, rozpraszającej się we wszystkiem. Nie ma pojęcia o tem, co to ciecz, jest ciałem stałem, marmurem, żelazem, posągiem. Niemcy zrozumieli lepiej, niż cośkolwiek innego, naturę cieczy i wibracje. Wzdychają i wznoszą się ku jakiemuś kształtowi, a później opadają znowu na łono Boga. To sprawia, że są tak dziecinni, tak naiwni i tak głębocy zarazem, a niekiedy pełni tak boskiego wdzięku. Gdyż nic na świecie nie ma tyle wdzięku, co fala wodna, żagiel i zapewne (gdybyśmy mogli je zobaczyć) fale powietrzne, magnetyczne, prądy elektryczne.
Żegnaj, drogi! Odpisz mi! Twoje długie milczenie, wierzaj mi, to tylko wrażenie wywarło na mnie, że powiększyło we mnie w dwójnasób pragnienie usłyszenia głosu Twego. Mówię Ci na honor i na prawdę; jestem zawsze Twoim przyjacielem.
Zyg. K.
Gib treulich mir die Hände,
Sei Bruder mir und wende
Den Blick vor Deinem Ende
Nicht wieder weg von mir!
Ein Tempel, wo wir knieen,
Ein Ort, wohin wir ziehen,
Ein Glück, für das wir glühen,
Ein Himmel mir und dir!154
Wspaniałe wiersze Novalisa, jedyne prawdziwie piękne, które napisał, gdyż proza jego nieskończenie przewyższa wiersze. Te jednak są wspaniałe.
127. Do Adama Sołtana
Wiedeń, 12 novembra 1836 r.
Dziękuję Ci za list, który mnie przywitał na samym wstępie tutaj. Mój drogi! Smutne w nim myśli. Powiadam Ci, biedna Twoja maleńka szczęśliwsza od nas wszystkich, śniło się jej tylko, że była na ziemi i po nocy jednej obudziła się na powrót w domu. My zaś niejedną noc jeszcze mamy. Nic czystszego, nic bardziej błogiego, jak zgon dziewczęcia. W późniejszych latach, wśród pokus życia i trudów jego umierać, to inaksza sprawa, bo już duch nasz przyrósł do ziemi, przylgnął do ciała, człowiekiem stał się zupełnie i tak się omamił, że rzadko myślał, iż ta ziemia złudzeniem tylko; wtedy są zapasy ciężkie w godzinie ostatniej, wtedy prawdziwie więdniejemy na łożu śmierci, bośmy prawdziwie rozwici byli. Ale ona, ta biedna, ta dobra, ta mała, święta Twoja, był to pączek tylko, który śmiercią w różę się rozkwitł, tylko, że niewidzialną dla nas. Pewno, konając, nie żałowała nieznanego świata; może jej przyszła myśl o ojcu dalekim, jak przez mgłę, ponuro, a wtem pękła mgła i gdzieś ujrzała się w błękitach, i wtedy jasno, oczkami anioła, ujrzała ojca ziemskiego i rączki ścisnąwszy za nim, udała się do niebieskiego. A kiedy na wiosnę przynosić Ci będą kwiaty, pomyśl, że taki jeden świeży i południowy masz w niebie, którego wonią są modły i pieśni za Tobą. Nie płacz nad jej zawczesnym grobem, ale mów raczej: manibus date lilia plenis!155
Księżnę zastałem daleko lepiej. Sama pisać nie mogąc, kazała mi, bym Ci doniósł, że pisała przed tygodniem do księdza Chołoniewskiego, zasięgając rad jego względem przeniesienia Marii. Przy sobie jej mieć nie odważa się, ale chce ją mieć przy Tobie w Rzymie. Pojmujesz, że to będzie dość długo trwało; ja zaś co dzień o tem przypomnienie i ekshortację do rozmowy wtrącę.
Mój ojciec pojechał na Podole; zapewne w tych dniach Maria portret Twój mieć będzie. Co zaś do jej miniatury, już pisałem wczoraj do panny Szadurskiej156 poleciwszy ten interes plenipotentowi ojca w Dunajowcach, który powinien odebrać ją z rąk panny Szadurskiej i tu mi przesłać, jak najrychlej będzie można. Pisałem zaś niby to od księżnej, która się podpisała, bo inaczej by zapewne Szadurska nie dozwoliła, ile że trzeba zasięgnąć pozwolenia biskupiego, by malarz mógł wejść w mury klasztorne — lub Maria z nich wyjść do malarza. Mam nadzieję, że najdalej za dwa miesiące będę mógł Ci portrecik na Torloniego ręce przesłać.
Jakem przed laty czteroma właśnie tu przyjechał na pogrzeb Reichstadta tak dziś trafiłem na pogrzeb Karola X., który za godzinę odbędzie się u augustianów. Patrzaj, w jednem mieście i ostatni z Napoleonidów, i ostatni z Burbonów śpią w trumnie gościnnej, nie własnej, orzeł młody i lilia stara, pobratani snem śmierci, pojednani przeciwnością i zapomnieniem. Tymczasem Canino u was, Ludwik w Strasburgu stoją obok rusztowania; pierwszy za drogowy, drogi za polityczny rozbój. Jeśli wiatry od Europy przynoszą marzącemu w grobie Napoleonowi odgłosy hańby żony, nieszczęść krewnych, drżeć musi skała granitowa od jego bolesnych podrzutów. Orzeł, co zwykł siadać na trofeach i oczy wlepiać w słońce, dziś na rusztowanie, dziś w topór kata spojrzeć musi. Patrz, jak się wszystko psuje i błaźni na świecie, jak indywiduami los poniewiera. Jedna ludzkość pozostaje tylko poważną i wielką; reszta, jak pył, jak liście jesienne, jak miłość Don Juana! Z tem jednak ciężką rzeczą jest odegrać rolę indywiduom, tyle rzeczy, sama natura rzeczy spiknięta przeciwko każdemu; kto więc w ciągu dramatu swojego nie stracił powagi i godności, kto przylgnął do ideału ludzkości, która nigdy ich nie traci, temu chwała i szacunek, a jednym z takich widzisz mi się, Adamie.
Wyszedł stary rękopis szlachcica polskiego, Paska, malujący najwyborniej obyczaje XVII. wieku za Jana Kazimierza, Korybuta, Sobieskiego etc. etc. Pisany on z rzadką fantazją i dowcipem prawdziwie polskim, trzeba pękać od śmiechu. Pewny jestem, że byłoby Ci miło go przeczytać, jeden tom tylko; czy chcesz, żebym go przysłał do Rzymu? Zapytaj Torlonich, czy też przyszły moje książki, oczekiwane na wiosnę. Powiedz mi także, czyś słyszał o nich w podróży. Addio — addio.
Z.
Danielewicz Cię serdecznie wita. Salvan jeszcze nie wrócił. Civita Vecchii157 moje uszanowanie. Józiowi i Hermanowi ukłony.
128. Do Henryka Reeve’a
12 listopada 1836 r. Wiedeń
Drogi Henryku!
Przybywszy przedwczoraj do Windobony Augustorum, znalazłem wczoraj na poczcie list Twój z Krakowa, co jeszcze żal mój powiększyło. Jestem zadowolony, że kraj, który widziałeś z bliska, nie umniejszył idealnego obrazu, jakiś sobie z dala o nim wytworzył, gdyż, drogi mój, każda piękność blednie wobec swego pierwowzoru, napotkanego na ziemi. Co prawda, piękność grobowców, będąca całkiem ziemską, jedna jedyna zyskuje na bliższem poznaniu. Piękna kobieta straciłaby na tem, gdyż jest aniołem w Twoim mózgu, ale trumna, to co innego. Nie mogę dość odżałować fatalnego zbiegu okoliczności, który przeszkodził naszemu spotkaniu, i oddzielił mię od Ciebie jakby zasłoną mgły, choć byliśmy tak blisko siebie. To ten przeklęty szczyt górski, nieznany światu, winien wszystkiemu, ale bardziej, niż on, Twoje milczenie, to, żeś do mnie do Kissingen nie pisał. Ty zaś na mnie winę zrzucasz. Postępujesz w tym wypadku, jak ładne kobiety, które, gdy się czują winne, same sprzeczkę rozpoczynają. Ale o umarłych jedynie dobrze mówić należy, a ponieważ sposobność ta dla nas umarła, pokryjmy grób jej listami, jak gdyby to były kwiaty.
Przybyłem w sam czas, aby być obecnym na pogrzebie Karola X. Przed czterema laty w tem samem mieście przesunęła się przed mojemi oczyma trumna księcia Reichstadtu. Młody orzeł i stary kwiat lilii dziś zbratały się w podziemiach monarchii austriackiej. Udzielono im nicości. Biedny król Francji! Dobrze postąpili tutejsi, że nakazali żałobę dworską. Względy, należne nieszczęściu, uszlachetniają tych, którzy je okazują; Requiem, śpiewane w kaplicy cesarskiej nad trumną wygnańca, sprawiło radość memu sercu. Tyle nikczemności na świecie, a fakty dokonane tak mało się zwalcza, że pociesza to mię zawsze po trochu, jeśli spotkam jakąkolwiek ideę, która powstaje przeciw rzeczywistości, jak gdyby skrzydła z piór, uderzające o skałę granitową. Widzę w tem godność ludzką, protest ducha przeciw materii.
Spędzę więc zimę w Wiedniu. W dalszym ciągu poddaję się kuracji wodnej. Mało bywam, a właściwie nie bywam wcale. Jestem codziennie w Burgu, najlepszym teatrze Europy, i widzę, jak przechodzą przede mną Romeo, Makbet, Hamlet, Wallenstein, Faust itd. Może coś napiszę. Od roku nic nie pisałem. Gdyby kto miał geniusz diabła, a był Żydem lub Polakiem, niemożliwością by było dla niego osiągnięcie jakiegokolwiek rozgłosu; raczej na więcej by mu się zdało być Żydem.
Zdrowie moje bardzo niepewne. Cierpię ciągle na oczy. Bogu dzięki, nie ślepnę. Mam nadzieję, że odebrałeś mój list z Grefenbergu, adresowany do Hampstead. Jeśli możesz, znajdź w Londynie widzenie zakonnicy Emmerich, wydane przez Klemensa Brentano i napisane pod jej ekstatycznem dyktandem; jest to jakby epopeja ostatnich dni Jezusa Chrystusa. Se non e vero e bene trovato.158 Czy czytałeś Sagę Fritjofową Ezajasza Tegnera, przetłumaczoną świeżo na niemiecki? To pierwszy współczesny poemat epiczny. Daj mi pojęcie o nowych poetach angielskich i napisz mi, co porabiają Handley’owie! Żegnaj! Twój przywiązany
Zyg.
129. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 1 grudnia 1836.
Drogi Konstanty! Ślicznieś wyfrancuził serbską pieśń, tylko kochance jej nie dawaj: bo, jeśli uwierzy, że cała natura na podsłuchach, i że słowiki nawet skompromitować mogą, to nigdy nie da ci rendez-vous. Jeden tylko wiersz mi się źle wydał: Se transforma en un souffle empesté d’un marais, coś w nim niezupełnie francuskiego. Zresztą prześliczne wszystko.
Ciekawość moją podbechtałeś niepomału, donosząc o powtórnej edycji159. Byłbyś zarazem jej dogodził, gdybyś napisał, kto, do diabła, wykradł i drukuje? Z Panem Bogiem, byleby z tego biedy nie wynikły. Bądź łaskaw donieść, kto to jest? Żeś Dionira160 nie odebrał, pojąć, zrozumieć nie mogę i złym niezmiernie. Per Dio! Żebyś jeszcze miał tracić pieniądze na sprowadzenie! A to śmieszna rzecz! Wolę twoją wypełnię zaraz jutro względem księgarni marsylskich; jeśli będzie można, nie omieszkam uczynić. Wiem skądinąd pewno, że Tatarzyn161 znajduje się także w Paryżu. Co do Greka162, bądź tak dobry, powiedz, czy żadnej recenzji nie wyszło po tej, którąś w lecie mi przysłał, i jak ludzkie o nim gawędzą języki. Mam nadzieję, żeś go już się dochwytał.
Henryk Heine jest to wyraz zgrzybiałej filozofii, wpadającej nazad w dzieciństwo, wracającej do materializmu i lekkomyślności, tak, jak Wiktor Hugo zgrzybiałej poezji jest arcykapłanem. Heine i cała jego szkoła, chcąc koniecznie coś nowego utworzyć, nie pomiarkowali, że do bardzo starych zasad się cofają, że przedrewolucyjny materializm Helwecjusza i panów dworskich, przebrawszy go tylko w mieszczańskie szaty, nazad stawiają na nogach. Dziwna to zamiana. Kiedy Francuzi chcą koniecznie wziąć się do serio przez naśladowanie Niemców, Niemcy osiadają w Paryżu i buffo grać zaczynają! Odpowiedź, którą Ci się wywinął, jest godna jakiego markiza z 1750 r. Ten człowiek wiele śniadań i obiadów uprzyjemni przytomnością swoją, spodoba się wielu ludziom, wytknie wiele wad, spostrzeżeń trafnych tysiąc na godzinę wysypie z rękawa, ale jego pamięć niedługo potrwa, jego myśli pójdą za jego ciałem w proch i nicość. Jest on z rzędu używających, wiary żadnej nie ma, o panteizmie lub idealizmie twierdzić nie umie, ale spytaj go, czy miło jeździć w wygodnej karecie, czy przyjemnie pić szampana i za pieniądze kupować uszanowanie ludzi, a pewno się nie zająknie i powie: „A juściż!”.
Wiesz, co Dante wyrzekł, kiedy w piekle ujrzał kondotierów francuskich, którzy przeciwko Hohensztaufom walczyli we Włoszech, którzy mężnymi byli i bitwę niejedną wygrali, tylko żadnej wiary ni czci nie mieli: „Świat nie przystał na to, by po nich jaka sława została, — spójrzmy, przejdźmy i nie mówmy o nich (guarda e passa)”. Niech to służy Heinemu.
Piętnaście dni z tobą przebył, a już rozpoznaję ślady jego w tej lekkomyślności, z którą powiadasz: „La matière a aussi son mérite; changeons de cuisine et de four163”. Materia, Konstanty, o tyle jest piękną, o ile jest suknią ducha; sama przez się, niczem. Człowieka całego, to jest ciało harmonijne z duszą, ukochać, jest twór Boga kochać; ale samo ciało, dla samego ciała, jest bezrozumem. Ah, gdyby przed Tobą postawili zwierciadło i Ty widział w nim twarz kochanki, sam bym Cię popchnął, byś upadł na kolana przed zwierciadłem; lecz gdybyś nic w nim prócz blasku białawego, prócz nicości przestrzeni nie widział, a stał godziny przed nim, miałbym Cię za szalonego. Takiem zwierciadłem bez treści żadnej jest sama materia.
Biedny mój Konstanty! Zawsze rady, ostrzegania, morały. Ależ mój drogi, to wynika z tego, że Cię kocham sercem całem i że drżę zawsze, żeby się Tobie nie stało co złego. Gdybyśmy razem byli, nie tak bym gdyrał, bo każdej chwili sam mógłbym skoczyć Ci na pomoc. Pewno, że materia jest młodszą córką Boga; lecz, kiedy w rozdziale z bratem swoim, duchem, słabą jest i nędzną; jest to słowo bez sensu.
Czyś słyszał o jakim Ludwiku Mierosławskim, autorze historii rewolucji polskiej w stylu rzeźnika? Powiedz mi, gdzie jest i czem był i jest dotąd? Jeśli kiedy spotkam tego człowieka, to ja, albo on, chwilę gorzką mieć będzie. Mój Boże! Przekleństwo Twoje na nas wszystkich spoczywa, zatrute głębie serc naszych, nie ma jednego uczucia, w którem by gniew Twój nas nie doścignął. Z własnych braci, katów nam dałeś i gotujesz na później! Może Ty słów tych nie rozumiesz, ale ja, na nieszczęście moje, rozumiem je aż zanadto. Bądź mi zdrów i szczęśliwy w grudniu, i pisz jak najprędzej!
Ojciec mój wiele się wypytywał o Ciebie. Dałem mu czytać Twoje wiersze; był pewny, że Lamartine. Kiedym powiedział, czyje, bardzo się dziwił, żeś do takiej gładkości doszedł, i kazał Ci z serca powinszować. Pamiętasz go, jaki był czerstwy, silny, przystojny dawniej; teraz blady, wychudły, posępny, dawnych uśmiechów śladu już nie ma. Ah, czy pamiętasz, kiedyś mu Jaxiadę164 czytywał? Lepsze to były czasy. To mnie także nęka, co chwila się obawiam, bym się o jego chorobie, śmierci nie dowiedział, a wiesz, jak go kochałem zawsze. Teraz on jeden pozostał z domu całego naszego, wszyscy inni pomarli. Jego tylko mam w Polsce, prócz niego nikogo: bo jeden Konstanty ze mną, a drugi w Prowancji. Bądź szczęśliwy!
130. Do Adama Sołtana
17 stycznia 1837, Wiedeń
Mówisz mi o tych drobiazgach, które Ci ofiarowałem, jak gdybyś mnie za obcego uważał, a zapominasz, że ja Ci wdzięczność winienem za to, że je dobrem sercem ode mnie przyjąłeś; bo, przez Boga, w tem egoizm mój był, Adamie, gdyż miło mi było myśleć, że Ty, odbierając je, pomyślisz także, żem pamiętał o Tobie; miło mi było marzyć i wybierać i zastanawiać się nad tem, co może Twojemu stolikowi się przydać. Przyznaję więc otwarcie, żem w tem był samolubem; ale zważ, że Ty się stajesz samolubem, jak tylko mi wzbraniasz nadal tej uciechy. Jeśli się kochamy, ustały między nami światowe przystojeństwa. Tem tylko słodka jest przyjaźń, że drugi świat tworzy, w niczem niepodobny do otaczającego. W miłości, nie ten, który daje, ale ten, który bierze, daje; a zatem, mój drogi, proszę Cię, nie chciejmy wracać do światowych porządków.
Wyobraź sobie, jak mi smutno; dowiedziałem się dzisiaj o śmierci ojca Danielewicza, on tymczasem dniem i nocą pędzi, już dzisiaj musi być w Krzemieńcu, pojutrze przybędzie do Białocerkwi, pełny męczarni oczekiwania, z bijącem sercem, znękany na ciele i duszy i zastanie trumnę. On w rzeczy samej ma los zawzięty na siebie: nie widziałem jeszcze, by mu się co bądź na świecie udało, jak w karty banku, tak w karty życia nieszczęśliwy. Teraz do Niemiec z Anglii była przyjechała, wiesz, ta pani, co tak sławnie grała na fortepianie, co za Anglika poszła, dla której on to komponował romance swoje; przyjechała, rozdzieliwszy się z mężem, który widać zwariował, nie tak, by do ciupków go wzięto, ale tak, że dom własny i pożycie domowe na ciupki zamienił. Otóż Konstanty wybierał się do Münich — piękna to kobieta, rozumna, jak anioł muzyki piękna, kiedy uderzy w klawisze, natchnione czoło165! Może by z nią był szczęśliwy; wtem wieść o ojcu, i pobiegł i opuścił mnie, ją, wszystko, by Zdrowaś Maria zmówić na grobie!
Ja wciąż chory jestem. Rzadko gdzie bywam, na teatrze tylko często, doskonałe aktory, osobliwie pani Rettich; kiedy patrzę na nią, czuję strumień życia w poprzek piersi wybuchający. Zresztą smutno mi schodzą dni, ale schodzą i wkrótce 25-ty rok mi przyciśnie pieczątkę dojrzałości na głowie.
Pisał mi ojciec w ostatnim liście zawczoraj, że Twoi synowie zdrowi. Ja imieniem księżnej pisałem do księcia Radziwiłła, by o paszport się wystarał dla Marii. Księżna Ponińska ofiarowała się ją przewieść do Wiednia na wiosnę, bo jedzie w marcu do Kamieńca. Nasza księżna zrazu się wahała przyjąć, bała się komandora, ale jej dowiodłem jak dwa a dwa równe cztery, że nigdy lepszej sposobności nie znajdzie, a że komandory duszą Don-Juanów; nie są zaś Don-Juanami, szczególnie ten, o którym mowa. Zatem pisze do Ponińskiej, przyjmując jej udział w tej sprawie; nie pisz jednak o tem do niej, aż Ci sama o tem napisze. Przyznać trzeba, że Ponińska, choć śmieszna, dobre ma serce i Tobie wielce przyjazna; list, w którym ofiarowuje się księżnie, pełen delikatnej i czułej grzeczności. Mówią, że tu wkrótce Rozalia Rzewuska z córką przyjedzie, jadąc do Włoch. Podziękuj Skibickiemu za list jego i powiedz, że Salvan mu się kłania i że Edward wkrótce wyjdzie na wolne powietrze.
Malarz Włoch z Wenecji, który rok siedział na Wołyniu i wiadomy Ci obraz robił, przywiózł mi kopię śliczną i żywą; mam ją na stoliku. Często w wieczór sam jeden siedząc, marzę nad tym obrazem, aż mnie przebudzi pytanie, grzmiące w głębi duszy: „Jaka przyszłość Twoja?” I wtedy świat marzeń pęka i zdaje mi się, że coś twardego, obrzydliwego mnie obejmuje. I gdybym w takiej chwili mógł ducha w lepsze strony wyzionąć, bez cierpień konania, Bogu bym podziękował. Co z życia, kiedy siły spać muszą, spać będą coraz głębszą nocą; kiedy nic nie nęci, nie zapala, nie wstrząsa; kiedy najwyższym celem polowanie, lub fabryka cukru burakowego, a wszystkie miłości i żądze, jak szereg pogrzebny, przesłonięty całunem, co noc żegnają nas na wieki! A propos żądz i miłości; Sołtyk już żonaty, a zatem nie dureń, bo trzydziestu lat nie ma. Mówią, że okropne sceny się dzieją między nim a matką żony; pięćset tylko dukatów dostała panna w intercyzie. Eheu! Eheu! To są nasze polskie przepychy. Addio mój drogi, pisuj często do swego Zygmunta.
131. Do Adama Sołtana
(22 kwietnia 1837)
Właśnie w tej chwili odbieram list z Petersburga, w którym pisze mój ojciec, by przysłać na jego ręce list księżnej o paszport i że zaraz paszport wydany będzie, że już to wyrobił; ale tymczasem, jak wiesz, już tego nie potrzeba, bo Przeździecki w Kamieńcu rzecz ułatwił w nieprzytomności Guriewa. Z niecierpliwością czekam przybycia Marii. Chciałbym, nim stąd odjadę, ją ujrzeć i opisać ją Tobie. Jadę zaś 25 maja do Kissingen.
Jestem wciąż chory, mój Adamie, i na ciele, i na duszy. Świat materialny dwoi się przed mojemi słabemi oczami, moralny pęka i łamie się w dziesięcioro w sercu i umyśle moim; nie ma nic w duszy mojej, na czem bym spocząć mógł, żadnej gałązki zielonej po potopie, żadnej oazis na puszczy, żadnej nadziei na przyszłość. Pić opium i marzyć to szczęście największe; prawda, że i tu piekło zjawia się po przejściu snów o niebie. Dziś rano Konstanty coś zagrał z czasów, w których byliśmy w Neapolu, z czasów, które mi się dzisiaj wiosennemi wydają, z czasów, które też poprzedziły najszczęśliwsze dni mojego życia — i słysząc tę preghierę166 Mojżesza uczułem taką żądzę, taką, że tak powiem, lubieżność skończenia bytu, żem westchnął z żalu, kiedy minęły akorda i opadło we mnie żądanie śmierci. Gdyby kto czasem mógł zajrzeć w duszę moją, kiedy sam jestem u siebie, kiedy myślę i męczę się, toby się wzdrygnął — bo, jak fala, wiecznie podnoszę się, by żądać, i opadam w rozpaczy, czując, że z żądz moich nic nigdy nie będzie. Stąd też ja z całej natury najbardziej kocham fale morskie, rozbijane na ostrych skałach Sorrento lub na mieliznach Lido; zdaje mi się zawsze, że w nich coś siostrzanego widzę. Każden podobno człowiek taką falą jest w nieskończoności stworzenia. Im kto silniejszy, tem więcej razy wróci do szturmu, ale wszystkim, wcześniej czy później, jeden koniec bywa — rozbicie. Bohatery zakwitną pianą białą, świecącą, jak wielkie bałwany, i to się zowie ich gwiazdą; mierne dusze płyną z boków i z tyłu, płyną i płyną, łamiąc tylko w drobne zmarszczki powierzchnię głębin. W głębiach zaś, mówią, że są perły ciche, i różowe korale, i kwiaty — któż wie, co rośnie w grobie? Groby przecież, to dna oceanu naszego. I tam muszą być perły, korale i kwiaty. Żegnam Cię i ściskam.
Zygmunt
132. Do Henryka Reeve’a
30 kwietnia 1837 r.
Drogi Henryku!
Mówiąc o Henriecie, obudziłeś w mej duszy coś niewypowiedzianego. Zdawało mi się, że we własnem sercu usłyszałem dzwon pogrzebowy. Żadna z kobiet, którą kochałem na tym świecie, nie była szczęśliwa, nie szedłem bowiem w miłości drogami świata i nie kochałem żadnej według przepisów i ceremonii, ustanowionych przez społeczeństwo. A teraz, gdy sprawiłeś, że struna, drzemiąca w mojem sercu, wydała jęk przeciągły, cała moja pierwsza młodość wraca do mnie. Ujrzałem znowu te same widoki, twarze, czuję woń tych samych kwiatów i niejasne zarysy tych samych marzeń. Mały domek Empeyta szydzi ze mnie białością swoją, ciasny ogródek, gdzie przycisnąłem ukochaną do łona, gdzie ukląkłem po jej odjeździe i tyle się za nią modliłem, obejmuje mnie swemi drzewami, łodygami, gwiazdami. A fale jeziora zdają się skarżyć i w promieniach księżyca spostrzegam łódeczkę swoją, kołyszącą się na wodzie. Biedna Henrieta! Los jej jest losem większości kobiet: mierność, przerywana kilkoma rozdzierającemi wspomnieniami, i duch ich powoli drętwieje, a piękność ich niknie z każdą wiosną. Gdy róże znów się pojawiają, one więdną; wszystko je opuszcza: i kochankowie, i mężowie, i dzieci. Serce ich tylko pozostaje niezmienione, świeże i zawsze młode w ich łonie. Gorzkie szyderstwo, które my, mężczyźni, nie jesteśmy skazani znosić, co nam oszczędza przynajmniej śmieszności, ale czyni nas zimnymi, rozumującymi, chciwymi dóbr doczesnych materialistami. Kobieta nigdy materialistką nie jest; jeśli chce za taką uchodzić to dlatego, że się wstydzi przeciwieństwa, które wytworzyło się między jej położeniem a sercem, że pragnie wydać się zrezygnowaną i rozsądną. Ale w gruncie rzeczy ma zawsze nadzwyczajnie gorące uczucia, jakiekolwiek byłyby lody, rzucone na nią przez wiek, jakąkolwiek powściągliwość, którą wlały cierpienia lub doświadczenie w jej formy zewnętrzne, w jej codzienne rozmowy. Dlatego też kobiety są nadzwyczajnie nieszczęśliwe po przekroczeniu czterdziestki, dlatego też kobiety są bardziej religijne od mężczyzn, dlatego też widzimy, że mają niewyczerpane sposoby przywiązywania się nawet do obcych: jest tyleż improwizowanych matek i sióstr na tym świecie, co kochanek; kochać, to znaczy żyć dla kobiety.
