Listy

1. Do Henryka Reeve’a3

Genewa, 26 czerwca 1830

Drogi mój!

Właśnie otrzymałem Twój list i odpisuję Ci bez zwłoki. Czy Ci nie mówiłem, że Montreux jest nudne, przygnębiające? Nie wiem, co jest w tej okolicy, lecz „serca mego tu nie ma”, jak mówi Lamartine. Masz słuszność: brzęczenie pszczoły, piosenka strumyka, płynącego po kamyczkach, nie są godnym akompaniamentem miłości. Miłości trzeba chmury majestatycznej, posuwającej się z wolna na błękicie niebios, góry nieruchomej a olbrzymiej, grzmotu, rozbrzmiewającego głosem Pana, błyskawicy, zalewającej widnokrąg, wściekłej fali, podnoszącej się z przepaści mórz; wszystko, co wielkie, straszne, wzniosłe, olbrzymie, ukoi serce namiętne, bo jest jednej z nim miary. Ale nie można uzgodnić z miłością pół szmerów, drżeń owadów, skrzydeł motylich, westchnień wody, walczącej ze źdźbłem trawy lub kępką mchu, tych krzyżyków i bemoli przyrody, że tak je nazwę, z miłością młodzieńca wieku XIX, chcę powiedzieć, młodzieńca, który nic ziemskiego do swoich uczuć nie wkłada, a jednak czuje całą siłę nieokiełzanej namiętności. Jemu to właśnie trzeba wstrząśnień nawałnicy i burzy, bo łono jego jest wieczną burzą, a piorun niebieski wierne w nim znajduje odbicie.

Dla Rousseau’a, który napisał swoją Heloizę w czterdziestym piątym roku życia, a może i później, rozumiem, że Montreux było odpowiednie, gdyż w tym wieku namiętność zmysłów już bierze górę nad namiętnością duszy. O, ileż prawdy jest w przysłowiu: „Ukochani przez bogów umierają młodo!”. Tak, Rousseau mógł twierdzić, że spokój w przyrodzie dobrze na niego wpływa. Łagodny powiew wiatru chłodził jego rozgorączkowane piersi, szept strumyka był rozrywką dla jego ucha, w którem tętniła gwałtownie napływająca krew. Wszystkie te drobnostki zabawiały jego płonący mózg, a chłód jeziora uspakajał palącą miłość jego łona. Ale nam, którzy nie mamy ciała z materii, lecz niecielesną duszę z ognia, nam trzeba czegoś większego, czegoś, co nie ześlizgnie się po naszych umysłach, jeno przemówi do ducha. Oto dlaczego w Montreux, pod którego wpływem powstały patetyczne listy i najpiękniejsze rozprawy o miłości ciała, natchnienie mało albo zgoła wcale nas nawiedzać nie będzie.

Znajduję, że trzy strofki, któreś mi przysłał, są bardzo ładne, ale, drogi Harry, „otocz mię swemi ciemnemi ramionami”! To wygląda nieco na kradzież, popełnioną u Twego oddanego sługi, który do Ciebie pisze w tej chwili. Zdaje mi się, że poznaję tu „otoczony mglistemi ramionami burzy”. Ale zresztą czarem wiersza przewyższa to moje słowa.

Muszę Ci napisać, że przedwczoraj byłem w stanie takiej rozpaczy, obrzydzenia, spleenu, nudy, melancholii, że życie mi ciężyło bardziej, niż kiedykolwiek, i że po raz pierwszy przyszła mi do głowy poniżająca myśl skończenia z tym światem, który mało dał mi rozkoszy, odrywając mię od nich, skoro tylko ich zaznałem. Po raz pierwszy w życiu nawiedziła mię myśl o samobójstwie, toteż zaznaczyłem to w swoim notatniku. Ale wkrótce odepchnąłem z pogardą myśl, która może czasami zrodzić się w umyśle, trawionym gorączką, ale którą urzeczywistnia jedynie serce tchórzliwe i nieszlachetne.

