— Leży? — Rozedrgany mężczyzna popatrzył na nią. — Ach, racja, głupiec ze mnie. Nie żyje. Już nigdy nie wstanie. To niedorzeczne. A chwilę temu... I ten piękny dzień.
Lecz gdy ona chciała go zaprowadzić do sypialni, wzdrygnął się.
— Nie mogę — prawie krzyknął. — Przecież nie żyje. Nie chcę go widzieć. Jest biały, a chwilę temu błyszczały mu oczy, śmiał się. Nie, nie jestem w stanie na niego patrzeć. I jeszcze ten weksel. Nie mam czasu.
Chwycił kapelusz i wybiegł z pokoju. Przez moment stała zdumiona. Na jej bladą twarz wpełzł cień uśmiechu.
W kuchni dalej siedział tamten mężczyzna.
— Spieszyło się mu. — Wskazał kciukiem w stronę schodów. — Słyszy pani, jak biegnie. — Pokiwał do niej głową, jakby już byli starymi znajomymi. — Chyba jeszcze chwilkę poczekam — ciągnął i rzucił znaczące spojrzenie na dzbanek z kawą na kuchence.
Nie wiedziała, dlaczego nie może powiedzieć, co się wydarzyło i że czekanie tutaj nic nie da. Bała się go, poza tym miała wrażenie, że może jej coś opowiedzieć; miał w sobie jakąś tajemnicą. W pewnym sensie dobrze mieć przy sobie żywego człowieka. Czuła w ciele śmiertelny chłód. Nie mogąc się zdecydować na nic innego, nalała mu dużą filiżankę kawy, a sobie małą. Poprawił się na krześle i pił z zadowoleniem.
— Od dawna panienka tu pracuje? — spytał.
— Tak — odparła krótko.
— No, powiem pani, że jestem jakby przyjacielem z dzieciństwa pana Lundholma. — Spostrzegł, że się wzdrygnęła, więc mówił dalej: — Dziś już nie jestem taki elegancki. Ale przez długie lata powodziło mi się. Teraz zmarniałem. No. Widzi pani, mam do pana Lundholma pewną drobną sprawę. Jak tylko usłyszy, na pewno mi pomoże.