Biedna Henrieta! Jeśli pierwsza kobieta, którą mężczyzna kochał, wywiera wpływ ogromny na resztę jego życia, cóż ma to dopiero za znaczenie dla kobiety? Widzę jeszcze ten dzień deszczowy, w którym schodziłem górnemi ulicami, przechodziłem przez most Rodanu, biegłem do Paquis, i siostrę Emilię, idącą do kościoła, i mały opuszczony domek, i milczącą służącą, jak mówi mi, że nie ma nikogo, i schody, które przemierzyłem w dwóch susach, i pokój naprzeciw Mont Blanc’u, i dziewczę młode, całe w czerni, wychodzące ze swej sypialni, by mi słów kilka powiedzieć, i świat westchnień, i ten pierścień, który jej na palec włożyłem, i mój płaszcz, cały mokry, rzucony na ziemię, i jej śnieżno-białą kryzę, wznoszącą się i opadającą na jej wzburzonem łonie. Czuję wielkie pomieszanie, gdy myślę o tem teraz: po co tam przyszedłem? Przyszedłem, by żądać wszystkiego, a nic nie przyrzec. Mówiłem: „Będziesz mię zawsze kochała, a ja nigdy nie zostanę twoim mężem”. Na co biedaczka wśród łez odpowiedziała mi, wierząc w to szczerze: „Przyjmuję twoje serce, moje do ciebie należy, o reszcie nie mówmy!” Byłem wówczas bardzo głupi, bardzo nieświadomy spraw tego świata, ale nigdy nie byłem tak szczęśliwy i, jeśli będziesz miał kiedykolwiek sposobność zobaczenia jej znowu, powiedz jej, że istnieje myśl męska, która z prawa do niej należy i która jej nie zapomniała. Dzwonami pogrzebowemi, dzwonami pogrzebowemi jest to wszystko, mój przyjacielu. Jezioro spokojne i niebieskie, jakby wielki kamień grobowy z lapis lazuli, i jedyne dwie rzeczywistości, które tam pozostały, jedyne widma, które przychodzą błądzić nad jego brzegami, to my obaj: Ty i ja. A my dwaj, czy jesteśmy ci sami? Czy tysiąc rzeczy w nas nie zginęło? Co się stało z naszym szerokim widnokręgiem? Z naszemi nieskończonemi aspiracjami, które kiedyś (tak spodziewaliśmy się wtedy) miały się wcielić w twarde głazy tej ziemi? Dokąd zaszliśmy z naszą straszliwą pożądliwością sławy? Wiosła rybaków więcej wydają dźwięku, niż nasze imiona, a przepływająca fala zna je lepiej, niż nas ludzie. Jeden jest tylko cel na tym świecie — to śmierć. Poza nią wszystko przemija, ona jedna jest wieczna. Czas i ruch, to praca, pożądanie, ból, rozbicie wszystkiego — śmierć, to spokój, szczęście, połączenie wszystkiego: żyjemy jedynie, aby umrzeć, a umieramy na to, by martwymi pozostać. Nicość żadnej roli nie odgrywa w moich pojęciach. Jest śmierć, a więc jedność i błogie szczęście, lecz nie ma nicości. Umrzeć znaczy żyć w sobie, żyć znaczy żyć poza sobą. Nie można żyć w sobie, póki się nie osiągnęło pełni ducha, spokoju. Oto dlaczego nieskończoność duchowa może bardzo dobrze nie zajmować żadnej przestrzeni. Mówiąc inaczej, żyć bez istnienia znaczy być umarłym, a istnieć z cząsteczką życia znaczy być jeszcze na tym świecie.
Żegnaj, mój drogi! Odpisz mi do Kissingen, koło Würtzberga w Bawarii, gdzie, przypuszczam, będę na początku czerwca. Uszanowania dla matki Twojej. Henryk W. każe Ci przesłać pozdrowienia i dziękuje za Twoją o nim pamięć.
133. Do Konstantego Gaszyńskiego
Kissingen, 6 czerwca 1837
Drogi Konstanty! Ulrych się na krytyka urodził, ma naturę zaprzeczania; „nie” jest jego wszystkiem, tak jak u Mefistofelesa w Fauście. Jego rozumowanie podobne do tego: „Jeśli czarno, to fałszywie, jeśli biało, to nieprawdziwie; jeśli zaś cudem jest zarazem biało i czarno, to niedorzecznie”. Naprzód krytyk powinien ogarnąć myśl dzieła; jeśli jej nie pojmuje, niechaj się do krytyki nie bierze. Albowiem można sądzić tylko o tem, co jest w naszym rozumie pojęciem, o tem co się stało niejako gościem mózgu naszego. Lecz jeśli mówimy: „Twarz tego zamaskowanego człowieka jest brzydka lub piękna”, to głupstwo, bo naprzód larwę, co go kryje, zedrzeć powinniśmy, a dopiero o rysach jego wydać zdanie. Jedyna prawda całej krytyki Ulrycha w tych mieści się wyrazach: „Gdzie chciał być dowcipny, nieco ciężki”, zresztą nic a nic podług mnie nie trafił167.
„Massynisa niepotrzebny”.
Co to znaczy powiedzieć „niepotrzebny”? Jak tylko podobało się poecie wprowadzić postać, ona jest i żyje. Chyba, że jej nie dokonał, nie postawił na nogi, nie uczynił częścią żyjącą całości organicznej; wtedy należy mówić, że owa postać niedopełniona, nieożywiona, niedorzeczna, ale nie, że niepotrzebna. Tak samo można by wyrzec, że wszystko niepotrzebne, że cały poemat niepotrzebny, że suknie, obuwie niepotrzebne. Tak samo można by wyrzec, że wszystko niepotrzebne, bo można nago, boso chodzić. Mefistofeles w Fauście niepotrzebny, bo można było wszystkie jego mowy i czyny skupić w parę sentencyj i położyć w przedmowie, przypisku lub dewizie. Sam Faust niepotrzebny, można było nic nie napisać; stworzenie całe niepotrzebne, można było nic nie stworzyć. Nic nie jest potrzebnem, ale są rzeczy konieczne: i tak Bóg nie potrzebował zapewnie ani komet, ani słońc, ani komarów — lecz koniecznością jego rozumu poszło, że biegną komety, świecą słońca, brzęczą komary.
Massynisa jest to pierwiastek wszech-złego, który ciągle przemienia się koniecznością samego stworzenia na dobre, są to ciemności na dzisiaj, które przestaną być ciemnościami jutro; jest to to nic, to zero niepojęte, okropne, straszne, szatańskie, dopóki go nie znamy, dopóki ono nas otacza tajemnicą nieskończoności, a które co chwila przetwarza się na coś: jak tylko coś powstaje, robi się światło, dźwięk, harmonia. Jest to, słowem, szatan wszystkich wieków i społeczeństw wiecznie walczący, wiecznie pobity, w mgłę się rozchodzący, mający jednak chwile swoje piekielne, zbrodnicze, złośliwe.
Dalej Leon takie stawia zadanie: „Czy autor chciał powiedzieć, że zemsta nie tylko pogańskim bogom, ale i chrześcijańskim miła, czy też, że Irydion jest to ludzkość, na wieki wieków zemsty szukać przymuszona? Jeśli to myśl polityczna, to niestosowna forma; jeśli filozoficzna, to radykalnie fałszywa”.
Dość zawiły period, rozwikłać go trudno, jednak dzieło samo winno było nań odpowiedzieć. Spytaj się Leona, czy nigdy nie słyszał, nie znał, nie ścisnął ręki postaciom, które żyły, a częścią znikły nieszczęśliwie na ziemi, których głowa pałała jednem tylko dzikiem marzeniem, a których serce cierpiało, i żądało, i wszystko poświęciło, i wreszcie pęknąć musiało w żelaznych rękach konieczności, nic nie wyprosiwszy u losów, nic nie zdziaławszy dla braci. Zstąpili oni do grobu, hańbą pozorną okryci, wielu ludzi ich przeklęło; oni święci byli uczuciem, wielcy męstwem, błędem ich tylko to było, że nie wymiarkowali czasu, sił, zasobów, słowem, całego mechanizmu i matematyki życia. Tacy ludzie należą duszą i ciałem do poezji. Polityka mało o nich lub nic nie powie, historia więcej, poezja najwięcej, wszystko może! I po wszystkie wieki byli tacy bohaterowie nieszczęścia, żadnem nie uwieńczeni zwycięstwem, bez-sławni, o grobach bez-pomnikowych, co przeczuwali daleką zorzę, ale jej nie mogli ujrzeć, i zginęli przez to, że raczej w przeczuciu żyli, w żądzy swojej, niż w rzeczywistości faktów ziemskich. Z masy takich bohaterskich serc złożone pokłady ziemi, na której zakwitnie później kwiat dni pogodnych.
Otóż uosobieniem tej masy jest Irydion. Ale choć on jest poetyczną prawdą, nie jest on prawdą filozoficzną. Nie zemstą dzieją się wszelkie postępy rodu ludzkiego, ale miłością, ale pracą długą ducha. Ciało musi się zżymać, krwi pragnąć, mieczem i włóczniami miotać, krótkie albowiem dni jego; duch może myśleć, modlić się, kochać, bo ma wieki przed sobą. Ciało gdy raz padnie, nie powstanie więcej; duch, z serc, co pękły, przelewa się w serca, co biją, i kończy zaczętą drogę. Otóż w połowie pogańskiej dzieła, w połowie zmysłowej, młodzieńczej, bohaterskiej, poetycznej, wre ciało, wre zemsta, jako jedyna myśl; żelazo, ogień i zniszczenie idą za nią. Lecz ogień zagasa, żelazo pryska, zniszczenie w własnym chaosie nie wie, co począć, śmiech szatana nad tem wszystkiem się rozlega. Ciemno i gorzko. Najszlachetniejsze cele giną niedokończonemi, ogień i żelazo słabemi są na doprowadzenie ich do końca. W drugiej, ostatniej części, chrześcijańskiej, filozoficznej, następuje zbawienie: bo wszystko, co złe, darowane być musi za to, co było dobrego, i przestroga, nauka, by duchem działać, by z pracy wieków zmartwychwstać. Cóż to jest praca wieków? To jest praca ducha, święta, żmudna, długa, ale jedna prawdziwa. A zatem właśnie to, czego Leon żąda, tam jest: to jest, że dzisiaj już kierunek społeczeństw na drodze wolności nie uznaje konwulsji i rzezi, jedno uznaje konieczność rozumu i cnoty. Logika, konieczność doprowadziły autora do tego końca, choć sam się przyznaje, że on jest bardziej w sercu pogańskiej części zwolennikiem, niż filozoficznej; wolałby dzień taki jeden, choć z przegraną, niż nadzieję dalekiej przyszłości. Ale darmo, co jest, to jest; nie nasze kaprysy światem rządzą, ale rozum boży. Artysta ten rozum pojąć winien; gdy go nie pojmuje, jest dzieckiem, a dzieło jego nie jest poezją, koniecznością, ogółem.
Autor więc dwie części miał w tem wszystkiem na myśli: 1. Zemstę, ciało i konwulsje, co zwykle miotają światem, i tylu umarłych za wcześnie, pięknych, dzielnych, niepamiętnych. 2. Ducha i prawdziwy postęp rodu ludzkiego, chrześcijański, idealny, którym wszystko, co jest i co będzie, się dzieje; przetworzenie wnętrza ducha, by potem wcielić w świat tegoż ducha; rozum boży, przeciw postawiony namiętnościom indywidualnym, wiecznie rozbijanym. Stąd pochodzi, że za czyściec, za powtórną próbę, każe głos, słyszany w Koloseum, iść Irydionowi „do ziemi mogił i krzyżów”, i tam już nie dbać o chwałę własną, ale o dobro braci swoich; nie już o zewnętrzne tryumfy, o zwycięstwa własne, ale o duchową piękność, o przekształcenie tego, co złem, na dobre — i w nagrodę takiej pracy (okropniejszej, niż wszystkie przewalczone boje) obiecuje mu zmartwychwstanie, i to jeszcze na ziemi. Chrześcijaństwo nie inaczej owładnęło światem. Spodziewam się, że teraz Leon mnie pojmie.
Zresztą, mówiłem z autorem wiele o tem. On sam wie, że wykonanie jest w wielu miejscach słabe, niedostateczne, chrome, że dramatyczność nieraz zasypia, słowem, że są ogromne błędy pod względem wyrobienia. Lecz o myśli głównej, przewodniczej, o tem, co było marzeniem jego młodości, sądzi, może uwiedziony dumą, że jest szeroka i głęboka i że jest zgodna z prawdą wiekuistą z jednej strony, a z drugiej z przemijającemi objawami, których za czasu naszego, za dni krótkich naszych wiele już było, a znikły wszystkie, zostawiając za sobą jęk niesłychanej, tytańskiej boleści, zawodu najświętszych i najjaśniejszych nadziei. Ten jęk, wcielony w postać artystyczną, był jego miłością i celem. Jak dalece dokonał celu, o tem każdy niech sądzi, ma prawo; ale celu się tykać samego, to się zdaje niesłusznem i poza granicami wszelkiej krytyki, bo to, co jest prawdą, nie podpada pod jej zarząd. A na to, że to prawdą, mógłby autor wywołać cienie poległych i łzy żyjących, mógłby niejednego zapytać: „Czyś ty nie czuł, nie marzył tak?”. A niejeden by odparł: „Tak jest” — nie tylko niejeden, ale naród cały.
Zresztą niech się sam autor broni; psuć sobie oczów w obronie jego nie myślę, i tak już nie wiem, po co tyle o tem do Ciebie nabazgrałem.
Co do konfederacji barskiej, uznaję, że przedziwny przedmiot, ale do takowego zbywa ducha, na którym coraz więcej zbywać zaczyna Twojemu przyjacielowi. Coraz bardziej okrążają go realne nudy, przymusy, fakta, życie praktyczne. Spokój, Twojem zdaniem tak potrzebny przy tworzeniu, daleki od jego duszy, przeczucie nędznego zawodu i końca go trapi. Jednak on Ci obiecuje, że jeśli nieba dozwolą mu jeszcze spokojniejszych chwil, to on wypełni, coś jemu zalecił, gdyby to nawet być miało tylko przez przyjaźń dla Ciebie! Kilka rzeczy on zaczął, ale dalej ich ciągnąć nie umie, nie chce mu się. Wandy mit jest przecudowny dla poety, który pod jego postacią pojmie wieczne losy Polski, zagarnianej ciągle cudzoziemszczyzną, a wolącej zawsze w przepaść skoczyć, niż jej się poddać. Różne także komiczne, humorystyczne wiły się zamiary w głowie jego, ale to wszystko oporem stąpa i najczęściej leży odłogiem. On jest w tej porze życia, w której wszystko pod zwątpieniem schnie i męczy się. Niech Bóg mu dozwoli z tej toni z nową i męską wynijść wiarą!
Mówisz, że podżegacza żadnego materialnego nie potrzeba, by pisać; różnię się zdaniem od Ciebie. Praca rąk i nóg na co dzień przeznaczona człowiekowi, tę odbyć może bez rozdrażnienia nerwów; ale natchnieniem się nie napoi, jeśli wprzódy mózgu nie nastroi na nutę natchnienia.
Pisz mi tutaj zaraz; jestem tu z ojcem moim schorzałym. Pisz zaraz! Konstanty Ci się kłania serdecznie.
Żegnam Cię i ściskam z głębi duszy.
134. Do Henryka Reeve’a
Kissingen, 8 czerwca 1837 r.
Drogi Henryku!
Nadzieja zobaczenia się z Tobą, którą obudziłeś we mnie, sprawiła, że serce moje skacze z radości. Staraj się tylko przybyć koło 30 lipca do Frankfurtu, gdyż nie będę mógł udać się tam wcześniej: ojciec mój wyjeżdża stąd dopiero koło 18 lipca i rozumiesz, że pod żadnym pozorem w świecie nie powinienem go opuścić. Odpisz mi natychmiast; podaj dokładnie dzień, w którym będziesz w Frankfurcie i zobaczymy się, zobaczymy się, my, których rozłączała taka wielka przestrzeń i tyle czasu. Zapewne poznamy w nas tylko nasze serca, reszta musi być szalenie zmieniona. Co do porównania Handley’a z niżej podpisanym, to nie rozumiem go. Przykrawanie sukni dla namiętności nie jest wcale rzeczą poety, przeciwnie, świat, życie praktyczne nakłada suknie namiętnościom, a poezja je oswobadza i wyprowadza na światło dzienne, na wolność. Symbolizowanie najwyższej prawdy jest rzeczą poety, odkrywanie jej jest rzeczą filozofa, bycie nią rzeczą Boga. Nie ma innej poezji, prócz tej, która zawiera te pięć słów: „Bóg, który stał się człowiekiem”. Trzeba mieć nadzieję, że nie wszystkie bogi wcielone zginą na krzyżu. Na ogół w ostatnich czasach za wiele zajmowałem się filozofią, by móc jednocześnie napisać coś poetycznego; ale spodziewam się, że anioł stróż mej młodości nie opuścił mię na zawsze. Czynu pragnąłbym dzisiaj, pióro mi nie wystarcza. Ale wszystko to są marzenia, w które credat Judaeus Appelia168.
Oczy diabelnie mię bolą. Wody Kissingeńskie szumią mi w głowie. Żegnaj i do widzenia! Pisz natychmiast, a dzień, w którym Cię znów zobaczę, będzie pięknym dniem w mojem życiu.
135. Do Adama Sołtana
Kissingen, 1837, 15 czerwca
Jużem się troszczyć zaczynał o Ciebie, nie mając od tak dawna już żadnej o Tobie wiadomości, kiedy dzisiaj przybyły list mnie uspokoił. Mnie paszport się kończy koło marca przyszłego roku, a zatem nieodzownie muszę wracać z Danielewiczem. Na jak długo? Nie wiem. Ojciec słusznie bardzo żąda ode minie, bym się z interesami mojemi zapoznał, a zatem wejdę na te drogi, sadzone wierzbami i zasypane prochem i urozmaicone to grudą, to błotem, które imię „praktycznych” noszą. Zresztą takem głęboko i ostatecznie znudzony sobą samym i ciężącą atmosferą, wszędzie gdzie tylko być mogę, że mi prawie wszystko jedno, co robić będę i gdzie będę; mam lekarstwo, które niezawodnie mnie uzdrowi, jeśli choroba na długo nieznośną się stanie; każdy z nas takim lekiem może się uwolnić, a gdy raz go użyje, powtarzać go nie trzeba — zatem gdziekolwiek jestem, swobodny jestem. Co dzień rano, w dzień, w wieczór, mogę przenieść się w inne sfery; na teraz ta myśl składa jedyny zasób pociechy, który ostał się w duszy mojej, zanadto drażliwej i zanadto przed czasem znękanej. Nikomu o tem nie gadam, Tobie jednemu się zwierzam z tem, bo wiem, że coś podobnego jest w Tobie, i że mnie zrozumiesz doskonale. Nie twierdzę jednak, by to nieodbicie nastąpić miało, bo taki koniec jest zawsze słabością; nie na to albowiem stoimy na pobojowisku, by zeń ratować się ucieczką, ale na to, by zwyciężyć lub przynajmniej dostać kroku przeciwnym losom. Może jakieś nieznane siły urodzą się we wnętrzu mojem, gdy wstąpię w nieznane mi dotąd położenie; ale co się tyczy szczęścia, to się żadnego już więcej na ziemi nie spodziewam. Mój ojciec coraz schorzalszy, słabszy, smutniejszy; patrząc na niego, srogich przeczuć doznaję, czytam w niedalekiej przyszłości wyrok, którego może nic nie odwróci. Ile razy pójdę na przechadzkę z nim wieczorem, ile razy głos jego, rozkochany we mnie, słyszę i ściskam tę rękę, do szabli stworzoną, która dla mnie jednak miękka i błogosławiąca, jak ręka matki, serce mi się kraje tem szerzej i głębiej, że w słowa ubrać myśli moich nie mogę, że, gdybym nawet je wyrzekł, nic by nie pomogły, bo fatum dzikie cięży nad nami wszystkimi i nie dzisiaj pękną narzucone przez niego kajdany. Ta pewność śmierci niedalekiej ukochanego, czy pojmiesz, jaka to męczarnia? Dziś jeszcze razem, dziś wśród łąk zielonych i świeżych lasów, a jutro się rozdzielimy i może się już nigdy nie zejdziemy razem, chyba pod zimnemi sklepieniami kościoła, tam, gdzie nie wiedzieć, czy sen wieczny, czy wieczne czuwanie. Och, ja oszaleję kiedy!
Z tem wszystkiem trzeba być, jak na męża przystało, być tak, jak Ty jesteś, poważnym i zimnym zewnątrz, choć wewnątrz i potoki łez, i pożary rwą, palą na przemian i mdłościami roztapiają duszę. Taki odtąd los mój będzie. Wrócę między ludzi, którym trzeba będzie sypać koncepta, by je żarli chciwemi uszami i dobre mniemanie stąd o mnie powzięli — mniemanie lekkomyślności. Jak w ciemnych i niskich lochach weneckiego pałacu działo się więźniom, tak mnie się wszędzie dziać będzie; wszędzie nieufność, wszędzie niebezpieczeństwo! Na takiej roli przyjdzie mi przewracać skiby o pocie krwawym serca mego, a kroki moje będą tak powolne jak wołów, ciągnących w jarzmie, a lemiesz nie ziemię będzie krajał, ale duszę moją!
Pamiętaj, o przyjacielu, pamiętaj o dniach, przeszłych nam na gruzach Rzymu. Kiedyś wrócę do nich, do siebie i może sam będę już tylko gruzem, nieskalanym jednak żadnym napisem podłości! Siądziem gdzieś na odłamie muru i ściśniemy ręce sobie i płakać będziemy, Ty, żeś życie całe znużył w daremnych zabiegach, ja, żem stracił młodość moją!
Odpisz mi zaraz do Kissingen. Sauvan opuszcza mnie za kilka dni, bo rok trzeci mu się kończy. Z Konstantym się zostaję, oba na jednej drodze, oba stworzeni raczej do czegoś innego, niż do życia, które nam przeznaczyły okoliczności, oba nierozdzieleni zasuwać się będziem w dolne zakręty i może kiedyś o jednej godzinie się z nich wydobędziem. Pamiętaj o mnie, boś Ty mnie znał młodym i widział szczęśliwym dni kilka. Teraz trzeba się zacząć starzeć. Addio — Addio.
Zygmunt
Nim wyjechałem z Wiednia przyprowadziłem do księżnej malarza włoskiego i prosiłem księżnę, by Marię pozwoliła wymalować — miał zacząć nazajutrz po moim wyjeździe. Powiedz mi, gdzie ten obraz Ci przesłać? Zdzisławowi tysiąc ukłonów.
136. Do Henryka Reeve’a
25 czerwca 1837 r., Kissingen
Drogi Henryku!
Przez jeden z tych niespodziewanych zbiegów okoliczności, zdarzających się czasami, odebrałem właśnie w tej samej chwili list od Ciebie i od tej, która... Chociaż ten drugi naznacza mi miejsce spotkania inne, niż Frankfurt, odłożę na dni kilka szczęście zobaczenia jej znowu i możesz liczyć, że 18 przybędę do Frankfurtu do hotelu Angielskiego. Zostanę tam tak długo, jak Ty, ale nie mogę towarzyszyć Ci do Heidelbergu, gdyż trzeba mi będzie wówczas widzieć się z tą kobietą, może po raz ostatni w życiu.
Ach, jaką radość mi sprawia zobaczenie się z Tobą po długich latach! Daleki jest dzień, gdy społem widzieliśmy po raz pierwszy, jak Wenecja wznosi się z łona Adriatyku, daleki jest dzień, gdy uciekaliśmy cwałem z ogrodu Konstancji, bojąc się, by nie zauważono, żeśmy kwiat ukradli. Jakże się jest niewinnym w młodości! Teraz nie przeraża mnie ukradzenie kobiety. Ach, czyż to moje ostatnie dni szczęścia na ziemi, że ze wszystkich stron mię ono spotyka? Mój ojciec, później Ty, wreszcie ona, czystsza przez swe cierpienia, niż inne przez swe dziewictwo. Wszyscy ci, których kochałem, uwielbiałem, o których marzyłem, cisną się wkoło mnie; słyszę, jak fale Renu szemrzą i wzywają mnie; na wieży gotyckiej są kwiaty, które mię pamiętają. Pogoda taka piękna! Jesień jeszcze piękna będzie, a nie mów mi o zimie, nic o niej wiedzieć nie chcę! Wystarczy, że nadejdzie, nieszczęsna, i że wówczas będę musiał wrócić do domu, gdyż ostatni rok moich pięciu lat upływa. Trzeba będzie wziąć gorzki pług wiejski i postępować krokiem wołów, zgiętych pod jarzmem, a lemiesz rozedrze mi serce, zamiast użyźnić pole. Ale nie chcę myśleć o tem. Oddaj katedrze kolońskiej ode mnie tysiąc westchnień! Spytaj się jej, czy pamięta słodki wieczór, podczas którego przechadzałem się wkoło niej ze swoją ukochaną. Byłem wówczas o trzy lata i tysiąc trosk młodszy. Wzywałem ducha, który według legendy przyniósł plan arcydzieła. Mówiłem mu, żeby się ukazał, a choćby to był sam Szatan, schwyciłbym go wpół i walczył z nim; tak byłem upojony wówczas. Śpiesz się! Popłyń rzeką, zjedź ku mnie — oczekuję Cię z otwartemi ramionami i z bijącem sercem. Im dłużej Cię nie widziałem, tem bardziej Cię kocham. Nie jestem niewolnikiem czasu i przestrzeni; duch mój może się zgiąć pod nimi, ale serce moje się nie ugnie. To moja jedyna cnota. Do widzenia, Henryku!