Straszliwie mi Cię brak, mój drogi, i pozwolisz chyba, że skruszę kopię w obronie swoich Angielek, „jasnych i uroczych, jak promień słońca ze Wschodu”, napadając na genewianki, z wyjątkiem jednej jedynej, i utrzymując, dla ulżenia sercu swemu, że Genewa jest miastem przeklętem. Następnie muszę Ci donieść, że przedwczoraj w nocy, nie mogąc zmrużyć oczu, przeczytałem dzieło M. Boissier’a: Czy ich odnajdziemy w lepszym świecie?, i że zaczerpnąłem z niego pociechę, życie i nadzieję, mimo oschłego i suchego stylu... i braku choćby krzty poezji. Gdy skończę powieść, która mię obecnie zajmuje, napiszę utwór w tym rodzaju po polsku, wkładając weń wszystkie piękności wyobraźni i poezji, które słaby mój umysł zdoła zebrać, i poświęcę je... tej, która mnie do dzieła tego natchnęła4.

Początek tak brzmieć będzie: „Czy pamiętasz jeszcze wieczór, gdy nad brzegami Lemanu, zamierającego z wolna u stóp ogrodów, z dala od mojej ojczyzny, pytałaś mię, przewidując rozłąkę naszą na ziemi, czy zobaczymy się w przestrzeniach, osypanych gwiazdami, błyszczącemi nad naszemi głowami?” itd., itd. Rozumiesz przecież, że to będzie bez nazwiska. Osądzą może że to twór mojej wyobraźni, a jednak wyjdzie on z mojego serca5. Zawiadamiam Cię, że moje Legiony Polskie drukowane będą w „Bibliotece Powszechnej” wraz z kilku innemi memi utworami, za staraniem p. Roget6.

Napisałem wczoraj rzecz, którą uważam za oryginalną. Jest to historia młodzieńca, który, będąc w głębi duszy poetą, odczuwa piękność i wzniosłość, a nic wyrazić w słowach nie umie. Sam ze sobą jest wielki, ale, gdy zaczyna pisać, jednego zdania ułożyć nie może. Oto część pierwsza. W drugiej zakochuje się w młodej entuzjastce, która początkowo wierzy w to, co wyrażają jego spojrzenia, jego rysy, a później, przekonawszy się, że nic wypowiedzieć nie umie, opuszcza go. Młodzieniec wpada w apatię rozpaczy. Część trzecia: Ojczyzna go wzywa. Spieszy do walki, ale, podkopany cierpieniem, nie ma sił do zadania ciosu wrogowi. Wpada w chorobę. Wnoszą go z powrotem do namiotu, gdzie umiera z bólu, on, który nigdy nie umiał wypowiedzieć się ani w czynach, ani w słowach. Czuł się słowem, pokrytem wiecznie obłokiem. Kończy się słowami: „Nie był to wielki człowiek, lecz była to wielka dusza. Z przyjemnością wyobrażam sobie, że pije teraz pełnemi ustami z czary nieśmiertelności. Światy toczą się wkoło niej i jako pyłek, niegodny jej myśli, spostrzega z dala ziemię, gdzie jej nie doceniono. Zabrała ze sobą wszystkie swoje bogactwa, gdyż na tym padole roztrwonić ich nie mogła. A jeśli brak jej było wieńca poety, warg kochanki i sławy wojownika, obecnie jest blisko Boga, i Boga jej nie brak”.

Jak Ci się to podoba, mój drogi? Napisz mi swoje zdanie!

Oczekuję częstych od Ciebie listów, i kończę pisać, składając Matce Twojej uszanowania i dziękując jej za pamięć.

Twój oddany

Zyg. Kras.

P. Jakubowski7 każe Ci się kłaniać.

Czy chcesz, bym Ci coś załatwił w Genewie? Napisz mi, a zrobię.

Co do innych spraw, zapomniałem Ci napisać, że byłem z pannami Revilliod i de Portes w Mornex, i że ze szczytu Gourze widziałem zachód słońca. To dziwne. Wczoraj był 25-ty czerwca: właśnie minęły trzy miesiące od 25-go marca, gdy z tej samej wieży, z tej samej góry patrzyłem z...8, jak konało słońce na Mont Blanc. O, jakież słodkie a zarazem gorzkie wspomnienie!

Żegnaj, mój drogi!