„Idź, Hanko, przez dziedziniec,
Słyszę tentent na moście
I kurzy się gościniec—
Czy nie jadą tu goście?
Idź na gościniec i w las,
Czy kto nie jedzie do nas?”

—„Jadą, jadą w tę stronę,
Tuman na drodze wielki,
Rżą, rżą koniki wrone,
Ostre błyszczą szabelki.
Jadą, jadą panowie,
Nieboszczyka [bratowie!”]

—„A witajże! czy zdrowa?
Witajże nam, bratowa!
Gdzie brat?”—„Nieboszczyk brat
Już pożegnał ten świat.”

[—„Kiedy?”—„Dawno, rok minął,]
Umarł, na wojnie zginął.”
„To kłamstwo, bądź spokojna,
Już skończyła się wojna;
Brat zdrowy i ochoczy—
Ujrzysz go na twe oczy.”

Pani ze strachu zbladła,
Zemdlała i upadła.
Oczy przewraca wsłup,
Z trwogą dokoła rzuca
„Gdzie on? gdzie mąż? gdzie trup?”
Powoli się ocuca,
Mdlała niby z radości,
I pytała u gości;
„Gdzie mąż, gdzie me kochanie?
Kiedy przedemną stanie?”

—„Powracał razem z nami,
Lecz przodem chciał pospieszyć,
Nas przyjąć z rycerzami
I twoje łzy pocieszyć.
Dziś, jutro pewnie będzie,
Pewnie kędyś w obłędzie
Ubite minął szlaki.
Zaczekajmy dzień jaki,
Poślemy szukać wszędzie,—
Dziś, jutro pewnie będzie.”

Posłali wszędzie sługi,
Czekali dzień i drugi;
Gdy nic nie dociekali,
Z płaczem chcą jechać dalej.

Zachodzi drogę pani:
„Bracia moi kochani,
Jesień zła do podróży,
Wiatry, słoty i deszcze,—
Wszak czekaliście dłużej,
Czekajcie trochę jeszcze.”

Czekają. Przeszła zima—
Brata niema i niema.
Czekają; myślą sobie:
Może powróci z wiosną?
A on już leży w grobie,
A nad nim kwiatki rosną,
A rosną tak wysoko,
Jak on leży głęboko.
I wiosnę przeczekali,
I już nie jadą dalej.

Do smaku im gospoda,
Bo gospodyni młoda.
Że chcą jechać udają,
A tymczasem czekają—
Czekają aż do lata,
Zapominają brata.