Uszanowania dla matki Twojej.
137. Do Adama Sołtana
Frankfurt, 24 lipca 1837
List Twój, zapowiadający wyjazd do Wiednia, wczoraj odebrałem, jednak dopiero pewny będę Twojego przyjazdu, kiedy dowiem się o jego dniu i godzinie; dlatego ten list na ręce księżnej przesyłam, prosząc ją, by go Ci oddała lub odesłała, jeśli oddać nie może. Smutek ogromny i poważny objął duszę moją; prawda jest świętsza nad wszystkie względy, nie ma miłości na świecie! Ze wszystkich snów naszych jeden tylko urzeczywistnić można: przyjaźń! Bo przyjaźń nie żąda kształtu, na samej głębokiej treści rzeczy się opiera; przyjaźń ma coś purytańskiego, protestanckiego, surowego w sobie, obejdzie się bez pędzla Rafaela, bez muzyki Belliniego. Ale miłość prócz myśli, idei, wymaga jeszcze tego, co najszczytniejszem i najtrudniejszem jest na świecie — sztuki, kształtu, widomej piękności, pewnego rodzaju katolicyzmu. Dlatego tak trudno ją znaleźć. Tak samo znajdziesz łatwiej pełniącego wszystkie obowiązki swoje kalwina, niż katolika, a w istocie katolicyzm jest daleko wyższy od reformy, tylko, że nie ma go na ziemi, a reforma i naga, i odarta łatwiej objawić się może. Bo zważ to dobrze, że dla katolicyzmu, jak dla miłości, trzeba pojednania harmonijnego najszczytniejszych moralnych ofiar z najbardziej nęcącemi, pięknemi materii kształtami. Co to jest Madonna? Czyż to nie najurodziwsze ciało i najczystsza dusza? Co Chrystus? Najpiękniejszy i najcnotliwszy z ludzi! Co muzyka kościelna? Najsurowsze a zarazem najmelodyjniejsze dźwięki, jak np. w Requiem Mozarta. Teraz wybierz się w drogę i szukaj żyjącej kobiety, która by dorównała ideałowi miłości! Znajdź taką, w której by boskim składzie forma była kwiatem materii, dusza kwiatem ducha, taką, która by w objęciach twoich czystą została, a w podniosłości ducha jednak twoją była — taką, jednem słowem, której by czyny nie popsuły ideału, a której by ideał nie popsuł rozkoszy czynów! Jeszcze Bóg córki nie miał, dotąd syna jego widzieliśmy tylko!
Spotkałem się tutaj z Feliksem Czackim, który mi opowiadał dni, z Tobą spędzone w Rzymie. Sauvan rozłączył się ze mną po skończeniu terminu kuracji; co zaś do niej samej, Bóg widzi, że nie jest skończona, sądzę raczej, że nieskończona. Konstanty jest ze mną, chory i dość niewesoły, kłania Ci się serdecznie. Kiedy ten list odbierzesz, będziesz przy Marii Twojej. Niech Bóg zleje wszystkie swoje dary na jej głowę, a tem samem na Twoją. Jeśli Ci pozwolą zabawić dłużej, obaczymy się w novembrze; jeśli zaś będziesz musiał po dwóch miesiącach wyjechać, napisz mi kędy myślisz drogę swoją obrócić, a dołożę starań, by się z Tobą gdzie na niej spotkać. Pisz zaś do Kissingen i dodaj na kopercie: „Et s’il ne s’y trouve pas, à Francfourt”169. Addio170.
138. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 25 września 1837 r.
Drogi Henryku!
Wybacz, jeśli tak długo zwlekałem z napisaniem do Ciebie, ale od dnia, kiedyś mię opuścił, widziałem jedynie sceny bolesne i doznawałem wyłącznie gorzkich wrażeń. Wielekroć chciałem wziąć za pióro, palce odmawiały mi posłuszeństwa. Zdolny byłem pisać Ci jedynie o tem, co w głowie mi wirowało i co się działo przed mojemi oczyma, a wiedziałem z góry jakiego będziesz o tem zdania; nie spodziewałem się obudzić w Tobie sympatii dla nieszczęść, dla których miałeś jedynie krytykę prawodawcy, moralisty i filozofa. To też milczenie wydało mi się lepsze i czekałem na pierwszą chwilę spokoju, która przyjdzie raczej przypadkiem, niż przez zmianę położenia lub uczucia, by Ci powiedzieć, jak bardzo ucieszył mię list Twój, otrzymany jeszcze w Kissingen. Zanadto pogrążyłem się w chaosie bym mógł ocenić szczęście, którego doznałeś po swojem przybyciu do Genewy. Ale istniało coś w głębi mego serca, co współczuło Twoim dobrym chwilom, lecz czułem zadowolenie z tego i przyszło mi na myśl prosić Boga o niezamącanie Twego życia, tak byś zawsze był zdolny odczuwać słodycz spokoju i milczącą harmonię niewinności. Widziałem Cię, jak czysty i spokojny płynąłeś po drzemiącem jeziorze. Nie zazdrościłem Ci, ale życzyłem Ci, byś w dalszym ciągu takim pozostał.
Zacząłem w ostatnich dniach czytać Tocqueville’a, a odtąd go pożeram. Od czasu Tacyta styl podobny, od czasu Monteskiusza podobne myśli nie wyszły spod niczyjego pióra. Tytuł jego jest tylko pozorem. Ameryka dla mego to tylko punkt wyjścia, jego cel prawdziwy, to przyszłość, przeszłość, teraźniejszość, to filozofia metafizyczna narodów. Arystokracja i demokracja ukazują mu się w świetle zjawisk, które osądzić należy, a nie jako waśnie, w których trzeba być stroną. Jest coś wzniośle surowego w umyśle tego człowieka, woń starożytnej cnoty przenika poprzez wszystko. Rzeźbiarz to raczej, niż malarz, a w naszych czasach cudem jest, gdy ktoś ciosa w marmurze, zamiast rzucać tu i ówdzie barwy; dowód to siły i geniuszu. Gdzież zahartował swego ducha ten obrońca dziewiętnastego wieku? Któż zdradził mu tajemnicę wieków minionych, a może nawet wieków przyszłych? Czuję głęboki szacunek dla tego człowieka.
Prawdopodobnie pojadę w tych dniach do Drezna i po spędzeniu tam dwóch tygodni, wrócę do Wiednia. Odpisuj więc zawsze tutaj! Pozdrów serdecznie ode mnie Rogeta, Couteau’ów, Binela i jego potomstwo. Musi to być bardzo dziwne, posiadać dziecko. Chwila nieszczęsna, gdy kwiat się rozsypuje i owoc okrągły, ciężki, zajmuje opuszczone przezeń miejsce. Przypomina to chwilę, gdy arystokracja przechodzi w demokrację, sława jednostki w dobrobyt wszystkich, poezja w użyteczność, olśniewająca siła zewnętrzna w stan domowy i nieznany. Zrobić dziecko jest czynem wybitnie demokratycznym i dlatego trzeba w tej chwili być sansculotte.
Czy czytałeś Listy z podróży George Sand? Jeśli nie, to biegnij na złamanie karku, kup je i przeczytaj. To lord Byron wyidealizowany przez nerwy kobiece. Nie znam nic piękniejszego w literaturze francuskiej. Na każdej stronicy daje się odczuwać rozpacz, a jednak powiedziałbyś, że pachnie różami. Przekleństwo jej, rzucone na Talleyranda, jest arcydziełem oryginalności i szyderstwa. A za każdym razem, gdy opisuje swe serce samotne i spustoszone, serce tak niewzruszone, a jednak tak zbolałe, cierpiące, rozdarte, musimy przyjąć ją taką, jaką jest i błogosławić jej błędy, skoro zrodziły tak wzniosłe żale.
Żegnaj, mój drogi! Odpowiedz mi! Uszanowania dla matki Twojej i ukłony dla spelunki ludzi przyzwoitych. Powiedz jezioru, że polecam się jego pamięci, Mont Blancowi, że jestem jego przyjacielem. Powiedz Rodanowi, że jeśli kiedykolwiek się utopię, chcę się utopić w jego niebieskich wodach, tak niebieskich, że Henrieta Willan dziwiła się, iż traciły błękit swój w butelce. Żegnaj! Pensa a me.
Zyg. K.
To, co czytałeś o generale w gazetach, jest zupełnie mylne. Przeciwnie, nigdy nie cieszył się bardziej kwitnącem zdrowiem.
139. Do Henryka Reeve’a
29 grudnia, Wiedeń, 1837 r.
„I Snowdon rycerz był Szkocji królem”, czyli i Henryk Reeve był Lordem Kanclerzem. Powiemy tak kiedyś. Przyjm moje powinszowania z powodu tego, co się stało, a nie życzenia tego, co później nastąpi. Niech Cię prowadzi gwiazda Wiktorii, jak gwiazda Elżbiety wiodła Rabeigh’a lub Laxestera. Oby Ci się powodziło na łonie Twego wielkiego narodu, oby kiedyś zaliczono Cię do mężów, którzy będą w przyszłości kierowali siłami jego może ku szlachetniejszym celom, niż te, do których dążycie teraz. Pamiętaj zawsze o swojej pierwszej miłości i swym pierwszym przyjacielu!
Nie wiem, co chcą powiedzieć ci poczciwi Genewczycy przez swe dobre wiadomości. Po prostu podziękowałem Lombardowi za to, że zawiadomił mię o Twojem wstąpieniu do biura Rady osobistej i dodałem słów kilka dla naszych dawnych towarzyszy. Dobre wiadomości i ja nie chodzimy jedną drogą. Nie mogę oczekiwać żadnych dobrych wiadomości prócz afiszu w Burgteatrze. Gdy dają Julię albo Karlosa, oto dobra wiadomość dla mnie. Zresztą, nie znam lepszej. Od Frankfurtu położenie moje tylko się pogorszyło. Zobaczyłem się w Kissingen z kim należało. Nastąpiło niejedno smutne spotkanie; a zgadnij, gdzie? Na cmentarzu, gdyż wszędzie indziej były zawsze tłumy gości kąpielowych. Tam, na grobach niemieckich, całkowicie pokrytych kwiatami, spędziłem z nią dziesięć do piętnastu wieczorów letnich. Jeśli burza nas zastawała, zgadzała się moknąć aż do nitki; nie bladła już, jak dawniej, na odgłos grzmotu. Tam, w sukni jedwabnej, w kapeluszu paryskim na głowie, w ażurowych pończochach na nogach, stała na wilgotnej murawie z dłonią w mojej dłoni. Jednem słowem, była to kobieta, która doszła do najwyższego stopnia egzaltacji, porzuciła konwenanse światowe, spokojnie rozważając, że świat ją wkrótce odtrąci, i nie widząc na ziemi nikogo, prócz tego, który nie powinien był nigdy doprowadzić jej do tej smutnej ostateczności. Wtedy wyżej wymienionemu przyszła do głowy rozpaczliwa myśl miłości. Chciał się poświęcić dla niej. Napisał do ojca, że chce ją namówić do rozwodu i ożenić się ze swą ukochaną. Tu rozpoczyna się okropna komedia. Ojciec nie odpowiedział więcej, pisując jedynie do jego przyjaciela. Zagroził synowi przekleństwem, oskarżył go, że go do grobu wtrąca i oświadczył, że nigdy to małżeństwo nie dojdzie do skutku, chyba, żeby doszło z nim do procesu, chyba, żeby się rozłączyli na zawsze i nigdy więcej nie zobaczyli. Cóż mógł syn, wobec gróźb tak strasznych? Czyż miał prawo narazić się na przekleństwo ojcowskie? Czyż miałby serce to uczynić? A więc kilka dni temu przysiągł ojcu, że będzie jedynie przyjacielem tej, która go kochała. A ona jest w Dreźnie. Droga jej wiedzie wzdłuż przerażających przepaści. Słyszałeś o tych, które pochłaniają złamane serca i opuszczone kobiety. Jeśli umkną nawet śmierci ciała, nie ujdą śmierci duszy. Umrzeć lub oszołomić się, oto co im pozostaje. A wiesz Ty, jak się oszałamiają? Miłosierny Boże! Jest coś piekielnego w niewzruszonej logice, według której układają się sprawy ludzkie. Na próżno walczymy z nią, na próżno, na próżno! Najpiękniejsze dusze, najszlachetniejsze serca ulegną temu losowi, jeśli doprowadziły się do położenia, w którem ulec muszą. Krok pierwszy rozstrzyga o wszystkiem zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny, a potem pochyłość dokona reszty. Nogi nasze zstępują same, nie poruszając się wcale. Ach, szczęśliwe są dzieci, które otrzymały od niebios dar czarodziejski nieprzewidywania, to znaczy nieodczuwania uprzednio całej goryczy i wszystkich okropności, przeznaczonych ludziom. Przewidywać, to znaczy żyć w piekle przez całe życie. Henryku, bardzo jestem nieszczęśliwy, bo przewiduję przyszłość tej nieszczęsnej kobiety. Dlaczego nic nie przewidziałem pierwszego dnia, gdym ją spotkał? Dlaczego byłem ślepy wówczas, a tak jasnowidzący dzisiaj? Bo szczęście zakrywa nam widok nędz ludzkich, a nieszczęście odsłania nam je wszystkie razem. Widzę je, widzę! Taka jest powieść moja. Sądzę, że opowiedziana mi będzie raz jeszcze na sądzie ostatecznym.
Żegnaj, Henryku! Pisz do mnie do Wiednia! Złóż matce swojej w mojem imieniu życzenia na rok 1838. Bądź szczęśliwy i czynny. Gdy będziesz miał się żenić za lat sześć, długo się nie zastanawiaj, zanim to uczynisz. Pozwól, niech się szlachetny lord uspokoi i nie drażnij go ani słowami (które mogą mu być powtórzone), ani obejściem. Początkowo jedź krokiem, później kłusem, wreszcie nadejdzie czas galopu. W ten sposób utrzymuje się swego wierzchowca w dobrym stanie i nie ponosi się porażki w dniu bitwy.
140. Do Konstantego Gaszyńskiego
Wiedeń, 1 kwietnia 1838
Mój drogi! Dzięki ci za Twój list, za Twoją troskliwość. Ty wiesz, czasem napadają mnie dnie, tygodnie, miesiące całe takiej smętności, że wtedy, do niczego niezdatny, i do kochanych nawet przemawiać nie umiem. Mój powrót bliski rzucił mi na duszę zasłonę z krepy czarnej. Dziesiątego maja wyjeżdżam stąd, pierwszego czerwca stanę w Opinogórze, tam, gdzie przed dziesięcioma laty byliśmy razem, Ty i ja, dziećmi prawie jeszcze oba, nieświadomi srogiej przyszłości, wiszącej wtedy już nad nami jednak, jak ów miecz sykulski — i ten miecz padł i rozdzielił nas, rozdzielił, Konstanty, daleko, daleko! Ah kiedyż się zobaczymy? Czy raz jeszcze ściśniemy sobie ręce na ziemi? Z daleka czy z bliska, zagranicą czy w kraju, wierz, że moja dusza nie przestanie nigdy wspominać ciebie i myślą latać do Aix Twoich. Ile razy będę mógł, przeszlę Ci indirecte cokolwiek pieniędzy i napiszę; pamiętaj nigdy mi o nich nie wspominać! Pisz rzadko i po francusku, podpisuj się A. G. zamazanemi, pisz o rzeczach, zupełnie niewychodzących z prywatyzmu, bo inaczej mógłbyś diable mi zaszkodzić. Raz na zawsze pamiętaj więc o tem! Konstanty także cię ściska i żegna. Oh, to słowo: „Żegnam cię” ma w sobie coś zatrutego. I tak byliśmy przedzieleni, teraz będziemy odmurowani jeden od drugiego. Bądź co bądź pamiętaj, żem Cię kochał szczerze i że nie powinieneś nigdy zapomnieć o pierwszym przyjacielu, którego miałeś na wstępie do życia! Bóg mi świadkiem, łzy mi w oczach, łzy gorzkie stoją. Chciałbym przynajmniej rękę Ci uścisnąć.
Bądź szczęśliwy, o ile ziemia obca kwiatów Ci przynieść zdoła. Szukaj pociechy w świecie ducha, bo w innym prawdziwej nie znajdziesz! Prócz idei, wszystko, odbywszy krótki swój taniec, znika. Kształty, najtwardsze na pozór, są tylko chmurami, co za lada powiewem omdleją na niebie; ale serce własne jest czarą, z której pić możemy szczęście — szczęście wzniosłe, idealne, szczęście cnoty i piękności. Koło tej czary niech zawsze świeci jasno, złoto obrączka sumienia! Duch wtedy wyglądać będzie, jak owe geniusze Fidiasza, nachylone nad greckimi puchary.
Weź błogosławieństwo przyjaciela, weź je! Każda dusza ma prawo drugą pobłogosławić w godzinie uroczystej rozstania, kiedy nie wie, dokąd idzie i na jak długo. Ja nie wiem, dokąd, nie wiem, na jak długo. Weź zarazem i uścisk serdeczny!
Twój
Weksel ten jest na Marsylią, na bankiera Pascala. Odpisz mi jeszcze zaraz tutaj, a ja, wyjeżdżając, raz jeszcze Cię pożegnam.
141. Do Henryka Reeve’a
Wiedeń, 12 kwietnia 1838 r.
Drogi Henryku!
Czy Biuro Rady mieści w sobie źródło wody letejskiej, że tak o mnie całkiem zapominać się zdajesz? A tymczasem godziny ulatują, dnie przechodzą i zbliżam się do kresu, to znaczy, że za miesiąc wyjeżdżam stąd i wracam do Polski. Gdy będziesz pisywał do mnie do Warszawy, przypomnij sobie mądrą Minerwę i ten wdzięczny emblemat starożytnych, który przedstawia miłość z palcem na ustach. Bądź klasyczny, przyjacielu! Nie wiem, na jak długo wracam. Nie wiem, co robić będę. Prawdopodobnie rzeczywistość życia ukaże mi się w postaci wołów, pługów, kapusty, zboża, ziemniaków, maszyn do wyrobu wódki i innych kształtów, równie wdzięcznych i równie umysłowi mojemu odpowiednich. Manibus date lilia plenis, purpureas spargam flores animamque nepotis171... Była to dusza odchodząca. Weź więc manibus plenis rododendrony Alp, jeśli kiedykolwiek wrócisz do Chamonix i rzuć kilka ich pęków na animam amici, na wspomnienie tego, czem by być mogła w innym czasie i miejscu. A później, gdy będziesz płynął koło Paquis, proszę o te kilka kropel wody, które spod wiosła Twego wytrysną, i powiedz wówczas: Sit tibi terra levis172! Gdyż słowo terra nie oznacza jedynie prochu, pokrywającego łoże umarłych. Proch ten jest bardzo lekki w porównaniu z prawdziwą ziemią, ciążącą na życiu żywych. To jedno słowo zawiera całą wagę materii, przeraźliwe stłumienie oddechu przez przygniatający go ciężar, serca przez dręczący smutek, ducha o związanych skrzydłach.
Za czasów Cycerona najgorszem, co sobie ludzie wyobrażali, była śmierć. Stygia regna, inamabilis unda173. Za dni naszych jest tem życie samo. Trzeba przyznać, że wielkiego dokonaliśmy postępu. Ach, gdyby śmierć mogła zjawić się w starożytnym kształcie pięknego geniusza o wywróconej pochodni, który objąłby nas swemi giętkiemi ramionami i zaniósł do świeżego grobowca Canovy! Ale: „Nie, mój mistrzu”, jak mówi Diabeł Fryderyka Soulie! Żyć będziesz, rozciągnięty na kupie nawozu, i umrzesz prawdopodobnie na tem samem legowisku, i zrobią ci grobowiec z gipsu, którego napis odczytywać będą pająki polne; a woły, kupione przez ciebie na dwa miesiące przed twoją śmiercią, nie odwrócą się nawet, przechodząc mimo niego. Doskonały obywatel wiejski. Taka jest moja powieść, opowiedziana Tobie, który jesteś w Biurze Rady. Niech Ci się powodzi! Bądź szczęśliwszy od niżej podpisanego! Zawsze Ci przepowiadałem, że zajdziesz wyżej ode mnie. Pamiętaj zawsze, że miałeś i nigdy nie przestaniesz mieć przyjaciela w nieznanym właścicielu ziemskim, który prawdopodobnie nie zobaczy Cię znowu, aż tak zardzewieje, że do niczego nie będzie zdatny. Uszanowania dla matki Twojej. 10 maja wyjeżdżam z Wiednia. Żegnaj, Henryku, żegnaj! Wiem, że poczujesz coś w głębi duszy, gdy list ten czytać będziesz.
142. Do Joanny Bobrowej
(bez daty)
Ile razy sięgniesz do tej czarnej siateczki, by dać grosz biednemu — wspomnij na mnie, bo ja także biedny — ja takżem żebrał i Tyś mi niegdyś jałmużnę serca rzuciła!
W tej chwili mrok już pada, ledwo mogę dostrzec litery, które piszę, a patrzę w stronę Twoją — w niebo za górami; gwiazdka tam wschodzi i kocham ją, bo niby przyszła od Ciebie.
Leniwo mułem mętne ciekną życia fale
I na nurtach potoku wszędzie słychać żale —
Z tyłu śpią bladym zmierzchem przyprószone tonie,
Z przodu niebo w oddali krwawą łuną płonie,
A z stron obu pływamy tak zimno i ciemno,
Że każdy, płynąc, woła: „Przekleństwo nade mną”!
Wśród takiego życia bądź mi Ty błogosławiona, coś jedynym tu mi była aniołem! O, wspomnij o mnie, ile razy dasz grosz ubogiemu!
143. Do Adama Sołtana
Salzbrunn, 19 maja 1838
Od kiedym Cię pożegnał, samych doznałem przypadków i nud; do Ołomuńca wiodło się dobrze, ale od Sternberg, pierwszej poczty za Ołomuńcem, ciemna gwiazda górę brać zaczęła. Żebyś dalsze dzieje moje zrozumiał, wprzód pojmij dobrze ten trójkąt zaklęty.
Sternberg — Hof — Lubnik — Neisse174
Moryś tyle mi nagadał o piękności widoku ze Sternbergu, że, wziąwszy tylko fajkę Wąsowicza z powozu, bez grosza w kieszeni, udałem się piechotą naprzód, zostawując w Sternberg, miasteczku, powóz niezaprzęgnięty. Nogi diable szparko mnie poniosły. Widok nieszczególny. Stanąłem, powozu nie ma jeszcze, a więc dalej, w przekonaniu, że oni do Lubnika pojadą, nie wiedząc nawet, że istnieje droga do Hof lepsza. Idę a idę, wtem spotykam dwóch rzemieślników pieszych; pokazują mi ścieżkę, przerzynającą pole i wzgórza, mającą prędzej, niż pocztowa droga, zaprowadzić mnie do Lubnika. Wpakowałem się na ową ścieżkę; przeklęta! Po trzech godzinach drogi męczącej dowiodło mnie do lichej wioski, przy dużym borze, zwanej Lubnik; pewny, że tam Danielewicza zastanę, wpadam co tchu na pocztę. Poczmistrz mnie wita, pyta, skąd; powozu żadnego nie widział. Co to znaczy? Czekam pół godziny, godzinę, półtory — jak ich nie ma, tak nie ma. Poczmistrz patrzy na mnie i pyta mnie o imię z przeproszeniem, dodając, że są rozkazy bardzo ostre rządowe względem ludzi, błąkających się po kraju. Szczęściem przy sobie miałem list z Drezna, kopertą się zastawiam; fajka arystokratyczna z lotną gęsią także mi waloru przysparza; rozmawiając, dokazuję palcem, na którym śliczny pierścionek księżnej Lubomirskiej. Jak mogę, precjoza, które miałem na sobie, używam na świadków, często wyjmuję zegarek; lecz w drugiej kieszeni próżno. Nicem nie jadł, głodnym, ale jakże tu kazać dać co, kiedy nie mam czem zapłacić; cygarów nie wziąłem, tytoniu nie mam: powiadam ci, że zupełnie lichołacko. Wreszcie poczmistrz ofiaruje mi się iść do lasu naprzeciwko mojego powozu, którego istnieniu, widzę, nie bardzo wierzy. Idę. Z pół mili walim, głucho i pusto; wreszcie słychać turkot, pokazuje się jakaś dorożka, w niej ksiądz prefekt ze Sternberga jedzie sobie do Freudenthal; żadnego kocza na drodze nie widział. Poczmistrz wtedy zaczyna mi wkładać w głowę, że mój powóz pewno do Hof pojechał bez wiedzy mego towarzysza, który myślał, że do Lubnika jedzie. Wracamy do Lubnika, proszę poczmistrza, by wysłał sztafetę do Hof. Poczmistrz prosi o pieniądze, przyznaję się do zupełnego ich braku. Wtedy on mi powiada, że chłopczyka z listem do Konstantego pieszo pośle, a to pięć godzin drogi. Siedzę więc na pocztamcie, gorączka mnie pali, oczy bolą, głód doskwiera. Poczmistrz zaczyna ze mną rozmawiać. Widzę, że człowiek wcale do rzeczy, że filozof, artysta na skrzypcach i poetycznego zwrotu myśli. Boże, daruj, żem użył tych jego zalet na wybrnięcie ze złego położenia: powiadam mu, że jadę do Salzbrunn, że tam jest kuzynka, z którąm się wychował, śmiertelnie chora, że może te godziny, które tracę w Lubniku, pozbawią mnie ostatniego uścisku jej ręki. Niemiec słuchał uważnie, Niemiec zaczął się rozczulać. Nim poproszę go o konie i pojazd darmo do Hof, raz jeszcze chciałem spróbować, czy też Konstanty nie domyślił się i z Hof do Lubnika nie zawrócił. Raz więc jeszcze, fajkę Wąsowicza w zakład powrotu zostawiwszy, idę do lasu, tam się kładę pod sosną i słucham dalekich szelestów. Dzięciołów dwadzieścia naokoło stuka w pnie drzew, fura czasem chłopska się przesunie, czasem pieszy podróżny przejdzie, ale nic więcej. Leżałem z godzinę, przeklinając ślepy ten przypadek, jak mazur spod ciemnej gwiazdy. Wilgoć ziemi zwiększyła gorączkę, napadły mnie najdziksze marzenia, rodzaj jakiejś delirium. Pamiętniki diabła na pamięć mi wróciły; zaczęło mi się wydawać, że jakiś diabeł także szydzi ze mnie, że Danielewicz gdzieś daleko pojechał, że sam tu zostanę. Jeszcze raz pół mili boru przeszedłem, nic nie spotkałem; ciemno się zaczyna robić, kręci się w mózgu od czczości. Wróciłem do Lubnika. Mój poczmistrz się rozbierał już; proszę o szklankę wody, wypiłem i zaczynam znów gadać o mojej umierającej; zdaje mi się, żem sam w gorączce uwierzył, iż ktoś umierający na mnie czeka. Wtedy poczciwy ten człowiek kazał zaprząc do dorożki pocztowej dwa konie, dał mi pocztyliona, okrył mnie swoim starym płaszczem, bo zrywała się burza i, ufając mojemu słowu, puścił mnie czarną, jak dziegieć, nocą do Hof. Droga od samego diabła, po górach i lasach, bez szosy, wśród ciemności tak grubych, że można by krajać je nożem. Do tego wiatr prawie mroźny, deszcz, niespokojności, głód i ból w oczach nieznośny. Jedziemy, jedziemy krok za krokiem dobre trzy godziny; około dwunastej w nocy dostajemy się do szosy, pocztylion zaczyna ruszać, pewny swego. W największym pędzie, nic nie mogąc rozpoznać, zjeżdża w rów głęboki i jedną razą czuję, bo nie widzę, czuję, że mnie diabły jakieś przewracają; padam szczęściem na krzyże, nie na głowę, ale okropnie, bo na kamień, a kolaska w drobne kawałki. Zrazum myślał, żem na dwoje przełamany, wygrabuję się spod szczątków dorożki, staję na nogi; wtem jak iskry zaczną mi się sypać przed oczy, potem sino i blado się robić, słowa ani wymówić, i padłem zemdlony, jak długi. Pocztylion, także w głowę i ramię mocno stłuczony, ocucił mnie. Porwałem się, słabość przeszła. Rozśmiałem się i, konie wyprzęgnąwszy od ruin kolaski, piechotą walimy do Hof. Na poczcie dowiadujem się, że Danielewicz wrócił do Sternberg. Wtedy mnie już rozpacz wzięła, bo przeczuwałem, że stamtąd do Lubnika pojedzie, a ja w Hof. Zaraz jednak sztafetę wyprawiłem do Sternberg, i teraz mi łacniej szło, bo byli widzieli mój powóz, a zatem pewni byli zapłaty; i poszedłem do lichej austerii, gdzie, wypaliwszy fajkę knastru, wziętego od hausknechta, zasnąłem. Nazajutrz rano Danielewicz, jadąc o trzeciej do Lubnika, z moją sztafetą się spotkał i pospieszył do Hof. Możesz sobie wyobrazić, jak był niespokojny, a jak się uradował, zastawszy mnie w łóżku w austerii. Choć mocno rozbolały, zaraz puściłem się w drogę. O dziesiątej w nocy byłem na granicy pruskiej, gdzie niemiłosiernie nas przetrzęśli i, cukierki Wąsowiczów za kontrabandę uważając, kazali cło płacić, równie jak za wiele innych rzeczy. Do Nissy przyjechaliśmy o czwartej z rana wczoraj, potem cały dzień jechaliśmy drogami najgorszemi, a o czwartej z rana dziś stanęliśmy w Salzbrunn.
Mój drogi Adamie! Całąm drogę myślał o Tobie i tęsknił za Tobą. Kiedyż się zobaczymy? Liczyłem dnia godziny i chwile wieczoru, domyślając się, co robisz i gdzie jesteś o każdej z nich. Uściskaj ode mnie serdecznie Generała i podziękuj mu jeszcze raz ode mnie za jego dobroć i przyjaźń175. Księżnie stopy ucałuj ode mnie, a teraz do jutra bo mnie oczy mocno bolą!
20 maja. Wczoraj wieczorem poszliśmy z Konstantym do Fürstenstein, zamku starego, o milę stąd. Przystęp doń okolony gęstym, głuchym borem, przypominającym okolice, które zwykle opisuje Jean Paul. Nagle stajesz nad głębokim, przepaścistym jarem, w dole strumień huczy, boki spadziste, nastrzępione jodłami; pośrodku jaru wznosi się opoka, równie odległa od obu brzegów, na niej gniazdo arystokratyczne grafów Hochbergów, zachowane w całości, zewnątrz i wewnątrz. Wejdziesz bramą na dziedziniec, tam mury ostrołukami podparte, na kształt nerońskich gmachów: z jednej strony sam zamek mieszkalny z wieżą, z drugiej wieża więzień, połączona ze skrzydłem pierwszem arkadami, a od czwartej strony mały mur tylko, nad przepaścią, i widok na jar, na bory, dalej na wzgórza, dalej na góry Czech. W zamku wszystko, jak 1500-go roku było. Ciasne ale poważne komory, wszędzie gobeliny, kantorki, wykładane szyldkretem i weneckiemi zwierciadły, ogromne krzesła, obite robotą, tkaną dłoniami pań średnich wieków, pań zadumanych, samotnych, bo mąż lub ojciec gdzieś daleko walczy, chyba paź młodziuchny siądzie na stołeczku u stóp haftującej i powiastką ją rozweseli. Pokój sypialny, szerokie łoże za kotarą srebrną, okropnie ponuro; tam znać nie kije, ale ostrza puginałów po rękojeść w serce brali kochankowie. Po korytarzach pełno obrazów zblakłych, blade twarze niewiast i mężczyzn; muszą one o zmierzchu odrywać się od płócien i wlec się po zamku, dopóki kur nie zapieje. I ujrzałem tam obraz Leopolda cesarza: siedzi Niemiec na tronie, tłoczy stopami nagiego Turka, w głębi Minerwa i stoustna Fama, lecz nigdzie Sobieskiego nie widać. Już w XVII wieku, znać, sprawiedliwość umiano wyrządzać Polakom. Wdali schody i schodki, zawroty i podziemne przechody, któremi niewidzialno z zamku do lasu można uchodzić.
Ze szczytu wieży więzień, nad kaplicą, widok ogromny, cudnej piękności. Jar stamtąd, już szczerą otchłanią się wydając, ciągnie ciebie: rad byś rzucił się w jego głębiny. Co tylko zajrzysz okiem, czy lasy, czy wsie, czy góry, czy pola, wszystko do pana zamku należy. Okrągłe ramy z gór sinych opasują ten obraz. Widać niedaleko za gęstwiną nowy zamek Fürstenstein, stawiany w XVIII wieku, podłej architektury w porównaniu z gotycką starego, przeznaczony na mieszkanie cesarza rosyjskiego. I stojąc na szczycie tej wieży, o Adamie, wpadłem w głęboką, w nieskończoną smętność. Żal mi było upłynionych wieków, żal tych ludzi, okutych w żelazne zbroje. Oni mieli wysokie pojęcie piękności, na wzór orłów obierali sobie szczyty na mieszkania. Wzrok ich zasięgał daleko, a każdy, patrząc na poddane ziemie, mógł pomyśleć, że przed tysiącem lat przodek jego, o takiej samej wieczornej godzinie, z równą dumą, spoglądał z tego samego miejsca na tę samą okolicę. Myśl ich nabożnie zwraca się ku niebu; arkadami wiązali swe dumy w sklepienia, w westchnienia ku lepszemu światu, a na tym dokazywali orężnie i dziarsko, lekcy w ciężkich pancerzach. Zazdroszczę im, zazdroszczę! Wiem i wierzę, że świat, że ludzkość musiała się wydobyć spod tych mostów zwodzonych, musiała się rozsypać i ziemię pokrajać na małe zagony, by kiedyś każdy był wolny i pełen godności; ale, kiedy cała godność tysiąców skupiała się w jednego wodza, jakżeż ten wódz mógł być wielkim i dumnym! Dziś tego już być nie może. O, daj mi kochankę w takiem ustroniu, w takim zamku, niech choć jedną noc z nią przebędę w tych komnatach gotyckich, niech od wieczora do ranku marzę, iż jestem częścią przeszłości, a nie teraźniejszej doli poddanym, niech ona będzie panią zamku tego przez całą noc jedną tylko, a nazajutrz puszczę się z mężniejszem sercem tam, gdzie iść muszę, tam, gdzie ja sługą będę!
Patrz, jak zamarzyć się może dusza, jak śnić na przekór rzeczywistości! Boże! Pewno, wiele cierpień spłynęło na mnie z powodu wijących się ciągle mar w wyobraźni mojej, ale też nieraz wśród tych widziadeł doznałem szczęścia. Wczoraj, Adamie, mimo niespokojność, mimo tęsknotę, panowałem z tej wieży całej dolinie: mój surdut w kolczugę się przedzierzgał, nie kapelusz, ale hełm przytykał mi do skroni, i patrzałem na drogę daleką, kędy jechać ma ona, i zapraszałem ją do tego zamku. Działo się to wszystko 1500-go r. Dziś znów, 20 maja 1838, deszcz pada, w bilard gram z Danielewiczem. Przyznaj, żem długą drogę przebył od wczoraj wieczór; ślad jej zapisuję tutaj w Twojej pamięci.
21 maja. Danielewicz się wścieka, widząc mnie smutnym. Gram z nim cały dzień w bilard i szachy. Jemy pruskie gołąbki i mizerię i bez smażony. Monarchia pruska daleko niżej stoi od Austrii pod względem kuchennym. W Austrii lud daleko lepszy i powolniejszy, grzeczniejszy. Tutaj landwera każdego golibrodę przemieniła w bohatera, każden wieśniak nosi furażerkę wojskową, a kiedy pytasz go się o drogę, dalibóg, wielkie szczęście, jeśli ci raczy odpowiedzieć: są to duchowi Moskale. Fałszywem jest wyobrażenie, rozsiane w Europie, jakoby w Prusiech nie wolno było palić tytoniu po wsiach i miastach; wszyscy chodzą z fajkami. Dzieci jedne tylko wieczorem mówią ci Gut Abend, a czasem kobiety, zresztą mężczyźni inni, przechodzą w milczeniu wojskowem, na formę Blüchera starając się wyprężyć. Nad każdym bilardem Fryderyk Wielki na koniu. Wolę Madonny we Włoszech. Wszędzie źle na tym świecie, osobliwie dla Żydów i dla nas.
144. Do Adama Potockiego
Opinogóra, 12 czerwca 1838
Drogi Adasiu! Dzięki Ci za list Twój i za przysłanie dwóch drugich — odebrałem je nazajutrz mojego do kraju powrotu. Dzięki Ci i raz jeszcze dzięki.
Sądząc z słów Twoich, widzę, że się męczysz, żądzom daremnym na pastwę oddany. Radą żadną, jedno współczuciem służyć Ci mogę — jedno żałować z głębi serca, że przetrawisz na próżno wiele sił, które mógłbyś w innym kierunku użyć, jedno prosić Boga, by odwrócił od Ciebie pragnienie tego, czemu stać się nie może zadość; oto masz zdanie rozsądku. Teraz, gdy zapytasz się serca mego, powiem Ci, że czuję wszystko, co Ty czuć musisz, bo może zdarzyło mi się tak samo, jak Tobie, żądać ze wszystkich sił chmur odległych, co miały roztopić się w powietrzu, a nie spocząć na piersiach moich. Wiem, jakie wtedy pustynie wydrążają się w duszy, jaką smętną gorycz zostawia w puściźnie po sobie gwałtowna namiętność; wiem, że miłość do kobiety niejednego zabiła u wstępu do życia, tak, że później już nic innego równie kochać nie mógł. Lecz to losem Twoim nie będzie — być nie powinno: pamiętaj o matce Twojej! Do niej najświętsze wiążą Cię powinności.
Miłość, którąś jej winien powinna wszystkie inne pochłonąć. Jej szczęście Twoim najpiękniejszym celem. Jeśli jej nie ujrzysz szczęśliwą, śmiej się z wszystkich darów, któremi niebo Cię osypało, śmiej się — bo sam nigdy nie doznasz, co szczęście! Dopókim był z Tobą dopókim co dzień mógł spojrzeć Ci w oczy i cieszyć się z ognia szlachetności, który w nich pałał, czasami tylko o Twoją lękałem się przyszłość. Ileś razy przemówił szczerze, ileś razy ścisnął mnie za rękę, strach mnie opuszczał. Teraz daleki jestem, teraz nie mogę już śledzić co chwila Twoich myśli, ni wiedzieć, jakie osoby lub okoliczności Cię otoczą, i teraz nieraz myślę o Tobie z głębokim smutkiem. Wiesz, wiesz, że Cię kocham i taką miłością, co życzy Tobie tego, co najpiękniejszem jest na ziemi: dzielności i cnoty! Masz wszystkie jej zarody. Bóg Ci włożył w piersi najdroższy klejnot: szlachetne serce — nie popsuj dzieła boskiego, nie zapominaj nigdy o tej prawdzie, nie mojej, ale samej swojej, że obowiązek jest najwyższą moralną ideą! Wszystko reszta podległe zepsuciu i odczarowaniu. Obowiązek jeden tylko nosi na sobie cechę wspólną z Bogiem; jest nieodmiennym wszędzie i zawsze, jest wiecznym; przez pojęcie jego duchem już dostajesz się do okręgów wyższych, niż nasze ziemskie nędze, ale przez dokonanie jego sprowadzasz niebo na ziemię na wzór Chrystusa, przymuszasz Boga, by się stał w Tobie człowiekiem. W każdej chwili dopełnienia jego w boską przyoblekasz się naturę. Otóż, drogi mój, czegóż Ci świętszego życzyć może przyjaciel, jak żebyś bosko myślał, czuł i działał? Czyż nie kocham Ciebie wszelką piersią moją, kiedy przenoszę ducha Twego piękność nad marne ciała Twego rozkosze, zyski lub korzyści?
Lecz i w duchu Twoim mogą być zawady, postawione najwyższemu celowi życia Twojego — mogą być przestrzenie promienne na wzór zórz wschodzących, które zawisną Ci nad sercem i umizgać się będą do Ciebie i nęcić wszystkie uniesienia Twoje ułudą piękności. Niezawodnie te przestrzenie są piękne, rajskie, boskie także, ale tyczą się egoizmu Twego. Gdyby nie było innych obok nich szczerze radziłbym Ci, byś rzucił się na ich fale i popłynął w nieskończoność snów i marzeń. Lecz wiesz, że inne czekają na Ciebie. Powtarzam raz jeszcze: Ty wiesz, że masz matkę; poświęć jej ten pożar, wrzący w duszy Twojej, bo inaczej on za wcześnie Cię zniszczy, a kiedy matka później zażąda od Ciebie pomocy, podpory, Ty sam będziesz takiej potrzebował.
Nie mówiłbym Ci tego, gdyby uskutecznieniu Twoich żądz jakikolwiek środek można upatrzyć. Owszem, wtedy bym pierwszy chciał zaprowadzić Cię do ołtarza.
Szczęście takowe potroiłoby Twoje siły, ale nieszczęśliwa miłość w popiół je rozwieje lub na złe skieruje — nie dręcz się, nie męcz! Dość mąk czeka na Ciebie — pchasz się sztyletem, a nie stanie Ci krwi; przyjdzie ją wylewać z ran, przez zewnętrzne dłonie zadanych. Usłuchaj głosu mojego — on nigdy Cię nie zdradzi, on Ci wiernym będzie do końca. Pisz do mnie często, pisz każdą myśl i każdą boleść; choć daleki, będę ja wtenczas przy Tobie i, czując, co czujesz, będę miał prawo wymagać od Ciebie, byś choć na chwilę pomyślał to, co ja myślę.
Daj rękę! Ty masz przyjaciela!
Lepsza to może dola, niźli mieć kochankę.
Frusia176 uściskaj ode mnie, proś go, by przypomniał matce to, co mi przyobiecał. Reytera177 poczciwego równie uściskaj p. Galetowi178 tysiąc ukłonów. Pułkownika179 dziesięć razy uściskaj ode mnie. Matce Twojej złóż moje najgłębsze uszanowania i powiedz jej, że ją proszę o jeszcze jeden pacierz — niech mi go rzuci, jak ubogiemu jałmużnę na drogę życia. O, potrzeba mi takiej!
Cóż porabiacie? Często bijecie się na szpady i na szpadrony? A wtedy wspominacież o mnie? Jeśli przyjmiesz radę moją względem nauk, to prosić Cię będę, byś przykładał się szczerzej do historii powszechnej. Wszystka mądrość ludzka zawarta w historii. Wszystkie przeznaczenia rodu ludzkiego odbijają się w niej, jak słoneczna jasność w płynącym potoku. Tam myśl Boga o ludziach i myśl ludzi o Bogu połączone razem. Przeczytaj, proszę Cię, Historię Micheleta, francuską i rzymską. Przeczytaj kawałki historyczne i literackie Szyllera. Jeśli będziesz miał czas po temu, weź także Herdera Idee o filozofii historii, a świat ogromny roztworzy się przed Tobą i może nieco ukołysze wzburzone fale, spienione podrzuty serca Twego.
Pisz zawsze do mnie: à Varsovie; gdziekolwiek będę, list Twój mnie takim sposobem dojdzie: Varsovie, Palais Krasiński — F-bourg de Cracovie. Co do mnie, chory jestem — oczy mi się znacznie pogorszyły. Szanuj zdrowie — zdrowie jest to dla ducha to samo, co doskonałe narzędzie muzyczne dla kompozytora. Jeśli struny się rozwiążą, popękają klawisze, kto światu objawi myśl mistrza? Arcydzieło zostanie wśród wiecznej nocy, pogrzebane we wnętrzach niedostępnych i ludziom nie zda się na nic. Teraz bądź mi zdrów, bądź mi spokojniejszy! Kiedy zaś napadną Cię burze duszy, siadaj, bierz pióro, posyłaj mi je. Ja je przyjmę, jak siostry... O ile zdołam, rozświeciwszy je promieniem lepszej nadziei, Tobie odeślę.
Zygmunt Krasiński
145. Do Adama Potockiego
Warszawa, 1838, 4 lipca
Drogi Adasiu!
List Twój z d. 26 czerwca wczoraj odebrałem. Jesteś ciągle w tym samym stanie umysłu, żresz się i palisz i, choć Ci to ból sprawia, ten ból lubisz; Ty może byś nie chciał się zgodzić na jego ustanie. Taką jest natura serca bardzo młodego, pełnego sił niestrawionych jeszcze, że pragnie nade wszystko bić gwałtownie, a mniejsza mu o to, czy z rozkoszy, czy z cierpienia. Zwykle dziwny popęd czują młodociane dusze do smętku, do obrazów rozpaczy i burz, miotających życiem, bo w takich położeniach zachodzi wielka działalność, nadzwyczajne tarcie. Jednem słowem Ty może bardziej żyć pragniesz, niż ją kochasz — ale inaczej być nie może. Ja taką uwagę zdołam uczynić o Tobie. Ty mi tej prawdy nie przyznasz, chyba kiedyś później. Jednak z tych słów nie wnoś mylnie, że ja wątpię o Twojej miłości; wcale nie — sądzę tylko, że sam siebie łudzisz. Teraz ją zobaczysz. Cóż z tego będzie? Widok jej zapewne doprowadzi Cię do najwyższego szczebla namiętności i cierpienia, a, kiedy się ona oddali, zostanie tęsknota gorsza, niż wszystkie uniesienia, niemoc niechcenia, pewien rodzaj lenistwa do wszystkiego, niebezpieczny strasznie dla duszy takiej, jak Twoja, która właśnie teraz winna roztworzyć się, jak kwiat, i zewsząd pożywne soki ściągać do swojego kielicha. Ona ma tędy przejeżdżać, gotowe są dla jej matki pokoje, może ją zobaczę — ale nie, ja sam, chcąc, byś był spokojniejszy, wpadam w dzieciństwo. Czegóż Ty się możesz spodziewać? Kto wie, gdyby dzisiaj jaki anioł cudowny zleciał z niebios i wziął Cię za rękę i zaprowadził do kaplicy fantastycznej, gdzie by ona już przed ołtarzem czekała na Ciebie, kto wie, jeszcze raz mówię, czybyś się nie cofnął w głębokiem przekonaniu, że nie na to roztwiera się życie przed Tobą, byś je u samego wstępu zamykał. Zresztą, raz podobno Ci mówiłem, że możesz niezmiernie uszlachetnić i na rzeczywiste uczucie zamienić tę zmorę, która Cię trapi, a to przejęciem się myślą i wolą strzeżenia jej moralnie, opiekowania się moralnie losami jej całego życia, w jakiekolwiek położenie wprowadzi ją przeznaczenie. Zamień kochankę na siostrę, a będziesz spokojny i nie zaprzestaniesz kochać. Tylko Twoja miłość czystą będzie zupełnie. Jam nigdy siostry nie miał, ale myślę, że piękniejszego stosunku nie ma na ziemi od tego, co zachodzi między bratem a siostrą. Myślę, że taka miłość jest wyższym ideałem, niż wszystkie inne, do których zwykle mieszają się ułudy zmysłów lub fałsze rozumu.
Zaprawdę Ci mówię, że będziesz jeszcze kochał, będziesz, o, będziesz — i, kochając, sprawisz nieszczęście tej, którą ukochasz; bo zwykle ludzie podobnego charakteru do Twego, miasto szczęścia, przynoszą żałobę w progi tej, którą ukochali. Nigdym nie widział, nie słyszał o namiętnych miłościach, którym by błoga gwiazda świeciła. Jej uskąp takowych darów — jej przeznacz to, co masz najlepszego w sobie. Daj jej przyjaźń męską, trwałą, poważną, a tysiąc okoliczności nasunie się w ciągu życia, w których będziesz mógł zostać czemsiś piękniejszem, niż jej kochankiem lub mężem — jej aniołem stróżem.
Mój drogi, pragnę z serca, byś lepszych doznał kolei ode mnie. Życzę Tobie, byś zachował wszystko, com ja stracił. Dlatego tak usilnie się staram odwrócić Twoją duszę od zgubnego kierunku, na którym może ona spotkać się z boskiemi chwilami, ale też niezawodnie w końcu z obszarem głuchych ciemności. Chciałbym Cię jak najprędzej ujrzeć mężem (vir), to jest człowiekiem potężnej woli, świętych i rozumnych celów, zdolnym do przetwarzania się w sobie samym na coraz wyższą skalę, przekonanym, iż wszystko na świecie ustąpić powinno idei powinności. Do takiego stanowiska niepodobna może dojść bez walk rozdzierających i długich, bez krwawych doświadczeń. Otóż moim snem o Tobie jest, żebyś od razu osiągł wysokiej godności człowieka, a nie przechodził przez nędze i troski, któremi ocierniona droga, wiodąca do niej. To snem nazywam, bo to prawie niepodobnem jest nawet do przypuszczenia, ale darujesz mi go, bo to sen przyjaciela.
Proszę Cię, dostań sobie dzieł następujących i przeczytaj je: Herdera Ideen po niemiecku; Conquite de l’Angleterre par les Normands par Thierry; Micheleta wszystkie dzieła, a szczególnie Histoire de France i Histoire Moderne; Cours d’Histoire de France par Guizot; Discours sur l’Histoire Romaine et les barbares p. Chateaubriand; De la grandeur et décadence des Romains p. Montesquieu; De la démocratie américaine par Tocqueville — a jeszcze jaśniej stanie przed Twoją myślą obraz ogromny przeznaczeń ludzkich, prowadzonych opatrzności rozumem do dalekiego celu dobra i piękności. Tam się przekonasz, iż wszystko zrazu wydaje się przypadkiem, ślepym trafem, złem, ironią, podłością, lecz z tego chaosu stopniami wydobywa się porządek i świątobliwe przeczucie dobrego — wreszcie dojdziesz do tej prawdy, iż wszystko dzieje się duchem, przez duch i w duchu, że materia jest raczej złudzeniem, że złe na tym świecie jest najokropniejszym fałszem i że tylko dobre, sprawiedliwe i piękne jest rzeczywistością, coraz bardziej podrastającą i wzmagającą się. Wtedy padniesz na kolana i podziękujesz Bogu za tę pewność, Jego palcem wyrytą na kartach historii. Historia jest sumą wszystkich działań ducha ludzkiego, z której się wykazuje, że to, co Bóg myśli na szczytach niebios, to samo ludzie pomyśleć, pojąć i uskutecznić muszą na ziemskim padole.
Każdy z nas jest obrazem Boga na ziemi. Od lat tysiąców to Pismo św. wyrzekło, po lat tysiącach to samo z doświadczenia historii wypada. Biada tylko temu, kto ten obraz psuje lub niszczy w sobie. On przestaje być rzeczywistością, staje się marnym cieniem, staje się nicością.
Kiedy dojdziesz do przeświadczenia się gruntownego o tem, co twierdzę tutaj, nabędziesz wewnętrznego pokoju i zewnętrznej powagi. Staraj się więc jak najrychlej własną myślą przeniknąć te głębie. Bądź mi nurkiem, co rzuca się w morze trudu, by perłę wydobyć. Wiem, że od tej drogi niepodobna, byś tysiąc razy nie odskoczył, nie zboczył, nie zbłądził na stronę — ale przynajmniej pamiętaj, gdzie droga leży, by świat nie został pustynią nieodgadnioną dla Ciebie.
Wierz mi, że Ci dobrze radzę — a teraz Cię ściskam z całego serca. Pisz do mnie, kiedy Ci tego potrzeba i ile razy Ci tego potrzeba.
Z. K.
Matce Twojej najgłębsze moje uszanowanie. Frusia ściskam i Galetowi kłaniam. Pułkownika ściskam. Zdrowie moje źle idzie — osobliwie oczy — trudno mi długo pisać lub czytać.
11 lipca
Do 11 lipca ten list leżał w moim stoliku, bo chciałem Ci coś o niej donieść.
Widziałem ją180 kilka razy i dość długo za każdym razem, a choć nie mówiłem z nią, bo wiesz, że z pannami nigdy nie rozmawiam, przekonany jestem, że musi być bardzo dobra i słodka. Niezaprzeczenie także i piękną jest; pełna do tego prostoty i niewymuszoności, czem o całe niebo przeważa nad „boską” Julią181. Jej siostra wydała mi się piękniejszą — najśliczniejsza zaś ze wszystkich jest maleńka182 — oto żona dla Ciebie w przyszłości. Zachowaj się dla niej; przenieś od dorosłej miłość swoją do dziecka, które niezadługo podbieży w górę i stanie na równi z Tobą wtedy, kiedy będziesz panem wyboru i działania. Jeśli późniejsze rozwinięcie jej wdzięków nie zaćmi, będzie to anioł, nie kobieta. Sama pani, której starałem się dać wysokie o Tobie wyobrażenie, mówiła mi, że jedzie teraz do Karlsbadu, a potem do Toeplitz. Wspominała też o Maurycym z wielkiemi pochwałami, na co jej tak powiedziałem: „La différence, qui existe entre Maurice et Adaś est que Maurice est un homme, qui est enfant, et Adaś un enfant, qui est homme183”. Ale nie myślę, by moje słowa wiele ważyły u niej. Teraz bądź zdrów i napisz do mnie. Jutro wyjeżdżam stąd na wieś — i daj Boże, bym tu nigdy nie wrócił.
Zyg.
146. Do Adama Sołtana
Gdańsk, 12 sierpnia 1838
Przyjechałem tu wczoraj, a jutro wyjeżdżam na powrót do domu. Interesa mojego folwarku pruskiego184, wymagały przysięgi. Odebrałem Twój list ostatni. Dzięki Bogu, że Colonnelo i Chevalier już przybył. Swatać mnie chcesz z jego córką. O, mój Adamie, to słowo „swaty” brzmi w moich uszach na podobieństwo tego drugiego: pogrzeb. Nie możesz sobie wyobrazić do jakiego stopnia rozdrażnienia doszedłem pod tym względem, jakie życie moje codzienne w domu, jak czuję, że zabijam mojego ojca i jak nawzajem sam zabijany jestem. Stałem się uosobioną troską i tęsknotą. Chory jestem na umyśle, na sercu być może, nie przeczę, sam to czuję; ale ta choroba z najlepszych sił mnie ogołaca, ssie mnie na kształt raka i w tęsknotę niczem nieskończoną pogrąża, a leczyć się nie potrafię. Zresztą, mój Adamie, jestem z tego gatunku ludzi, którzy dostali przenikliwy wzrok na wszystko co czarne i smutne. Coraz bardziej ogarnia mnie smutek, coraz bardziej przekonywam się o prawdzie słów moich, do księżnej pisanych, że prócz Boga nie ma podpory ni nadziei na wszechświecie.
Teraz wracam do domu, za dziesięć dni pojadę do Litwy, potem nie wiem, jak się obrócę. Zresztą wszystko mi jedno, w chacie czy w pałacu zawsze będę chory, do niczego niezdatny; przeklęte oczy moje, które mi nigdy nie dozwolą żyć na zewnątrz, jedno wewnątrz gryźć się i męczyć przymuszają.
Pisz rzadko, Adamie, bo ledwo mogę czytać pismo czyje, bo ledwo sam pisać mogę. Zdaje mi się czasem, że jakaś nieskończona ciemność zaczyna się roztaczać koło mnie, że tysiąc tysięcy pająków wiją nici cieniutkie, a jednak widnokrąg od nich ciemnieje; czasem znowu duże plamy czarne, czerwone, żółte, jak chmury, płyną koło skroni moich; oganiam się, ale to mało pomaga.
13 sierpnia. Zdaje mi się, że jest prawem stworzenia, iżby człowiek coraz bardziej smętniał, im dalej postępuje w życie. Zrazu tęcze się snują, przewodniczki nadziei, potem prysną, zwodnice, i, coś mienił światłem, w deszcz się przetwarza; później i deszczu już nie znajdziesz nigdzie, choćbyś kropli jego rad z chustki wycisnąć i nimi usta odwilżyć, będzie pogoda szara, sucha, pod nogami piasek, mgła nad głową, i w mgle utoniesz na wieki.
Gdańsk, miasto stare, piękne, gdzieniegdzie podobne do Wenecji. Nikogo tu nie znam, chodzę po ulicach, a nieznośnie mi ciężko, tęskno, niedobrze; w rzeczy samej schorzały jestem. Addio, mój drogi. Córce Twojej mnie przypomnij. Montlearowej moje uszanowanie. Addio, addio.
Twój
Konstanty Cię ściska. O Sylwanie ani słychu, nie wiem, gdzie przepadł.
147. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego
Opinogóra, dnia 27 aug[usta] 1838 r.
Drogi Edwardzie!
Pisałem raz do Ciebie zaraz za przyjazdem do kraju, drugi raz w trzy tygodnie później, trzeci raz pokrótce, zapraszając cię do Knyszyna na początku septembra; ale teraz już tam nie pojadę, z ojcem podobno niedługo do Włoch wyruszę. Przesłałem Ci wreszcie pierścionek, który niegdyś do Rajeckiego należał, przez p. Proskurę. Na to wszystko żadnej, a żadnej odpowiedzi od Ciebie nie mam. Nie wiem co myśleć, co przypuszczać? Listy moje pod kopertą siostry Twojej powierzone... w Brodach, zdaje się, iż przepaść nie powinny były. Możeś Ty mnie odpisał przez poczty krajowe, nie przez Galicję i list Twój gdzieś się zawieruszył, lub dopiero 1839 roku mnie dojdzie. Moje listy zawierały dużo rzeczy, na które, że nie mam odpowiedzi Twoich, niezmiernie mi przykro i tęskno, że tak powiem.
Była tam i ciągła prośba moja do Ciebie, którą Cię zaklinałem, byś czuwał nad nią, i, jeśli jej położenie kiedykolwiek wymagać będzie, nadbiegł jej na pomoc, a mnie zaraz o tem uwiadomił.
Donieś mi też, co się z nią dzieje, co mąż robi, w jakim ona stanie umysłu, bo zupełnie przerwane są między nami komunikacje; a co dzień czuję, jakby przekleństwo, wiszące mi nad głową za to żem dowiódł ją do nieszczęścia. Ona i ja będziem tego znamię całe życie nosili. Raz jeszcze polecam ci ją — powierzam ci ją! Ty się nie domyślisz może nigdy, ile goryczy jest dla mnie w tych słowach, jednak tak szczerych, tak pełnych wiary w Ciebie które tu piszę.
Na miłość Boga mi odpowiedz! Na miłość Boga Cię proszę, a pisz do Warszawy! Choćbym już był wyjechał zagranicę, to mi list twój prześlą, a z miasta pierwszego, w którem się zatrzymamy, doniosę Ci, gdzie nadal masz mnie szukać.
Bądź zdrów i spokojniejszy, i szczęśliwszy ode mnie, na coś zasłużył — bo i lepszy jesteś. Twój
Zygmunt.
148. Do Adama Sołtana
Linz, 9 novembra 1838
Przejeżdżając tak blisko Wiednia a nie mogąc Cię uściskać, niech Cię przynajmniej powitam kilką słowy, niech Ci powiem: „dobry dzień”. Coś mi w sercu nad miarę tęskno, żem tak niedaleko od Ciebie, a z Tobą nie będę; z wszystkich sił chciałoby mi się uściskać Ciebie. Wleczemy się diable wolno. Dopiero od dwóch dni zaczęliśmy nocami jechać. Zdrowie mego ojca nieszczególne, a humor także. Oh, dawniej inaczej bywały podróże moje, kiedy serce mi w piersiach biło, jak kopyta koni, i skry takie zeń leciały, i wszędzie w powietrzu rozlany był szał miłości, namiętności, nadziei, zachwycenia. Przeszło — a co przeszło, nie powróci.
Już trąbią na koniu pocztyliony. Bądź zdrów, ściskam Cię z serca, pisz zaraz do Wenecji! Mamy stamtąd do Neapolu jechać na zimę. Powiedz Adasiowi, by do Wenecji napisał także. W kraju coraz gorzej. Addio! Kiedy się zobaczym? Oh, mój Adamie, jakbym chciał przycisnąć Cię do piersi.
Twój.
149. Do Konstantego Gaszyńskiego
Venezia, 18 novembra 1838
Drogi mój Konstanty! Kiedy wzrokiem, skierowanym ku biegunowi, myślą, pochyloną w stronę zorzy północnej, ścigasz mnie, głos mój nagle z łona mórz adriatyckich się podnosi, i woła na Ciebie z głębi pałacu Giustinianich, przerobionego dziś na Albergo di Europa185. Jeszczem pierwszego tego miesiąca był w kraju. Jazdą dwutygodniową, ciągłą, przerzuciłem się na brzegi, kędy kwitnie róża, pod lepsze niebo, które już nie świeci mi nad twarzą kochanki, ani nad bladem licem przyjaciela, bo Konstanty został się w kraju, myśli się żenić.
Mój Boże. Nie wystawisz sobie, z jaką goryczą na nowo ujrzałem te niegdyś dla mnie tak szczęśliwe wody, te pałace, te gondoły; wszystko to teraz, jak grób, stoi przede mną. O, nie wracaj nigdy do miejsc kędy szczęśliwy byłeś, bo w nich już nie zastaniesz szczęścia dawnego, a one wtedy wydadzą ci się trupem, z którego wyleciała dusza, i mniej jednym, cudnym, rajskim obrazem będziesz miał w pamięci życia twego.
Tam, kędy tęsknota duszy Cię porywała, kędy być przeszłej wiosny tak żądałeś, coraz ciemniej i gorzej. Wierz mi dziękuj opatrzności, żeś znalazł kątek pięknej ziemi, gdzie masz przyjaciół.
Czy czytałeś nowy poemat Słowackiego, Ahelli? Piękne to dzieło, z wielką sztuką wypracowane: styl przejrzysty, spokojny, kryształowy, myśl jest prawdziwa. Anhelli, to pokolenie, które przemarnieje w łzach, w boleści, w daremnych żądzach, a umrze dnia, poprzedzającego dzień, w którym te ich żądze dopełnić się mają. Ten Anhelli, taki samotny, taki opuszczony, patrzący na śmierć wszystkich swoich, jest doskonałym symbolem poetycznym naszego przeznaczenia. Naprzód to, co Boga ma w sobie, to, co najwznioślejsze, entuzjazm, prawda, miłość wielkich rzeczy, pod postacią proroka Szamana umiera. Zostaje się jeszcze Anhellemu jakaś osłoda ludzka, pokutnica, siostra Ellenai. Ale człowiek taki nawet pociechy ludzkiej długo mieć przy sobie nie może; umiera i siostra. Ta śmierć jej po mistrzowsku z boską prostotą opisana. Sam już teraz, zupełnie sam Anhelli, bo wszyscy współwygnańcy pozabijali się, zatracili się, zginęli; duszno mu i tęskno. Ostatnią mu towarzyszką został anioł Eloe, stworzony przez Alfreda de Vigny, a przez Słowackiego zagnany na śniegi biegunowe, anioł, urodzony z łzy Chrystusa na Golgocie, anioł litości, co się dał uwieść szatanowi, anioł, co teraz grzebie kości pomarłych na błoniach białych, oświecanych przez zorze północne. Ten anioł drugi raz się urodził w ręku Słowackiego. Anhelli nareszcie, sam, skłoniwszy głowę, ducha oddaje. Aliści, ledwo skonał, pędzi rycerz na koniu, rycerz podobny do zjawisk Apokalipsy, wołający piorunowym głosem: „Do broni!”. Ale Eloe rzecze mu: „Jedź dalej, Anhelli już umarł, już on mój na zawsze”. Taki koniec. Nie znam nic smętniejszego, nic poetyczniej pomyślanego i wykonanego. Trudno było w elegią smętną, a jednak pełną barw moorowskich przetworzyć Sybir; poeta tego dokazał. Jeśliś nie czytał, dostań; jeśliś zaś już miał w ręku to dzieło, powiedz, co myślisz, czy to samo, co ja? Wiem, że po przeczytaniu tego utworu zapadłem jakby w sen magnetyczny i wyśniły mi się wszystkie gwiazdy, wszystkie tęcze, o których tam mowa; gwiazdy i tęcze, nie takie, jak u nas, ale podobne do świateł, nicość oświecających, gdyby można pojąć świat nicości.
Pisz zaraz do Neapolu. Godwinowi kłaniaj się, kontent jestem, że od Clarkiego miał wiadomość186.
Z.
Możesz na wszelki przypadek do Romy napisać, ale natychmiast, bo tam tylko kilka dni zabawim, a potem do Neapolu.
150. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego
Neapol, dnia 29 decembra 1838 r.
Mój drogi Edwardzie!
Na tych samych brzegach, z których wsiadałem z Tobą na łódkę, z których patrzałem na okręt parowy, co z Tobą odpływał i żegnał mnie czarnym dymem, gdyby krepą żałoby; na tych samych brzegach, gdzieśmy się o donnę Giovaninę187 i o siostrę Twoją pytali, przedzieleni murem od tego głosu, co nam tak dziwnie odpowiadał, nam stojącym pod obrazem Chrystusa — wczoraj Twój list odebrałem.
Długo on szedł, aż przypielgrzymował do mnie; Konstanty188 go w Warszawie włożył w list swój i przesłał tutaj.
Wszystko, co mówisz, Edwardzie, może być prawdą objective, ale nie jest dla mnie subjective. Trybunał mojego rozumu nie może się zebrać i wyroki głosić za mną, tam, gdzie sam przewiniłem: on tylko umie mnie potępić i przebłagalnych domagać się ofiar. Ty nie wiesz, co to pamięć kochanej, połączona z wyrzutami, co to jej głos cichy, we wnętrzu duszy szepczący. Jak tylko ludzie zasną dokoła, a ty nie możesz zasnąć, bo i kochasz i lękasz się tego głosu zarazem, i rad byś go zatrzymać, by przez wieki mówił do ciebie, i chciałbyś go odegnać, by pokoju ducha dostąpić... A potem, gdybym choć marzyć mógł, choć oszukać siebie, choć przypuszczać, że się coś dobrego i świętego ze mnie w niej zostało, że ona uwierzyła światom ducha, które jej objawić pragnąłem... Ale nie! Ja myślę, i to mnie nęka, że ona w nadziejach zawiedziona, na szczęściu otruta, teraz przeklina mnie i złorzeczy wszystkiemu, czem ją natchnąć chciałem, czem przez czas jakiś natchniętą była. I dlatego, że to natchnienie widomego kształtu nie przybrało, ona o jego idei samej źle trzyma, ona w goryczy serca zaprzecza moim myślom, dlatego, że moje czyny im dorównać nie mogły, że moje indywiduum oddzielone od niej. Bo dusza niewieścia tem różni się od męskiej, że dopiero przez objawienie prawdy prawdę pojmuje, ale nigdy a priori. One wszystkie podobne Tomaszowi, co ran potrzebował się dotknąć palcem, by sercem uwierzyć w Zmartwychwstanie Pańskie, i dlatego też one są pięknością na ziemi, bo same są prawdą, wydaną zarysami materii, owianą welonem zmysłowości! A to zlanie się melodyjne ducha z ciałem, to zjednoczenie się, to pojednanie się dwóch na pozór sprzecznych pierwiastków, duszę nam potopem ognia zalewa i unosi nas szałem! W mężu nie ma tego tak ścisłego połączenia, zidentyfikowania; duch zawsze górą się trzyma. On panuje i trzyma w poddaństwie ciało — jakby pewną pogardę objawia ku ciału; stąd mniej piękny, mniej prześliczny, ale wielki i spokojniejszy.
Mojej winy nikt względem niej ocenić nie zdoła, oprócz mnie samego: przez niesłychane walki dowiodłem ją wreszcie do nieszczęścia. — Ona przewidywała wszystko, co się stało, ona nigdy nie zapomniała o przyszłości, nigdy pokoju szczęścia nie widziałem w niej, nigdy nie wyglądała na równą mi, ale zawsze na moją ofiarę, poświęcającą się, ale z głęboką wiedzą, że się poświęca. Czyż nie było okrucieństwem walczyć z takim wyrazem jej twarzy, z takiem przekonaniem jej rozsądku, a nie zważać nań — czyż nie było najogromniejszem samolubstwem? Wiem i to, że namiętność ma swój świat własny, na który teraz zapatruję się z sfery mojego rozumu, a zatem wierzę wiarą nie swoją, w to coś, które wtedy wrzało we mnie. Wiem i wiele innych rzeczy jeszcze, ale cóż mi to pomoże? Ją kochałem, a teraz ona smutna i cierpiąca; ona bez nadziei jakiejkolwiek przyszłości, będzie jej przekleństwem niezadługo żyjącą każdego jej dnia torturą, to widmo, które mnie ściga. — Daj, Boże, by się moje przeczucia o niej nie spełniły.
Nie ma tragedyj okropniejszych nad te, co się odbywają koło ognisk domowych! Niby cicho, niby dobrze... Zajrzysz do salonu — zgromadzona rodzina cała; na ich twarzach, nie poznasz nic — wyjdziesz z dobrą myślą, westchniesz, tęskniąc za podobnym spokojem i życiem, a ledwoś próg przestąpił, już oni z krzeseł się zerwali, z ich lica zeszła wszelka powszedniość i cisza; najdziksze, najbardziej jadowite kwasy pryskają im z oczów; rozdzierają się słowami gorzej, niż żelazem; jedni przeklinają drugich! Ale z takowych obrazów ten najstraszniejszy, w którym córka przeciwko matce powstaje. Apage, apage Satanas189!
Otóż kiedy podobne larwy mnie otoczą, i ścisną i dławią, kiedy widzę jej twarz bladą i coraz bledszą, i coraz oczy jej gasnące, i w oddali samotne łoże choroby, samotną śmierć i wyrzucającą matce dzieje przeszłości — córkę; miasto uderzyć ją nożem — wymawiającą moje imię! A to imię odbija się tak żałobnie, tak kamiennie w sercu nieszczęśliwej, i ona sama może doda do niego przekleństwo, lub krzyknie: O, Boże! Czemuś nasłał na mnie tego człowieka! Oh, wtedy, wtedy, wierz mi, piekło staje mi się zrozumiałem, jasnem, widomem, dotykalnem! Na próżno bym z niem się pasował. Ono nie zewnątrz, nie głęboko pode mną, ale głęboko we mnie! Daruj, że się powtarzam, daruj, że Cię może nudzę, bo takie wszystkie uczucia są treścią własnej duszy, ale nie drugich. Koniec więc temu! Ach! Ty bądź zawsze dobrym dla niej (pamiętasz, co Trenta twe wyrzekły: la sua morte sara dura, a kiedym się pytał perche? — odparły: perche è giovane, sensibile e affetionato. Ten dzwon pogrzebny w moich ustach nie przestał nigdy się odzywać).
Życie moje w Neapolu jest dość przykrem: klimat mnie ten zabija. Siedzę, bo ojca nie chcę samego zostawić, a ojcu tu mniej więcej dobrze.
Co do mnie, znam tylko jednych K... Dobrzy ludzie, ale coś suchego w ich domu. Fashion z nich moralne mumie porobił, balsamiczne może, ale wyschłe. Potem życie moje nie może być nie przykrem; ileż razy na dzień, spojrzeniem lub słowem nic nieznaczącem ojciec mi objawia, żem jego nadzieje zniszczył, i że oba samotni jesteśmy na ziemi! Najczęściej wieczór przepędzam u siebie sam jeden; świeca gdzieś za parawanem tleje, myśli moje snują się bez końca, ale nieskończonością goryczy, smutku, wstrętu. Jeśli czasem zjawi się cicha chwila wewnętrzna, twórcza, natchniona, to, cud... cud, który dawniej bywał powszednim chlebem. Już ta natura tak ogromna, tak czysta, tak wdzięczna, nie budzi we mnie braterskich uniesień. Morze darmo huczy i zaprasza — już nie kocham żagli, ni wioseł. — Estetykę Hegla przewracam w dzień, kiedy oczy nie bolą, ale rozum jest kwiatem, który na sercu rośnie; gdy ta rola jego bez rosy ożywnej, on sam zwiędnąć musi! I tak żyję — nie ten, którym bym być powinien, ni ten, którym byłem niegdyś; — będęż innym kiedy? Co we mnie świeżem, niepokalanem zostało, to przyjaźń dla was: dla Konstantego i dla Ciebie! W tem żadnej zmiany, oprócz zmiany wzrostu. Czemuż nie chcesz mi pierścionkowych opowiedzieć dziejów? Kiedyż się zobaczymy, gdzie? Nie odkładaj! Każda chwila stracona już nie wraca! Choć w oddali, żyjmy w spójni ducha! Wynurz wszystko, co składa treść dzisiejszą lub przeszłą Twojego, a jeśli umrę przed czasem, to przynajmniej uniosę z sobą całą duszę przyjaciela.
Zygmunt
Odpisz: Roma, Torlonia.
151. Do Adama Sołtana
31 decembra 1838, Neapol
W wigilią wyjazdu z Rzymu, przed kratami księżnej Stolnikowej, zapoznałem się z Lubomirskim190, który właśnie był powrócił z Neapolu. Pierwsze jego pytanie: „Czyś to Pan przysłał od Sołtana heliotropy żonie mojej?” — A moja odpowiedź: „Nie”. — „Jak to, Pan teraz w Wiedniu go nie widziałeś?” — „Przez Wiedeń nie jechałem nawet”. — To ostatnie go przekonało. Zaczyna mi więc opowiadać, jak przed trzema dniami ktoś wieczorem przyszedł, zostawił, zniknął, etc. etc. mnie, własne moje dzieje. To mnie bawiło. Ostałem się przy mojem incognito. „Kto wie, może sam Sołtan w Rzymie” — powiadam mu. Namyślił się: „Może”. Potem: „Ale nie, on w Wiedniu” — i zaraz mnie prosi, bym przyszedł przed odjazdem zapoznać się z żoną. Przystałem. Cały więc wieczór tam przebyłem przez Corso, na via Laurina, niedaleko od mego mieszkania.
1 stycznia 1839. Rok zaczynam od pisania do Ciebie, by sobie samemu wywróżyć obaczenie się z Tobą w ciągu tych dwunastu miesięcy.
Zapoznałem się z domem Komarów, znasz ich; one mnie mówiły dużo o Tobie. Natalia chora wciąż, nie pokazuje się; Ludmiła tęga postacią i śmiałomówna. Sama matka i domu pani naturalna, uprzejma, ludzka. Już mi wszystkie lampy przysłonili zielonemi umbrelki. Bywam więc co wieczór. Są i kuzynki, i siostry jakieś stare z Podola, są synowie, ogółem ze czternaście osób ten salon zapełnia. Ale wśród nich wszystkich jest dziwna istota, która stoi już za przepaścią, istota, której duszę żywą i silną i prawdziwie wszystkiemi dary, któremi Bóg Polki obdarzył, do najwyższego stopnia obrzuconą, przepsuł Paryż i Londyn, książę d’Orleans, Flahaut, mąż niegodny i próżność fashionu191, najnędzniejsza z próżności. Mimo to jednak zostały w tej duszy iskry, podobne wybuchom wulkanu, kiedy wspomnienie jakie lub silna boleść je rozdmucha; została żądza długa, namiętna, długa, jak nuta własna, przeciągniona przez doskonałą śpiewaczkę, żądza wyższego stanu rzeczy, piękniejszej sfery dla ducha, spokoju jakiegoś promiennego po tylu i obłędach, i prawdziwych nieszczęściach. Kiedy zaś te iskry gasną lub drzemią, nieznośna to kapryśnica, nie mogąca dwóch słów poważnych wyrzec, potrzebująca śmiać się i żartować, by uniknąć strasznej nudy, która ją toczy; podobna znarowionemu dziecku, źle wychowanej dziewczynce, lub Don Juanowi w spódnicy, który wszystkiego doznał i teraz krzyczy: „Dajcie mi księżyc, chcę skosztować czy z księżyca dobry marcypan, bo na ziemi już nic nie ma”. Literatura francuska dzisiejsza zna takie kobiety, cywilizacja dzisiejsza takie płodzi twory; ale w nich jest jakaś nieskończoność bólu, jakaś przyszłość nieodwołalna coraz sroższych cierpień, które mnie przejmują litością. Czy poznasz z tych rysów panią Delfinę Potocką? Nieraz ona mi przypomina... wiesz kogo? Nie wtedy, gdy wpadnie w chwile swoje buffo, ale kiedy smutna serio. Tę samą widzę wtedy nieutuloną rozpacz w niej, tę samą nieudolność do uczucia jakiegokolwiek szczęścia — i ta przekwitłość serca wywiera silniejsze wrażenie na mnie, niż świeżość młodociana, niż szczęście, zdrowie, przyszłość, kwitnące razem na panieńskiem licu. Kiedy widzę istotę, której nie potrzeba pociechy, której życie stoi otworem i którą każdy zrozumie, każdy uśmiechem przywita, zdaje mi się, że ona mnie nie potrzebuje, że ona tysiąc ludzi zdatniejszych do podzielenia czy jej dumy, czy jej bogactw, czy piękności, czy niczem niezatrutej duszy znajdzie; nic mnie nie wabi, nie ciągnie do niej; siedząc na uboczu, lubię patrzeć na jej marsz tryumfalny, jak na piękne zjawisko, ale się nie zbliżam: dość mi na tem, że ta sztuka graną jest przed mojemi oczyma. Tak samo nie czuję żadnej żądzy do arcydzieła jakiego sztuki, nie ścisnę ręki Wenerze Medycejskiej, dość mi patrzeć na nią; myśl moja, nie serce wchodzi w stosunek z takim ideałem. Zupełnie przeciwnie się dzieje, gdy na czyjem czole ujrzę ślad żałobny, wyciśniony kolejami życia; wtedy marzy mi się, że moje słowo lub przyjaźń lub ręki uścisk może w tych piersiach obudzić na nowo życie. Co do kobiet mylę się zapewne, bo one zmartwychwstać nie umieją; ale złudzenie jest mocnem i łudzę się. W tem leży to moje stronienie od panien; jest to natury mojej po prostu układem, tak mnie stworzono.
Przez to, com powiedział, proszę Cię nie rozumiej jednak, by cokolwiek innego prócz litości wiązało się mnie do pani Delfiny. Zrazu kłóciliśmy się okropnie, bo szyi nie chciałem zgiąć przed jej zewnętrznym fashionem; tak się nawet kłóciliśmy, że ona mnie, ja jej dziwnie przykre powiedziałem rzeczy. Ale dopiero, kiedy ton swój paryski odmieniła i szczerze mówić zaczęła, i ja ton odmieniłem, i teraz co wieczór ona smutno, żałobnie opowiada mi swoje życie moralne, a ja słucham i czasem ją cieszę.
Wezuwy (jak mój Jan zwykł mawiać) dziś o dwunastej w nocy zaczął składać powinszowanie miastu chmurami perzyny, której pełne ulice; kłęby dymu ogromne walą z krateru, cały Neapol bieży go z bliska obaczyć.
Zdrowie moje szwankuje w tym klimacie, oczy znacznie się pogorszyły, w dzień nie mogę wychodzić, bo słońce za jaskrawe; dopiero po zajściu jego lub w nocy, gdy księżyc wejdzie, idę na Strada nuova i, chodząc nad tą otchłanią błękitu, marzę o tych, których kocham, a do których mi tak daleko! Twego płaszcza hiszpańskiego tak mi brak na tych brzegach, co tak długo hiszpańskiemi były.
Generał Pepe192 każe Ci serdecznie się kłaniać; jeszcze wczoraj prosił mnie, bym Ci napisał, że dniem szczęśliwym w jego życiu będzie ten, w którym Cię na nowo tu ujrzy. Mój ojciec także znacznie chory, ból głowy, zębów i ran wszystkich prawie konwulsje mu sprawia, a wtedy wznoszą się w mojem sercu jak gdyby wyrzuty, że nie mogę go szczęśliwym uczynić. Ale cóż chcesz! Tak się mam do małżeństwa, jak do klerykatury, żadnego a żadnego powołania nie czuję.
Adasia uściskaj, pani Arturowej złóż moje uszanowanie193. Do księżnej naszej pisałem list w tych dniach. Marysi za pamięć dziękuję serdecznie, a Tobie za to, że mnie krzepisz; prawdę mówisz niedługo wszystko się skończy, niedługo czekać, a będzie odpowiedź, jak mówił marszałek Poniński. I w rzeczy samej, życie od kolebki do grobu jest ciągłem zapytaniem tylko, a odpowiedź grzmi z tamtej strony. Nie wiem, czy marszałek Poniński to samo myślał, gdy wyszedł na korydarz, jednak wyrzekł głębokie słowo. Addio, mój drogi, raz jeszcze i na zawsze drogi!
Twój
152. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego
Neapol, dnia 20 stycznia 1839 r.
Drogi Edwardzie!
Jakżeż dobry jesteś — dobry dla mnie! Temi kilku słowy, skreślonemi jej ręką, przeniosłeś mnie w dawne czasy, zmusiłeś serce moje do bicia, już nie doznanego od wieków. Dzięki Ci, bo dusza moja leżała odłogiem, podobna do ugoru spiekłego, na którym każda skiba, gdy się jej dotkniesz, w proch leci. Lepiej, Edwardzie, na tej ziemi doznać wielkiego nieszczęścia, niż wielkiego szczęścia, bo pierwsze, jeśli nie zdruzgocze, jak piorun, sił podda, a drugie z sił rozbierze na zawsze. Żebyś mnie widział, kiedy leżę wieczorami sam jeden w swojej izbie, myślałbyś, że już dostałem się do piekła; nie do owego, gdzie płomień bucha, ale do gorszego, gdzie próżnia nieskończona i brak wszelkiej nadziei i myśli — do piekła dusz, które niegdyś żyły w niebie i poszły na wygnanie potem, i czuję dobitnie w każdej czasu sekundzie, że nigdy do nieba nie zdołają powrócić, bo z nas samych śmieje się niebo nasze, jak nici z pająków. Wszelki zewnętrzny objaw, o tyle tylko nas może unieść i rozradować, o ile w nas jest usposobienie do przyjęcia go w siebie. Inaczej wszystko martwe i głuche! Nie ten golf jest błękitny, ale myśl moja; a dziś, gdy myśl moja szarą się stała, co mi po tych falach?
List Twój do Warszawy przesłał mi tu Konstanty, i zaraz Ci nań odpisałem przez Brody, Winnicę na Tywrów. Portu nie pamiętam, o którym Przeździecki czyli Don Sebastian Tobie wspomina; raz go tylko widziałem w wilią wyjazdu, i jeślim zostawał wtedy, to zapewne dla pokrycia ciężkiego smutku, który mnie rozdzierał. Koło tych samych dni oddałem S. list do Ciebie niezapieczętowany, bo tego żądał trwożliwy szambelan, a zatem pełny metafor, hieroglifów, tyczących się jej położenia. Jeśli Ci go nie odesłał, jak obiecał, to może żona jego skonfiskowała ten list i sąsiadkom go swoim pokazuje. Mądre, jeśli co zrozumieją z mojego stylu! Zawsze jednak, proszę Cię, upomnij się, bom ciężkie głupstwo popełnił, ale z rozpaczy, że żaden list mój nie dochodzi Ciebie.
Są tu K.194 wszystkie zebrane razem, i matka, i córki, i panny, i D. P.195, ale zatraciłem już znaczenie słowa tego „kobieta”! Chodzę często do nich, bo grzeczne i zapraszają. Co chwila mnie nękają dwuznacznemi wyrazy, tyczącemi się mojej przeszłości. Potrzeba mi w takich razach być bezczelnym, by nie zblednąć jak trup! Serce mi się kraje, a odpowiadam zimno, obojętnie, udając, że nic nie rozumiem! To strach, jak wszystko wiedzą na świecie! Przytaczają mi słowa moje własne, czyny moje własne — przeczę ze śmiechem, ale to śmiech konających, bo wtedy, wtedy dopiero widomem, dotkliwem mi się staje, jakem dalece i nieodwołanie imię tej, którąm kochał, puścił na łup językom ludzkim... Biada mi!... Hańba mi! I patrz!... Nie było przez lat tyle chwili jednej, drobniutkiej chwili jednej, w której bym nie marzył o jej szczęściu, o dobru jej, o chwale jej, o piękności jej — a skutek jaki? Rozważ sam, powiedz, czy to nie szyderstwo, nie zabójstwo, nie piekło?... Co ja im zrobię, tym wszystkim teraz? Mogęż usta paplaczy wszystkich zamknąć na wieki? Co począć z dziewczynami i staremi baby? Trzeba dowcipem je nękać, a ja bym chciał je w proch rozetrzeć! A mężczyzna żaden się nie przesunie, żaden nie zacznie gadać, kiedym ja przytomny! Rozkosz zemsty nawet niedostępna dla mnie. — Dopiero gdy wyjdę, gdy nie zdołam im nakazać milczenia, oni gwarzą i szarpią; i ja to wiem, i ja tak żyć muszę! A przyszłość moja? Czy Ty wiesz, co mnie czeka? Czy Ty wiesz, że może za pół roku, obaczę się w najdzikszem, w najzagmatwańszem położeniu, gdzie stracę rozum, nie wiedząc komu się powierzyć, czy diabłu, czy aniołowi stróżowi czy przypadkowi ślepemu, czy rachubie? I jędze mnie rozszarpią! — Proś Boga za mnie, ja już i modlić się nie umiem za siebie! Gdy wejdę do kościoła, jakiś wstręt, jakiś dreszcz mnie chwyta; chcę uklęknąć — i sztywnieją kolana; chcę zacząć Zdrowaś Maria — a to imię Maria, jedno tylko, samo jedno z ust moich wychodzi, reszta w gardle utyka!
Czyś widział Konstantego196? On w tych czasach miał być w Kijowie i zajechać po drodze do Ciebie, potem wrócić do Warszawy i ożenić się. Szczęśliwy, że ma proste serce a głęboki rozum szczęśliwy, że go świeżość młodości nie opuściła. Ale co do mnie, na samą myśl małżeństwa wzdrygam się, jak gdybym nastąpił na łuski węża, bo wiem, że wskrzeszać umarłych jest szalonym zamiarem, a śmierć udać za życie, trupa rzucić komuś do boku, zamiast ciała pełnego krwi i ducha, jest obrzydliwą rzeczą! Tak więc dzień mija za dniem i corazem bliższy przepaści! Dlatego w tem słońcu nie ma ciepła dla mnie — w tych śnieżnych żaglach nie ma ułudy — w tych twarzach wszystkich niewieścich uroku; jedna mi tylko została ręka przyjaciela, i w tej chwili zda mi się, że ją ściskam, gdy piszę, zda mi się, że takim uściskiem, a nie żadnym innym żyć jeszcze. Wszystko inne, co mi zdarzy się w życiu, będzie formą tylko, a nie treścią, fałszem, a nie prawdą, liberią włożoną mi na barki, a nie własną szatą, musem, a nie wolnością, męką, a nie pokojem — i koniec tego zgubnym będzie!
Lecz już dosyć, dosyć! Chciałbym się dowiedzieć, że nad Tobą błysnęła gwiazda szczęścia, że Twoje serce rozkwita! Dla siebie pojąć już szczęścia nie mogąc, ciągle marzę o niem dla drugich: dla Konstantego i Ciebie. Niech Ci Bóg zdarzy żonę, która odbije duszę Twoją, jak czyste zwierciadło!
Odpisz mi do Rzymu; za miesiąc tam będę i aż do pierwszych dni kwietnia.
Boże! Tego roku Wielkanoc znów 30-go marca, jak temu lat pięć — a wy gdzie? Ona, i Ty, i Konstanty? Wy, trójca moja!
Oh, na ten 30 marca myśl o mnie! Twój
Zygmunt.
153. Do Adama Sołtana
Roma 1839, 16 marca
Jak Ci podziękuję za Twoją dobroć? Z głębi serca. Zawczoraj doszły opłatki. Bruttemu197 opowiedziałem wszystko, prosił o kilka dni czasu. O Harysonowej dowiedzieć się nie mogę.
Nie dziw się, mój drogi, jeśli list ten będzie i pomieszany, i krótki. Dwie rzeczy mi rozum odjęły: 1. Domyślasz się, że gwiazda jest zgubna i zarazem szczęśliwa dla mnie w Romie. 2. Konstanty jest w rozpaczy, najsroższe nieszczęście, najnikczemniejsze spadło na niego: ta którą ubóstwiał i dla której chciał się poświęcić, ta kobieta chciała go oszukać...
Odbieram w tej chwili Twój list z 6 marca. Oh, Ty się nie domyślasz tego, co mnie ogarnęło, nie, Adamie, nie! Zresztą niech Bóg mnie sądzi! Zapewne, nie jestem na najprostszej drodze, ale kto wymiarkuje drogi serca, kto rzuci kamień na drugiego? Przynajmniej niechaj go nie rzuca dłoń przyjaciela! Ledwo pisać mogę; pomieszały się wszystkie wyobrażenia i wiary we mnie, jestem jako ślepy i obłąkany. Tymczasem mój ojciec nic się nie domyśla i taki tkliwy dla mnie; ja go oszukuję, może gotuję mu dziwne zdarzenie. Boże! To mnie najsrożej nęka, ale jest we mnie coś, co mnie do zguby popycha. Nie chcę Ci nic mówić; może się wstydzę, może się lękam, może czuję, że nie powinienem gadać, ale Ty odgadniesz wszystko, i proszę Cię, nie potępiaj, ale raczej żałuj, bo Ty wiesz, że ja ją szczerze kocham i na zawsze. Błędy moje, szały moje niechaj Twego serca nie odwracają ode mnie, bo Ty na nich nigdy nic z duszy mojej i przywiązania tracić nie możesz. Ty sam wiesz, że są tak gwałtowne, tak porywające uczucia, że rozum przeciwko nim jest raczej przedrzeźniającym bufonem, ale nie zaradczym lekarzem. Otóż jestem w takiem położeniu. A jak się ono wyrobiło, ile walk zniosłem, jak powoli giąłem się pod tą fatalnością, jak darłem się z sobą samym i rozdarłem siebie, to niech mnie i Bogu wiadomym pozostanie. Odpisz mnie, że mnie kochasz! Twój
Zygmunt.
Księżnie drogiej naszej podziękuj za list, powiedz jej, że chory jestem i że odpiszę jej w tych dniach. Niech Bóg jej odpłaci za to, że taka dobra dla mnie!
154. Do Adama Sołtana
Neapol, 29 maja 1839
Nas trzech: Konstanty, Orcio i ja, siedzim tu po całych dniach i nocach, owiani powietrzem, pełnem woni kwiatów, patrząc się na wody zatoki, oświecone księżycem, lepszym od słońca naszego. Prawda, że nie mamy Prateru, ni Tadeuszów, rozpartych pompatycznie w tryumfalnych rydwanach; nikt nas nie zna i my nikogo, świat został na prawo, my sobie usiedli na lewo, palim doskonałe cygara kontrabandowe, pijem wodę, zaprawną lodem i sokami, jesteśmy szczęśliwi! Życie nasze przeszłe jak w latarni czarnoksięskiej przechodzi przed nami, a my spokojnie każden obraz jego rozpatrujemy i oceniamy. Zgadzamy się na wspólną prawdę, że życie jest celem najwyższym życia, i że, kto żyć umie, ten nigdy nie umrze. Zresztą wiemy, że tych dni kilka pozazdroszczą nam losy, że pęknie zwierciadło tego morza wkrótce, że za trzy lub cztery dni księżyc zniknie z niebios, a nas rozpędzą konieczności rozmaite i daleko od siebie zagnają na wyspy odludnych nudów lub cierpkich przykrości. Spokojnie przewidujemy przyszłość. Na co, jak sam mówisz, martwić się przed czasem? Stałem się zupełnie obojętnym na wszystko złe, co mi się stać może. Wiem, że serce moje nigdy podłem nie było, co mogłem chwil boskich wydrzeć smutnemu pasmu życia ponurego, wydarłem i przywłaszczyłem sobie; bo w mojej duszy wrzała zawsze nieskończona żądza chwil takich, bliższych nieba, niż reszta innych, co się żmudnie ciągną i wikłają nędznie, a jeśli za takie chwile cierpieć mam później, niechże i tak będzie; powiem amen, jak gdybym pacierz kończył. Darmo! Z kolebki dzieciństwa wyniść potrzeba, oglądać się przez całe życie nie sposób na wszystko, co otacza; wszystkiemu nikt nie dogodzi. Długo biłem się w piersi i pokutowałem, ale pokuta nie uszczęśliwiła drugich, a mnie zbłaźnić w końcu i zbezsilić mogła. Teraz spokojny jestem; gdybym dziś miał umrzeć, jeszcze byłbym spokojny.
2 czerwca 1839. Bez chyby dwudziestego trzeciego czerwca stąd wypływam, w Livournie łączę się z Konstantym, który jutro wyjeżdża, i jadę na złamanie karku do Pragi albo do Töplitz, gdzie 5 lipca mój ojciec czeka na mnie. Tam rozstrzygną się zapewnie stosunki nasze na resztę życia. On jeszcze marzy o mojem ożenieniu: nie ożeniony, nie mam żadnej wartości w jego oczach; zatem zapewnie mnie znienawidzi lub zobojętnieje dla mnie. Ja zaś żenić się nie ożenię, a to z wielu przyczyn: 1. że nie czuję powołania do tego świętego stanu; 2. że żyć jeszcze myślę, bo żyć mi potrzeba i żyć pragnę. Każ tam koło 5 lipca mszę na moją intencję odmówić, bo będę w diabelnych tarapatach. Po tem wszystkiem starać się będę wpaść do Wiednia i ciąg życia mego, dość zawikłany i ciemny od kilku miesięcy, Ci wytłumaczyć. Księżnie drogiej naszej ucałuj stopy ode mnie. A teraz bądź mi zdrów i kochaj mnie i czekaj, aż Ci z Czech napiszę!
Twój
155. Do Adama Sołtana
Drezno, 1839, 16 lipca
Pierwszego wypłynąwszy z Neapolu, stanąłem tu wczoraj i zastałem już ojca wyjeżdżającego do Warszawy; był tak łaskaw, że mnie zostawił zagranicą. Chciałbym był koniecznie na Wiedeń jechać, by uściskać Ciebie, ale nie mogę dla braku pieniędzy tak długiego zbaczania w drodze się podjąć, gdyż droga moja wije się teraz wprost przez Bawarię do Bad-Baden, gdzie muszę stanąć za tydzień. Tu tylko do 19 lipca zabawię. Proszę Cię, mój Adamie, pójdź do bankiera Sinny w Wiedniu i spytaj go się mojem imieniem, czy nie przyszły na jego ręce pieniądze dla mnie z Gdańska, a jeśli przyszły, albo w tych czasach przyjdą (o czem, proszę Cię, dowiaduj się lub każ sobie donieść do domu), to mi zaraz napisz do Bad-Baden, Gross-Herzogthum von Baden. W tych albowiem pieniądzach ostatnia moja nadzieja: z wygrania sprawy w Prusiech spaść powinny na niżej podpisanego, a jeśli nie spadną, to niżej podpisany sam bęknie na ziemię w całej goliźnie świętych tureckich. Proszę Cię więc o to, byś się dowiadywał czasem u Sinny, a kiedy flota owa nadpłynie, doniósł mi zaraz, a wtedy Cię poproszę, byś mu wskazał, gdzie chcę by mi je przysłał. Dosyć o materialnych interesach.
Konstanty jest ze mną; odbył tę podróż przez Splügen, Szwajcarii kawałek, Ratysbonę i Pragę, dniem i nocą, w gorączce, ale jednak w dość wesołem usposobieniu. Teraz się wybiera zwiedzić brzegi górnego Renu, aż do Amsterdamu żądze jego zalatują. Rozdzielim się więc na miesiąc, a zapewne potem się spotkamy gdzieś w północnych Włoszech. Nie mogę powiedzieć, by mi nie smutno było, choć nie mam żadnych do smutku przyczyn, owszem, powinien bym być dość szczęśliwy i różanych myśli; ale jakaś zgryzota trapić mnie zaczyna, jakaś bojaźń przyszłości, której nigdy wprzód nie doznałem. Wydaje mi się czasami, że tak marnie żyłem i dotąd tak marnie żyję; szereg moich dwudziestu siedmiu lat staje przede mną, jak szkielet suchy, nagi, bez muszkułów i bez prawdziwego kolorytu. Ale, na cóż rozwodzić się z żalami, kiedy nic nie pomogą? Mógłbym wziąć sobie za dewizę ową Lorda Sommerwilla, zdaje mi się, che sara — sara198; bo zwykle tak zawsze postępuję, prawdziwie czasem chciałoby mi się spać na wieki.
Wczoraj, dojeżdżając do Drezna, w Pyrna, podczas przeprzęgu koni, wszedłem na cmentarz, a śliczny to cmentarz, zaraz przy drodze, pełny pomników, podnoszących się wśród gęstwiny kwiatów i cyprysów, a po bokach, za kratami przestronniejszych grobów, stoją donice z różami i liliami, przyniesione umarłym przez tych, którzy ich kochali za życia. Czemuż, sobie pomyślałem, takie ładne cmentarze, a takie szpetne drogi, któremi żywi jeżdżą? Bo na drodze tuż obok wiły się tumany kurzu i kwiatów nie było, i ciągnęły wozy, piszcząc kołami, brzęcząc łańcuchami, konie ich sapały, potem zbryzgane, furmany szwaby w brudnych bluzach, trzaskając biczami. Czyżby nie lepiej było, gdyby ciche lilie i wonne róże rosły w rękach żywych, a nie na mogiłach, pełnych próchen, które ich nie czują? Ale niezawodnie na tym świecie, przynajmniej na jego powierzchni, co krok zdarzy się napotkać dziwną ironię: szczęście jednemu dane, które nie jest szczęściem dla niego, a które by drugiego, któremu odmówiono, porwało do niebios; lub szczęście za późno zdarzone, dziś nadaremne, choć wzywane wczoraj, gdyby wczoraj było nadeszło, i dzień dzisiejszy byłby jeszcze rajem, ale, że dziś dopiero się objawiło, niczem już nie jest. Kto tajemnice wszystkie te zbada, kto rzeczywisty ich sens wykryje? Wierzę całym duchem, że one są tylko zasłoną prawdy, a nie prawdą samą. To, co się nam wydaje ironią, musi być dobrem, musi być jedną z form dobrego, tak, jak noc jest jedną z form światła, jedną z modyfikacyj światła. Zatem nie trzeba trzymać się śliskiej powierzchni życia, bo ta spadzistością swoją powiedzie wcześniej czy później do rozpaczy, do przepaści. Ale trzeba, czy wiarą w religii, czy rozumem w filozofii, starać się przeniknąć do gruntu wszechrzeczy, by ujrzeć, że harmonia kryje się za chaosem, dobro za złem, nadzieja za smutkiem, niebo za chmurami. Amen.
Księżnie naszej moje uszanowanie najtkliwsze; jakże się ma? Marysi tysiąc przypomnień się i życzeń szczęścia. Czy panna Bourguignon zawsze przy miej? Napisz do Bad-Baden!
156. Do E[dwarda] Jaroszyńskiego
Freiburg in Brisgau W. Ks. Badeńskie
Dnia 5 septembra 1839 r.
Drogi mój Edwardzie!
Są pewne uderzenia moralne, które bym rad nazwał elektrycznemi iskrami ducha. Jedne z takich iskier wziąłem w serce wczoraj, gdym z Twego listu się dowiedział, że za kilka dni przestąpisz jeden z progów życia — jeden mówię, bo kilka jest porohów na tym Dnieprze. Ale ten jeden, choć wieńczony girlandami, choć liściami róż osypan, niemniej jednak uroczysty, poważny, wielki od innych, które zowią się urodzeniem i śmiercią.
Pierwszą myślą było, nie myślą, raczej mimowolnym instynktem, ścisnąć mocno ręce i wymówić w duszy imię Boga, otoczone prośbą za Ciebie, z życzeniem, byś raz wstąpiwszy w jedność szczęścia, ciągle w tej jedności dotrwał, i wziął tyle, ile dajesz, i dał tyle, ile weźmiesz. Znam tę, która, gdy ten list odbierzesz, już imię Twoje nosić będzie; znam ją z wieści i z opisu mi uczynionego przez osobę, która ją często widywała i zwykła ją nazywać aniołem skromności i słodyczy. Jest tu wielka katedra, jedyna ze wszystkich katedr średnich wieków, bo zupełnie dokończona, a wiesz, że żadna inna nie dostąpiła tego dopełnienia. W tej nad wszelki wyraz pięknej katedrze, 12 septembra odbędzie się msza za szczęście duszy, której na imię Edward. Niech zupełność tego kościoła będzie symbolem doskonale pomieszanej i zlanej nieskończoności uczuć z skończonością ściśle opisanego związku małżeństwa. Na tej mszy będzie się modlił gorąco człowiek, który od dawna już nie klęczał podczas mszy w kościele; będzie prosił Boga o wieczność miłości dla tego, którego kocha i dla tej, którą ten, którego on kocha, ukochał.
Pamiętam Edwardzie, że kiedyś — nie pamiętam już kiedy — przesyłałem Ci w chwili głębokiego smutku i zwątpienia radę i życzenie, byś ukochał szczerze młodą duszę, i na wieki tę pierwszą, którą ukochasz, zjednoczył z życiem Twojem. Stało się więc zadość i radzie, i życzeniu. Bądź mi więc błogosławiony i szczęśliwy i spokojny, tym ducha wielkim pokojem, któren już na ziemi jest początkiem wieczności.
Szczęście albowiem niebios, tem zapewne tylko różne od tutejszego, że pojęte w pokoju, a zatem w nieskończonej trwałości; lecz ta różnica jest różną od mijających uniesień, różną na całą długość i szerz, dzielącą ziemię od nieba.
Dwa razy w życiu, nie wiedząc o niczem, dziwnem losu zrządzeniem, udałem się do Ciebie, prosząc, byś mi ważną wyświadczył przysługę: pierwszy raz byłeś wśród najdolegliwszych wrażeń okropnej skończoności, i wyświadczyłeś mi, o com prosił. Drugi raz wśród najżywszych i najmilszych uniesień błogiej teraźniejszości. I znowu uczyniłeś, o com prosił. Zaprawdę, przyjaźń Twoja dla mnie przypomina mi owe formuły „Vehmgericht199”: o którejkolwiek godzinie, któregokolwiek czasu przyjdę po Ciebie, itd. itd. Dzięków Ci już nawet nie złożę. Tyś taki dobry dla mnie, że słów nie dobrałbym! Wolę zachować na wieki w sercu wszystko, co czuję, i mieć to ciągle na pogotowiu dla Ciebie, bym i ja także mógł Ci podobną wszędzie i zawsze odpowiedzieć formułą.
Gdy ten list Cię dojdzie, dotąd go przeczytasz, potem zamkniesz do stolika, odkładając resztę na później, bo wszelka filozofia, mojem zdaniem, w takiej chwili jest naddatkową i może mdłą rzeczą. Kiedy ci chwila wolnego czasu zostanie, kiedy na przykład Eleonora ubierać się będzie, a Ty cygaro pójdziesz wypalić do siebie — przypomnisz sobie, że kilka słów Zygmunta drzemie w szufladzie; wtedy dymu kłębem je obudzisz, weźmiesz do ręki i co następuje przeczytasz:
Winisz mnie o ciągłą abstrakcją — na to Ci odpowiedzieć mogę a priori i a posteriori teoretycznie i praktycznie, absolutnie i historycznie:
1. Duch tylko wtedy w abstrakcji żyje, kiedy nie pełno, ale wyłącznie i kiedy z jego ruchów żadne działanie zewnątrz na drugie duchy nie pada. Lecz kto określi podług jakiego prawa ma odbywać się to działanie? Kto naznaczy formę jedyną na to właśnie, co jest rozwijaniem się wiecznem Rozmaitości? Kto powie jednemu: „Ty tak żyj i działaj” — a co jednemu powiedział, wszystkim drugim powtarzać będzie? Milion milionów ścieżek snuje się z serca każdego ku sercom drugich; każda o danej chwili może stać się potężnym życia przewodnikiem i czynu zasadą. Ale są czyny mniej więcej widzialne, dotkliwe, ale dlatego niemniej pewne i rzeczywiste. Rzeczywistość albowiem nie zależy na miąższości formy, którą idea przybiera, ale na doskonałości stosunku, zachowanego między tą formą a ideą — na harmonii.
2) Są czasy, są luki, że tak powiem, w tym ogromnym lesie dziejów ludzkich, do których doszedłszy nie sposób iść dalej. Trzeba stanąć i uważnie patrzeć na okolicę, widną przez te luki — inaczej nie pojmiesz gdzie jesteś i jak dalej iść nie będziesz wiedział. Czekać jest czasem ogromnem działaniem, bo gdybyś nie czekał, potknąłbyś się na pierwszem lepszem mrowisku i milion mrówek ciebie obalonego oblazłoby i zginąłbyś może od mrówek. Patrząc na człowieka, co stoi i wzrok ma wbity niby to w próżnią przestrzeni, łatwo sąd o nim wydać, łatwo go potępić, łatwo go nazwać nicością; że świętszem by było, gdyby jeden kartofel zasadził, lub jedną jabłoń cywilizowaną na dzikiej zaszczepił jabłoni. Nieraz sąd taki słuszny, zasłużony, jednak czasem zdarza się, że i nie, bo wszystko zdarza się na tym zdarzeń świecie. Anioł stróż jeden wie tylko, co podczas tego zadumania w wnętrzu piersi ludzkich się dzieje i przetwarza. Ile tam rośnie ziół ukrytych, ile tam przelatuje stąd myśli, ile tam może warownych wznosi się szańców?
Dusza, kiedy rośnie, nie może się roztapiać wszerz na zewnątrz: naprzód trzeba, by się stała, by wyrosła! Dajże tej biednej wygnance, daj jej czasu trochę! Nie gnaj jej w pole, nie zaprzęgaj jej do pługa, nie chciej, by skrzydłem ujęła lemiesz lub gwoździe brony i skrzydłem orała — na to są ręce! Ale trzeba, by twarde, grube ręce spod skrzydeł wyrosły, wypadły spod skrzydeł; matką ramienia jest skrzydło — ramię później, jak syn, podpiera matkę swoją, ale to później, później dopiero. Czas właśnie tem jest, co stawia jedne fakta po drugich: w idei tylko wszystkie zlane są razem, i nie w idei nawet, raczej w pomyśle idei (in dem Begriff).
Spotkamy się kiedyś, Edwardzie, wtedy Ci wytłumaczę wiele szczegółów indywidualnych, którym papier za lekkomyślnym jest przesłannikiem. Opiszę ci na przykład życie samotne, ale dziwnie szczęśliwe, do cudu podobne, które teraz wiodę. Jest w niem coś tak wolnego od zwykłej, codziennej skończoności, a zarazem tak ściśle połączonego z wszelką rzeczywistością, że muszę ten fenomen nazwać boskim. Wiem, że na ziemię bogi tylko pod pewnemi warunkami zstępują, pod warunkami nieraz strasznemi, na całą przyszłość zahaczającemi dusze, w których ich postać na chwilę się objawiła, alem już tak stworzony, żem zawsze gotów na najgorszy raz, bo zawsze czuję w głębi serca nieskończone pragnienie najlepszego. Kto nic nie stawia, nic nie wygra, a można wszystko przegrać. Lecz powiedz mi, czy życie samo już nie jest wielkiem przegraniem? Ile razy na łono Boga wrócić możesz, choćby chwilowo, o, wracaj!... A nie dbaj, że potem ciemność cię otoczy, bo ona siostrą twoją na ziemi. Światło zaś zdobyczą sępa tego, co wiecznie w twoich piersiach żyje i serce twoje bijące ma za skrzydło, które wyrywa się do niebios!
Teraz pozwól, bym kilka uwag dodał o dzisiejszym stanie filozofii w Niemczech.
Smutne to, arcysmutne rzeczy położenie! Ledwo ta potężna głowa, która stawiała sama siebie wśród głowy Chrystusa i Platona, opadła bez czucia — ledwo mózg Hegla stał się pastwą robaków, ucznie jego zatracili prawdę, którą im wykładał lub tę prawdę dziwnie zagmatwali. Z jedności szkoły jego powstała rozmaitość, hetorodoksje, schizmy, kłótnie, swary bez końca. Teraz Niemcy brzmią całe Hegelingów waśnią: jedni drugim zarzucają najszkaradniejsze teorie, jedni drugich powołują przed trybunał opinii publicznej, rozdzierając zasłonę (jak twierdzą), która dotąd kryła posąg ten Izydy. Zasłoną zaś takową w przybytku filozofii bywają frazesa i niedostępna terminologia, pod którą albo przepaść, albo zbawienie zarówno ukrywać się mogą. Otóż dr. Leo z Halli wystąpił z oskarżeniem na Hegelingów, sam także hegelista, ale średni umiarkowany i zarazem chrześcijański człowiek. W tem oskarżeniu zarzuca im po prostu:
1. Że, ot, cały systemat jest po prostu ateizmem, zaprzeczeniem Boga indywidualnego (Persönlichkeit Gottes) i nieśmiertelności duszy.
2. Usiłowaniem do obalenia chrześcijaństwa zupełnie i ostatecznie, przez przemianę wszystkich jego dogmatów na pewien rodzaj mitologii — tak, jak to sławny Strauss ogromem pracy i nawałą nauki starał się wykazać w życiu Jezusa. To ostatnie dzieło ogromnie od trzech lat porusza Niemcy. Teologia, jak może, walczy przeciwko niemu, ale słabą jest; wróg jej zwyciężać się zdaje na polu polemiki. Hegel, jeśli już przewidywał taki ostateczny skutek, nigdy się jednak z nim nie oświadczał jawnie, albo przynajmniej obwijał go tak misternym zmierzchem, że jeszcze w tym zmierzchu można było klęknąć przed ledwo widzialnym, lecz bielejącym dotąd, posągiem Chrystusa. Strauss całkiem ten zmierzch usunął, odemknął drzwi, rozbił szyby, wpuścił strugi światła, a gdy ono zalało świątynię, ujrzeli klęczący, że na ołtarzu nic a nic nie ma, prócz wielkiego historycznego wspomnienia, prócz mary jakiejś osłabłej i mglistej, szemrzącej cichym głosem: „Niegdyś Bogiem mnie zwano”! I tu nasuwa mi się dość prawdziwa uwaga, tj. że owa filozofia niemiecka, taka ogromna, taka pełna wzniosłej pogardy ku filozofii nędznej Francuzów XVIII wieku, po 70 latach pracy tytańskiej, doszła nareszcie, zupełnie inną drogą, bo drogą idealizmu, do tego samego rezultatu co materializm francuski!
Wartoż było tyle pracować i pysznić się? Tyle pisać, a tak mało wcielać się? Co od 60 lat stało się we Francji i przeszło w czyn i jako czyn już się rozsypało i starło w proch, to samo dzisiaj dopiero zaczyna się krystalizować z tej strony Renu. Niewiara zaczyna być tak silną, że z negacji przechodzi w afirmacją i znak swój — (minus) stawia na miejscu + (plus), uważaj, że na miejscu krzyża Chrystusowego!
Możesz to nazwać kalamburem filozoficznym, ale są dziwne, czasem nawet w najdrobniejszych znaczkach i formach, znaczenia i symbole. Analiza rozrabiająca i niszcząca góruje dziś w Niemczech, literatura francuska ogromnie się przedziera przez rzekę; tłumaczą na łeb na szyję wszystkich jej klasyków i nie klasyków, zdobią ich edycje takiemi samemi winietami i obrazeczkami na środku i po bokach kart. Zgoła lasy Hercyńskie czują ogromną ciekawość do Bulwarów, a Francja także zakochała się w wyrazach: panteizm, plastyczność, Subjectivität, Objectivität, Idee, Begriff, Selbstbewusstsein200, itd... itd... i nic śmieszniejszego od młodych Francuzików, jeżdżących dyliżansami, potrząsających włosami, długiemi na łokieć, i wymawiających te tajemnicze słowa (osobliwie dla nich tajemnicze, bo ich nic a nic nie rozumieją) jakby magiczne jakie zaklęcia, mające wszystko ułatwić, pogodzić lub zniszczyć! Lecz mojem zdaniem, owi Commis voyageurs wygrali, bo wcześniej czy później, przez wpływ tej filozofii idealnej, wyidealizują się. A Niemcy przegrali, bo przez wpływ literatury francuskiej wpadną w coraz głębszy sceptycyzm. Kto wie, czy zresztą tego nie potrzeba? Kto wie, czy Niemcy na tej drodze nie znajdą ciała sobie, a Francuzi duszy? Niech przyszłość odpowie. Ja, jako widz i słuchacz, dodam jeszcze to: panteizm, czy jawny, czy ukryty, czy surowy, jak u Spinozy, czy przerobiony, lamowany złotem, jak u Schellinga i Hegla, jest tem właśnie, co oznacza, że duch wyłączny epoki, zaczętej przez reformę Lutra a we wszystkiem przeciwny feudalności czyli potędze indywiduum, coraz bardziej potrzebuje wszystko na wzór siebie ułożyć i świat — wszechświat pojąć na wzór siebie samego. Cała starożytność i wieki średnie, myślę, że to czas indywidualności człowieka — nie ludzkości, czyli tej cząstki ducha człowieka, która siebie za jedność odgraniczoną, pewną, silną, pojedynczą, jeśli chcesz egoistyczną, pojmuje. Zatem wszędzie masz w niebie bogów pojedynczych lub Boga osobistego; wszędzie patrycjat lub jedynowładztwo, nie słychać o masach, ale są bohatery. Historia się pisze imionami wielkich ludzi, posągi ich, każden na osobnej podstawie, stoją widne — stoją w przestrzeniach, jak słupy tej drogi bez końca. Teraz ozwała się inna cząstka ducha, ta, która siebie przyjmuje, jako związaną z drugiemi, jako należącą do drugich, jako nie ja ale wszystko. Zaraz więc i Boga osobistego ona rozpuściła w oceanie ogromnym, zaraz patrycjat i kształt z góry władnący rozwiodła w tłumach, zaraz indywidualności duszy zaprzeczyła, i jednej tylko ludzkości nieśmiertelność przyznała — słowem, na swój obraz wszechświat urządziła: wszystko pojęła jako zlewek wielu, a nie jako dzieło jednego! I tak ślepy Homer został trzystu, lub nie wiem wielu, rapsodami, Rzymu historia poematem przez masy wymarzonym, Chrystus figurą, do której utworzenia przyłożyły się ludy i wieki. Przypomina mi to nowożytne stowarzyszenia: jak drogi żelazne, jak gmachy w Londynie, z tysiąców sakiewek połączonych razem, tak Chrystus, na przykład, z tysiąców marzeń stowarzyszonych koniecznością epoki powstał i stoi. Czy to w oczy nie bije, Edwardzie? Czy ta wyłączność nie dowodzi, żeśmy zawsze i ciągle na drodze błędu?.. Ale jak linia krzywa, linia życia, składa się w matematyce z nieskończonej ilości linij abstrakcyjnych, martwych, linij prostych, tak samo zapewne prawda składa się z nieskończonej ilości błędów! I zagadką ludzkości jest upić się każdym błędem, postawić go na nogi, uczcić go, jako Boga, i wreszcie go obalić, uznając, że tylko w tym bałwanie był jeden promień Boga, a ten promień jeden ocalić, unieść z sobą i wpleść do następnej tęczy, aż, jak Jean Paul mówi, cały widnokrąg stanie się jednym, rozwitym, jednego kwiatu kielichem!
Otóż dlatego ja wierzę głęboko, ale nie w Hegla. Bóg jest Jehową, Bóg jest Chrystusem, Bóg jest panteizmem, ale prócz tego, Bóg jest jeszcze czem jest — sobą samym! Człowiek jest patrycjuszem, człowiek jest plebejanym, człowiek jest ludzkością, ale prócz tego jest czem jest — sobą samym! I dusza jego nieśmiertelną, osobistą, i zarazem duch jest jego powszechny! Pogodzenie sprzeczności w Bogu i w człowieku, jest to ten cud właśnie, który stanowi zarazem i życie i zagadkę życia... Wiara, to silne przeczucie, że te sprzeczności są jednością nierozerwaną, żyjącą razem i harmonijnie. Ziemia, to stan niepewności, to pokusa, starająca się zawsze postawić nam przed oczy tę jedność jako nonsens, i każdą cząstkę jej osobną za całość przed nami udać.
Śnią się nam w czasie części nas samych; każdą witamy słowem miłości: „Ty jedyna!” Otóż, gdyby zamiast ducha, który się duchowi śni, śniło mu się jego własne, rozerwane ciało, gdyby najprzód ujrzał nogę jedną, stąpającą w przestrzeni i rzekł: „Ty jedyna, ty się zowiesz człowiek”, potem rękę jedną błądzącą, i zawołał: „Daruj ręko, żem nogę tak nazwał, noga była marą i kłamstwem! Ty jesteś kształtem człowieka jedynym!” A wreszcie, gdyby wnętrzności się roztoczyły w powietrzu i czołgały się ku niemu: „O, wy wnętrzności, wy tylko jedne” itd., itd. Risum ne teneatis amici...201 Lecz, gdyby po przejściu wszystkich cząstek, cząsteczek, cząsteczeczek ciała i po następnych ich apoteozach, po ubóstwieniu raz jednej żyłki, to znów nerwu, to znów kości lub ścięgna jednego nareszcie pojął, że te wszystkie części razem składają człowiecze ciało ale nie pod formą osobistości rzeczywistej, opisanej, żyjącej w czasie i przestrzeni, ale tylko jako idea — znów by tę ideę ubóstwił, znów by się ciężko pomylił, ażby nareszcie się przebudził i ujrzał siebie samego, i pojął, że zarazem jest tem wszystkiem, co marzył, i jeszcze do tego czemsić więcej, to jest: doskonałą zgodą tego wszystkiego, pojednaniem przeciwnych członków i kierunków, zgoła istotą, życiem, formą i duchem. Wtedy pewno by sobie sny swoje przeszłe za czas próby poczytał, za wiek dzieciństwa.
Bóg jeden wie kiedy się przebudzim, a kiedy się przebudzim, będziem na Jego łonie.
Niech Cię Bóg naszych ojców, Bóg potrójny i jeden błogosławi. Twój
Zygmunt.
157. Do Adama Potockiego
W dzień św. Adama — w Rzymie, 1839 r.
Mój drogi! Dziś imieniny Twoje. Dziś wigilia — niech Ci się szczęści w życiu — niech wszystko dobre i piękne spada na Ciebie. Z kimże tam opłatek dziś łamać będziesz? Pamiętam, że jedną wigilię odbyliśmy razem — temu lat dwa, jeśli się nie mylę, w Wiedniu, w Kohary Haus. Temu dwa lata dopiero — a od dnia tego wieki upłynęły dla mnie i dla Ciebie. Poślij tylko wspomnienia w przeszłość, pomyśl, jakie myśli Twoje były wtedy, porównaj je z dzisiejszemi, a pewno ogromną zobaczysz różnicę; i tak dobrze jest, bo tak być musi. Inaczej człowiek by się nie rozwijał, ale martwą byłby istotą. Szczęśliwy, kto coraz silniejszym i szlachetniejszym się czuje, kto, patrząc w przeszłość, nie ma do wyrzucenia sobie, że spadł z jej szczytów. Dziwny skądinąd i przyrodzony sercu ludzkiemu żal za przeszłością — bo jużciż ona ma coś matczynego, tkliwego, cudownego nawet, ona była początkiem i już w niej zawartem było, ale pod kształtem snu, wszystko, co później rzeczywistością stać się w nas musi. Źle myślą i rozumują ci, którzy walczą na zabój przeciwko niej. Nie zabijać jej, ale, owszem, nowem ją życiem rozwijać trzeba — przemiana na tym świecie jest tylko dalszym postępem rzeczy. Nie ma morderstwa dla rozumu świata! Lecz, by przeszłość dalej stąpać mogła, trzeba doskonale ją znać i umieć, że tak powiem — umieć, co jest, pochłonąć to w sobie. Kto nie zna przeszłości, ten przyszłości nigdy nie stworzy, o ile więc zdołasz, ucz się jej, a choćbyś ogromne błędy w niej napotkał, nie rozpaczaj. Gdyby w niej ich nie było, gdyby doskonałą była, czyżby mogła iść dalej i żyć dłużej jeszcze? To właśnie życia warunkiem, co nieraz śmierci wydaje się koniecznością. W każdej niedoskonałości masz zakład poprawy na później. W każdym fałszu prawdy zawarta nadzieja — o to chodzi tylko, czy ten sam, który zbłądził, poprawi się. Bo co do błędu jego, to pewna, że kiedyś zniknie i w coś wyższego przejdzie — ale on, ale on sam, ten, który zgrzeszył, ten, który zbłądził, czyż dożyje chwili grzechów zgładzenia? Dożyje jej, jeśli wolę wzbudzi w sobie. Ludzkość cała zbawiana przez opatrzność, lecz indywiduum tylko przez wolę — i naród tylko przez wolę. Trudna to droga, droga woli i czynu — lecz ze wszystkich najwznioślejsza, najpodobniejsza do boskiej. Brak woli był niezawodnie śmiertelnym jadem w żyłach przeszłości; wszystko w niej masz: piękne myśli, wzniosłe uczucia, ale rozsypane, oderwane, nieskupione razem — węzłem ich jest wola. Dopiero całość ducha objawia się w woli — a gdzie całość ducha wystąpi, tam dopiero jest życie. Krzep więc wolę w sobie. Nieustanny to głos mój do Ciebie. Może za często się powtarzam, ale cóż Ci innego mogę powiedzieć, kiedy to, co mówię, jest właśnie najwyższem.
Wychodzi teraz w Paryżu periodyczne dzieło Skarbiec — sprowadź je sobie! Dotkniesz się w niem drgających trzewów historii naszej. Tam zobaczysz, czem byliśmy, a czem być mogliśmy, jakie wady nasze wieczne, nieodżałowane, w części dotąd trwające — lecz, jeśli wytrwać mamy, koniecznie przeznaczone temu, byśmy je sami zagubili. Okręgiem koła byliśmy, lecz nie kołem całem, bo środka nie było w nas samych — we wnętrzach dusz naszych jakaś próżnia stała, pośpiech jakiś gnał wiecznie wszystkie siły ducha naszego na zewnątrz, a nie dozwalał skupiać się im wewnątrz. Tak dzieci skaczą i pląsają, tak dzieciom wiecznie potrzeba zabawy, nie umieją sobą być w sobie, tylko są sobą dla drugich! Lecz w tym pośpiechu jest i piękna strona, jest nieraz śmiałość bohaterstwa, jest nadzwyczajna siła pojętności. Dotąd pojętniejszego, bystrzejszego od nas ludu nie ma. Gdybyśmy takie zewnętrzne piękno byli pogodzili, pożenili z równie prawdziwem i głębokiem wnętrzem, bylibyśmy pierwszym narodem ziemi. Niemcy są zupełną z nami sprzecznością. Im właśnie brak na tem, czem my wojujemy, na zewnętrzu — ale wnętrze mają!
Jeśli Ci się czasem marzy o mnie, — jeśli, chodząc po Edymburga ulicach, wspominasz Wiednia okopy i Burg-Teatr, — wierz mi, że nieraz ja myślę o Tobie i czuję żądzę obaczenia Ciebie — uściskania Ciebie! Nie wiem, gdzie i kiedy spełni się to moje serdeczne życzenie. Ty wiesz, że nigdy nie wiem nic o mojej przyszłości. To wiem tylko, że zapewne za trzy tygodnie pojadę do Neapolu, bo w Rzymie coś okropnie ponurego mnie dusi: czy to, że deszcz wściekły, czy to, że tu same ruiny, widziane po tysiąc już razy — czy to, że nigdzie mi dobrze nie jest i nigdy nie będzie! Odpisz więc mi do starej Partenopy. Jerzy jest w Genui — nieszczęśliwy los tego człowieka, a nie znam duszy bardziej młodocianej, bardziej zdolnej poświęcić się i kochać. Matce Twojej, podobno teraz z Tobą będącej, złóż moje uszanowania. Napisz też, co czytasz, czego najpilniej się uczysz, z kim żyjesz — powiedz, czy w sercu Twojem nie porosły kwiaty. Twój na zawsze.
158. Do Delfiny Potockiej
Rzym, Niedziela 29 decembra 1839 przy słońcu zachodzącem.
Droga! Wracam z kościoła św. Piotra in Vinculis. — Piękny był nadzwyczajnie dzień dzisiejszy, a mnie było niezmiernie tęskno, porzuciłem więc pokój mój, wyszedłem — i pomyślałem sobie: „Ot, pójdę obaczyć »Mojżesza«, któregom z nią razem widział — pójdę w jej imieniu do Michała Anioła”. Pamiętasz ten biały, przeczysto marmurowy kościół. Gdym zbliżał się do posągu, wielka pogarda, wielki gniew tych ust, odepchnął mnie. Prawdziwy to prorok, co niedawno z Jehową rozmawiał, a teraz na lud swój bezrozumny patrzy z całą wyższością rozumu i z całym żalem olbrzyma: „Boga wam przynoszę, Boga wy nie zrozumieli, hańba i biada wam”. Tytan tak mówi. Co powie Chrystus później? To samo, ale inaczej zakończy. „Daruj im Panie”. Miłość pogodzi niższe duchy ludzi z najwyższym Boga rozumem. W piersiach Mojżesza Jehowa się jeszcze sroży, — Jehowa jeszcze szydzi i piorunuje! Nic wznioślejszego nie znam od tego posągu — Apollo belwederski blady przy nim. Czy to dlatego, żem go razem z Tobą widział? Obraz Twój w tym kościele snuł się przede mną, u stóp każdego ołtarza klęczała Twa postać. Zarazem góra Synaj, błyskawice i grzmoty, a w dole obóz ludzi i bałwany pogańskie i twarz Twoja i głos Twój mieszały się w mojej wyobraźni. Potem przybyły jakieś Francuzy, zaczęli arcydzieło krytykować; ich myśli wlazły na ten posąg, jak pchły, i skakały po posągu. Zdało mi się, że słyszę Lutrota — bo także o brodzie gadali, brodę ganili i powtarzali co chwila: bizarre202, tam, gdzie co chwila należało krzyknąć: sublime!203 Wtedy ujrzałem znów Ciebie w tym samym kościele u stóp tego samego posągu, ale już beze mnie, w towarzystwie sekretarza ambasady i jego wiedeńskiej żony. Oni oboje krzątali się około „Mojżesza”, piszcząc, — a Ty stałaś zadumana, pojmująca, piękna wyrazem uwielbienia na twarzy. Piękny tylko piękność pojąć może. I zdało mi się, że w tej chwili takżeś myślała o mnie, tak, jak ja teraz o Tobie, i że ten uśmiech pogardy na ustach posągu ni Tobie ni mnie nie przeznaczony, — ale innym wielu, tym właśnie wszystkim, co go nie pojmują! Bo uważaj, Dialy, Michał Anioł dla każdego krytyka gotową już w twarzy Mojżesza zamknął nagrodę, — kazał tej twarzy pogardzać aż do końca świata! I wyszedłem pełny myśli o Tobie i nie zważałem, że idę przez forum, bom myślał o Tobie, że przechodzę przez Corso, bom myślał o Tobie, — wszedłem jak w magnetycznym śnie do mego pokoju i zaprawdę przyszedłem do Ciebie. — Ot! Piórom wziął i papier i, o ile mogę być, jestem teraz z Tobą.
Lubię o tej porze być zawsze z Tobą; gdy słońce się zniża, gdy blisko już do wieczora coś dziwnie tęsknego chwyta mi serce. Chciałbym z tem słońcem — z tym dniem, co odchodzi, odejść także i polecieć do Ciebie. Zawsze mi się wydaje, że to światło, co znika, w stronę Neapolu błądzi — a te gwiazdy, co wschodzą, z Neapolu przyszły — to znów myślę, że o tej godzinie Ty bardziej niż kiedykolwiek mnie wspominasz. Pamiętasz, Dialy, owe spokojne słońca Niemiec, co nam tak równo i cicho zachodziły co dzień? Ową wieżę katedry, co tak płonęła o zmierzchu? Owe zielone wzgórza, owe łąki przezielone, co nas tak mile z przechadzek odprowadzały do domu? A kiedy ciemno zaczynało być, siadałaś do fortepianu i jak duch niewidzialny śpiewałaś w ciemności, aż odezwał się krok burmistrzowski Pfauna204, czyli raczej Sterba, drzwi się odemknęły, zabłysnęły owe trzy świece na stole, w filiżankach klejek zadymił, musieliśmy siadać do obiadu. Jam do sałaty się brał z powagą arcykapłana, tarłem żółtka z zapałem wyrobnika. Serce mi się kraje, gdy widzę to wszystko przed oczyma, bo widzę, widzę, jakbym tam był z Tobą! Czemu ten czas tak chyżo upłynął? Czego życie tak pędzi naprzód? Gdzie dom mój i gdzie Dialy moja? Wszystko kocham, co tylko tknęło się Ciebie, — i „Mojżesza”, i Sterba. Wiesz — tak mi się płakać chce, ale tak, jakbym dopiero dziś się dowiedział, żem się rozłączył z Tobą, i w każdym dniu moim podobna chwila jest.
30-go decembra, poniedziałek. Przyszły listy Twoje. Biedna, biedna Dialy moja, jak Ty się męczysz, jak Ty usychasz. Nie myśl o mnie; co tylko Tobie ulgę lub pociechę przynieść zdoła, to mojem dobrem i szczęściem. Myśl, że mniej płaczesz, że czasem się uśmiechasz, zamieni mi w raj najprzykrzejsze nudy. Bo żyć, wiedząc i czując każdej chwili, że cierpisz, nie jest mi życiem, tylko konaniem wewnętrznem, gorszem sto razy niż raz wycierpiana boleść zgonu. Kula co serce przeszyje, lepsza niż ta, co wiecznie w sercu ciąży. Czasem, gdy nagle stanę na ulicy lub w pokoju się zatrzymam i uczuję, żeś tam gdzieś sama, opuszczona, w żałobie, wierzaj mi, odchodzę od rozumu, płaczę, jak dziecko, wołam na Ciebie, po nocach się budzę, ledwo zasnąłem, zdaje mi się, że Ty jęczysz, że ktoś Cię zabija. Przeczytaj na złotym medalionie napisane cztery wiersze nad kamyczkiem. One Ci o mnie prawdę powiedzą.
Pani Czosnowskiej niepodobna, by Cieszkowski wydał się miłem stworzeniem; przede wszystkiem ona szuka męża, Cieszkowski na nic jej się nie przyda. W istocie jest brzydki na twarzy, w istocie nawet jest czasem pedantem, bo filozofia nie jest najwyższem życiem, jest tylko dyssekcją najwyższego życia. Z tem wszystkiem trudno o rozleglejszą naukę, o wyższy rozum, a zarazem o lepsze i cichsze serce. Jeżeli ma się za pięknego, to łaska boska nad nim, bo, gdyby wciąż czuł się brzydkim, toby w końcu już musiał oszaleć. Opatrzność ludzi ratuje próżnością i zarozumieniem. Komu nie da piękności i rozumu, temu daje przekonanie o nich. Stąd pochodzi, że głupcy prosperują i że szpetni kwitną. Inaczej większa część świata w łeb by sobie postrzelała. Taki jest stosunek między Cieszkowskim a Czosnowską, że, gdzie druga ustaje, tam pierwszy się zaczyna, zatem nigdy ona o nim nic wiedzieć nie może. Dla niej on musi być koniecznie śmiesznością, a ona dla niego mniej jeszcze — bo niczem. Gdybym wierzył w metempsychozę, pewnym byłbym, że Sokrates na ziemię powrócił pod imieniem Cieszkowskiego. Dziwna to wiara, ta metempsychoza jednych ludzi w drugich. Za naszych czasów wracają do niej. Twierdzą, że dotąd odbywała się bez świadomości, że ludzie umierali i w następne przechodzili pokolenia, ale nie wiedząc o tem, a że przyjdzie czas w historii rodu ludzkiego, w którym każde indywiduum przypomni sobie szereg wszystkich przetworzeń swoich. Od tego punktu zacznie się jasna wiedza przeszłości i nieśmiertelności na przyszłość etc. etc. Nie ma w tem nic niepodobnego do prawdy. Dlaczegoż obiecana nieśmiertelność nie miałaby się pod takim kształtem nam objawić? Powiedz mi, czyś Ty nie była przed wiekami ową Greczynką, co z wieży nad brzegiem morza zapalała co noc światło płonące i tęskna czuwała, — a ja tym Grekiem, co, przepłynąwszy Hellespont, skonał u stóp tej wieży pod Twemi oczyma? Kto wie, może w średnich wiekach Tyś się nazywała Francesca, możeśmy razem czytywali Galeotta, może już o nas Dant smutną pieśń śpiewał? I dlatego lubiłaś powtarzać wiersz: L’amor, che a nullo amato205 etc. etc. nie wiedząc, nie pamiętając, że dla Ciebie napisany, a kiedyś później, na tej samej ziemi, ale przemienionej, ale podwyższonej, nagle znów obok siebie staniem, mgła nam z oczu spadnie, z serca niepamięć, poznamy się, lecz już wtedy na wieki! A gdzie to nastąpi? Może nie w starej Europie, może gdzie pod biegunem, kędy już lodów nie będzie, ale wzgórza zielone, ogrody, polane jasnemi elektryczności strumieniami, może gdzieś nad Niagary nurtami, których grzmot ucichnie, których każda fala stanie się słodką nutą muzyczną. O tej chwili może cała ziemia już nie dzisiejszą, ale inną drogą wędrować przez przestrzenie będzie, ujrzy bliski księżyc, jak widnokrąg złota, lub kometa jaki świecić nam będzie szmaragdowym ogniem. I podam Ci rękę, jak niegdyś przed tysiącem lat, by z brzegu wsiąść do barki na zatoce Neapolitańskiej, — ale teraz nie z Chiatamone206 do barki, ale z ziemi do innej gwiazdy, na mojem oparta ramieniu Ty przejdziesz — a jednak to Ty, i to ja, nikt inny. Ty i ja zawsze! Poezja jest niezawodnie prawdą ostateczną przyszłości. Co ona marzy, to stanie się. Jej wszystkie obrazy będą stały i ruszały się w przestrzeniach, tak, jak teraz stoją i ruszają się tylko w umysłach naszych. Nie ma dwóch światów, nie ma dwóch Bogów, jest tylko Bóg, jest tylko świat jeden. Gdyby poezja była złudzeniem, fikcją, głupstwem, a jednak żyjącem, od kiedy człowiek żyje, toby z resztą odwiecznych przeczuciów człowieka trzeba także się schować. Kwiat uczucia najwyższy, to poezja, owoc najwyższy to religia. Zniszcz kwiat, co z owocem począć? Na takiej drodze trzeba by dojść do ateizmu, wszystko za ironię poczytać i za złudzenie. Nie ma rady: albo poezja, od której poczyna się religia, z której znów idzie filozofia, jest prawdy przeczuciem, albo religia i filozofia są także fikcjami. Taki związek między pięknością a prawdą, że pierwszej zgubić bez zadania ciosu śmiertelnego drugiej — nie można. A zatem, kto się dotknie poezji, kto ją kłamstwem nazwie, ten nie wie, co robi, ten siebie, świat i Boga zabija! Nie na to przez 6 tysięcy lat ród ludzki śpiewał pieśń swoją, by ona tylko marnym dźwiękiem być miała. Duch nasz żyje i kształci się w czasie, ale wieczność w sobie zawiera. Wszystko, co było, co jest, co będzie, w nim być może, a zatem i jest. Tylko że albo pod kształtem snu, albo pod kształtem przebudzenia. Otóż już i teraz to, co na ostatku będzie, Nowa Hierozolima, niebo, stan doskonałej ludzkości, przemiana jej w anielskość, zbawienie, szczęście wieczne, raj — jak chcesz to nazwij, ta rzeczywistość ostateczna jednem słowem już w nas jest. Tylko, że pod formą lotną myśli, wyobrażeń, obrazów i ona składa jedną z potęg koniecznych, wszędzie i zawsze objawiających się w duchu naszym. Gdy zapytam się Ciebie, jak zowie się ta potęga, odpowiesz mi zapewne: poezja. Tak, poezja jest to konieczność nieśmiertelnych przeznaczeń naszych, już teraz będąca w nas, jest to ciągłe proroctwo tego, co kiedyś będzie, jest to pojęcie świata i bytu w boskiej formie, jest to ciągła wizja przyszłości. Dopóki niebo w nas — nie naokoło nas — dopóty żyje poezja. Gdy my będziem w niebie, skona poezja, ale za to będzie niebo wtedy!
Oto masz prelekcję.
159. Do Delfiny Potockiej
18 w sobotę (styczeń 1840, Rzym)
Moja droga! Słaby jestem bardzo. Wczoraj po obiedzie, przyszedłszy do domu, padłem w pokoju na podłogę bez zmysłów. Było to w wieczór. Jana nie było. Zapewne z dziesięć minut tak przeleżałem, a potem przyszedłem do siebie, ale dotąd mam zawrót głowy, a w sercu wstręt do życia wszechmocny.
Pytasz mnie się o panie Potockie. Jednąm tylko, żonę Henryka207 widział. Suchotnica; raz ją widziałem. Innych tych dam, z któremi Aleksander Pot[ocki] przyjechał, nie widziałem i zapewne nie obaczę. Co mi tam po nich! Cóż Ty powiadasz znowu, że zdaje Ci się, że mój przyjazd matkę Twoją zanadto zmartwi? A zaraz na następnej kartce listu mówisz mi, bym przyjechał. O przyszłości zaś mówisz, że nic nie wiesz, że od mojej woli zależy etc. etc. Boże mój! Tak od mojej woli, jak reszta przeznaczeń ludzkich! Jedną tylko rzecz mam od woli mojej zależną zupełnie tj. w łeb sobie strzelić albo nie strzelić. Zresztą nic — nic.
Ach! Dialy, ja umrzeć chcę, mnie piekło już pochłonęło. Nikt nie opisze, nikt nigdy nie wytłumaczy stanu, w którym jestem. Jam czasem przekonany, żem już zwariował. Biada mnie samemu i tym, którzy mnie kochają, bo ja wiecznie i oni ze mną wiecznie nieszczęśliwi być muszą. Ale oni mogą się znudzić mną, uwolnić ode mnie, zapomnieć o mnie. Ja nie mogę się od siebie wyzwolić — oni są szczęśliwsi!
Z Dąbr. się rozmówię. Myślę, że dobrze by było, gdybyś go i teraz miała, boby nam wiele stosunków ułatwił, ale na 1-go kwietnia koniecznie, jeśli myślisz wyjechać, musisz go wziąć nazad. O Twój furgon co dzień się targują cudzoziemcy, a jak przyjdzie brać i płacić, ni biorą, ni płacą. Od mego ojca nic a nic nie mam. Co pisał o Bran. już Ci doniosłem. Boże! Jakże nam w życiu szło wszystko spiesznie, rozerwanie, zawsze bez nadziei! Wtedy, kiedym na tym statku między Capri a Neapolem stał z Tobą, myślałem, że Cię w Genui opuszczę. W Genui pewny byłem, że w Como, — na jeziorze Como dopierom się dowiedział, że przez Splügen przejadę z Tobą — w Bregenz, gdym Cię żegnał, anim wiedział kiedy wrócę — w Baden, gdym Cię witał, anim myślał, że Cię w Mannheim zobaczę — w Mannheim, że w Frejburgu. Do Frejburga, gdyś przyjechała, czyż widmo St. Assise i Paryża nie wisiało nade mną co dnia? Czyż wiedziałem w septembrze, że i nowember mój będzie, że i jeszcze początek decembra mi darujesz? A teraz co? Gdzie? Jak? Przeklęte niechaj będzie życie bez przyszłości, życie bez nadziei, jakie ja wlokę od urodzenia, ja, człowiek ruin i wspomnień, przeszłości kochanek, płaczący za tem, co przeszło, nie wiedzący nigdy, co przyjdzie, nie ufny w dni, co mają nadejść — słowem ja!
Daruj mi, przebacz mi, że tak wybucham rozpacznemi jęki. Ja bym powinien Ciebie cieszyć, Twoje troski kołysać, usypiać bóle Twoje, a nie jątrzyć je temi daremnemi wykrzyknikami, temi podrzuty serca, w którem jędze siedzą. Ale Ty nie wiesz, Ty mnie nie znasz, Ty się nie domyślasz, co to jest być mną i czuć się co chwila mną — tak — Tyś mnie widziała — przysięgam Ci — Tyś mnie widziała zawsze szczęśliwym. Ty nie wiesz, co to ja, kiedy wpadnę w tę ponurość nieskończoną serca i rozumu, w tę noc wieczną ducha, którą potępieni cieszą się w piekle, a z której ja umieram na ziemi. Ty nie wiesz, co tysiące mąk rwących duszę moją na wszystkie strony — co ta pustynia we mnie samym — co to niepodobieństwo bycia zbawionym, które wtedy czuję. Powiadam Ci, anioł by z nieba zstąpił, a nie wymógłby na moich ustach jednego uśmiechu — przeklęty jestem, przeklętym się czuję — nie wiem, czy za winy ojców, czy za swoje własne. Ah! Umrzeć, nie być już, wszystko porwać, o wszystkiem zapomnieć — zapomnieć — zapomnieć, że tak gorzkie były słońca, tak cudnie piękne księżyca promienie — zapomnieć, że tyle ponurą była rzeczywistość, a tak boskiem marzenie — tak twardym i brudnym świat — tak śnieżną i słodką ustroń daleka — tak pustym i ponurym mój własny dom — tak jasnym Correo — tak anielskim Pfaun! Czemu mnie każden kawałeczek nici jedwabnej, każden listek suchy rozrzucony na podłodze Pfauna ściga, drażni, spać nie daje? Czemu każda nuta tego fortepianu drga w mojem sercu, jak struna, co pęka, i pękając, z góry na dół serce przerzyna? Czyż to być może, że te dni uszły? Że te miesiące uleciały? Jak to? Dlaczego Ty już nie ze mną, a ja gdzie? Mnie tu nie ma! Tu jest tylko kat mój, ale nie ja. Jam został tam — lub jestem z Tobą — lub roztopiłem się w powietrzu! Szaleję, Dialy! Ręka Twoja niech na czole mojem będzie, jak cień, jak chłód, jak zimno zbawienne, co krew uśmierza, co mózgowi nie daje się rozlecieć, a sercu pęknąć. Taki stan mój — tak żyję. Niech Ciebie strzegą anieli! Ja szatanom na pastwę, na igraszkę się dostałem — ale wśród piekła ja kocham Ciebie.
160. Do Delfiny Potockiej
22-go stycznia, środa 1840, Rzym
Droga moja! Coś zatrutego, coś bezrozumnego, coś zwariowanego jest w rozdziale dwóch serc kochających się. Życie obojgu zamienia się wtedy na ciągły nonsens i na wieczną boleść. Co na przykład znaczy przebyć tak noc całą, jak ja dzisiejszą — słyszeć od 12-stej wszystkie bijące godziny aż do drugiej 12-stej, nie zmrużyć oka, a jednak wciąż śnić i marzyć — z Tobą ciągle być razem, a jednak nie być jednej chwili z Tobą. Nie wiem, czegom niebu nie ślubował dzisiaj za dzień choćby jeszcze jeden wolny do przebycia z Tobą. Były chwile, w których jak dziki zwierz rzucałem się i szarpałem firanki łóżka. Okrążyłem marę Twoją ramionami, brałem głowę Twoją w ciemnościach i przyciskałem ją do serca. Wołałem pocichu: „Dialy, Dialy, śpij”, aż łzy mi z ócz płynęły, na przemian wściekłe, na przemian tęskne i smętne. Z dziecka przetwarzałem się w tygrysa, z tygrysa w dziecię, co wzdycha i kwili. Zdawało mi się już, że umrę tej nocy, że pęknie mi serce z żalu, mózg, pełny iskier, na popiół się spali! O, moja Dysz, Tyś nie słyszała, jak zgrzytałem zębami i wszystkiemi myśli, jakem przeklinał i buntował się, jakem wzywał Ciebie, jakem dawał za Ciebie duszę moją, marząc, że szatan jest na tym świecie i żartując z niego, bo kto dojdzie do takiego szczytu namiętności, do takiej burzy uczuć, do tak nieskończonego upragnienia, do takiego braku szczęścia i do takich marzeń o szczęściu, ten nie lęka się żadnych potęg na ziemi, ten by zaprosił umarłych na biesiadę i pił z nimi zdrowie śmierci, nie blednąc!
Ty strachu, duchu, Ty siostro, kochanko, Ty moja, Ty, co wszystkiem tem razem jesteś, bo, kiedyś bliska, siostrą i kochanką się zowiesz dni moich, a kiedy się oddalisz, stajesz się królową nocy, widmem, duchem nocy bezsennych, Ty zawsze jednak ta sama, Ty kochana, Ty Dialy moja! Kiedyż przepaską rąk moich obwiążę Ci kibić? Kiedyż Cię porwę i nieść będę na jawie w ramionach, tak, jak w snach co dzień Cię porywam, przyciskam do serca i noszę gdzieś, nie wiem, gdzie, ale noszę ciągle, daleko, silny, jak olbrzym, kiedy Ty lekka, jak wiązka kwiatów. O! W moje objęcia wrzuć się, jak ze skały wysokiej w morze, niech uczuję spadającą Ciebie w ramiona moje, niech Twoje usta uderzą mi w usta i zostaną do nich przykute na wieki! Jak piorun spada, niech szczęście pada na mnie i zdruzgoce mnie, niech umrę, spalony ogniem niebieskim!
Ty powiesz może, żem ja oszalał. Zowie się to dla rozsądku szaleństwem, ale dla namiętności, dla miłości, zowie się to powszednim stanem, stanem walki i pragnienia, siłą wszechmocną, która nieba domaga się na ziemi, która na ziemi gołej, brudnej i ciernistej żyć nie zdoła. To boska żądza, której trzeba chwil boskich w rzeczywistości albo śmierci! Dialy, Dialy, Diały, jedno albo drugie — Ty albo zginąć! Bo żyć bez Ciebie, marząc o Tobie, to być szatanem, co siedzi w piekle na stosie popiołu, a przypomina, że niegdyś tron miał z tęcz uwity na głowach gwiazd!
161. Do Delfiny Potockiej
27-go, poniedziałek, 1840 (styczeń, Rzym)
Droga, najdroższa! Twój list, sny Twoje, odebrałem, wszystkie wyrazy i błogosławieństwa miłości Twojej. Droga, droga moja, a we czwartek wieczorem będę w Pallazzo Gallo, w kilka godzin po tym liście. Dąbrowskiemu kazałem już szukać pokoju od 15-go marca dla Ciebie — i dla mnie w pobliżu. Będzie regularnie przesyłał mi do Neapolu plany wynalezionych pokoi. Gdy zaś tu wrócę 1-go marca, to Ci go poślę do Neapolu, by się z Tobą zabrał, a sam czekać będę na Ciebie w Terracina. Jadę w środę o 4-ej z rana do Diszy mojej dyliżansem, przez Ceprano i Monte Cassino; przeklęty dyliżans nocuje w Ceprano. Dopiero we czwartek o 4-ej po południu stanę w Neapolu. Do hotelu Belle-Vue pójdę. Jak tylko się ubiorę, przyjdę do Dyszy mojej. Tak około 7-ej lub 8-ej w wieczór. List Twój zaraz Aleksandrowi oddam. Może i on ze mną pojedzie.
Pani Czosn. nie widziałem już nigdzie. Chybabym katalepsji dostał, gdybym chodził do niej do Correo, do tych drzwi, do tych pokojów. Ah! Dysz, jaki Twój sen straszny! Nim będę tam, gdzie śnieg, książkę Twoją fioletową zapełnię. Chyba tam drugą zacznę pisać, bo Twoja wkrótce pełna będzie.
Do obaczenia, Dysz droga! Pakuję się na łeb i na szyję, zostawiam wszystko u Dąbrowskiego. Do obaczenia, Dialy! Od dni piętnastu już jednej nocy nie spałem i prawiem nic nie jadł (wierz mi, wróciłem do neapolitańskich głodów). Dusza mi wre, mózg kipi, serce umiera ku Tobie. Jeśli Cię w Neapolu tylko myślą i wzrokiem uścisnę, to w Rzymie, Boże mi daruj, ja zabiję Cię jednem przyciśnieniem. Serce mi wybuchnie z piersi i Twoje na wskróś, Twego serca szukając, przebije.
Do obaczenia!
Twój, Twój, Twój Zyg.
162. Do Edwarda Jaroszyńskiego
Roma, dnia 21 lutego 1840 r.
Pokój Tobie i domowi Twemu; pokój Boga niechaj będzie z wami! Temi słowy list zaczynam, ja, daleki od pokoju ducha, ale wiedzący, że sprzeczności, gdy dojdą do najwyższego stopnia zobopólnego rozwinięcia, spływają w siebie; wiedzący, że najnamiętniejsze stanowisko ducha jest bratem najspokojniejszej ciszy, byleby namiętność nie była podła, a cisza mierności spokojem.
Stakelberg, tutejszej ambasady sekretarz, mówił mi wczoraj, że przed ośmiu dniami posłał dyspensę dla Twego kuzyna. List Twój odebrałem w Neapolu; zaraz nie odpisałem, bom czuł się w rozerwanym stanie ducha. Teraz tu, w Romie, gdzie spokój ruin, co dzień większy, wszelkie rozdarcia i walki serca łagodzi, uśmierza piszę do Ciebie, i zacznę od przypomnienia Ci, że przed ośmiu miesiącami twierdziłem Ci przeczuciem, że już stanowisko Hegla przeskoczonem jest, a teraz mogę Ci tego dowieść rozumowaniem. Ten, co Hegla dalej rozwinął, poprawił w filozofii historii, a w absolutnej odmienił, jest to ziomek nasz, August Cieszkowski, z którym tu właśnie teraz jestem, a który na wiosnę w Berlinie wydrukował Prolegomena zur Historiosophie, księgę, nie większą od broszury, a zawierającą myśli takie, że duch nasz kornie się im ukłonić powinien.
Będę się starał w krótkich słowach Ci tę książeczkę opowiedzieć, wiele narobiła hałasu w Niemczech.
Pamiętasz, że Hegel w historii filozofii, wbrew wszystkim swoim własnym logicznym wywodom, nie na trychomią, ale na tetrachomią historią podzielił, a doszedłszy do teraźniejszości, skończył, jakby historia z nim już dopełniła się była, jakby przyszłości już nie było dla rodu ludzkiego, jak gdyby myśl myśli była najwyższem stanowiskiem ludzkości i wyższego pogodzenia sprzeczności od pogodzenia ich w myśli na świecie nigdy być nie miało.
Teraz występuje August i tak mówi: Logika Hegla jest prawdą absolutną, wszędzie zatem przystosowalną, w historii, jak w naturze. Historia trzy podziały i trzy tylko dostanie: 1. Przeszłość starożytna; 2. Epoka chrześcijańska; 3. Przyszłość. W filozofii Hegla schwycił się sam duch ludzki na uczynku: sumienie filozoficzne zeszło się z sumieniem ludzkości! To jest najwyższy, klasyczny punkt filozofii. Jak niegdyś sztuka grecka była klasycznym, najwyższym punktem sztuki, i jak od tego punktu sztuka, przez romantyczny kierunek, podniosła się wyżej, lecz zaczęła jednak przechodzić w filozofią, tak teraz filozofia także się podniesie wyżej, ale już nie jako filozofia, i zacznie przechodzić w pole woli, działania, czynu absolutnego. Starożytność była epoką czucia; najwyższe jej stanowisko — sztuka! Sztuka jest to byt tożsamości bytu z myślą. Chrześcijaństwo było epoką myśli; najwyższe jej stanowisko — filozofia. Filozofia cóż to jest? Myśl tożsamości myśli i bytu! Sztuka jest już całością, i filozofia jest całością: jednak obie jeszcze pewnym abstrakcyjnym kierunkiem, formą raczej obciążone, bo w definicji pierwszej masz byt dwa razy, w definicji drugiej myśl tyleż powtórzoną; obie garną się ku wyższej syntezie, ku tożsamości, z zlewka ich samych wypadającej. Jakaż to jest? Jak się zowie ostateczne pogodzenie sprzeczności, ostateczne pojednanie myśli z bytem. Oto czyn, oto wola. Czucie, myśl, wola, oto trzy władze ducha, z których trzecia dwie pierwsze zamyka, zawiera pod kształtem jedności. Oto cecha trzeciej epoki, epoka woli być musi, woli absolutnej.
W Heglu wszystko się kończy na Denken des Denkens208. Z tej wysokości gazów nie umie on już zstąpić nazad i realność granitową na nogi postawić. U niego tak ciągnie się wszechrzecz209: Δ Λογοσ210 — duch — natura, a doszedłszy do ducha, znów tak: Δ sztuka — filozofia — czyn — filozofia.
Cieszkowski tak uważa: Δ sztuka — filozofia — religia, czyli czucie, myśl, wola. W epoce woli wszystkie premisy dwóch pierwszych zlane, pogodzone, dopełnione zostaną; tylko, że zawsze akcent tu na woli postawionym będzie. Wola w uczuciu będzie to miłość absolutna; wola w myśli, czyli myśl, stająca się czynem, działalnością, potęgą, będzie to mądrość absolutna; wola w woli, czyn, wiecznie stający się, czyn czynu, będzie to wszechpotęga życia; a zatem te same predykaty ludzkości i ducha absolutnego: Miłość, Mądrość, Potęga!
Jeszcze inaczej on to wyraża: Starożytność była tezą, chrześcijańska epoka antytezą, przyszłość syntezą. Wiesz z logiki, że moment drugi, że antyteza nie tylko objawia się w sprzeczności z tezą, ale jeszcze w sobie samej zawiera rozerwanie konieczne, sprzeczność i walkę. I tak w starożytności, w tezie, w pączku nierozwitym, na polu całości w czuciu, na błoniach sztuki, nie było dwójności, nie było ziemi i nieba, przedgrobu i pogrobu była tylko jedna ziemia zielona! Chrześcijaństwo nie tylko, że stawia się w sprzeczności do świata pogańskiego, ale w własnej treści swojej rozdziera się na dwoje, jak ów welon świątyni o godzinie skonu Chrystusa: ziemia i niebo, padół łez przed grobem, błękit wiekuisty po grobie. Materia i myśl: pierwsza potępiona, druga wywyższona, zwycięska. Stąd romantyzm w sztuce, stąd brzydota, wprowadzona jako moment sztuki, jako materii znamię!
Teraz, gdy synteza się zbliża, czemże ona się objawi? Oto pewnym powrotem z antytezy do tezy; lecz nie takim, by antyteza z wyżyn zdobytych znów miała zstąpić na doliny tezy, ale takim, by teza wyszlachetniła się i podniosła i przylgnęła zrównać211 myśli, teza antytezie. Materia musi ciążącego nad sobą pozbyć się przekleństwa, przez podniesienie się, przez stanie się adognat myśli. Natura cała musi przejść przez drugą kreacją. Industrialny popęd nowego wieku sam o tem nie wie, że jest tego zwiastunem, i tego do antytezy — zatem potępioną już nie była, ale zbawioną i piękną. Byt musi tylko, niczego innego.
Dotąd, podług Augusta, były tylko w dziejach Thatsachen212, teraz będą prawdziwe Thaten213. On je nazywa: Nachteoretische Thaten214, by je rozróżnić od przeszłych czynów, które zawsze działy się na ślepo, a z których dopiero po ich objawieniu wysysano teorią.
W trzeciej, syntetycznej epoce, w epoce woli, inaczej dziać się musi: teoria poprzedzi czyn, i czyn będzie adognat teorii, byt wszędzie równy myśli. Tak się dzieje w Bogu. Bo musimy przyznać, że logika poprzedziła naturę, chociażeśmy dopiero logikę z natury wydobyli. Dotąd myśl z bytu się nam snuła, kiedyś byt z myśli snuć się będzie, i wola Boga będzie wolą naszą, lub nasza raczej boską.
W epoce czucia były wyrocznie, i proroki widzieli przyszłość; w epoce chrześcijaństwa byli głębocy myśliciele i przemyśliwali przyszłość; w epoce trzeciej będą wielcy ludzie, czynić będą przyszłość! Zatem najwyższa absolutna wola, czyn, realność, jest ostatecznem przeznaczeniem ludzkości; a myśl myśli, i pogodzenie sprzeczności bytu i myśli, w samej myśli tylko, abstrakcją, choć ją Hegel chciał udać za całość.